Rozdział 13.
Półtora tygodnia później…
- Wyjdź! – Zatrzasnął drzwi przed nosem mojego
byłego chłopaka drzwi.
Znowu przyszedł. Zastanawiałem się kiedy
to się skończy. Tyle dni, tygodni, a on nie odpuszcza.
Robert podszedł do mnie z butelką
wina. Zmierzyłem go podejrzliwym wzrokiem.
- Dzisiaj dostałem podwyżkę i chciałem z Tobą to
uczcić, ale chyba lepiej przełożyć to na później – westchnął.
- Przepraszam za niego. - Opuściłem wzrok.
- To nie twoja wina. – Usiadł obok obejmując ramieniem.
- Jasne… A co to tego – wskazałem na alkohol –
to możemy się napić. Przecież nie będzie nam niszczył wieczora, tylko trochę! –
zaznaczyłem. Aż tak mu nie ufałem, bo nie widziałem go pianego i szczerze
mówiąc nie chciałem.
- Oczywiście! – Uśmiechnął się. – Jesteś pewny?
- Ta… Gdzie trzymasz kieliszki? – Wstałem i
poszedłem do kuchni.
- Prawa ściana… Górna półka… Tam przy kubkach –
poinstruował mnie.
Odnalazłem ową szafkę.
- Jest! – powiedziałem i wróciłem do
przyjaciela.
Usiadłem obok na sofie i nalałem nam
czerwony płyn.
- Za co? – spytał.
- Za pracę – wznieśliśmy toast.
Razem rozmawialiśmy, żartowaliśmy.
Było zwyczajnie. Z ulgą to przyjąłem.
- Robert… Albo nie ważne – rozmyśliłem się. Trochę
głupio mi było o to prosić.
- Co jest? Przecież cię nie wyśmieję – upił kolejny
łyk – Alek.
- Pomyślałem, czy mógłbyś trochę mnie pomasować,
ale zapomnij. – Opuściłem wzrok.
- Eh… O to chodzi? Serio? Nie wstydź się. – Przysunął się. – Odwróć się.
Zerknąłem na niego. Zobaczyłem tylko
życzliwy uśmiech.
Faktycznie, chyba trochę przesadzam…
Spełniłem jego prośbę i poczułem na
sobie jego dłonie. Tak… zdecydowanie tego mi było trzeba. Przymknąłem oczy, a kąciki
moich ust powędrowały do góry. Upiłem jeszcze jeden łyk i zawiedziony zdałem
sobie sprawę, że przestał. Uchyliłem powieki i zaskoczony zauważyłem, iż kuca
przede mną.
- Co jest? – spytałem.
Pogłaskał mnie po policzku delikatnie,
patrząc głęboko w oczy. Przełknąłem ślinę. Nie wiedziałem co o tym myśleć.
Przysunął się i musnął moje usta. Byłem w takim szoku, że nie rozumiałem co się
dzieje. Niezrażony znowu pocałował mnie.
To było przyjemne, delikatne, nie tak
jak z Jackiem. Nie przeszkadzał mi smak alkoholu i pewnie przestałbym być
bierny, gdyby w moim mózgu nie zapaliła się czerwona lampka.
Szybko wstałem przewracając przyjaciela.
Uciekłem do sypialni i oparłem się o drzwi. Serce waliło mi jak szalone. Usiadłem
na podłodze i zasłoniłem twarz dłońmi. Łzy zaczęły przypływać, ale odgoniłem
je. Niestety pierwszy raz od dawna przez kogoś płakałem, gdyż jednej udało się
uciec i spłynąć mokrą ścieżką po policzku i kończąc trasę za kołnierzem.
Dlaczego tak się zachowałem? Bo
przypomniała mi się definicja miłości Jacka. Bałem się, że Robert wyznaje
podobną. Trudno mi uwierzyć, żeby mnie uderzył, ale niektórym pożądanie równa się
ze słowami kocham cię.
Zaufałem mu! Bardzo go lubiłem, a on
zrobił coś takiego.
- Alek… - Usłyszałem pukanie do sypialni. –
Przepraszam…
Aż za bardzo to wszystko przypominało
mi chwile przed zaledwie miesiąca. Przestraszony, że będzie tak samo
wyciągnąłem walizkę i zacząłem się pakować.
- Przykro ci, nie chciałeś, to przez alkohol,
nie mogłeś się powstrzymać?! Skąd ja to znam?!
Może powinienem oblać twarz kwasem? Wtedy nie byłoby tego wszystkiego? Zazdrosnego Jacka i twojego zachowania? Ja tylko chciałem… – w ostatniej chwili się powstrzymałem od powiedzenia być kochanym.
Może powinienem oblać twarz kwasem? Wtedy nie byłoby tego wszystkiego? Zazdrosnego Jacka i twojego zachowania? Ja tylko chciałem… – w ostatniej chwili się powstrzymałem od powiedzenia być kochanym.
- Nie usprawiedliwiam się, bo nie ma wytłumaczenia
na moje zachowanie… Mogę wejść?
Coś w sercu mi drgnęło, lecz zaraz
pomyślałem, że on wyznaje inny sposób przepraszania.
- Przecież nie są zamknięte na klucz!
- Wiem, ale może nie chcesz teraz mnie widzieć…
To jak?
- Wejdź – powiedziałem zasuwając bagaż.
Stanął w pokoju z szeroko otwartymi
oczami.
- Co… Co ty robisz…?
- Nie widzisz? – Wyciągnąłem torbę i zacząłem
tam chować inne swoje rzeczy.
- Błagam, nie rób tego! Zrobię wszystko, abyś
mi wybaczył! Nigdy więcej cie nie pocałuje i spełnię każdą twoją prośbę tylko
nie odchodź. – Padł na kolana.
Zaskoczył mnie. Już chciałem klęknąć
przed nim i go przytulić, ale się powstrzymałem.
- Jasne, a później co? Dziesięć lat byłem
przepraszany i później było tak samo! Pierwszy raz na mnie nakrzyczał po dwóch
miesiącach; z czasem zaczął bić. Tylko wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze?
Wtedy wiedziałem kiedy go unikać i jaki jest, a ty? Ufałem ci!
Wyminąłem go i poszedłem po resztę
swoich rzeczy. Podążył za mną z mina zbitego psiaka.
- Jeśli nie wyobrażasz sobie mieszkać tutaj to
chociaż obiecaj mi coś: nie idź do niego.
- Pod most mam się przeprowadzić?!
Spakowałem się i zacząłem zakładać buty.
- Alek! Nie możesz tam wrócić!
- Bo?! – Wyjąłem klucze i podałem mu.
- Odejdziesz na dobre kiedy prawie cię
zabije?!
Otworzyłem szeroko oczy. Szybko wziąłem
bagaż i otworzyłem drzwi.
- Nie chciałem tego powiedzieć! To nie tak! –
krzyczał za mną, kiedy wychodziłem. – Proszę!
Nie słuchałem go. Chciałem wrócić,
ale bałem się. Zadzwoniłem po taksówkę i z trudem podałem adres. Zastanawiałem się
jak zareaguje, gdy przyjdę do niego.
Mimo wszystko zacząłem mieć
wątpliwości, czy nie przesadziłem, ale już zapłaciłem kierowcy i stałem przed
drzwiami. Zacisnąłem oczy i niepewnie zadzwoniłem dzwonkiem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz