Rozdział 23.
Parę dni później…
Miałem zły dzień. Było mi słabo,
wszystko mnie bolało, wszyscy mnie denerwowali. Leżałem zakopany pod czymś co można
by nazywać kołdrą, na szpitalnym łóżku, płacząc cicho. Nawet zacząłem się modlić
do Boga o cud. Nie jestem zbyt religijny, ale naprawdę miałem dość. Jakby tego
było mało, to Adrian nie mógł przyjść, bo miał
coś bardzo ważnego do załatwienia. Mówił, że może uda mu się przyjść
jeszcze tego dnia, lecz zbliżał się wieczór, a jego wciąż nie było.
- Daniel? – usłyszałem głos Miłosza.
Wychyliłem trochę głowę spod kołdry
poprawiając czapkę.
- Czego? – spytałem niezbyt miło, ale nie
miałem humoru na uprzejmości. To w końcu mój przyjaciel, więc powinien zrozumieć.
- Przemyślałem to wszystko… Przepraszam. Nie powinienem
cię tak zostawiać. Po prostu się przestraszyłem… Wybacz.
No tak. Nie wspomniałem, że od
naszego pogodzenia się, nie rozmawialiśmy ze sobą.
- OK. Nie musiałeś przychodzić. Chociaż…
Jeżeli masz jakiś specyfik dzięki któremu poczuję się lepiej to zapraszam.
Odwrócił wzrok.
- Daniel…
- Co Daniel?!
Mam dość. – Czułem, że zaraz się rozkleję, ale w tamtym momencie miałem już wszystko
w dupie. – Nie mam nastroju do rozmów. Chcesz, możesz iść; chcesz, możesz zostać,
jednak nie odpowiadam za miłą atmosferę. Najlepiej to bym zasnął, lecz nie
mogę, nawet po tych pieprzonych tabletkach.
- Em… Nie przyzwyczaiłem się do takiego
ciebie. – Zaśmiał się, ale widząc mój brak reakcji, odchrząknął i poprawił się denerwowany
na krzesełku.
- Możesz się powoli przyzwyczajać do martwego
mnie. Ciekawe kiedy anioł śmierci postanowi w kocu przyjść. Nie uważasz, że
byłoby lepiej jakby to nastąpiło jak najszybciej?
- Nie! – Aż wstał, zdenerwowany. – Co ci się pomieszało
w głowie?! Wyzdrowiejesz!
- Wszyscy powtarzacie to samo – odparłem obojętnym
tonem. – Im szybciej się przyzwyczaicie do tej myśli tym łatwej wam będzie się z
tym pogodzić.
- Pierzysz.
- Nie jestem kucharzem – zmusiłem się na słaby
żart.
Pokręcił głową i wyszedł, na odchodne
grożąc, że tu jeszcze przyjdzie, choć pewnie tylko ja tak to potraktowałem.
Dostrzegłem pana Lazara idącego ze zmartwioną
miną, a za nim wlekącą się matkę.
- Daniel… Mam złą wiadomość. Twoi rodzice nie mogą
być dawcami. Zdarza się. Muszą się przebadać osoby z dalszej rodziny, ale nie
można, zgłasza w twoim stanie, wykluczyć przeszczepu od osoby niespokrewnionej.
Skinąłem dając do zrozumienia
lekarzowi, że zrozumiałem.
- Synku… - zaczęła mama, lecz jej przerwałem.
- Chcę zostać sam.
- Ale…
- Sam.
Doktorkowi udało się przekonać mamę, żeby
poszła jeszcze coś z nim omówić, a ja w końcu mogłem mieć chwilę spokoju.
Tylko, że ta samotność mi nie służyła. Mój wzrok skupił się na strzykawce
leżącej zaledwie kilka kroków dalej.
Podobno jak się wstrzyknie powietrze do żyły to się szybko umiera… A
gdyby tak… Tylko gdzie? Kibel? W sumie…
Wstałem i na chwiejnych nogach podszedłem
do półeczki, na której leżała. Ledwo ją wziąłem do ręki i ruszyłem w stronę
drzwi, pojawiła się pielęgniarka. Gruby, wysoki, straszny babsztyl.
- A gdzie to się wybieramy?
- Nie wiem gdzie, pani, ale ja do toalety… -
Nagle zakręciło mi się w głowie i musiałem złapać się jej ramienia.
- Uważaj! Przecież mogłeś powiedzieć to bym ci
pomogła. I odpiąłeś sobie wszystko! Siadaj – wskazała na wózek.
Posłusznie zrobiłem to co mi kazała,
a zaraz już byłem na miejscu. Nie wiedzieć czemu w szpitalnych toaletach czułem
się dziwnie klaustrofobicznie.
- Pomóc?
- Nie trzeba! – Uniosłem ręce jakbym się poddawał.
- Mam nadzieję…
I wyszła.
Na wszelki wypadek wszedłem do
kabiny, bo jeszcze by ktoś przyszedł, zawiadomił kogoś i by mnie odratowali.
Nie wiedziałem i nadal nie wiem jak to rzeczywiście działa, po jakim czasie się
upiera i tak dalej. Usiadłem na pokrywie do sedesu. Przez chwilę obracałem w
dłoni strzykawkę, przyglądając się jej uważnie.
Takie małe coś, a zaraz uwolni mnie od cierpienia…
Wyprostowałem ramię w łokciu,
napełniłem moje narzędzie do samobójstwa i przyłożyłem do odpowiedniego
miejsca. Wziąłem głęboki wdech. Przyglądałem się jeszcze przez chwilę mojej
chudej, białej ręce, przed wbiciem. Nagle rzuciła mi się w oczy granatowy
sznureczek z srebrnym T, na moim
nadgarstku. Prezent od pana Tulip, stąd zresztą ta literka. Przekonałem go, żeby
mi kupił, kiedy dostrzegłem tą bransoletkę na straganie, pewnego dnia. Nie musiałem
go długo prosić, a już zdobiła mi rękę.
Adrian…
Jeszcze raz zerknąłem na strzykawkę i
rzuciłem nią o drzwi kabiny, przeklinając swoja głupotę. Przecież nie mogłem
tego zrobić.
Co z moimi bliskimi? Jak mogłem być tak samolubny! Muszę walczyć, dla
nich, dla siebie.
Podniosłem ten kawałek plastiku i ostrożnie
wstałem. Cały czas osłabienie dawało mi się we znaki. Wytarłem łzy, które nie
wiedzieć kiedy napłynęły do moich oczu. Usiadłem na wózku i wyjechałem na
korytarz. Czekała tam na mnie zła pielęgniarka-potwór, która nie polepszała swojej
sytuacji, będąc osobą robiącą mi najczęściej zastrzyki.
- Dłużej się nie dało?
- Dało, dało, ale uznałem, że, pani, tak tu na
mnie sama czeka to się pośpieszę. – Ach, kochałem ja denerwować. Takie sprzeczności,
z jednej strony się jej trochę bałem, a z drugiej…
Nic nie odpowiedziała. Kiedy
zajechaliśmy na salę zobaczyłem doktora Lazara z… Adrianem!
- Cześć! Jednak przyszedłeś.
- Oczywiście. Przecież ci obiecałem…
- …że się postarasz – dokończyłem za niego.
Uśmiechnął się jedynie i pocałował
mnie. A ja chciałem zrezygnować z czegoś takiego, bo źle się poczułem. Jego
usta były moim prywatnym znieczuleniem.
- Szukaliśmy cię, bo stało się coś wspaniałego
– zaczął doktorek. – Znaleźliśmy dawcę. Nie wiem jakim cudem został pominięty,
niezauważony, ale mniejsza o to. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze to masz szanse
na całkowite wyzdrowienie, a takiej pewności, gdybyś wyzdrowiał dzięki chemii, byśmy
już nie mieli.
- Naprawdę…?
- Tak! – Wielki wyszczerz zagościł na twarzy
mojego ukochanego, upewniając mnie w tym.
Ledwo lekarz wyszedł, a ja
uświadomiłem sobie, że jeszcze chwilę temu miałem umrzeć. Nie mogłem
powstrzymać się i po prostu zacząłem płakać.
- Kochanie, co się stało? – Adrian przytulił
mnie.
- Wybacz.
- Zaczynam się martwić…
- No, bo dzisiaj miałem zły dzień… Czułem się okropnie
do tego doktor Lazar powiedział, iż moi rodzice nie mogą zostać dawcami dla
mnie… Straciłem nadzieję i chciałem umrzeć. – Czułem jak ciało ukochanego się napina,
ale nic nie mówił, czekał, aż będę kontynuował. – Prawie, że bym się zabił,
lecz uświadomiłem sobie, że nie mogę tego zrobić. Przecież mam was, a poza tym
miałbym się tak po prostu poddać? Wróciłem i widzę cię takiego szczęśliwego, jakby
tego było mało to masz dla mnie wiadomość o dawcy… Przepraszam.
- To ja przepraszam. Jakbym tu był… Ale naprawdę
nie mogłem. To było bardzo ważne.
No to mnie zaskoczył. Bałem się kolejnego
wybuchu, jak wtedy na zboczu, a tu coś takiego.
- To tylko i wyłącznie moja głupota.
Bardziej się do niego wtuliłem, by
zaraz zacząć się śmiać. Jak wcześniej ta sytuacja wydawała mi się tragiczna,
tak w tamtym momencie zaczęła się robić zabawnie absurdalna.
Na zmianę się śmiałem i płakałem, aż
w końcu zasnąłem uprzednio mówiąc:
- Kocham cię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz