Rozdział 6.
Parę dni później…
Jacek, tak jak myślałem, trochę
powrzeszczał, a później poszedł na kanapę. W nocy odsunąłem, z trudem, komodę i
zakradłem się do salonu. Wziąłem butelkę, która była prawie pusta, i wylałem
jej zawartość. Upewniłem się, czy w barku nie ma jeszcze jakiegoś zapasu. Na
szczęście nie. Przykryłem go kocem i wróciłem do sypialni.
Z Robertem już się nie kontaktowałem,
gdyż mój chłopak postanowił nie opuszczać mnie nawet na krok.
Trochę… no nie tęskniłem, ale
chciałem z nim pogadać, dlatego z jeszcze większym optymizmem pojechałem do szpitala…
- Kochanie, pośpiesz się. Chciałeś żebym cię zawiózł,
a muszę na ciebie czekać jakieś pół godziny! – narzekał adwokat.
Siedział na sofie, kiedy ja na górze
męczyłem się z koszulą, którą wierzcie mi, nie było łatwo założyć, nawet bez
gipsu.
- Tak się składa, że nie minęło nawet
piętnaście minut – odgryzłem. – Poza tym to ty zaproponowałeś, że ze mną
pojedziesz.
- Nie ufam temu… jak mu tam?
- Doktor Adamski?
- Tak, tak. Właśnie ten. Ty widziałeś jak się
na ciebie patrzył, jak zdejmowałeś bluzkę?
Westchnąłem i zbiegłem na dół.
Pochyliłem się i cmoknąłem go.
- Gapił się na moje siniaki. – Uśmiechnąłem się.
Pokręcił głową. Wstał i poszedł
pierwszy do garażu. Podążyłem za nim, starając się nie szczerzyć jak idiota na
myśl, kogo zaraz spotkam. Wsiadłem do samochodu na miejscu z przodu od strony pasażera.
- Powinieneś bardziej na siebie uważać –
zerknął sugestywnie na moją rękę i odpalił silnik.
Odwrócił wzrok na wsteczne lusterka i
wyjechał.
Prychnąłem. Nie ukrywam – zirytował mnie
tym, nie zależnie, czy żartował, czy nie.
- Och naprawdę? – spytałem z ironią wylewającą
się z każdym słowem. – Lepiej żebym unikał niebezpieczeństwa?
Chyba nie domyślił się do czego
zmierzam, bo tylko skinął głową skupiony na drodze.
- W takim razie – ciągnąłem – powinienem się wyprowadzić.
- CO?! – krzyknął i w ostatniej chwili skręcił
w prawo.
Za nami zerwała się fala klaksonów.
Wystawił rękę przepraszając.
- Gdyby nie ty to bym nie miał tylu ran,
obtarć, złamań. Widzę, jednak, że to nie wystarczy, bo jak tak dalej będziesz jeździć
to dojdzie do jakiegoś wypadku! – zaśmiałem się.
Taka mała kara za to wcześniejsze.
Warknął coś pod nosem, ale nie skomentował
tego. Dumny z siebie patrzyłem za okno wypatrując szpitala.
W końcu dostrzegłem budynek na horyzoncie,
a na moją twarz znowu wpłynął uśmiech. Zaparkowaliśmy i poszliśmy w stronę
wejścia. W środku zadowolony usiadłem na krześle, a ukochanego wysłałem, aby
mnie zarejestrował.
Cieszyłem się jak głupi. Pozbywałem się
tego ciężaru na lewej ręce, miałem spotkać Roberta, a na dodatek dogadałem Jackowi.
Nagle przez myśl przeszła mi obawa, iż inny lekarz zajmie się tego dnia moim
byłym złamaniem. Na szczęście obawy zostały rozwiane. Po chwili poszedłem
z nim i moim chłopakiem do Sali zabiegowej. Oczywiście prawnik nie spuszczał uważnego
wzroku z poczynań doktora. W końcu było po wszystkim.
- Chyba cię nie pobił w najbliższym czasie –
wyszeptał mi do ucha, co spotkało się z cichym prychnięciem adwokata.
Spojrzałem na niego z pobłażaniem i
pokręciłem głową. Odwróciłem wzrok na
Roberta.
- Nie, nie martw… tzn. pan nie musi się martwić. – Uśmiechnąłem się tak by drugi nie zauważył.
- No dobrze. Proszę uważać na siebie –
poklepał mnie po ramieniu.
- Dziękujemy. – Ukochany podszedł bliżej. – To wszystko?
– wyraźnie powstrzymywał się żeby niczego głupiego nie zrobić.
- Tak. Proszę jeszcze tylko tu podpisać –
podał mi kartę.
Gdy przystawiłem długopis do kartki
zobaczyłem jeszcze jedną, mniejszą. Przyjrzałem się jej.
Zadzwonisz? :)
Nabazgrałem swoje nazwisko, a pod
listem słowo tak.
- Do widzenia!
Pożegnaliśmy się i z podenerwowanym Jackiem
poszedłem do samochodu.
- Wreszcie! – westchnął wsiadając za
kierownicę. – Co on ci tam szeptał?
Nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem
co. Patrzyłem za okno, tak naprawdę zastanawiając się co mu powiedzieć.
Prawdę? Nie… Skłamać? Ale jak?
Z tym problemem dojechałem do domu.
Chciałem pójść jak najszybciej do pokoju i udawać, że jest się sennym, ale ledwo przekroczyłem
próg zostałem pchnięty na ścianę.
- Co mówił? – wysyczał.
Stał bardzo blisko. Prawie stykaliśmy
się nosami.
Milczałem.
Powtórzył, tym razem unosząc
rękę do góry, w każdej chwili gotów uderzyć.
- Pytał, czy już mnie nie bijesz! – krzyknąłem i przerażony wyrwałem się.
- Pytał, czy już mnie nie bijesz! – krzyknąłem i przerażony wyrwałem się.
Uciekłem do sypialni i zakopałem się pod
kołdrą. Zrobiłem sobie tylko małą szparkę, aby móc oddychać. Ignorowałem fakt,
iż było mi bardzo gorąco.
Usłyszałem otwieranie drzwi i czyjeś
(wiadomo kogo) kroki. Materac w jednym miejscu wygiął się. Poczułem dłoń na
mojej schowanej nodze. Po chwili zerwał moją tarczę.
- Przepraszam. Wiesz jaki jestem zazdrosny.
- Wiem – zerwałem się z łóżka i pobiegłem do
łazienki.
Tam skulony przesiedziałem kilka
godzin wysłuchując przeprosin i próśb, abym otworzył. Zastanawiałem się, czy
tego nie zrobić, ale zaraz przypominałem sobie gniewne oczy i rękę wiszącą w
powietrzu. Jednak najbardziej do mojej głowy wpadło jedno – był trzeźwy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz