Rozdział
24.
Tydzień
później…
Dopiero co
się obudziłem po operacji. Światło słoneczne połączone z bielą ścian w szpitalu
oślepiało mnie. Zerknąłem w lewo, tam gdzie zawsze siedział mój chłopak. Prawie
za każdym razem kiedy się budziłem on już na mnie czekał z tym swoim wielkim
uśmiechem. Tylko oczy często przeczyły ustom, swoim smutkiem. Jednak tamtego
dnia go nie było. Fakt faktem liczyłem, iż go już spotkam, ale zważając na
szkołę, a do tego ukochany był w klasie maturalnej, nie mogłem wymagać od
niego, że byłby przy mnie bez przerwy. Mimo to wolałem nie rozstawać się z nim
nawet na moment. Miłość jest bardzo egoistyczna.
Westchnąłem
i nagle dostrzegłem wielki bukiet żółtych tulipanów. Nie mam pojęcia ile ich
tam było, ale na pierwszy rzut oka – kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt. Wyszczerzyłem
się jak głupi, dobrze wiedząc od kogo one są. Już chciałem, mimo osłabienia
spowodowanego narkozą, sięgnąć (jaki głupek dał je tak daleko?!), gdy
przypomniałem sobie jak Adrian kiedyś przyniósł mi kwiatek (pieprzyć, że to
jest w moim przypadku mało męskie), a pielęgniarki, które niby mają pomagać, a
tak naprawdę tylko utrudniają życie, zaraz kazały go zabrać, bo przepisy zakazują wnosić kwiaty do szpitala.
Przekupił je, czy co?
Mój oczy
dodatkowo powiększyły się kiedy dostrzegłem, coś jakby czekoladę! I to tą
wielką! Próbowałem sięgnąć po nią, ale zabrakło mi sił. Jęknąłem
niezadowolony.
- Ha, ha, ha! Spokojnie, to normalne. Za niedługo
odzyska pan siły – powiedział doktor Lazar, który nie wiadomo kiedy przyszedł.
- Myślałem, że nie można – wskazałem na
bukiet.
- Bo nie można, ale twój chłopak bywa taki
przekonujący, że jeśli ordynator się nie dowie… Tylko prosiłbym, żeby nie stały
tak na widoku.
- Poda mi pan?
Kiwnął głowa
i z uśmiechem spełnił moją prośbę. Wyjął kwiaty z naczynia i pobieżnie
wytarł łodyżki z wody, a następnie położył na kołdrze, na moim brzuchu.
- Dziękuję. A czekolada…
- Innym razem.
Miałem ochotę
coś mu zrobić, lecz widząc to szybko się ulotnił. W takim stanie nie dałbym mu
rady, ale mniejsza z tym.
Pogłaskałem
kwiaty, dzięki czemu dostrzegłem między liśćmi i płatkami, kartkę.
We wszystkich mowach i w języku duszy
Nad wszystkie są dwa słowa,
Jak w kroplach rosy po suszy,
W nich skarb żywota się chowa.
Jak dwie perełki w oceanie życia,
Jak dwie gwiazdeczki na niebie,
Świecą nam do powicia
Dwa słowa - kocham ciebie.
Nad wszystkie są dwa słowa,
Jak w kroplach rosy po suszy,
W nich skarb żywota się chowa.
Jak dwie perełki w oceanie życia,
Jak dwie gwiazdeczki na niebie,
Świecą nam do powicia
Dwa słowa - kocham ciebie.
~ Józef Ignacy Kraszewski
Uśmiechnąłem się szeroko, czytając to kilka razy,
jak miałem w zwyczaju. Po prostu nie umiałem zaprzestać na jednym.
- Dobrze
jest widzieć cię takiego szczęśliwego.
- Adrian! –
Obróciłem głowę w stronę, z której dochodził dźwięk.
Podszedł i pocałował mnie delikatnie.
- Kocham cię
– powiedzieliśmy niemal równocześnie.
Zaśmiałem się cicho i wyciągnąłem rękę, nie wysoko,
ku niemu. Pochylił się znowu, a ja to wykorzystałem, chwytając jego bluzę i
ciągnąc bliżej do kolejnego pocałunku.
- Tęskniłem –
powiedział, kładąc się obok.
Wtuliłem się w jego bok.
- Dziękuję
za kwiaty. Lubiłem akurat te z sentymentu. Jak byłem mały to często
przyjeżdżałem do babci w wakacje. Ma taki ogródek z głównie różami, ale rosną
tam również czerwone tulipany. Kawałeczek dalej, nie wiedzieć czemu był tylko
jeden, bo pomiędzy kamieniami, kwiat, właśnie taki – wskazałem na bukiet – i bardzo
go polubiłem. Był taki sam, lecz za razem przepiękny. Dzięki tobie lubię je
jeszcze bardziej, bo zawsze będą mi się kojarzyć z tobą.
Pocałował mnie w skroń nic nie mówiąc. Przez chwilę
mu się przyglądałem, aż wreszcie dostrzegłem coś co umknęło mojej uwadze, na
początku.
- Dobrze się
czujesz? – spytałem widząc, jaki był blady, a pod oczami miał sińce.
- Tak…
A
może jest niewyspany, bo tak się mną martwił…
- Ile
spałeś?
Zerknął na mnie zdziwiony moim pytaniem. W końcu
uśmiechnął się.
- Dużo.
Nawet bardzo. Nie martw się, po prostu jestem trochę zmęczony. Kocham cię.
Zaskoczył mnie tym wyznaniem. Niby wiele razy mi to
powtarzał, ale nie tak wyrwane z kontekstu.
- Ja ciebie
też.
Cisza. Spojrzałem na niego (cały czas zamiast na
swojego chłopaka, patrzyłem na bukiet). Spał. Przesunąłem się, żeby zrobić
mu więcej miejsca (naprawdę próbowałem!), przykryłem kołdrą i pogładziłem po
długich, czarnych, miękkich włosach.
Przyglądałem się długo jego spokojnej twarzy, aż
przyszedł doktorek.
- Ach, tu
jest! Zniknął i szukam go po całym szpitalu, a nie pomyślałem o najoczywistszym.
- Zniknął?
- No… bo… ten…
Musieliśmy jeszcze o czymś porozmawiać.
- Och… Ale
teraz zasnął, więc może niech się wyśpi, był dziwne zmęczony.
Kiwnął głową i wyszedł.
Spojrzałem na moje szczęście, miłość, skarb.
Kochałem go najbardziej na świecie.
Kiedy doktorek tak się śpieszył z tym przeszczepem,
chciał żeby odbył się jak najszybciej, martwiłem się, lecz już po wszystkim,
czułem ulgę, a widząc go przy mnie, w końcu nie zmartwionego, potęgowała się ona
kilkukrotnie. Może i to była moja pierwsza miłość, mieliśmy po kilkanaście lat,
ale moje serce mi mówiło, że przy nim będę bezpieczny, kochany, szczęśliwy i
miałem zamiar przeżyć z nim całe swoje życie.
- Kocham cię
– wyszeptałem.
Miałem wrażenie, iż się lekko uśmiechnął, lecz
zapewne to tylko złudzenie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz