Rozdział 1.
Otworzyłem drzwi willi, nie wiedząc,
co spotkam za nimi. Tak, bałem się wracać do własnego domu. Póki nie wiedziałem
w jakim jest stanie mój chłopak.
Światła zgaszone, cisza. Odetchnąłem
z ulgą i ściągnąłem kurtkę. Powiesiłem ją w szafie i delikatnie stąpając po
kafelkach poszedłem w stronę łazienki. Szybki prysznic, a później jak
najostrożniej położyć się do łóżka i liczyć, że Jacek nie będzie pił i ani miał następnego dnia wielkiego kaca. W końcu to piątek… Najgorszy dzień
w całym tygodniu. Dzień nadziei i bólu kiedy zostaje bezpowrotnie odebrana.
Dzień, w którym, albo partner wyciągnie z barka zapas alkoholu, albo oświadczy,
że ludzie za dużo popełniają przestępstw, a on, adwokat, nie może mieć nawet
weekendu dla siebie. Inni byliby źli, że ich ukochany spędza godziny na
papierkowej robocie, lecz dla mnie to jest najwspanialsze zdanie wypowiedziane
z jego ust.
Będąc w połowie drogi do celu słyszę
ten zachrypnięty głos:
- Co tak długo?
Przełykam gulę pojawiającą się w
gardle, za każdym razem kiedy tylko mój facet piany, zadaje mi pytanie.
- Przecież byłem w banku, a dobrze wiesz, że
tam są kolejki – wysilam się na spokojny ton.
- Naprawdę?
- Uwierz. – Odwracam się.
Widzę Jacka w odpiętej na pierwsze
kilka guzików koszuli, luźnie przewieszonym krawacie i spodniach od garnituru,
trzymającego w ręce szklankę z bursztynowym płynem i kostkami lodu. Wiem, że
będzie to trudny wieczór.
- Wierzę, wierzę. – Zdziwiony unoszę jedną brew
do góry. Czyżby… - Który cię
obsłużył? Ten blondynek? A może lizus, Markiewicz? W sumie ochroniarz też
ostatnio na ciebie patrzył… Chyba, że jakiś trójkącik… - zaczął snuć teorie, a
ja czułem jak ostatnie okruchy nadziei uciekają.
Ja również powinienem, ale stoję
jakbym został przyklejony do podłogi. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Wiem,
powinienem wiać jak najdalej, lecz nic nie robię tylko czekam.
- Kochanie, o czym ty mówisz? – Starałem się uśmiechnąć.
- Nie udawaj. – Mierzy mnie wzrokiem. –
Puszczasz się z każdym, a mi przyprawiasz rogi. Ilu twoja dupa obsłużyła?
Pewnie nawet nie pamiętasz tyle ich było, co?
Prychnął z pogardą.
Przez moją głowę przebłysnął drobny
promyk wiary, że pójdzie spać, a mi da spokój.
Czy ja wymagam, aż tak dużo? Nigdy go
nie zdradziłem, zawsze byłem obok, potulnie znosiłem poniżania słowne lub
fizyczne, trwałem w tym chorym związku. Dlaczego? By usłyszeć, gdy
wytrzeźwieje, że mnie kocha, że przeprasza, że nie chciał? Nawet nie pamiętałem
to tego, ile razy mi mówił jak mu przykro; ile razy przy mnie wylewał wódkę, whisky,
piwo, wino; ile razy pakowałem się; ile razy rozpakowywałem; ile razy wmawiał
mi to przez pracę, to przez stres to
przez alkohol, wiesz przecież – ja taki nie jestem; ile razy całował czule,
a wraz z weekendem zaczynał od nowa. Czy płakałem? Poniżał na wiele sposobów,
ale nigdy nie dałem mu tej satysfakcji.
- Nie żartuj.
Nie zdradziłbym cię. Kocham cię – chce brzmieć jak najbardziej przymilnie.
- Nie stać cię na prawdę? Tak upadłeś?
Kłamiesz.
- Nie gadaj głupstw… - Równocześnie obmyślam plan
ucieczki.
Gdybym wrócił na dwór? Jeszcze bardziej by mnie podejrzewał, a poza tym
nie miałbym gdzie pójść. Sypialnia? Liche drzwi może łatwo wyłamać. Kuchnia?
Tam jest nóż i mógłbym się obronić… Jasne! Kiedyś tak zrobiłem i to mnie
zaatakował. Po dziś mam ślad na prawym ramieniu. Ach jak przepraszał… Wracając
do kryjówki… Łazienka? Musiałbym go wyminąć, a nie mam gwarancji, iż nie uda mu
się do mnie dobić. Chyba, że… Ta na piętrze. Kiedy wypije ma problem z
wdrapaniem się po schodach. Gdyby był, aż taki zdesperowany zmęczyłby się i nie
miałby tyle siły, żeby zniszczyć kolejne wrota dzielące go ode mnie. Tylko jest
jedna przeszkoda – Jacek. Jak go wyminąć…?
Problem teoretycznie rozwiązał się
sam. Konkretniej mój chłopak przechylił whisky z szklanki, zachwiał się i
musiał się oprzeć o ścianę. Wykorzystałem ten fakt i zacząłem biec w stronę
schodów. Kiedy zdał sobie sprawę z tego co chcę ruszył za mną.
- Wracaj szmato! Natychmiast! Nie będziesz się
bezkarnie pieprzyć z innymi! Zaraz zobaczysz!
Dobiegłem do nich i zacząłem
przeskakiwać co dwa stopnie.
Dlaczego one są takie wysokie?!
- Słyszysz?! Dziwka! I to gorsza, bo męska!
Czułem jego oddech na swoim karku.
Był blisko. Zaskoczony przyśpieszyłem. Strach wypełniał mnie od środka. Nie
wiedziałem co mi chce zrobić, jak ukarać. Łzy nawiedziły moje oczy, lecz szybko
je odpędziłem.
Nie płaczę! Nie mogę! Jestem silny!
Chwyciłem kolumnę na szycie schodów i
już miałem skręcić w lewo, kiedy poczułem szarpnięcie.
Dogonił mnie!
Jęknąłem ze strachu i zacząłem się
szamotać.
- Nie… uciekaj… - Trzymał mnie próbując wyrównać
oddech. – Uch… No nie szarp się tak!!! – wrzasnął.
Momentalnie znieruchomiałem.
- No! – zadowolony poluźnił ucisk.
Postanowiłem go uspokoić i uśpić
czujność by szybko wyrwać się i pokonać te kilka metrów dzielących mnie od
złudnie bezpiecznego miejsca.
Odwróciłem się na tyle ile pozwalała
mi ręka wyższego na mojej bluzce.
- Puść, proszę. Chodźmy do sypialni,
wynagrodzę ci tą godzinę, odreagujesz. Pewnie miałeś męczący dzień?
Przejechałem opuszkami palców po ramieniu
prawnika.
- Dziwka – powtórzył.
Mimo to ucisk zelżał. Głupi myślałem,
że wystarczy i zdążę. Szarpnąłem. Wyrwałem się. Radość nie trwała długo, gdyż
tym razem jego wielka dłoń przeniosła się na moją rękę. Pociągnął mnie do tyłu.
Straciłem równowagę i przewróciłem się. Na moje nieszczęście staliśmy przy
schodach i sturlałbym się na sam dół gdyby nie refleks. Złapałem się barierki.
Poczułem niewyobrażalny ból niewiele
poniżej łokcia, kiedy uderzyłem się o ostre stopnie z wielką siłą. Mój wrzask
rozniósł się po całym domu. Mężczyzna, zaskoczony takim obrotem spraw, znieruchomiał.
Podniosłem się i pobiegłem w stronę łazienki. Przyjrzałem się ręce.
Cholera, to chyba złamanie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz