czwartek, 20 sierpnia 2015

Przywiązanie - Rozdział 6.



Rozdział 6.
Parę dni później…
Jacek, tak jak myślałem, trochę powrzeszczał, a później poszedł na kanapę. W nocy odsunąłem, z trudem, komodę i zakradłem się do salonu. Wziąłem butelkę, która była prawie pusta, i wylałem jej zawartość. Upewniłem się, czy w barku nie ma jeszcze jakiegoś zapasu. Na szczęście nie. Przykryłem go kocem i wróciłem do sypialni.
Z Robertem już się nie kontaktowałem, gdyż mój chłopak postanowił nie opuszczać mnie nawet na krok.
Trochę… no nie tęskniłem, ale chciałem z nim pogadać, dlatego z jeszcze większym optymizmem pojechałem do szpitala…
 - Kochanie, pośpiesz się. Chciałeś żebym cię zawiózł, a muszę na ciebie czekać jakieś pół godziny! – narzekał adwokat.
Siedział na sofie, kiedy ja na górze męczyłem się z koszulą, którą wierzcie mi, nie było łatwo założyć, nawet bez gipsu.
 - Tak się składa, że nie minęło nawet piętnaście minut – odgryzłem. – Poza tym to ty zaproponowałeś, że ze mną pojedziesz.
 - Nie ufam temu… jak mu tam?
 - Doktor Adamski?
 - Tak, tak. Właśnie ten. Ty widziałeś jak się na ciebie patrzył, jak zdejmowałeś bluzkę?
Westchnąłem i zbiegłem na dół. Pochyliłem się i cmoknąłem go.
 - Gapił się na moje siniaki. – Uśmiechnąłem się.
Pokręcił głową. Wstał i poszedł pierwszy do garażu. Podążyłem za nim, starając się nie szczerzyć jak idiota na myśl, kogo zaraz spotkam. Wsiadłem do samochodu na miejscu z przodu od strony pasażera.
 - Powinieneś bardziej na siebie uważać – zerknął sugestywnie na moją rękę i odpalił silnik.
Odwrócił wzrok na wsteczne lusterka i wyjechał.
Prychnąłem. Nie ukrywam – zirytował mnie tym, nie zależnie, czy żartował, czy nie.
 - Och naprawdę? – spytałem z ironią wylewającą się z każdym słowem. – Lepiej żebym unikał niebezpieczeństwa?
Chyba nie domyślił się do czego zmierzam, bo tylko skinął głową skupiony na drodze.
 - W takim razie – ciągnąłem – powinienem się wyprowadzić.
 - CO?! – krzyknął i w ostatniej chwili skręcił w prawo.
Za nami zerwała się fala klaksonów. Wystawił rękę przepraszając.
 - Gdyby nie ty to bym nie miał tylu ran, obtarć, złamań. Widzę, jednak, że to nie wystarczy, bo jak tak dalej będziesz jeździć to dojdzie do jakiegoś wypadku! – zaśmiałem się.
Taka mała kara za to wcześniejsze.
Warknął coś pod nosem, ale nie skomentował tego. Dumny z siebie patrzyłem za okno wypatrując szpitala.
W końcu dostrzegłem budynek na horyzoncie, a na moją twarz znowu wpłynął uśmiech. Zaparkowaliśmy i poszliśmy w stronę wejścia. W środku zadowolony usiadłem na krześle, a ukochanego wysłałem, aby mnie zarejestrował.
Cieszyłem się jak głupi. Pozbywałem się tego ciężaru na lewej ręce, miałem spotkać Roberta, a na dodatek dogadałem Jackowi. Nagle przez myśl przeszła mi obawa, iż inny lekarz zajmie się tego dnia moim byłym złamaniem. Na szczęście obawy zostały rozwiane. Po chwili poszedłem z nim i moim chłopakiem do Sali zabiegowej. Oczywiście prawnik nie spuszczał uważnego wzroku z poczynań doktora. W końcu było po wszystkim.
 - Chyba cię nie pobił w najbliższym czasie – wyszeptał mi do ucha, co spotkało się z cichym prychnięciem adwokata.
Spojrzałem na niego z pobłażaniem i pokręciłem głową. Odwróciłem  wzrok na Roberta.
 - Nie, nie martw… tzn. pan nie musi się martwić. – Uśmiechnąłem się tak by drugi nie zauważył.
 - No dobrze. Proszę uważać na siebie – poklepał mnie po ramieniu.
 - Dziękujemy. – Ukochany podszedł bliżej. – To wszystko? – wyraźnie powstrzymywał się żeby niczego głupiego nie zrobić.
 - Tak. Proszę jeszcze tylko tu podpisać – podał mi kartę.
Gdy przystawiłem długopis do kartki zobaczyłem jeszcze jedną, mniejszą. Przyjrzałem się jej.

Zadzwonisz? :)

Nabazgrałem swoje nazwisko, a pod listem słowo tak.
 - Do widzenia!
Pożegnaliśmy się i z podenerwowanym Jackiem poszedłem do samochodu.
 - Wreszcie! – westchnął wsiadając za kierownicę. – Co on ci tam szeptał?
Nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem co. Patrzyłem za okno, tak naprawdę zastanawiając się co mu powiedzieć.
Prawdę? Nie… Skłamać? Ale jak?
Z tym problemem dojechałem do domu. Chciałem pójść jak najszybciej do pokoju i udawać,  że jest się sennym, ale ledwo przekroczyłem próg zostałem pchnięty na ścianę.
 - Co mówił? – wysyczał.
Stał bardzo blisko. Prawie stykaliśmy się nosami.
Milczałem.
Powtórzył, tym razem unosząc rękę do góry, w każdej chwili gotów uderzyć. 
 - Pytał, czy już mnie nie bijesz! – krzyknąłem i przerażony wyrwałem się.
Uciekłem do sypialni i zakopałem się pod kołdrą. Zrobiłem sobie tylko małą szparkę, aby móc oddychać. Ignorowałem fakt, iż było mi bardzo gorąco.
Usłyszałem otwieranie drzwi i czyjeś (wiadomo kogo) kroki. Materac w jednym miejscu wygiął się. Poczułem dłoń na mojej schowanej nodze. Po chwili zerwał moją tarczę.
 - Przepraszam. Wiesz jaki jestem zazdrosny.
 - Wiem – zerwałem się z łóżka i pobiegłem do łazienki.
Tam skulony przesiedziałem kilka godzin wysłuchując przeprosin i próśb, abym otworzył. Zastanawiałem się, czy tego nie zrobić, ale zaraz przypominałem sobie gniewne oczy i rękę wiszącą w powietrzu. Jednak najbardziej do mojej głowy wpadło jedno – był trzeźwy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz