sobota, 29 sierpnia 2015

Przywiązanie - Rozdział 14.

Rozdział 14.
Zacisnąłem oczy i niepewnie zadzwoniłem dzwonkiem…
Nic.
Światła paliły się, więc był w środku. Ponowiłem próbę, ale dalej zero reakcji. Nacisnąłem klamkę. Otwarte. Wszedłem rozglądając się.
Czy się bałem? Tak. Dlaczego wróciłem? Nie wiem.
Usłyszałem jakiś krzyk z sypialni więc tam się udałem. Smuga światła wpadała na korytarz przez szparę w drzwiach. Zajrzałem do środka gotów w każdej chwili uciekać. Jednak to co zobaczyłem odebrało mi zdolność poruszania się, a nawet oddychania. Jacek klęczał nagi na łóżku szybko poruszając biodrami, natomiast tyłem do niego był jakiś blondyn z kolorowymi pasemkami. Jęczał głośno i po chwili doszedł wraz z adwokatem, który opadł na, prawdopodobnie, młodszego. Tamten odwrócił się i zobaczył mnie. W tamtym momencie odzyskałem władzę w nogach i jak najszybciej zbiegłem po schodach na dół. Usiadłem na podłodze i podwinąłem nogi pod brodę.
To jakiś żart?! Chce żebym wrócił, a sam zadowala się jakimś dzieciakiem? (na moje oko nie miał więcej jak 20 lat)
Po chwili poczułem na ramieniu czyjąś rękę. Chciałem żeby należała ona do Jacka, ale była za drobna. Uniosłem twarz napotykając tą należącą do blondyna.
 - Dobrze się czujesz? – Uśmiechnął się życzliwie.
 - Kim jesteś? – z trudem spytałem.
 - Damian – wyciągnął dłoń.
 - Aleksander – uścisnąłem ją.
 - Tamten facet mnie wynajął… rozumiesz co mam na myśli? – Kiwnąłem głową. – Kim on jest dla ciebie? – Usiadł obok.
Oparłem głowę o jego ramię i westchnąłem.
 - Byłym. Chciał żebym do niego wrócił, a jak w końcu się zdecydowałem to zastałem TO.
 - Uciekaj.
Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem.
 - Znam ten typ ludzi. Uderzył cię kiedyś? Nie wyglądasz na takiego, który umiałby się obronić – zilustrował mnie uważnie. – Pośpiesz się póki jest w łazience.
Wstał i dopiero wtedy zauważyłem, że jest w samych bokserkach. Wyciągnął do mnie rękę i pomógł wstać.
 - Dobrze ci radzę – powiedział na odchodnym i skierował się na górę, pewnie po swoje rzeczy.
 - Nie ty jedyny – powiedziałem bardziej do siebie, niż jego.
Oparłem się o ścianę i spojrzałem na bagaż. Wystarczyło tylko cicho wyjść, zanim przyjdzie Jacek i… i mój plan poszedł w zapomnienie, kiedy pojawił się prawnik. Podszedł i oparł się jedna ręką o ścianę obok, a drugą unosząc moją twarz za podbródek.
 - Jednak  wróciłeś.
Odwróciłem wzrok i na tyle na ile pozwalała mi dłoń starszego, kiwnąłem głową.
 - Jesteś zły? – Przysunął się bliżej. – Zrozum, jestem jeszcze młody i taki długi celibat mi nie służy. Zresztą to tylko męska dziwka, nic więcej. Rozumiesz? – Musnął moje usta swoimi, by później bardziej zachłannie pogłębić pocałunek.
Od tak intensywnego doznania nogi prawie się pode mną ugięły. Ulokowałem swoje ręce na jego szyi nie pozostając biernym.
Uchyliłem powieki i zobaczyłem Damiana opartego o framugę drzwi ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, kiwającego głową. Westchnął i poszedł w stronę wyjścia.
 - Alek? – spytał wymownie zerkają na walizkę.
Mój znowu chłopak odsunął się i zmierzył morderczym wzrokiem blondyna.
 - Eh… Pamiętaj co ci powiedziałem. – Wyraźnie niezadowolony wyszedł.
 - O co chodzi? – Jacek patrzył na mnie wzrokiem jakbym zrobił coś złego.
 - Że jak coś to mogę do niego dzwonić, mi policzy o połowę taniej – warknąłem. – O co ty mnie znowu podejrzewasz?! A może faktycznie powinienem wrócić do mieszkania u Roberta albo chociaż do hotelu…? – zacząłem się zastanawiać na głos.
W ostatniej chwili powstrzymał się od wymierzenia mi policzka.
 - Uważaj na to co mówisz – syknął.
Postanowiłem trochę poudawać…
 - Skoro dalej masz zamiar mnie bić - podszedłem w stronę bagaży – to faktycznie nic tu po…
Przerwał mi ucisk na ramieniu. Odwróciłem się, a starszy znowu połączył nasze usta w pocałunku. Resztką wolnej woli nie oddawałem go. Niezadowolony odsunął się.
 - To nie tak – pogłaskał mnie po policzku – Wiesz, że jestem zazdrosny. Kocham cię.
Kocham cie. Dwa słowa, które dają innym nadzieję, radość. Oznaczają miłość. Prawda? NIE! To są dwa słowa, które oznaczają pożądanie, kłamstwo, dają ból tym, którzy wierzą w poprzednią definicję tego zdania. 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Przywiązanie - Rozdział 13.



Rozdział 13.
Półtora tygodnia później…
 - Wyjdź! – Zatrzasnął drzwi przed nosem mojego byłego chłopaka drzwi.
Znowu przyszedł. Zastanawiałem się kiedy to się skończy. Tyle dni, tygodni, a on nie odpuszcza.
Robert podszedł do mnie z butelką wina. Zmierzyłem go podejrzliwym wzrokiem.
 - Dzisiaj dostałem podwyżkę i chciałem z Tobą to uczcić, ale chyba lepiej przełożyć to na później – westchnął.
 - Przepraszam za niego. - Opuściłem wzrok.
 - To nie twoja wina. – Usiadł obok obejmując ramieniem.
 - Jasne… A co to tego – wskazałem na alkohol – to możemy się napić. Przecież nie będzie nam niszczył wieczora, tylko trochę! – zaznaczyłem. Aż tak mu nie ufałem, bo nie widziałem go pianego i szczerze mówiąc nie chciałem.
 - Oczywiście! – Uśmiechnął się. – Jesteś pewny?
 - Ta… Gdzie trzymasz kieliszki? – Wstałem i poszedłem do kuchni.
 - Prawa ściana… Górna półka… Tam przy kubkach – poinstruował mnie.
Odnalazłem ową szafkę.
 - Jest! – powiedziałem i wróciłem do przyjaciela.
Usiadłem obok na sofie i nalałem nam czerwony płyn.
 - Za co? – spytał.
 - Za pracę – wznieśliśmy toast.
Razem rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Było zwyczajnie. Z ulgą to przyjąłem.
 - Robert… Albo nie ważne – rozmyśliłem się. Trochę głupio mi było o to prosić.
 - Co jest? Przecież cię nie wyśmieję – upił kolejny łyk – Alek.
 - Pomyślałem, czy mógłbyś trochę mnie pomasować, ale zapomnij. – Opuściłem wzrok.
 - Eh… O to chodzi? Serio? Nie wstydź się. – Przysunął się. – Odwróć się.
Zerknąłem na niego. Zobaczyłem tylko życzliwy uśmiech.
Faktycznie, chyba trochę przesadzam…
Spełniłem jego prośbę i poczułem na sobie jego dłonie. Tak… zdecydowanie tego mi było trzeba. Przymknąłem oczy, a kąciki moich ust powędrowały do góry. Upiłem jeszcze jeden łyk i zawiedziony zdałem sobie sprawę, że przestał. Uchyliłem powieki i zaskoczony zauważyłem, iż kuca przede mną.
 - Co jest? – spytałem.
Pogłaskał mnie po policzku delikatnie, patrząc głęboko w oczy. Przełknąłem ślinę. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Przysunął się i musnął moje usta. Byłem w takim szoku, że nie rozumiałem co się dzieje. Niezrażony znowu pocałował mnie.
To było przyjemne, delikatne, nie tak jak z Jackiem. Nie przeszkadzał mi smak alkoholu i pewnie przestałbym być bierny, gdyby w moim mózgu nie zapaliła się czerwona lampka.  
Szybko wstałem przewracając przyjaciela. Uciekłem do sypialni i oparłem się o drzwi. Serce waliło mi jak szalone. Usiadłem na podłodze i zasłoniłem twarz dłońmi. Łzy zaczęły przypływać, ale odgoniłem je. Niestety pierwszy raz od dawna przez kogoś płakałem, gdyż jednej udało się uciec i spłynąć mokrą ścieżką po policzku i kończąc trasę za kołnierzem.
Dlaczego tak się zachowałem? Bo przypomniała mi się definicja miłości Jacka. Bałem się, że Robert wyznaje podobną. Trudno mi uwierzyć, żeby mnie uderzył, ale niektórym pożądanie równa się ze słowami kocham cię.
Zaufałem mu! Bardzo go lubiłem, a on zrobił coś takiego.
 - Alek… - Usłyszałem pukanie do sypialni. – Przepraszam…
Aż za bardzo to wszystko przypominało mi chwile przed zaledwie miesiąca. Przestraszony, że będzie tak samo wyciągnąłem walizkę i zacząłem się pakować.
 - Przykro ci, nie chciałeś, to przez alkohol, nie mogłeś się powstrzymać?! Skąd ja to znam?! 
Może powinienem oblać twarz kwasem? Wtedy nie byłoby tego wszystkiego? Zazdrosnego Jacka i twojego zachowania? Ja tylko chciałem… – w ostatniej chwili się powstrzymałem od powiedzenia być kochanym.
 - Nie usprawiedliwiam się, bo nie ma wytłumaczenia na moje zachowanie… Mogę wejść?
Coś w sercu mi drgnęło, lecz zaraz pomyślałem, że on wyznaje inny sposób przepraszania.
 - Przecież nie są zamknięte na klucz!
 - Wiem, ale może nie chcesz teraz mnie widzieć… To jak?
 - Wejdź – powiedziałem zasuwając bagaż.
Stanął w pokoju z szeroko otwartymi oczami.
 - Co… Co ty robisz…?
 - Nie widzisz? – Wyciągnąłem torbę i zacząłem tam chować inne swoje rzeczy.
 - Błagam, nie rób tego! Zrobię wszystko, abyś mi wybaczył! Nigdy więcej cie nie pocałuje i spełnię każdą twoją prośbę tylko nie odchodź. – Padł na kolana.
Zaskoczył mnie. Już chciałem klęknąć przed nim i go przytulić, ale się powstrzymałem.
 - Jasne, a później co? Dziesięć lat byłem przepraszany i później było tak samo! Pierwszy raz na mnie nakrzyczał po dwóch miesiącach; z czasem zaczął bić. Tylko wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? Wtedy wiedziałem kiedy go unikać i jaki jest, a ty? Ufałem ci!
Wyminąłem go i poszedłem po resztę swoich rzeczy. Podążył za mną z mina zbitego psiaka.
 - Jeśli nie wyobrażasz sobie mieszkać tutaj to chociaż obiecaj mi coś: nie idź do niego.
 - Pod most mam się przeprowadzić?!
Spakowałem się i zacząłem zakładać buty.
 - Alek! Nie możesz tam wrócić!
 - Bo?! – Wyjąłem klucze i podałem mu.
 - Odejdziesz na dobre kiedy prawie cię zabije?!
Otworzyłem szeroko oczy. Szybko wziąłem bagaż i otworzyłem drzwi.
 - Nie chciałem tego powiedzieć! To nie tak! – krzyczał za mną, kiedy wychodziłem. – Proszę!
Nie słuchałem go. Chciałem wrócić, ale bałem się. Zadzwoniłem po taksówkę i z trudem podałem adres. Zastanawiałem się jak zareaguje, gdy przyjdę do niego.
Mimo wszystko zacząłem mieć wątpliwości, czy nie przesadziłem, ale już zapłaciłem kierowcy i stałem przed drzwiami. Zacisnąłem oczy i niepewnie zadzwoniłem dzwonkiem…

środa, 26 sierpnia 2015

Przywiązanie - Rozdział 12.



Rozdział 12.
Tydzień później…
Zdanie sprzed tygodnia nie dawało mi spokoju. O niczym innym nie myślałem. Jego zachowanie nie wskazywało na nic takiego. Nie wiedziałem co o tym sądzić. Czasami wmawiałem sobie, że tylko sobie to wyobraziłem, ale gdzieś w głębi mózgu coś mi mówiło, iż dobrze słyszałem. W końcu wpadłem na pomysł, aby się przekonać. Z jednej strony to on wcale nie musiał być  homo, ani Bi.
Słowa kocham cie na dobre zagościły w moim umyśle i postanowiłem przekonać się za wszelką cenę, co on do mnie czuje. Był jednak jeden problem – jak? Przecież nie mogłem podejść do niego i spytać: Cześć! Tak się zastanawiam… czy ty tydzień temu wyznałeś mi miłość? … Dobra, mogłem, ale nie miałem zamiaru czegoś takiego robić. Poza tym jak miałem zareagować, gdyby powiedział tak.
Po czasie rozmyślań doszedłem do wniosku, że później będę sobie zaprzątać głowę drugim problemem, a jak najszybciej trzeba zająć się pierwszym.
Z drugiej strony… nagle naszła mnie myśl, że to wyszło mi na dobre – nie zwracałem uwagi na Jacka, który pojawił się jeszcze dwa razy.
Przeglądałem sobie jego kolekcję płyt DVD i nawiedził mnie pomysł.
 - Robert! – krzyknąłem z salonu.
 - Co? – Wszedł wycierając włosy ręcznikiem.
 - Lubisz filmy romantyczne?
 - Tak. Są tam też horrory i obyczajowe, a co?
 - Może byśmy sobie jakiś obejrzeli dzisiaj? – Zacząłem oglądać jakieś opakowanie.
 - Czemu nie? – Wzruszył ramionami i przewiesił sobie przez szyję materiał. – Chyba jeszcze mam kukurydzę, to zrobimy popcorn i zrobimy sobie seans.
 - Zgoda! – Wyszczerzyłem się.
Po godzinie wszystko było gotowe. To znaczy czerwona miska pełna przekąski, butelka coli i dwa kubki; jeden zielony w czarne groszki, a drugi niebieski z brązowym misiem. Rozsiedliśmy się na sofie przed telewizorem i puściliśmy pierwszy film.
Był o jakiejś parze, która nie mogła być razem, bo ich rodziny były skłócone. Od razu na myśl przyszło mi Romeo i Julia.
Pod koniec udawałem, że chce mi się spać i oparłem się o jego ramię. Przymknąłem oczy, lecz po chwili zerknąłem na niego i zauważyłem jak się uśmiecha. Nie minęło pięć minut, a zjechałem głową na klatkę piersiową. Serce mocno mu waliło, natomiast mi zaczęło robić się gorąco i bynajmniej nie chodziło o temperaturę na dworze, ani w mieszkaniu.
Niewiele później pojawiły się napisy końcowe. Poczułem na policzku jego dłoń. Przejechał kciukiem po mojej dolnej wardze i zaraz zabrał rękę.
 - Śpisz? – wyszeptał, a mnie przeszedł dreszcz.
 - Mm… - udawałem, że się budzę. – Przepraszam. – Przetarłem oczy i odskoczyłem, gdy zrozumiałem, jak nisko była moja twarz. – Sorry. – Podrapałem się po karku zdenerwowany.
 - Ha, ha, ha! Nie ma sprawy. To co teraz? – Wstał i podszedł do płyt odłożonych na dziś.
 - Co chcesz. – Naprawdę było mi głupio.
 - To… pierwsze z brzegu. – Włożył do odtwarzacza.
Usiadł obok i za pomocą pilota włączył. Poczułem na sobie jego wzrok.
 - Nic się nie stało. – Uścisnął mi dłoń.
Kiwnąłem głową. Nie byłem przekonany, ale cóż miałem zrobić. Pewnie ubzdurałem sobie to, ale nic nie mogłem poradzić.
Postanowiłem skupić się na filmie. Tym razem komedii romantycznej. Jakaś kobieta wykorzystywała dwóch facetów, czy coś. Była nawet zabawna, ale trudna do zrozumienia.
 - Biedny Ben – po chwili usłyszałem Roberta. – Jak można tak bawić się czyimiś uczuciami.
 - Ta… - Miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Dlaczego? To proste – ja właśnie po części się tak zachowywałem! Przecież jeśli on naprawdę się we mnie zakochał to mogłem złamać mu serce gdybym wcielił w życie swój plan do końca!
Głupek, głupek, głupek!
 - Coś nie tak? – zainteresował się.
 - Nie… - skłamałem. – Zamyśliłem się.
 - Znowu – zauważył, ale nie wyglądało to jakby miał jakieś pretensje.
 - Cóż… Dlaczego ona ucieka? – postanowiłem zmienić temat.
 - Nie jestem pewny… - Oboje zaczęliśmy się śmiać. Widać nie byłem odosobniony w powolnym przyswajaniu tego dzieła. - Ale wydaje mi się, że zobaczyła Michaela rozmawiającego z Benem i nie chciała żeby ją zobaczyli, bo by się wydało…? NIE WIEM! – Wyrzucił ręce do góry w geście poddania się.
 - Ha, ha, ha! Nie przejmuj się – trzymaliśmy obaj bolące brzuchy – to nie jest łatwa komedia. Zabawna, ale nie łatwa.
 - Oj tak – przyznał mi rację.
Później skupiliśmy się na telewizorze próbując coś zrozumieć. Nawet przestałem myśleć przez chwilę o tym, że Robert mnie KOCHA! 

Przywiązanie - Rozdział 11.



Rozdział 11.
Dwa tygodnie później…
Przez ten czas Jacek przyszedł jeszcze kilka razy. Skąd wiedział gdzie mieszkam? Nie wiem, może się domyślił.
Ja z nudów zacząłem szukać pracy. Mój były byłby wściekły, ale Robert popierał mnie choć nie musiałem, bo jako lekarz dobrze zarabiał. Niestety w większości salonów nie potrzebowali innych fryzjerów. Niepocieszony co jakiś czas powiększałem zakres poszukiwań, lecz nie chciałem daleko od domu… Zacząłem traktować mieszkanie przyjaciela jakbym miał tam mieszkać na zawsze. Było fajnie, nawet bardzo, ale nie chciałem się narzucać, niezależnie od tego, że on mówił coś innego.
Byłem sam, nudziło mi się więc postanowiłem pójść do parku. Rozsiadłem się na ławce z książką pożyczoną od Roberta. Włączyłem sobie muzykę w słuchawkach i zaciekawiony nową lekturą zacząłem ja czytać. Miał dobry gust. Na chwilkę oderwałem wzrok od kartek i przyglądałem się otoczeniu. Zaintrygował mnie brązowy piesek, prawie na pewno jamnik. Biegał za czerwoną piłeczką rzucaną przez rudowłosa dziewczynkę. Skupiłem się na nim i za późno dostrzegłem… Jacka. Szedł w moja stronę. Szybko wstałem, ale zaraz stanął obok i pchnął z powrotem na ławkę. Poruszał ustami coś mówiąc. Wyciągnąłem rękę, aby zdjąć słuchawki, lecz uprzedził mnie i prawie zerwał je.
 - Ładnie to tak unikać swojego chłopaka? – wysyczał nachylając się bliżej.
 - N-nie jesteś…
 - Myślisz, że tak po prostu pozwolę ci odejść? – wtrącił się. – Chodziliśmy ze sobą dziesięć lat, a ty niczego się nie nauczyłeś? Możesz jeszcze wrócić dobrowolnie póki twojemu kochasiowi nic się nie stało.
Otworzyłem szeroko oczy. Przełknąłem gulę rosnącą w gardle.
 - Grozisz mi…?
 - Ostrzegam. – Uśmiechnął się. Nie było w tym nic miłego, jak u Roberta.
 - To nie jest mój kochaś – zmusiłem się do powiedzenia czegoś.
 - Jeszcze cie nie przeleciał? No co tak wybałuszasz gały? Myślisz, że będziesz u niego mieszkać za darmo? Takiemu – przejechał palcem po moim policzku, ale zaraz go strzepnąłem – przystojnemu?
 - Nie wrócę do ciebie.
 - Zobaczymy. Jeszcze będziesz na kolanach błagał, abym cię przyjął, jak mu się znudzisz.
 - P-przestań. – Wstałem szybko starając się ukryć zdenerwowanie, choć ani trochę mi to nie wychodziło.
 - Naiwny – westchnął. – Nie poddam się, pamiętaj. Jak nie będą działać słowa to ja mam inne sposoby. Myślisz, że jakim cudem jestem w tak młodym wieku tak cenionym prawnikiem? – Jego pewny siebie uśmiech nie schodził mu z twarzy. Miałem ochotę pozbyć się go za pomocą pięści, ale zabrakło mi odwagi, przypominając sobie co się stało poprzednim razem, gdy próbowałem coś mu zrobić i to za jego zgodą (nie ważne, że wtedy był trzeźwy, a później piany).
Wziąłem telefon, książkę i nie zważając na wypadającą zakładkę, prawie biegłem jak najdalej. Obejrzałem się i nie widząc go,  skręciłem w prawo. Trochę wolniej udałem się do mieszkania. Rzuciłem wszystko w kąt i swoje kroki skierowałem do sypialni. Mogłem położyć się na swojej kanapie, ale w tamtym momencie łóżko wydawało mi się przyjemniejszą alternatywą. Zwinąłem się w kłębek i ignorując porę roku, zakopałem się pod kołdrę. Zawsze tak robiłem, gdy chciałem się odgrodzić od świata, który tylko kłamał udając taki idealny. Zasnąłem.
Obudził mnie Robert. Przetarłem zaspane oczy i spojrzałem na jego zmartwioną twarz.
 - Wszystko dobrze? – nie dał mi dojść do słowa.
 - Tak… To znaczy nie – zaraz przypomniałem sobie spotkanie. – nie powinieneś być w szpitalu?
 - Przecież już skończyłem pracę na ten dzień.
 - Ile ja spałem? – zapytałem bardziej siebie, niż jego.
 - Nie wiem, ale co się stało? Twoje buty zostały wraz z książką i telefonem rzucone pod drzwi. Prawie się potknąłem o nie, a słuchawki w magiczny sposób oplotły moje nogi. To tego powiedziałeś, że coś jest nie tak?
Kiwnąłem głową. Ziewnąłem i usiadłem naprzeciwko przyjaciela. Dopiero wtedy poczułem jak gorąco było mi pod taką warstwą w trzydziestostopniowym upale.
 - Widziałem się z Jackiem.
 - CO? Jak to? Gdzie? Dlaczego? – zasypał mnie milionem pytań.
 - Powoli, powoli. – Podniosłem dłoń w geście uspokojenia.– Postanowiłem wyjść do parku poczytać książkę, swoją drogą fajne masz, ale tu nie o tym. Zapatrzyłem się na jakiegoś psa i na początku nie dostrzegłem go. Nim się zorientowałem był już za blisko, dosiadł się. Mówił, że mam do niego wrócić, że mnie wykorzystasz i zostawisz, czy jakoś tak. W końcu wstałem i przybiegłem tu, zostawiłem swoje rzeczy gdzieś i postanowiłem się schować pod kołdrą przed… nie wiem czym, taki odruch. Później zasnąłem, przyszedłeś ty, no i w ten oto sposób dotarliśmy do momentu twojej opowieści o moich śmiercionośnych słuchawkach i ja streściłem ci cały dzień od 1430.
 - A żebyś wiedział! To był na mnie zamach! Mały, czarny zabójca. Pewnie na zlecenie twojego ex – zaśmiał się, ale mi mina zrzedła, gdyż przypomniałem sobie słowa Jacka. Widząc to zaraz spoważniał – Powiedziałem coś nie tak?
 - Groził, że jak nie wrócę do niego to użyje innych środków i może coś ci się stać.  
Jego oczy powiększyły się kilkukrotnie. Ujął moją dłoń.
 - Pewnie nie ma dowodów, więc nie możemy iść z tym na policję, bo nic mu nie zrobią, wyprze się. - Kiwnąłem głową. – Nie bój się. Nic mi się nie stanie… Chwila, co ty tam mówiłeś? Stwierdził, że cię przelecę i wyrzucę? – Zapewne okryłem się rumieńcem. Nie rozumiałem swojego zachowania, wcześniej nie zareagowałbym tak. Miałem tyle lat, a czerwieniłem się jak nastolatka. – O to tym bardziej nie musisz się obawiać. – Przytulił mnie. – Kocham cię i jesteś ostatnią osobą, którą bym skrzywdził – wyszeptał.
Cały się spiąłem. Czy on właśnie wyznał mi miłość??? Może się przesłyszałem? Albo to chodziło o inny rodzaj, np. przyjaźń? Nie wiem co było bardziej zaskakujące. Czy słowa, czy sposób w jaki to powiedział – jakby to było coś błahego, oczywistego; chociażby, że niebo jest niebieskie.   
Odsunął się i wstał.
 - Idziemy coś zjeść? Dzisiaj przyjechał taki problemowy pacjent z rurką w nodze, który upierał się, że nie chce mieć operacji, choć jakoś musieliśmy się pozbyć tego żelastwa… - coś tam jeszcze mówił, ale nie słuchałem go, choć zawsze ciekawiły mnie jego opowieści o pacjentach. Moje myśli zakrzątało jedno, a mianowicie fakt, iż on zachowywał się tak jakby nic się nie stało.
Może na prawdę tylko sobie ubzdurałem te dwa słowa?