Rozdział 4.
Tydzień
później…
Nie wiem jakim
cudem stałem na lotnisku tysiące kilometrów od mojego domu.
Kiedy Gabi
dowiedziała się, że dostałem urlop, skakała z radości po mieszkaniu. Zaraz
załatwiła bilety last minute i zapowiedziała, że nawet siłą mnie zmusi, żebym tam z nią poleciał. Cóż ja
biedny miałem począć?
- Ale pięknie. – Przeciągnęła się.
- Ta… - odparłem mało entuzjastycznie, za co
zaraz dostałem kuksańca w bok.
- Więcej optymizmu! Jesteśmy we Włoszech! Ty
znasz lepiej angielski to załatw nam taxi. Tu masz nazwę hotelu – podała mi
kartkę. – Szybko!
Nie miałem
siły się jej sprzeciwiać. Podszedłem do pierwszego z brzegu samochodu i kazałem
nas zawieść pod wskazany adres. Pomachałem na przyjaciółkę, żeby się pośpieszyła.
- I jak ci się podobał lot? – spytała podczas
jazdy.
- Nie wiem, zaraz zasnąłem – przypomniałem.
- Fakt… Nawet nie wyobrażasz sobie co
przegapiłeś!
- Na pewno…
Kiedy w
końcu dotarliśmy na miejsce wziąłem nasze bagaże – przecież madame Gabriela nie
może zabrać swoich – ale na szczęście zaraz pomógł mi boy hotelowy.
Przyznaję
piękne miejsce znalazła. Wyglądające prawie jak z filmów, gdzie wyjeżdżali na
wakacje sami najbogatsi, baseny, w pokoju balkon z widokiem na morze… Ja jednak
tęskniłem za swoim niewielkim mieszkankiem. Szybko okazało się, że pokoje
mieliśmy osobno.
- No co? Ja nie zamierzam spędzić tych wakacji
samotnie, tylko się bawić i tobie też to radzę! – zaraz zaznaczyła.
- Mhm…
Rozpakowałem
ubrania do szafy i wziąłem szybki prysznic choć wielka wanna wydała się bardzo
kusząca, ale wiedziałem, że wtedy to bym w niej przesiedział tak długo, aż
przyjaciółka by po mnie nie przyszła, a przed nią to nawet pancerne drzwi nie
uchronią. Szybko zajrzałem na pocztę, czy nic mi nie przyszło, na przykład z
pracy, jednak długo nie mogłem cieszyć się samotnością.
- Zostaw ten cholerny komputer i chodź się bawić!
– W paradowała do mojego pokoju.
- Już, już… Ledwo przeżyłem rozstanie, a ty
wyskakujesz z wakacjami i imprezami.
- Trzeba zapomnieć o tym idiocie i żyć!
Idziemy!
Z
ociąganiem wyłączyłem sprzęt, wziąłem najpotrzebniejsze rzeczy. Ledwo wyszedłem
na hol kiedy zatrzymała mnie.
- A, a, a! – Pomachała mi przed nosem palcem,
jak małemu dziecku. – Założyłeś chociaż kąpielówki?
- Nie? Zlituj się nade mną! Nie wiem dlaczego
zgodziłem się to z tobą jechać, może powinienem zadzwonić do szefa, kiedy
ciebie by nie było i wmówić, że się nie zgodził, a najlepiej pominąć tą
pierwszą część, ale skoro już tu jestem, to chociaż miejże litość nad biednym
mną.
- Phi! Ja i litość? – Zostałem siłą
zaciągnięty z powrotem go środka, wyciągnęła z szafy spodenki i rzuciła nimi we
mnie. – Ubieraj się!
- A mogłabyś chociaż wyjść?
- Co ja, twojego Wacka nie widziałam? Szybciej,
bo nie mam zamiaru całego dnia zmarnować.
- Zakładam, że nocy również – dodałem,
zdejmując spodnie.
- Oczywiście! – Przeciągnęła się.
Przebrany
wyszedłem z pokoju wraz z Gabryśką. Poszedłem z nią na tą głupią plażę i szybko
ulokowałem się na wynajętym przez nią leżaku.
- No chodź do wody!
- O nie, moja droga! Idziesz sama. – Nagle wpadłem
na pomysł. – Przecież jak pójdziesz tam ze mną to pomyślą jeszcze, że jesteśmy
razem i żaden facet do ciebie nie zagada!
- O… Fakt. To ty się tu opalaj, a ja zaraz
wracam.
- Nie śpiesz się! – krzyknąłem z nią.
Posmarowałem
się kremem, bo bądź co bądź nie chciałem się spalić i przymknąłem oczy. Nie
można by tego nazwać snem, ale trochę się zdrzemnąłem. Z lekkiego letargu obudziła
mnie… woda.
- Deszcz? – mruknąłem pod nosem.
Spojrzałem
na niebo, ale nie dostrzegłem ani jednej chmurki.
- Mi scuso! – usłyszałem głos jakiegoś mężczyzny.
Spojrzałem
na niego. Całkiem przystojny, koło czterdziestki facet trzymał swojego mokrego
golden retrievera za zieloną obrożę.
- OK. – Podniosłem dłoń sygnalizując
dodatkowo, że nic się nie stało.
Mężczyzna
chciał pójść dalej, jednak jego pies najwyraźniej miał inne plany, bo podszedł do
mnie bliżej i zaczął obwąchiwać.
- Asti! – zwrócił się do zwierzaka. Ten
jednak go zignorował.
Zaśmiałem
się i pogłaskałem psinkę po łbie, a co przystała z ochotą sygnalizując to
merdaniem ogona.
- Sbrigati! – mężczyzna dalej coś mówił.
Zerknąłem
na medalik na szyi goldena i przeczytałem jego imię.
- Asti! – wskazałem na jego właściciela, bo
wiedziałem, że nie zrozumiałby polskiego, ani zapewne angielskiego.
W końcu nas
posłuchał i podszedł do faceta.
- Ancora una volta, mi dispiace.
Uśmiechnąłem
się udając, że rozumiem. Podał mi rękę jeszcze coś dodał i poszedł.
Chwilę
później pojawiła się Gabryśka.
- Co to był za przystojniak? Umówiliście się?
- Tak się składa, że jest żonaty, ma obrączkę.
- Widziałeś?
- Tak – odparłem zgodnie z prawdą.
Przez
chwilę obserwowała mnie uważnie.
- To czego chciał?
- Jego pies mnie ochlapał i przeprosił mnie za
to, ot co się stało.
- I tak długo rozmawialiście?
Wywróciłem
oczami.
- Bo Asti mnie polubił.
- Już znasz imię jego zwierzaka? – spytała podejrzliwie.
- Kobieto! Ty się zajmij swoimi romansami,
może jakiś się skusi na twoją małą znajomość języka i tłuszczyk, a mnie zostaw
w spokoju i nie swataj z żonatymi, OK.?
- Coś ty powiedział?! Ja ci dam tłuszczyk ty
chuderlaku!
- Nie jestem chudy. Mam mięśnie zamiast oponki,
ale mniejsza z tym, idź sobie do wody. Jak cię nie było to miałem taki spokój…
- Ja ci dam spokój!
Siłą zaciągnęła
mnie do morza, zwracając na siebie uwagę innych plażowiczów, a następnie zaczęła
pluskać wodą. Kiedy się uspokoiła i myślała, że wygrała rozpoczął się mój
odwet. Po dłuższej chwili w końcu cali mokrzy zasapani wróciliśmy na nasze leżaki. Zapowiadały się dłuuugie i trudne
wakacje…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz