niedziela, 14 lutego 2016

Tulipan - Rozdział 24.



Rozdział 24.
Tydzień później…
Dopiero co się obudziłem po operacji. Światło słoneczne połączone z bielą ścian w szpitalu oślepiało mnie. Zerknąłem w lewo, tam gdzie zawsze siedział mój chłopak. Prawie za każdym razem kiedy się budziłem on już na mnie czekał z tym swoim wielkim uśmiechem. Tylko oczy często przeczyły ustom, swoim smutkiem. Jednak tamtego dnia go nie było. Fakt faktem liczyłem, iż go już spotkam, ale zważając na szkołę, a do tego ukochany był w klasie maturalnej, nie mogłem wymagać od niego, że byłby przy mnie bez przerwy. Mimo to wolałem nie rozstawać się z nim nawet na moment. Miłość jest bardzo egoistyczna.
Westchnąłem i nagle dostrzegłem wielki bukiet żółtych tulipanów. Nie mam pojęcia ile ich tam było, ale na pierwszy rzut oka –  kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt. Wyszczerzyłem się jak głupi, dobrze wiedząc od kogo one są. Już chciałem, mimo osłabienia spowodowanego narkozą, sięgnąć (jaki głupek dał je tak daleko?!), gdy przypomniałem sobie jak Adrian kiedyś przyniósł mi kwiatek (pieprzyć, że to jest w moim przypadku mało męskie), a pielęgniarki, które niby mają pomagać, a tak naprawdę tylko utrudniają życie, zaraz kazały go zabrać, bo przepisy zakazują wnosić kwiaty do szpitala.
Przekupił je, czy co?
Mój oczy dodatkowo powiększyły się kiedy dostrzegłem, coś jakby czekoladę! I to tą wielką! Próbowałem sięgnąć po nią, ale zabrakło mi sił. Jęknąłem niezadowolony.
 - Ha, ha, ha! Spokojnie, to normalne. Za niedługo odzyska pan siły – powiedział doktor Lazar, który nie wiadomo kiedy przyszedł.
 - Myślałem, że nie można – wskazałem na bukiet.
 - Bo nie można, ale twój chłopak bywa taki przekonujący, że jeśli ordynator się nie dowie… Tylko prosiłbym, żeby nie stały tak na widoku.
 - Poda mi pan?
Kiwnął głowa i z uśmiechem spełnił moją prośbę. Wyjął kwiaty z naczynia i pobieżnie wytarł łodyżki z wody, a następnie położył na kołdrze, na moim brzuchu.
 - Dziękuję. A czekolada…
 - Innym razem.
Miałem ochotę coś mu zrobić, lecz widząc to szybko się ulotnił. W takim stanie nie dałbym mu rady, ale mniejsza z tym.
Pogłaskałem kwiaty, dzięki czemu dostrzegłem między liśćmi i płatkami, kartkę.

We wszystkich mowach i w języku duszy
Nad wszystkie są dwa słowa,
Jak w kroplach rosy po suszy,
W nich skarb żywota się chowa.
Jak dwie perełki w oceanie życia,
Jak dwie gwiazdeczki na niebie,
Świecą nam do powicia
Dwa słowa - kocham ciebie.
~ Józef Ignacy Kraszewski

Uśmiechnąłem się szeroko, czytając to kilka razy, jak miałem w zwyczaju. Po prostu nie umiałem zaprzestać na jednym.
 - Dobrze jest widzieć cię takiego szczęśliwego.
 - Adrian! – Obróciłem głowę w stronę, z której dochodził dźwięk.
Podszedł i pocałował mnie delikatnie.
 - Kocham cię – powiedzieliśmy niemal równocześnie.
Zaśmiałem się cicho i wyciągnąłem rękę, nie wysoko, ku niemu. Pochylił się znowu, a ja to wykorzystałem, chwytając jego bluzę i ciągnąc bliżej do kolejnego pocałunku.
 - Tęskniłem – powiedział, kładąc się obok.  
Wtuliłem się w jego bok.
 - Dziękuję za kwiaty. Lubiłem akurat te z sentymentu. Jak byłem mały to często przyjeżdżałem do babci w wakacje. Ma taki ogródek z głównie różami, ale rosną tam również czerwone tulipany. Kawałeczek dalej, nie wiedzieć czemu był tylko jeden, bo pomiędzy kamieniami, kwiat, właśnie taki – wskazałem na bukiet – i bardzo go polubiłem. Był taki sam, lecz za razem przepiękny. Dzięki tobie lubię je jeszcze bardziej, bo zawsze będą mi się kojarzyć z tobą.
Pocałował mnie w skroń nic nie mówiąc. Przez chwilę mu się przyglądałem, aż wreszcie dostrzegłem coś co umknęło mojej uwadze, na początku.
 - Dobrze się czujesz? – spytałem widząc, jaki był blady, a pod oczami miał sińce.
 - Tak…
A może jest niewyspany, bo tak się mną martwił…
 - Ile spałeś?
Zerknął na mnie zdziwiony moim pytaniem. W końcu uśmiechnął się.
 - Dużo. Nawet bardzo. Nie martw się, po prostu jestem trochę zmęczony. Kocham cię.
Zaskoczył mnie tym wyznaniem. Niby wiele razy mi to powtarzał, ale nie tak wyrwane z kontekstu.
 - Ja ciebie też.
Cisza. Spojrzałem na niego (cały czas zamiast na swojego chłopaka, patrzyłem na bukiet). Spał. Przesunąłem się, żeby zrobić mu więcej miejsca (naprawdę próbowałem!), przykryłem kołdrą i pogładziłem po długich, czarnych, miękkich włosach.
Przyglądałem się długo jego spokojnej twarzy, aż przyszedł doktorek.
 - Ach, tu jest! Zniknął i szukam go po całym szpitalu, a nie pomyślałem o najoczywistszym.
 - Zniknął?
 - No… bo… ten… Musieliśmy jeszcze o czymś porozmawiać.
 - Och… Ale teraz zasnął, więc może niech się wyśpi, był dziwne zmęczony.
Kiwnął głową i wyszedł.
Spojrzałem na moje szczęście, miłość, skarb. Kochałem go najbardziej na świecie.
Kiedy doktorek tak się śpieszył z tym przeszczepem, chciał żeby odbył się jak najszybciej, martwiłem się, lecz już po wszystkim, czułem ulgę, a widząc go przy mnie, w końcu nie zmartwionego, potęgowała się ona kilkukrotnie. Może i to była moja pierwsza miłość, mieliśmy po kilkanaście lat, ale moje serce mi mówiło, że przy nim będę bezpieczny, kochany, szczęśliwy i miałem zamiar przeżyć z nim całe swoje życie.
 - Kocham cię – wyszeptałem.
Miałem wrażenie, iż się lekko uśmiechnął, lecz zapewne to tylko złudzenie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz