niedziela, 20 marca 2016

Testament - Rozdział 6.

Rozdział 6.
Obudziłem się rześki i wyspany. Przeciągnąłem się, wdychając charakterystyczny zapach tamtego pokoju. Od razu humor mi się popsuł.
Poszedłem po walizkę i wyjąłem z niej bardzo grube ubranie, a następnie się w nie przebrałem. Szybko przepłukałem twarz wodą, umyłem zęby i przeczesałem włosy grzebieniem. Gotowy wziąłem portfel, założyłem kurtkę, szalik, buty i wyszedłem.
Może i był styczeń, ale lubiłem poranny jogging. Porę roku też i nawet lepiej tak, aniżeli w upalne lato.
Po drodze wstąpiłem do osiedlowego sklepiku i kupiłem od pani Helenki, świeże bułeczki, margarynę, ser, wędlinę…
Truchcikiem wróciłem do mieszkania… nowego mieszkania. Rozpakowałem zakupy i przebrałem się w bardziej domowe ciuchy.
Zacząłem przygotowywać sobie śniadanie, przy okazji zerkając na zegarek.
Jeszcze trzy godziny…
Westchnąłem i zaparzyłem sobie dodatkowo herbatę pana Zenka. Tą z Indii. Nie było jej nawet tak mało jak się obawiałem, więc pewnie przed śmiercią zamówił zapas.
Z kubkiem parującej cieczy i talerzykiem z bułką z serem i szynką, usiadłem przy stole. Ledwo upiłem łyk, a zobaczyłem pana Pawła.
Najwyraźniej dopiero co wstał, bo przecierał zaspaną twarz, stojąc w spodniach od piżamy… Tak, tylko. Włosy mu sterczały na wszystkie strony, a ich właściciel rozglądał się nieobecnym wzrokiem, po pomieszczeniu.
 - Dzień dobry – kulturalnie się przywitałem.
 - Dobry, dobry… - Ziewnął. – Zrobiłeś mi też śniadanie?
 - Sam możesz to zrobić – skoro on nie kwapił się do rozmowy na pan to co ja się będę produkować.
Prychnął i wyszedł do łazienki.
 - Zrobiłem zakupy, wszystko jest w kuchni! – krzyknąłem do niego żeby usłyszał. Poza tym, mimo wszystko musieliśmy razem przez jakiś czas mieszkać, więc chciałem być choć trochę miły.
 - To zaparz mi chociaż kawę!
 - Em… Nie piję i nie pomyślałem o tym… - powiedziałem już dużo ciszej.
Jednak mimo to usłyszał.
 - CO?! – Wpadł do salonu wściekły. – To idź kup! Niech będzie z ciebie jakikolwiek pożytek!
Zdenerwował mnie tym i cała moja chęć bycia z nim w miarę dobrych stosunkach odeszła w zapomnienie.
 - Słucham?! Jaśnie pan będzie sobie wstawał kiedy chce, nawet o dziesiątej i ja mam ci wszystko padać! Może jeszcze do łóżka, co?!
Uśmiechnął się dziwnie.
 - Do łóżka to możesz być ty.
Otworzyłem usta, ale z braku pomysłu na sensowną odpowiedź, zamknąłem je. Zaskoczył mnie tym no!
 - Ha! Co się tak rumienisz jak dziewica? – spytał kpiąco.
Na szczęście nie musiałem nic mówić, bo wyszedł.
Próbowałem się ogarnąć. Ten facet działał mi na nerwy jak mało kto.
Skończyłem jeść śniadanie. Nie miałem nic to roboty, gdyż zapomniałem zabrać notatki, które zdobyłem od znajomych. Postanowiłem, więc zasiąść do fortepianu i coś zagrać.
Palce same zaczęły tańczyć w rytm pieśni żałobnej.
Nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Przerwałem i obróciłem się w stronę wejścia do salonu, gdzie stał Paweł. Przez moment jakbym widział na jego twarzy cień podziwu, ale zaraz ukrył go pod maską powagi i złośliwości.
 - Nie hałasuj tak. Jak już masz zamiar coś tam brzdękać, to lepiej bardziej wesołe piosenki.
 - Będę grać co mi się żywnie podoba! – odparłem.
Zerknąłem na zegarek.
Jeszcze godzina…
Podszedłem do walizki (tak, ciągle się nie rozpakowałem) i wyjąłem niej czarny garnitur oraz białą koszulę. Przyjrzałem się temu.
Trochę się pogniotło… Gdzie on ma żelazko…?
Rzuciłem ubrania na sofę i zszedłem do piwnicy. Szybko odnalazłem potrzebną mi rzecz i wróciłem do mieszkania.
Dziwnie się czułem tak nic nie mówiąc, jednak nie miałem ochoty odzywać się do kogoś takiego.
Zacząłem prasować, kiedy pojawił się obok mój nowy współlokator.
 - Gdzie się wybierasz?
 - Mówiłem ci wczoraj, że jest pogrzeb twojego dziadka. Nie idziesz?
 - Po co? – spytał jakby nigdy nic.
Zaskoczył mnie tym i prawie że bym sobie zrobił dziurę w spodniach. Nie sądziłem, że można być aż tak bez serca.  
 - Ha, ha! Uważaj! – powiedział rozbawiony, widząc jak szybko zabieram żelazko i sprawdzam, czy nie spaliłem ubrań.
 - To jest twój…
 - Był – poprawił mnie.
Chwyciłem go za bluzkę, którą na szczęście już założył, i popchnąłem na ścianę. Miałem ochotę go uderzyć w ten wesoły ryj, ale się powstrzymałem.
 - Zejdź mi z oczu – wysyczałem. – Mam nadzieję, że szybko znajdziesz sobie jakieś mieszkanie, a najlepiej wyjedziesz tam do siebie, do Irlandii.
Wziąłem strój i zamknąłem się w łazience, przeklinając ojca, który skazał mnie na mieszkanie z tym potworem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz