One shot.
Leżałam z
książką w ręce na hamaku, czując, że zaraz zasnę.
- Wikusiu – usłyszałam głos dziadka i poczułam
delikatne szturchanie. – Nie śpij.
- Tak? – Zdjęłam okulary i spojrzałam na
staruszka.
- Idę na ryby, może przeszłabyś się ze mną? –
spytał z życzliwym uśmiechem.
- Jasne – ucieszyłam się.
Prawie co
weekend jeździłam do cioci, wujka, kuzynek Weroniki i Agaty oraz dziadka. Mimo
swoich siedemdziesięciu lat był kawalerem. Niektóre starsze wdowy, zwłaszcza pani
Kwiatkowska, interesowały się nim, zapraszały na herbatki, lecz cały czas nie
chciał się z nikim wiązać. Kiedyś myślałam, że z niego taki lekkoduch, ale to
do niego nie pasowało. Lubiłam spędzać z nim czas; czytaliśmy te same książki,
mieliśmy podobne poczucie humoru, jak miałam problem to wiedziałam, że możemy o
tym porozmawiać, często prosił mnie, żebym nauczyła go korzystać z nowoczesnej
technologii, czy puszczała mu najnowsze hity. Uwielbiał też jeździć na ryby,
ale nigdy ich nie zabijał; zawsze po złowieniu wypuszczał je z powrotem to
jeziora.
- To idziemy? Akurat twoja ciotka poszła z
mężem – powiedział to słowo jakby było dla niego czymś nowym. Tylko my
wiedzieliśmy o co chodzi. Otóż jego bratanica już trzy razy wychodziła za mąż.
Zachichotałam
cicho i ruszyłam za nim.
Dotarliśmy
na miejsce po piętnastu minutach marszu przez lasek. To było nieduże jeziorko,
a ulubione miejsce staruszka znajdowało się w zacisznym miejscu, trudnym do
zdobycia dla zbyt delikatnej osoby.
Na piaszczysty teren trzeba było się przedrzeć przez wysokie trawy, stopy
kaleczyły kamienie, a samo zbocze było dosyć strome, ale to nam nie
przeszkadzało. To również nas łączyło – lubiliśmy trudne trasy, wspinaczki,
itp.
Rozstawiliśmy
twa spore bloczki drewna, które znaleźliśmy kiedyś i później zawsze
zostawialiśmy w zaroślach, a jak przychodziliśmy to mieliśmy na czym usiąść.
Butelkę
wody położyłam do jeziora, żeby była zimna, uprzednio upewniając się, że na
pewno nie odpłynie.
Wędki z
przynętą zostały zarzucone. Pozostało nam tylko czekać.
- Dziadku – zagadałam po chwili. – Dlaczego
nie masz żony?
Musiałam w
końcu dostać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.
Przez
chwilę przyglądał mi się z dziwnym, smutnym wyrazem twarzy.
- Masz sześć…
- …naście – poprawiłam go.
- Racja. Sześćnaście lat – to był nas stały
żart, który mimo minionego czasu ciągle nas bawił. Większość osób nas nie
rozumiała, ale najważniejsze, że my tak. – Więc jesteś już duża i chyba mogę ci
powiedzieć. Tylko proszę nie mów nikomu, a zwłaszcza z rodziny i przede
wszystkim nie znienawidź mnie.
Patrzyłam
na niego szybko mrugając oczami, zaskoczona.
- Dlaczego? Przecież jesteś super! Zabiłeś
kogoś? Skrzywdziłeś? Powiedz.
- Nic z tych rzeczy, ale właśnie z tego powodu
nie jestem lubiany przez osoby wiedzące o tym sekrecie… Poza Mirkiem (jego
brat), lecz jak wiesz on marł na zawał pięć lat temu…
Fakt,
zauważyłam, że między staruszkiem a całą rodziną jest jakiś konflikt, jednak
nigdy nie doszukiwałam się na tyle dociekliwie powodu, natomiast każde moje
pytanie dotyczące tego zostawało jak gdyby nieusłyszane albo zbywane tekstem
typu: to nie twoja sprawa, czy jesteś za młoda.
- Więc?
- Nie zaczyna się zdania od więc – dodał uszczypliwie.
- A to zdanie może się składać z jednego
słowa? – odrapałam i wyprostowałam dumnie pierś widząc wzrok pełen podziwu. –
No powiedz!
- Eh… Zakochałem się. Po tym wszystkim nie
byłem w stanie związać się z kimkolwiek innym.
- Wow… Serio? Też bym chciała przeżyć coś
takiego…
- Wątpię. Za dużo w tym bólu i tęsknoty.
Miłość to piękne uczucie, kiedy jesteś przy tej osobie, ale jeżeli ją stracisz…
- Opowiesz mi? Proszę!
Uśmiechnął
się delikatnie.
- Jesteś pewna?
Kiwnęłam
głową.
- No dobrze… Miałem wtedy siedemnaście lat. Mieszkałem
zupełnie gdzieś indziej, chyba ci opowiadałem, w województwie Łódzkim. Pewnego
dnia wprowadziła się w sąsiedztwie nowa rodzina, Paszków.
Przez
chwilę się zastanawiałam, gdyż miałam wrażenie, że gdzieś już słyszałam to
nazwisko. W końcu postanowiłam skupić się na historii mojego dziadka.
- Pan i pani domu oraz dwójka ich dzieci –
kontynuował. – Bliźniaków. Byli starsi ode mnie o kilka lat. Alicja była
piękną, delikatną, o białej skórze dziewczyną. Miała długie, proste, czarne jak
atrament włosy. Delikatne rysy twarzy zdobiły duże, zielone oczy i pełne
malinowe usta. Prawie każdy chłopak się za nią uganiał, a inne dziewczyny
nienawidziły za to.
- Ty też?
- Co?
- Tobie też się podobała?
Uśmiechnął
się tajemniczo i kontynuował:
- Jak wspominałem to było rodzeństwo. Jej brat
miał na imię Zbyszek. Wysoki, szczupły, ale silny chłopak, zawsze chwalący się
swoim uzębieniem. Jego twarz zdobiły drobne piegi, równie ciemne włosy
odstawały na wszystkie strony, dla odmiany niebieskie jak ocean, oczy, cieszące
się wraz z ich właścicielem, z wszystkiego. Energiczny, marzący o tym żeby
zwiedzić cały świat chłopak stał się moim idolem. Chciałem go poznać,
zaprzyjaźnić się, ale nie wiedziałem jak zagadać, żeby nie zrazić go do siebie.
Z opresji wyrwał mnie on sam. Kiedyś podczas spaceru po lesie potknąłem się i
skręciłem kostkę. Bolało tak, że nie byłem w stanie sam iść, a tu nagle widzę
mojego starszego kolegę. Pomógł mi, zaprowadził do siebie, opatrzył, czymś
posmarował, okręcił. Cokolwiek zrobił, przyniosło mi to wielką ulgę. No i przy
okazji poznałem go, wraz z jego rodziną. Bardzo mili rodzice, ale Alicja… Cały
czas patrzyła na mnie z wyższością, jakby myślała, że może wszystko, a ja
jestem nikim. Nie zawróciła mi w głowie, więc swoim zachowaniem nie zraniła
mnie. Natomiast Zbyszek od tamtej pory spędzał ze mną dużo czasu,
zaprzyjaźniliśmy się. To się nazywa szczęście, nie? Tyle o tym marzyłem… A
dodatkowo okazał się być jeszcze lepszą osobą, kiedy już go poznałem, niż kiedy
to pozostawało w sferze może kiedyś.
- No, ale co z jego siostrą? – dopytywałam.
Cicho się
zaśmiał.
- Nic. Mówiłem, że nie była w moim guście. Ani
wcześniej, ani po poznaniu.
Zbił mnie
trochę z tropu. Przyglądałam mu się chwilkę, wyczekując, ale najwyraźniej nie
zamierzał kontynuować.
- Ej! Opowiadaj dalej!
- Skoro chcesz… Spędzaliśmy razem, każdą wolną
chwilę. To on nauczył mnie pić, palić. Co prawda nie zostałem alkoholikiem, ale
sama rozumiesz. Papierosy tak samo – tylko okazjonalnie, jednak nie zakrztuszę
się każdym pociągnięciem. Zbliżyliśmy się do siebie, był dla mnie jak brat.
Pewnego dnia, wraz z przejeżdżającym cyrkiem, a działo się to bardzo rzadko,
przyjechała pewna blondynka…
- Moment! – przerwałam. – W takim razie jaki
był twój gust?
- Wtedy nie wiedziałem. Nie miałem
określonego, a teraz mam tylko jeden, to znaczy TA osoba. Kontynuować? –
Przytaknęłam. – Na czym to ja… A! Miała fiołkowe oczy, szeroki uśmiech, długie
warkoczyki. Była urocza, ale za wszelką cenę musiała zdobyć to co chce. A
chciała Zbyszka. Wpadł jej w oko. Ciągle się koło niego kręciła, flirtowała,
natomiast on jak zwykle był miły. Nie wiedzieć czemu byłem zazdrosny…
- Czyli poróżniła was dziewczyna?
Zakochaliście się w tej samej i…
- Nigdy nic nas nie poróżniło – powiedział
stanowczo.
- Przepraszam, po prostu nie jestem cierpliwa…
Położył
dłoń na mojej głowie i z uśmiechem stwierdził:
- Wiem.
Już miał
kontynuować, ale zobaczyliśmy jak żyłka w wędce się napina.
- Ryba! – krzyknęłam wskazując na wodę.
- Widzę…
Po chwili
walki udało się dziadkowi wyciągnąć sporą zdobycz. Odczepił jej hak, a
następnie obejrzał dokładnie.
- Mieliśmy go już – stwierdził.
Miał w
zwyczaju jakoś je znakować, ale ja tam nigdy nie rozumiałam jak to robi.
Po chwili
wypuścił rybkę do wody i wrzucił kilka robaczków.
- Kontynuujesz? – spytałam.
- Jasne, tylko podaj – wskazał na butelkę.
Wstałam i
przyniosłam mu ją. Kiedy się napił mógł dalej opowiadać.
- Spytałem go kiedyś co myśli o Ani, bo tak
miała na imię ta blondyneczka. Stwierdził, że nie jest w jego guście, a poza
tym już ktoś inny mu się podoba.
- Kto??? – nie mogłam się powstrzymać.
- Ha, ha! Też byłem bardzo ciekawy. Wyraźnie
się wahał. Czułem się w pewien sposób zdradzony, skoro nie chciał mi
powiedzieć. W końcu zdecydował się. Zaproponował, żebyśmy przeszli się do lasu.
Z chęcią na to przystałem. Zniecierpliwiony czekałem, ale ten milczał. Pierwszy
raz. Kiedy się zatrzymał, patrzył na mnie długo, lecz nadal nie potrafił
wykrztusić słowa. Nie wytrzymałem i podszedłem do niego bliżej. Ledwo zacząłem
mówić, żeby mi wreszcie powiedział, że nikomu nie powiem, a poślizgnąłem się.
Próbując złapać równowagę chwyciłem go, ale zamiast oczekiwanego skutku,
pociągnąłem go za sobą i sturlaliśmy się po zboczu. Na szczęście nie było dużo
kamieni, więc się bardzo nie obiłem. Na dole wylądowałem na plecach, a on na
mnie. Cóż za miękkie lądowanie miał, a ja? – spytał z lekkim oburzeniem, lecz
widać, że żartował. – Patrzył na mnie znowu w milczeniu. Traciłem cierpliwość,
bo zamiast zejść ze mnie, a co najważniejsze powiedzieć, to zastygł. Jeszcze
raz spróbowałem go spytać, ale w odpowiedzi padło tylko jedno słowo: ty. – Prze
chwile analizowałam jego słowa, próbując je zrozumieć. - Byłem równie
zaskoczony. Nie wiedziałem czy mówi poważnie, jak zareagować. Natomiast Zbyszek
pocałował mnie. Pragnę zaznaczyć, że nigdy wcześniej się z nikim nie
spotykałem. – Na moment zamilkł, przyglądał mi się, aż w końcu kontynuował: - Podobało
mi się. Pewnie prościej by było dla wszystkich, poza mną i nim, gdybym go
odtrącił, ale… Kiedy znowu na mnie spojrzał… Zrozumiałem, że go kocham.
Zostaliśmy tam do samego rana. Rozmawialiśmy, wygłupiał się jak zwykle. Niby
nic się nie zamieniło, gdyby nie… Tamtego dnia, a właściwie już nocy, przeżyłem
swój pierwszy raz. Spotykaliśmy się, choć poza paroma niuansami, nasze relacje
się nie zmieniły. Na początku bałem się, że fakt, iż jesteśmy w związku, a nie przyjaciele
może pomieszać, lecz nic takiego nie nastąpiło. Nasz związek był od początku
skazany na porażkę, zwłaszcza, przez nasze rodziny, ale… - zamilkł. Dostrzegłam
w jego oczach łzy. Chciałam go w jakikolwiek sposób pocieszyć, jednak nic mnie
przychodziło mi do głowy. Tylko chwyciłam go za rękę i uśmiechnęłam. Chyba
pomogło. – Nie spodziewałem się, że tak…
- Tyle pomysłów przychodziło mi do głowy, a ty
jesteś gejem. No tak, dlaczego się nie domyśliłam?
- Nie przeszkadza ci?
Pokręciłam
głową i przytuliłam go.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Nie mogłem. Twoi rodzice mi zabronili. Tak
jak moi się z nim spotykać…
- Opowiesz?
- Na początku nikt nie wiedział, ale Ania
jakimś cudem przyłapała nas jak się całowaliśmy. Zrobiła nam niezłą awanturę, a
później na odchodne dostałem z liścia. Później okazało się, że powiedziała
naszym rodziną. Kazali nam to zakończyć, lecz nie zamierzaliśmy tego zrobić. Na
przekór byliśmy razem. Co prawda głównym powodem była nasza miłość. Co dziennie
miałem awantury, dlatego ciągle bywałem poza domem wraz z Zbyszkiem. Było tak
wspaniale, póki… Wtedy musiał iść do wojska. Długo się żegnaliśmy, a parę
miesięcy później… - nie był w stanie kontynuować. Łzy płynęły po jego
policzkach, a ja nie wiedziałam co zrobić.
Uznałam, że
dam mu się wypłakać. Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, w końcu przytuliłam go,
ale ciekawość roiła w mojej głowie różne scenariusze, najdrastyczniejszą z nich
była śmierć jego chłopaka.
- Dziadku… W porządku? – spytałam, kiedy słony
potok przestał się lać z jego oczu.
Kiwnął
głową.
- Pisaliśmy do siebie listy… Po jakimś czasie
przestały przychodzić, ale zwalałem to na problemy w poczcie… Okazało się, że
zdarzył się katastrofalny wypadek i… prawie cały odział Zbyszka zginął. On
również.
Zaniemówiłam.
Nagle zdałam sobie sprawę, że również zaczęłam płakać.
- Po nim już nikogo niezależnie od płci, nie
potrafiłem pokochać. Miałem dwie narzeczone, lecz bez mojej woli. Za każdym
razem zrywałem z nimi, jak tylko się dowiadywałem. – Po chwili milczenia dodał:
- Dziękuję. Nareszcie mogłem to komuś powiedzieć.
Nie
wiedziałam co powiedzieć, więc jedynie uśmiechnęłam się do niego.
- Wiesz co, młoda? Robi się późno, wracajmy.
- Mhm…
Podczas
drogi powrotnej ciągle myślałam o dziadku i jego pierwszej, prawdziwej i
wiecznej miłości. Nagle sobie coś przypomniałam.
- Jak mówisz, że miał na nazwisko?
- Paszek, a co?
- Nic…
Czyżby? W takim razie chyba znam jego rodzinę…
Później już
nie wracaliśmy do tego tematu.
~*~
Poniedziałek
(zaraz po weekendzie, którego fragment został powyżej opisany)…
Kiedy tylko
przyszłam do szkoły, zaczęłam szukać Szymka, kolegi z klasy. Na szczęście już
był.
- Cześć! Mam do ciebie sprawę – zagadałam.
- Do mnie? Ciekawe… Słucham?
- Pamiętasz jak robiliśmy w piątej klasie te
drzewa genealogiczne i jak się śmialiśmy z takiego nazwiska z twojej rodziny…
- No… - odparł niechętnie. – Myślałem, że
zapomnieliście.
Trochę się
zmieszałam, bo pamiętam dobrze tamten moment. Koledze naprawdę było przykro, a
my się nabijaliśmy, choć szczerze mówiąc, jak teraz o tym myślę to przecież są
dużo dziwniejsze nazwiska.
- Przepraszam. Mógłbyś przypomnieć mi je?
- Paszek.
- Jesteś pewny?
Jego wzrok
jasno mówił, że zaczyna tracić cierpliwość.
- Sorki. A kto tak się nazywał?
- Po co ci to?
- Proszę! To ważne.
Przez
chwilę się zastanawiał.
- Nie wiem dlaczego, ale niech ci będzie. To
nazwisko było w naszej rodzinie do pokolenia moich dziadków. Babcia wyszła za mąż,
więc na niej się ta linia skończyła.
- A miała brata? Bliźniaka dokładnie.
- Tak. Ma cały czas, ale on również z
niewyjaśnionych mi przyczyn nigdy się nie ożenił.
- Żyje??? – zdziwiłam się.
- No…
Przez
chwilę gapiłam się na niego jak na kosmitę, zresztą on na mnie też. W końcu
zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć zadzwonił dzwonek na lekcję.
Z
ociąganiem poszłam na biologię, lecz zamiast się skupić na lekcji to myślałam o
chłopaku mojego dziadka. Jak tylko zaczęła się przerwa zagadałam jeszcze raz do
Szymona.
- Czekaj. Mówimy o Zbigniewie Paszek? Znaczy
wcześniej.
- Dokładnie, ale o co ci chodzi?
Zaczęłam
skakać, tańczyć i śmiać się ze szczęścia, aż w końcu przytuliłam go. Dopiero
kiedy oprzytomniałam odsunęłam się przepraszając.
- To cudownie! Mój dziadek mi opowiadał o nim!
Przyjaźnili się kiedyś i… - zastanawiałam się czy przekazać mu te rewelacje;
przecież może nie wiedzieć. – No. Może mogliby się spotkać?
- Czemu nie…? – ostrożnie stwierdził.
- A więc zrobimy tak… - zaczęłam planować, a
kolega tylko przytakiwał.
~*~
Przyjechałam
z dziadkiem pod dom rodziny Maciąg, pod pretekstem odwiedzin kolegi. Tak
naprawdę to Szymek tam nie mieszka, tylko jego babcia z mężem oraz bratem, ale
mój dziadek nie musi o tym wiedzieć. Tak samo jak wmówiłam mu, że nikt inny nie
ma czasu mnie podwieźć.
- Dzięki! – Uśmiechnęłam się i wysiadłam.
W momencie
obok starego poloneza stanął znajomy.
- Dzień dobrych! Może zechciałby pan wejść na
herbatkę? – zagadał do staruszka.
- Dziękuję, ale…
- Naprawdę zapraszam. Zapewniam, że moja
babcia robi najlepsze ciasteczka pod słońcem!
- No dobrze…
Razem
ruszyliśmy do domku. Zaciskałam zęby ze zdenerwowania; w końcu coś takiego nie
zdarza się codziennie!
- Jest? – szepnęłam do kolegi.
- Oczywiście! Tak jak ustalaliśmy, a właściwie
to ty…
- No co?! – dalej szeptaliśmy.
- Nic, nic… A więc nikt nie wie o co chodzi i
moi dziadkowie wyszli. Tylko po co tyle szumu? Skoro się znali to chyba się
ucieszą…?
- Nie. Nie lubili się, jedynie… - musiałam
urwać, bo wchodziliśmy do salonu.
Na fotelu
siedział staruszek, ale nie wyglądał na swój wiek. Strugał coś w drewnie, chyba
ptaszka. Szybko spojrzałam na swojego towarzysza. Patrzył przed siebie szybko
mrugając w niedowierzaniu.
- Z-Zbyszek…? – w końcu wykrztusił słowo.
Ten od razu
podniósł na nas wzrok. Znowu zapadła cisza. Postanowiłam jej nie przerywać,
tylko czekać.
- Jarek? To ty??? Przecież… Przecież mi
powiedziano, że nie żyjesz!
- Mi to samo! Jak byłeś w wojsku był podobno
jakiś wypadek i cały twój odział… - nie był w stanie dokończyć, zaczął płakać.
Zbyszek od
razu wstał i pokuśtykał do niego. Padli sobie w ramiona.
- Tylko ostrzegam, że… - próbowałam uprzedzić
Szymka, ale mi przerwano.
- Kurwa – jedno słowo wyraziło w tamtym
momencie miliony jego emocji.
Spojrzałam
na staruszków, bo to wyraźnie oni wywołali u niego taka reakcję. Nie mogłam
powstrzymać uśmiechu ciasnego mi się na usta, widząc całującą się parę.
- Oni…
- Chodź. – Pociągnęłam go do pomieszczenia
obok, jak się okazało kuchni. – Masz coś do picia?
- W lodówce – powiedział, blady siadając na
krześle.
Nalałam
sobie coli i dołączyłam do kolegi.
- Tyle lat… Jakie to piękne – stwierdziłam.
- Wiedziałaś??? Przecież oni… oni…
- Przeszkadza ci to?
Pokręcił
przecząco głową.
- Jestem w szoku. Jak się dowiedziałaś?
- Parę dni temu spytałam go dlaczego jest cały
czas kawalerem i w końcu mi opowiedział o swojej pierwszej, prawdziwej miłości.
Otrząsnąłeś się? – spytałam widząc jak się uspokaja.
- Ta, chyba tak. Idziemy do nich? Należą mi
się wyjaśnienia.
Wstałam i
razem poszliśmy do naszych staruszków. Siedzieli na fotelu, przytuleni i bardzo
szczęśliwi.
- Wikusiu, ty to zaplanowałaś, prawda? –
odezwał się pierwszy mój dziadek.
- No… Jak powiedziałeś, że nazywał się Paszek,
to przypomniałam sobie coś i tak wyszło… Ale gdyby nie Szymek to by nic z tego
nie wyszło. Chyba.
Okazało
się, iż kochankowie cały czas żyli, a ich rodziny, żeby się rozstali wmówili
im, że ukochany umarł. Zbyszkowi powiedzieli, jakoby spaliła się kamienica i
kilka osób zginęło, w tym jego chłopak, a tak naprawdę to wybuchł pożar kilka
lat później, po wyjeździe rodziny Kotowicz, czyli mojej.
Natomiast
drugi ze staruszków faktycznie miał wypadek, ale nie tak poważny i tylko on
oraz jego kolega ponieśli w nim szkody. Kulał, gdyż wtedy musiał mieć
amputowaną nogę i od jakiegoś czasu nosił protezę.
Ostatnie
lata swojego życia w końcu spędzą tak jak sobie wymarzyli – w towarzystwie tej
jednej, najważniejszej, kochanej osoby.
Takiej
wiecznej miłości, życzę każdemu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz