Rozdział 7.
Dwa miesiące później…
Odszedłem od Jacka! Zamieszkałem ze
swoim nowym chłopakiem Miłoszem w małym domku z ogródkiem. Był szefem salonu
fryzjerskiego, w którym się zatrudniłem. Mamy psa Milkę, labradora. Żyłem jak
król! Kochał, dbał, opiekował się mną. Był czuły, zawsze mogłem na niego
liczyć. Lubiliśmy to samo, ale bez przesady, coś tam nas różniło, lecz to w
nawet najmniejszym stopniu nam nie przeszkadzało. Uważam, że to lepiej.
Ojciec (matka nie żyje, umarła na raka) pogodził się z moją orientacją. Czyż to
nie jest piękne? Jest!
Wierzycie w to? Tak? Naprawdę?
Jesteście tacy naiwni… Tatuś dalej nie chciał mnie znać. Cały czas tkwiłem w
tym chorym związku, co weekend bojąc się o swoje zdrowie i życie, a później
wystarczała chwila i wybaczałem mu wszystko. Nie poznałem wspaniałego Miłosza,
który jak królewicz na białym koniu zabrał mnie od tego potwora.
Potwora, ale kochałem go. A
przynajmniej tak myślałem lub wolałem myśleć.
To nie tak, że Jacek był jakiś
okropny. Nie! On się taki stawał tylko pod wpływem alkoholu… Tylko? Oj no
dobra, dobra. Czasami ponosiło ukochanego nawet jak był trzeźwy, ale nie
uderzył mnie, ani nie wyzywał…
Miałem czasami ochotę ryczeć nad
swoim życiem. Nie robiłem tego, bo nie chciałem dać mu tej satysfakcji
niezależnie, czy łzy zrobiłyby na nim jakiekolwiek wrażenie...
- O czym tak myślisz? – Przytulił mnie od
tyłu.
- Tobie. – Wysiliłem się na sztuczny uśmiech.
Nie wiem – naprawdę tego nie
dostrzegł, a może nie chciał…
- Dzisiaj będziemy mieć gości – oświadczył.
- Naprawdę? – spytałem mało entuzjastycznie.
Chciałem się zamknąć sam ze sobą w
ciemnym pokoju i nie wychodzić z niego.
Nie raz nachodziły mnie takie dni.
Depresja? Chyba nie…
- To mój znajomy z żoną. Bądź dla nich miły –
wyszeptał i cmoknął w kark.
Poszedł gdzieś. Czy to normalne, że brzydzę się głosu swojego chłopaka?
Skuliłem się. Miałem ochotę znowu
zadzwonić do Roberta, zapomnieć o wszystkim.
Tak, utrzymywaliśmy ze sobą kontakt.
Wiele razy kiedy miałem gorszy dzień wybierałem jego numer. Innych uspokajają
papierosy, alkohol, narkotyki, ćwiczenia. Czy
mogę powiedzieć, iż to jest moje małe
uzależnienie?
Koło 1530 Jacek
powiedział, żebym się jakoś ładnie ubrał i przygotował wszystko. Oczywiście wszystkim były przekąski i najbardziej
znienawidzony przeze mnie płyn. Drżącymi rękami położyłem go na stole, choć
najchętniej to bym wylał i… się zabił.
Myśli samobójcze? Coraz lepiej z tobą Alek, coraz lepiej…
Ubrałem się w ciemną koszulę.
Idealnie odzwierciedlała mój nastrój i przy okazji zakrywała ciemnofioletowe
ślady na całym (poza twarzą) ciele. Tego samego koloru były spodnie.
Zadzwonił dzwonek. Ukochany powiedział żebym
otworzył, a on zaraz przyjdzie. Nałożyłem swój sztuczny uśmiech na twarz i
otworzyłem drzwi.
- Dzień dobry! – zobaczyłem już siwiejącego
faceta w szarym garniturze. Obok niego stała tleniona blondynka, choć na moje
oko nie była młodsza o więcej niż dziesięć lat. – Jestem Jerzy Kowalik, a to
moja żona Weronika – wskazał na kobietę obok.
- Miło mi. – Wpuściłem ich do środka. – Nazywam się
Aleksander Mazur.
Poszliśmy do salonu i usiedliśmy na
kanapie. Zaraz dołączył do nas Jacek.
- Cześć! – Uściskał przyjaciół.
- No wreszcie! Już myślałem, że nie
przyjdziesz. Chociaż towarzystwo mieliśmy bardzo dobre. – Uśmiechnął się do mnie
staruszek.
- Cieszę się… - Adwokat przyjrzał mi się uważnie.
Nie zwracałem uwagi na to co mówili.
Siedziałem na końcu kanapy i starałem się utrzymywać kąciki ust w górze nie zależnie od tego, iż miałem ochotę
ryczeć.
- W porządku? – nachyliła się blondynka do
mnie.
Nie przytomnym wzrokiem spojrzałem na
nią. Zastanawiałem się o co jej chodzi. Po chwili kiwnąłem głową i powróciłem
do obserwowania jak kolejne kieliszki wina znikają w zastraszającym tempie.
- Na pewno? – zmartwiła się.
Naprawdę wyglądam tak strasznie?
- Po prostu nie lubię jak pije – powiedziałem zgodnie
z prawdą.
- Ja też nie przepadam. – Uśmiechnęła się życzliwie. – Powiedz mu to.
- Myśli pani, że tego nie robiłem. – Westchnąłem. – Od lat bez zmian.
Nic nie odpowiedziała jedynie uścisnęła
moja rękę. Byłem jej wdzięczny za to. Drobny gest, ale może kogoś pocieszyć.
- A co pani by zrobiła na moim miejscu?
- Przestań, bo czuję się stara! – zaśmiała się.
- Dobrze.
- Użyła jakiegoś środka perswazji. Nie znam
tak dobrze Jacka – powiedział to w taki sposób jakby wiedziała, że nie chodzi
mi tylko o to.
Kiwnąłem głową.
Na tym nasza rozmowa się zakończyła.
Tzn. ona coś jeszcze mówiła, lecz ja nic nie pamiętam z tego. Myślałem, że
zaraz zemdleję. Zaczęło mi się kręcić w głowie więc przeprosiłem ich i
poszedłem do sypialni.
- Pomogę ci. – Chwyciła mnie za rękę i poszła
ze mną, uprzednio obrzucając mojego chłopaka krytykującym spojrzeniem.
Nie miałem siły się jej sprzeciwiać.
Położyłem się na łóżku, a ona siedziała obok i głaskała mnie po głowie. Było
tak przyjemnie ciemno. Cicho coś nuciła i dzięki temu szybko zasnąłem. Chyba coś
jeszcze wspominała, że Jacek powinien lepiej o mnie dbać, ale nie jestem pewny.
Ostatnie co zapamiętałem to delikatny całus w policzek i wyrównujący się
materac jakby wstała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz