niedziela, 14 lutego 2016

Wieczna miłość - one shot.



One shot.
Leżałam z książką w ręce na hamaku, czując, że zaraz zasnę.
 - Wikusiu – usłyszałam głos dziadka i poczułam delikatne szturchanie. – Nie śpij.
 - Tak? – Zdjęłam okulary i spojrzałam na staruszka.
 - Idę na ryby, może przeszłabyś się ze mną? – spytał z życzliwym uśmiechem.
 - Jasne – ucieszyłam się.
Prawie co weekend jeździłam do cioci, wujka, kuzynek Weroniki i Agaty oraz dziadka. Mimo swoich siedemdziesięciu lat był kawalerem. Niektóre starsze wdowy, zwłaszcza pani Kwiatkowska, interesowały się nim, zapraszały na herbatki, lecz cały czas nie chciał się z nikim wiązać. Kiedyś myślałam, że z niego taki lekkoduch, ale to do niego nie pasowało. Lubiłam spędzać z nim czas; czytaliśmy te same książki, mieliśmy podobne poczucie humoru, jak miałam problem to wiedziałam, że możemy o tym porozmawiać, często prosił mnie, żebym nauczyła go korzystać z nowoczesnej technologii, czy puszczała mu najnowsze hity. Uwielbiał też jeździć na ryby, ale nigdy ich nie zabijał; zawsze po złowieniu wypuszczał je z powrotem to jeziora.
 - To idziemy? Akurat twoja ciotka poszła z mężem – powiedział to słowo jakby było dla niego czymś nowym. Tylko my wiedzieliśmy o co chodzi. Otóż jego bratanica już trzy razy wychodziła za mąż.
Zachichotałam cicho i ruszyłam za nim.
Dotarliśmy na miejsce po piętnastu minutach marszu przez lasek. To było nieduże jeziorko, a ulubione miejsce staruszka znajdowało się w zacisznym miejscu, trudnym do zdobycia dla zbyt delikatnej osoby. Na piaszczysty teren trzeba było się przedrzeć przez wysokie trawy, stopy kaleczyły kamienie, a samo zbocze było dosyć strome, ale to nam nie przeszkadzało. To również nas łączyło – lubiliśmy trudne trasy, wspinaczki, itp.
Rozstawiliśmy twa spore bloczki drewna, które znaleźliśmy kiedyś i później zawsze zostawialiśmy w zaroślach, a jak przychodziliśmy to mieliśmy na czym usiąść.
Butelkę wody położyłam do jeziora, żeby była zimna, uprzednio upewniając się, że na pewno nie odpłynie.
Wędki z przynętą zostały zarzucone. Pozostało nam tylko czekać.
 - Dziadku – zagadałam po chwili. – Dlaczego nie masz żony?
Musiałam w końcu dostać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.
Przez chwilę przyglądał mi się z dziwnym, smutnym wyrazem twarzy.
 - Masz sześć…
 - …naście – poprawiłam go.
 - Racja. Sześćnaście lat – to był nas stały żart, który mimo minionego czasu ciągle nas bawił. Większość osób nas nie rozumiała, ale najważniejsze, że my tak. – Więc jesteś już duża i chyba mogę ci powiedzieć. Tylko proszę nie mów nikomu, a zwłaszcza z rodziny i przede wszystkim nie znienawidź mnie.
Patrzyłam na niego szybko mrugając oczami, zaskoczona.
 - Dlaczego? Przecież jesteś super! Zabiłeś kogoś? Skrzywdziłeś? Powiedz.
 - Nic z tych rzeczy, ale właśnie z tego powodu nie jestem lubiany przez osoby wiedzące o tym sekrecie… Poza Mirkiem (jego brat), lecz jak wiesz on marł na zawał pięć lat temu…
Fakt, zauważyłam, że między staruszkiem a całą rodziną jest jakiś konflikt, jednak nigdy nie doszukiwałam się na tyle dociekliwie powodu, natomiast każde moje pytanie dotyczące tego zostawało jak gdyby nieusłyszane albo zbywane tekstem typu: to nie twoja sprawa, czy jesteś za młoda.
 - Więc?
 - Nie zaczyna się zdania od więc – dodał uszczypliwie.
 - A to zdanie może się składać z jednego słowa? – odrapałam i wyprostowałam dumnie pierś widząc wzrok pełen podziwu. – No powiedz!
 - Eh… Zakochałem się. Po tym wszystkim nie byłem w stanie związać się z kimkolwiek innym.
 - Wow… Serio? Też bym chciała przeżyć coś takiego…
 - Wątpię. Za dużo w tym bólu i tęsknoty. Miłość to piękne uczucie, kiedy jesteś przy tej osobie, ale jeżeli ją stracisz…
 - Opowiesz mi? Proszę!
Uśmiechnął się delikatnie.
 - Jesteś pewna?
Kiwnęłam głową.
 - No dobrze… Miałem wtedy siedemnaście lat. Mieszkałem zupełnie gdzieś indziej, chyba ci opowiadałem, w województwie Łódzkim. Pewnego dnia wprowadziła się w sąsiedztwie nowa rodzina, Paszków.
Przez chwilę się zastanawiałam, gdyż miałam wrażenie, że gdzieś już słyszałam to nazwisko. W końcu postanowiłam skupić się na historii mojego dziadka.
 - Pan i pani domu oraz dwójka ich dzieci – kontynuował. – Bliźniaków. Byli starsi ode mnie o kilka lat. Alicja była piękną, delikatną, o białej skórze dziewczyną. Miała długie, proste, czarne jak atrament włosy. Delikatne rysy twarzy zdobiły duże, zielone oczy i pełne malinowe usta. Prawie każdy chłopak się za nią uganiał, a inne dziewczyny nienawidziły za to.
 - Ty też?
 - Co?
 - Tobie też się podobała?
Uśmiechnął się tajemniczo i kontynuował:
 - Jak wspominałem to było rodzeństwo. Jej brat miał na imię Zbyszek. Wysoki, szczupły, ale silny chłopak, zawsze chwalący się swoim uzębieniem. Jego twarz zdobiły drobne piegi, równie ciemne włosy odstawały na wszystkie strony, dla odmiany niebieskie jak ocean, oczy, cieszące się wraz z ich właścicielem, z wszystkiego. Energiczny, marzący o tym żeby zwiedzić cały świat chłopak stał się moim idolem. Chciałem go poznać, zaprzyjaźnić się, ale nie wiedziałem jak zagadać, żeby nie zrazić go do siebie. Z opresji wyrwał mnie on sam. Kiedyś podczas spaceru po lesie potknąłem się i skręciłem kostkę. Bolało tak, że nie byłem w stanie sam iść, a tu nagle widzę mojego starszego kolegę. Pomógł mi, zaprowadził do siebie, opatrzył, czymś posmarował, okręcił. Cokolwiek zrobił, przyniosło mi to wielką ulgę. No i przy okazji poznałem go, wraz z jego rodziną. Bardzo mili rodzice, ale Alicja… Cały czas patrzyła na mnie z wyższością, jakby myślała, że może wszystko, a ja jestem nikim. Nie zawróciła mi w głowie, więc swoim zachowaniem nie zraniła mnie. Natomiast Zbyszek od tamtej pory spędzał ze mną dużo czasu, zaprzyjaźniliśmy się. To się nazywa szczęście, nie? Tyle o tym marzyłem… A dodatkowo okazał się być jeszcze lepszą osobą, kiedy już go poznałem, niż kiedy to pozostawało w sferze może kiedyś.
 - No, ale co z jego siostrą? – dopytywałam.
Cicho się zaśmiał.
 - Nic. Mówiłem, że nie była w moim guście. Ani wcześniej, ani po poznaniu.
Zbił mnie trochę z tropu. Przyglądałam mu się chwilkę, wyczekując, ale najwyraźniej nie zamierzał kontynuować.
 - Ej! Opowiadaj dalej!
 - Skoro chcesz… Spędzaliśmy razem, każdą wolną chwilę. To on nauczył mnie pić, palić. Co prawda nie zostałem alkoholikiem, ale sama rozumiesz. Papierosy tak samo – tylko okazjonalnie, jednak nie zakrztuszę się każdym pociągnięciem. Zbliżyliśmy się do siebie, był dla mnie jak brat. Pewnego dnia, wraz z przejeżdżającym cyrkiem, a działo się to bardzo rzadko, przyjechała pewna blondynka…
 - Moment! – przerwałam. – W takim razie jaki był twój gust?
 - Wtedy nie wiedziałem. Nie miałem określonego, a teraz mam tylko jeden, to znaczy TA osoba. Kontynuować? – Przytaknęłam. – Na czym to ja… A! Miała fiołkowe oczy, szeroki uśmiech, długie warkoczyki. Była urocza, ale za wszelką cenę musiała zdobyć to co chce. A chciała Zbyszka. Wpadł jej w oko. Ciągle się koło niego kręciła, flirtowała, natomiast on jak zwykle był miły. Nie wiedzieć czemu byłem zazdrosny…
 - Czyli poróżniła was dziewczyna? Zakochaliście się w tej samej i…
 - Nigdy nic nas nie poróżniło – powiedział stanowczo.
 - Przepraszam, po prostu nie jestem cierpliwa…
Położył dłoń na mojej głowie i z uśmiechem stwierdził:
 - Wiem.
Już miał kontynuować, ale zobaczyliśmy jak żyłka w wędce się napina.
 - Ryba! – krzyknęłam wskazując na wodę.
 - Widzę…
Po chwili walki udało się dziadkowi wyciągnąć sporą zdobycz. Odczepił jej hak, a następnie obejrzał dokładnie.
 - Mieliśmy go już – stwierdził.
Miał w zwyczaju jakoś je znakować, ale ja tam nigdy nie rozumiałam jak to robi.
Po chwili wypuścił rybkę do wody i wrzucił kilka robaczków.
 - Kontynuujesz? – spytałam.
 - Jasne, tylko podaj – wskazał na butelkę.
Wstałam i przyniosłam mu ją. Kiedy się napił mógł dalej opowiadać.
 - Spytałem go kiedyś co myśli o Ani, bo tak miała na imię ta blondyneczka. Stwierdził, że nie jest w jego guście, a poza tym już ktoś inny mu się podoba.
 - Kto??? – nie mogłam się powstrzymać.
 - Ha, ha! Też byłem bardzo ciekawy. Wyraźnie się wahał. Czułem się w pewien sposób zdradzony, skoro nie chciał mi powiedzieć. W końcu zdecydował się. Zaproponował, żebyśmy przeszli się do lasu. Z chęcią na to przystałem. Zniecierpliwiony czekałem, ale ten milczał. Pierwszy raz. Kiedy się zatrzymał, patrzył na mnie długo, lecz nadal nie potrafił wykrztusić słowa. Nie wytrzymałem i podszedłem do niego bliżej. Ledwo zacząłem mówić, żeby mi wreszcie powiedział, że nikomu nie powiem, a poślizgnąłem się. Próbując złapać równowagę chwyciłem go, ale zamiast oczekiwanego skutku, pociągnąłem go za sobą i sturlaliśmy się po zboczu. Na szczęście nie było dużo kamieni, więc się bardzo nie obiłem. Na dole wylądowałem na plecach, a on na mnie. Cóż za miękkie lądowanie miał, a ja? – spytał z lekkim oburzeniem, lecz widać, że żartował. – Patrzył na mnie znowu w milczeniu. Traciłem cierpliwość, bo zamiast zejść ze mnie, a co najważniejsze powiedzieć, to zastygł. Jeszcze raz spróbowałem go spytać, ale w odpowiedzi padło tylko jedno słowo: ty. – Prze chwile analizowałam jego słowa, próbując je zrozumieć. - Byłem równie zaskoczony. Nie wiedziałem czy mówi poważnie, jak zareagować. Natomiast Zbyszek pocałował mnie. Pragnę zaznaczyć, że nigdy wcześniej się z nikim nie spotykałem. – Na moment zamilkł, przyglądał mi się, aż w końcu kontynuował: - Podobało mi się. Pewnie prościej by było dla wszystkich, poza mną i nim, gdybym go odtrącił, ale… Kiedy znowu na mnie spojrzał… Zrozumiałem, że go kocham. Zostaliśmy tam do samego rana. Rozmawialiśmy, wygłupiał się jak zwykle. Niby nic się nie zamieniło, gdyby nie… Tamtego dnia, a właściwie już nocy, przeżyłem swój pierwszy raz. Spotykaliśmy się, choć poza paroma niuansami, nasze relacje się nie zmieniły. Na początku bałem się, że fakt, iż jesteśmy w związku, a nie przyjaciele może pomieszać, lecz nic takiego nie nastąpiło. Nasz związek był od początku skazany na porażkę, zwłaszcza, przez nasze rodziny, ale… - zamilkł. Dostrzegłam w jego oczach łzy. Chciałam go w jakikolwiek sposób pocieszyć, jednak nic mnie przychodziło mi do głowy. Tylko chwyciłam go za rękę i uśmiechnęłam. Chyba pomogło. – Nie spodziewałem się, że tak…
 - Tyle pomysłów przychodziło mi do głowy, a ty jesteś gejem. No tak, dlaczego się nie domyśliłam?
 - Nie przeszkadza ci?
Pokręciłam głową i przytuliłam go.
 - Dlaczego mi nie powiedziałeś?
 - Nie mogłem. Twoi rodzice mi zabronili. Tak jak moi się z nim spotykać…
 - Opowiesz?
 - Na początku nikt nie wiedział, ale Ania jakimś cudem przyłapała nas jak się całowaliśmy. Zrobiła nam niezłą awanturę, a później na odchodne dostałem z liścia. Później okazało się, że powiedziała naszym rodziną. Kazali nam to zakończyć, lecz nie zamierzaliśmy tego zrobić. Na przekór byliśmy razem. Co prawda głównym powodem była nasza miłość. Co dziennie miałem awantury, dlatego ciągle bywałem poza domem wraz z Zbyszkiem. Było tak wspaniale, póki… Wtedy musiał iść do wojska. Długo się żegnaliśmy, a parę miesięcy później… - nie był w stanie kontynuować. Łzy płynęły po jego policzkach, a ja nie wiedziałam co zrobić.
Uznałam, że dam mu się wypłakać. Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, w końcu przytuliłam go, ale ciekawość roiła w mojej głowie różne scenariusze, najdrastyczniejszą z nich była śmierć jego chłopaka.
 - Dziadku… W porządku? – spytałam, kiedy słony potok przestał się lać z jego oczu.
Kiwnął głową.
 - Pisaliśmy do siebie listy… Po jakimś czasie przestały przychodzić, ale zwalałem to na problemy w poczcie… Okazało się, że zdarzył się katastrofalny wypadek i… prawie cały odział Zbyszka zginął. On również.
Zaniemówiłam. Nagle zdałam sobie sprawę, że również zaczęłam płakać.
 - Po nim już nikogo niezależnie od płci, nie potrafiłem pokochać. Miałem dwie narzeczone, lecz bez mojej woli. Za każdym razem zrywałem z nimi, jak tylko się dowiadywałem. – Po chwili milczenia dodał: - Dziękuję. Nareszcie mogłem to komuś powiedzieć.  
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc jedynie uśmiechnęłam się do niego.
 - Wiesz co, młoda? Robi się późno, wracajmy.
 - Mhm…
Podczas drogi powrotnej ciągle myślałam o dziadku i jego pierwszej, prawdziwej i wiecznej miłości. Nagle sobie coś przypomniałam.
 - Jak mówisz, że miał na nazwisko?
 - Paszek, a co?
 - Nic…
Czyżby? W takim razie chyba znam jego rodzinę…
Później już nie wracaliśmy do tego tematu.

~*~

Poniedziałek (zaraz po weekendzie, którego fragment został powyżej opisany)…
Kiedy tylko przyszłam do szkoły, zaczęłam szukać Szymka, kolegi z klasy. Na szczęście już był.
 - Cześć! Mam do ciebie sprawę – zagadałam.
 - Do mnie? Ciekawe… Słucham?
 - Pamiętasz jak robiliśmy w piątej klasie te drzewa genealogiczne i jak się śmialiśmy z takiego nazwiska z twojej rodziny…
 - No… - odparł niechętnie. – Myślałem, że zapomnieliście.
Trochę się zmieszałam, bo pamiętam dobrze tamten moment. Koledze naprawdę było przykro, a my się nabijaliśmy, choć szczerze mówiąc, jak teraz o tym myślę to przecież są dużo dziwniejsze nazwiska.
 - Przepraszam. Mógłbyś przypomnieć mi je?
 - Paszek.
 - Jesteś pewny?
Jego wzrok jasno mówił, że zaczyna tracić cierpliwość.
 - Sorki. A kto tak się nazywał?
 - Po co ci to?
 - Proszę! To ważne.
Przez chwilę się zastanawiał.
 - Nie wiem dlaczego, ale niech ci będzie. To nazwisko było w naszej rodzinie do pokolenia moich dziadków. Babcia wyszła za mąż, więc na niej się ta linia skończyła.
 - A miała brata? Bliźniaka dokładnie.
 - Tak. Ma cały czas, ale on również z niewyjaśnionych mi przyczyn nigdy się nie ożenił.
 - Żyje??? – zdziwiłam się.
 - No…
Przez chwilę gapiłam się na niego jak na kosmitę, zresztą on na mnie też. W końcu zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć zadzwonił dzwonek na lekcję.
Z ociąganiem poszłam na biologię, lecz zamiast się skupić na lekcji to myślałam o chłopaku mojego dziadka. Jak tylko zaczęła się przerwa zagadałam jeszcze raz do Szymona.
 - Czekaj. Mówimy o Zbigniewie Paszek? Znaczy wcześniej.
 - Dokładnie, ale o co ci chodzi?
Zaczęłam skakać, tańczyć i śmiać się ze szczęścia, aż w końcu przytuliłam go. Dopiero kiedy oprzytomniałam odsunęłam się przepraszając.
 - To cudownie! Mój dziadek mi opowiadał o nim! Przyjaźnili się kiedyś i… - zastanawiałam się czy przekazać mu te rewelacje; przecież może nie wiedzieć. – No. Może mogliby się spotkać?
 - Czemu nie…? – ostrożnie stwierdził.
 - A więc zrobimy tak… - zaczęłam planować, a kolega tylko przytakiwał.

~*~

Przyjechałam z dziadkiem pod dom rodziny Maciąg, pod pretekstem odwiedzin kolegi. Tak naprawdę to Szymek tam nie mieszka, tylko jego babcia z mężem oraz bratem, ale mój dziadek nie musi o tym wiedzieć. Tak samo jak wmówiłam mu, że nikt inny nie ma czasu mnie podwieźć.
 - Dzięki! – Uśmiechnęłam się i wysiadłam.
W momencie obok starego poloneza stanął znajomy.
 - Dzień dobrych! Może zechciałby pan wejść na herbatkę? – zagadał do staruszka.
 - Dziękuję, ale…
 - Naprawdę zapraszam. Zapewniam, że moja babcia robi najlepsze ciasteczka pod słońcem!
 - No dobrze…
Razem ruszyliśmy do domku. Zaciskałam zęby ze zdenerwowania; w końcu coś takiego nie zdarza się codziennie!
 - Jest? – szepnęłam do kolegi.
 - Oczywiście! Tak jak ustalaliśmy, a właściwie to ty…
 - No co?! – dalej szeptaliśmy.
 - Nic, nic… A więc nikt nie wie o co chodzi i moi dziadkowie wyszli. Tylko po co tyle szumu? Skoro się znali to chyba się ucieszą…?
 - Nie. Nie lubili się, jedynie… - musiałam urwać, bo wchodziliśmy do salonu.
Na fotelu siedział staruszek, ale nie wyglądał na swój wiek. Strugał coś w drewnie, chyba ptaszka. Szybko spojrzałam na swojego towarzysza. Patrzył przed siebie szybko mrugając w niedowierzaniu.
 - Z-Zbyszek…? – w końcu wykrztusił słowo.
Ten od razu podniósł na nas wzrok. Znowu zapadła cisza. Postanowiłam jej nie przerywać, tylko czekać.
 - Jarek? To ty??? Przecież… Przecież mi powiedziano, że nie żyjesz!
 - Mi to samo! Jak byłeś w wojsku był podobno jakiś wypadek i cały twój odział… - nie był w stanie dokończyć, zaczął płakać.
Zbyszek od razu wstał i pokuśtykał do niego. Padli sobie w ramiona.
 - Tylko ostrzegam, że… - próbowałam uprzedzić Szymka, ale mi przerwano.
 - Kurwa – jedno słowo wyraziło w tamtym momencie miliony jego emocji.
Spojrzałam na staruszków, bo to wyraźnie oni wywołali u niego taka reakcję. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu ciasnego mi się na usta, widząc całującą się parę.
 - Oni…
 - Chodź. – Pociągnęłam go do pomieszczenia obok, jak się okazało kuchni. – Masz coś do picia?
 - W lodówce – powiedział, blady siadając na krześle.
Nalałam sobie coli i dołączyłam do kolegi.
 - Tyle lat… Jakie to piękne – stwierdziłam.
 - Wiedziałaś??? Przecież oni… oni…
 - Przeszkadza ci to?
Pokręcił przecząco głową.
 - Jestem w szoku. Jak się dowiedziałaś?
 - Parę dni temu spytałam go dlaczego jest cały czas kawalerem i w końcu mi opowiedział o swojej pierwszej, prawdziwej miłości. Otrząsnąłeś się? – spytałam widząc jak się uspokaja.
 - Ta, chyba tak. Idziemy do nich? Należą mi się wyjaśnienia.
Wstałam i razem poszliśmy do naszych staruszków. Siedzieli na fotelu, przytuleni i bardzo szczęśliwi.
 - Wikusiu, ty to zaplanowałaś, prawda? – odezwał się pierwszy mój dziadek.
 - No… Jak powiedziałeś, że nazywał się Paszek, to przypomniałam sobie coś i tak wyszło… Ale gdyby nie Szymek to by nic z tego nie wyszło. Chyba.
Okazało się, iż kochankowie cały czas żyli, a ich rodziny, żeby się rozstali wmówili im, że ukochany umarł. Zbyszkowi powiedzieli, jakoby spaliła się kamienica i kilka osób zginęło, w tym jego chłopak, a tak naprawdę to wybuchł pożar kilka lat później, po wyjeździe rodziny Kotowicz, czyli mojej.
Natomiast drugi ze staruszków faktycznie miał wypadek, ale nie tak poważny i tylko on oraz jego kolega ponieśli w nim szkody. Kulał, gdyż wtedy musiał mieć amputowaną nogę i od jakiegoś czasu nosił protezę.
Ostatnie lata swojego życia w końcu spędzą tak jak sobie wymarzyli – w towarzystwie tej jednej, najważniejszej, kochanej osoby.
Takiej wiecznej miłości, życzę każdemu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz