czwartek, 25 lutego 2016

Wakacyjny romans - Rozdział 4.

Rozdział 4.
Tydzień później…
Nie wiem jakim cudem stałem na lotnisku tysiące kilometrów od mojego domu.
Kiedy Gabi dowiedziała się, że dostałem urlop, skakała z radości po mieszkaniu. Zaraz załatwiła bilety last minute i zapowiedziała, że nawet siłą mnie zmusi, żebym tam z nią poleciał. Cóż ja biedny miałem począć?
 - Ale pięknie. – Przeciągnęła się.
 - Ta… - odparłem mało entuzjastycznie, za co zaraz dostałem kuksańca w bok.
 - Więcej optymizmu! Jesteśmy we Włoszech! Ty znasz lepiej angielski to załatw nam taxi. Tu masz nazwę hotelu – podała mi kartkę. – Szybko!
Nie miałem siły się jej sprzeciwiać. Podszedłem do pierwszego z brzegu samochodu i kazałem nas zawieść pod wskazany adres. Pomachałem na przyjaciółkę, żeby się pośpieszyła.
 - I jak ci się podobał lot? – spytała podczas jazdy.
 - Nie wiem, zaraz zasnąłem – przypomniałem.
 - Fakt… Nawet nie wyobrażasz sobie co przegapiłeś!
 - Na pewno…
Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce wziąłem nasze bagaże – przecież madame Gabriela nie może zabrać swoich – ale na szczęście zaraz pomógł mi boy hotelowy.
Przyznaję piękne miejsce znalazła. Wyglądające prawie jak z filmów, gdzie wyjeżdżali na wakacje sami najbogatsi, baseny, w pokoju balkon z widokiem na morze… Ja jednak tęskniłem za swoim niewielkim mieszkankiem. Szybko okazało się, że pokoje mieliśmy osobno.
 - No co? Ja nie zamierzam spędzić tych wakacji samotnie, tylko się bawić i tobie też to radzę! – zaraz zaznaczyła.
 - Mhm…
Rozpakowałem ubrania do szafy i wziąłem szybki prysznic choć wielka wanna wydała się bardzo kusząca, ale wiedziałem, że wtedy to bym w niej przesiedział tak długo, aż przyjaciółka by po mnie nie przyszła, a przed nią to nawet pancerne drzwi nie uchronią. Szybko zajrzałem na pocztę, czy nic mi nie przyszło, na przykład z pracy, jednak długo nie mogłem cieszyć się samotnością.
 - Zostaw ten cholerny komputer i chodź się bawić! – W paradowała do mojego pokoju.
 - Już, już… Ledwo przeżyłem rozstanie, a ty wyskakujesz z wakacjami i imprezami.
 - Trzeba zapomnieć o tym idiocie i żyć! Idziemy!
Z ociąganiem wyłączyłem sprzęt, wziąłem najpotrzebniejsze rzeczy. Ledwo wyszedłem na hol kiedy zatrzymała mnie.
 - A, a, a! – Pomachała mi przed nosem palcem, jak małemu dziecku. – Założyłeś chociaż kąpielówki?
 - Nie? Zlituj się nade mną! Nie wiem dlaczego zgodziłem się to z tobą jechać, może powinienem zadzwonić do szefa, kiedy ciebie by nie było i wmówić, że się nie zgodził, a najlepiej pominąć tą pierwszą część, ale skoro już tu jestem, to chociaż miejże litość nad biednym mną.
 - Phi! Ja i litość? – Zostałem siłą zaciągnięty z powrotem go środka, wyciągnęła z szafy spodenki i rzuciła nimi we mnie. – Ubieraj się!
 - A mogłabyś chociaż wyjść?
 - Co ja, twojego Wacka nie widziałam? Szybciej, bo nie mam zamiaru całego dnia zmarnować.
 - Zakładam, że nocy również – dodałem, zdejmując spodnie.
 - Oczywiście! – Przeciągnęła się.
Przebrany wyszedłem z pokoju wraz z Gabryśką. Poszedłem z nią na tą głupią plażę i szybko ulokowałem się na wynajętym przez nią leżaku.
 - No chodź do wody!
 - O nie, moja droga! Idziesz sama. – Nagle wpadłem na pomysł. – Przecież jak pójdziesz tam ze mną to pomyślą jeszcze, że jesteśmy razem i żaden facet do ciebie nie zagada!
 - O… Fakt. To ty się tu opalaj, a ja zaraz wracam.
 - Nie śpiesz się! – krzyknąłem z nią.
Posmarowałem się kremem, bo bądź co bądź nie chciałem się spalić i przymknąłem oczy. Nie można by tego nazwać snem, ale trochę się zdrzemnąłem. Z lekkiego letargu obudziła mnie… woda.
 - Deszcz? – mruknąłem pod nosem.
Spojrzałem na niebo, ale nie dostrzegłem ani jednej chmurki.
 - Mi scuso! – usłyszałem głos jakiegoś mężczyzny.
Spojrzałem na niego. Całkiem przystojny, koło czterdziestki facet trzymał swojego mokrego golden retrievera za zieloną obrożę.
 - OK. – Podniosłem dłoń sygnalizując dodatkowo, że nic się nie stało.
Mężczyzna chciał pójść dalej, jednak jego pies najwyraźniej miał inne plany, bo podszedł do mnie bliżej i zaczął obwąchiwać.
 - Asti! – zwrócił się do zwierzaka. Ten jednak go zignorował.
Zaśmiałem się i pogłaskałem psinkę po łbie, a co przystała z ochotą sygnalizując to merdaniem ogona.
 - Sbrigati! – mężczyzna dalej coś mówił.
Zerknąłem na medalik na szyi goldena i przeczytałem jego imię.
 - Asti! – wskazałem na jego właściciela, bo wiedziałem, że nie zrozumiałby polskiego, ani zapewne angielskiego.
W końcu nas posłuchał i podszedł do faceta.
 - Ancora una volta, mi dispiace.
Uśmiechnąłem się udając, że rozumiem. Podał mi rękę jeszcze coś dodał i poszedł.
Chwilę później pojawiła się Gabryśka.
 - Co to był za przystojniak? Umówiliście się?
 - Tak się składa, że jest żonaty, ma obrączkę.
 - Widziałeś?
 - Tak – odparłem zgodnie z prawdą.
Przez chwilę obserwowała mnie uważnie.
 - To czego chciał?
 - Jego pies mnie ochlapał i przeprosił mnie za to, ot co się stało.
 - I tak długo rozmawialiście?
Wywróciłem oczami.
 - Bo Asti mnie polubił.
 - Już znasz imię jego zwierzaka? – spytała podejrzliwie.
 - Kobieto! Ty się zajmij swoimi romansami, może jakiś się skusi na twoją małą znajomość języka i tłuszczyk, a mnie zostaw w spokoju i nie swataj z żonatymi, OK.?
 - Coś ty powiedział?! Ja ci dam tłuszczyk ty chuderlaku!
 - Nie jestem chudy. Mam mięśnie zamiast oponki, ale mniejsza z tym, idź sobie do wody. Jak cię nie było to miałem taki spokój…
 - Ja ci dam spokój!
Siłą zaciągnęła mnie do morza, zwracając na siebie uwagę innych plażowiczów, a następnie zaczęła pluskać wodą. Kiedy się uspokoiła i myślała, że wygrała rozpoczął się mój odwet. Po dłuższej chwili w końcu cali mokrzy zasapani wróciliśmy na nasze leżaki. Zapowiadały się dłuuugie i trudne wakacje…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz