czwartek, 3 marca 2016

Wakacyjny romans - Rozdział 11.

Rozdział 11.
Dwa dni później…
Jechałem samochodem z moim chłopakiem, oglądając widoki.
Przez ostatni czas nie rozstawaliśmy się na dłużej niż pięć minut, a i to zdarzało się rzadko. Czułem się jak zakochany szczeniak, ale dobrze mi było z tym.
Tamtego dnia wybieraliśmy się do jego rodzinki. Chciał osobiście przeprosić, że tak nagle wyjechał, sprawdzić jak się czuje matka, a przy okazji mnie przedstawić. Nie miałem nic przeciwko, mimo krótkiej znajomości, bo czułem, iż tak łatwo żaden z nas nie wypuściłby tego drugiego. Tylko trochę się stresowałem, jak zareaguje na mnie jego rodzina. Podobno nie miała nic przeciwko jego orientacji, to oni okazali się największym wsparciem, kiedy odkrywał siebie, ale ja i tak bałem się, czy mnie zaakceptują.
 - Wyluzuj. Na pewno cię pokochają – powiedział, podjeżdżając pod ładny domek.
Cały był z kamienia, jedno piętrowy. Otaczały do drzewa, krzewy od drugiej strony, a od „ulicy”, bo to bardziej szeroką ścieżkę przypominało, zakończoną chodnikiem zrobionym chyba z tego samego co mury budynku, oraz wschodu był ładny ogródek, a zachodu piękny widok na morze. Całość była na górce, w odosobnieniu od innych ludzi, będących oddalonych najwcześniej pięć-dziesięć minut pieszo.
 - Pięknie tu… - stwierdziłem.
 - Mi też się podoba, dlatego często wracam. Idziesz?
Kiwnąłem głową i wysiadłem z samochodu. Nim zdążyliśmy podejść do drzwi z ciemnego drewna, otwarły się. Moim oczom ukazała się kobieta około pięćdziesiątki. Miała czarne włosy z siwymi pasemkami, związane w kok, koszulę w czerwoną kratkę oraz dżinsowe rybaczki, a na stopach czarne trampki. Uśmiechała się życzliwie, dzięki czemu koło jej oczu robiły się zmarszczki, ale nie ujmowały jej z wyglądu.
 - Ciao! – przywitała się.
Ucałowała bruneta w oba policzki, a później przyjrzała mi się uważnie.
 - Nawet nie próbuj skrzywdzić mojego synka, bo mnie popamiętasz!
 - Ja… Ja nigdy…
 - Ha, ha! To ty jesteś Polakiem, powinieneś lepiej mówić w swoim języku.
 - Em… Przepraszam.
Mój chłopak objął mnie ramieniem.
 - Darek trochę się stresuje.
 - Ej! Jak mogłeś mnie wydać?! – oburzyłem się.
Zaśmiał się i cmoknął w policzek.
 - Nie bój się! Żartowałam, przecież widzę jaki jest przy tobie szczęśliwy. – Uśmiechnęła się i przytuliła mnie. – Witaj w rodzinie! Jestem Valentina.
Odwzajemniłem uścisk, również się przedstawiając.
Puściła mnie, ale zaraz dopadł mnie pies. Byłem tak zaskoczony, że nim się zorientowałem wylądowałem na ziemi, a golden retriever podpierał łapy o mnie i lizał po twarzy. Śmiałem się, próbując wydostać się spod psinki.
 - Asti! – zawołał mój chłopak.
Asti…? Coś mi to imię przypomina…
Udało mi się chociaż usiąść, a zwierzak zakończył wreszcie wylewne powitanie. Potargałem go za uszami i zerknąłem na obrożę.
 - Może to zbieg okoliczności, ale nie znam cię przypadkiem? – spytałem psa, a ten spojrzał na mnie jakby wszystko rozumiał.
 - Skąd? – spytał Marcello, podając mi rękę, żeby pomóc mi wstać.
 - Buongiorno! – Pojawił się ten sam facet, którego spotkałem na plaży.
Najwyraźniej też mnie rozpoznał, bo zdjął okulary i bardziej mi się przyjrzał.
 - Jaki świat jest mały… - stwierdził. – Najwyraźniej nie tylko psy cię uwielbiają i słuchają, ale również skradłeś serce mojego braciszka. Gilberto. – Wyciągnął rękę żeby się przywitać.
 - Dariusz.
 - Darek, możesz to wyjaśnić?
 - Nie bądź zazdrosny! Wiesz, że mam żonę, nie jestem gejem, a poza tym nie ignoruj mnie! Zwracasz się do swojego kochasia, a ja jestem powietrzem?! – niby się oburzył.
Westchnąłem i pomyślałem, że chyba świetnie by się dogadał z Gabi, choć dwie takie same osoby to chyba nie najlepszy pomysł… Jedna to już dużo!
 - Pierwszego dnia Gabryśka wyciągnęła mnie na plażę i tam za pośrednictwem Astiego się poznaliśmy. A ja myślałem, co on wygaduje, a tu zamiast po angielsku, umie po polsku! – ostatnie słowa bardziej skierowałem do drugiego z rodzeństwa.
Poznałem jeszcze jego ojca Riccardo, bratową Alinę, babcie Beatrice oraz bratanków Carlo i Dario. Taka wielka rodzina.
Wszyscy przyjęli mnie do siebie jak swojego, a golden nie odstępował nawet na krok, przez co Marcello był zazdrosny o mnie, natomiast Gilberto o psa. Dobrze się u nich czułem i naprawdę pokochałem tą rodzinę jak własną.
Popołudniu siedzieliśmy na dworze, popijaliśmy wino, jedliśmy przekąski i rozmawialiśmy. W międzyczasie ktoś przyniósł gitarę, która co chwila przechodziła z rąk do rąk. Jedni śpiewali inni grali, a że ja nie znałem żadnej z tych piosenek to tylko się przysłuchiwałem i od czasu do czasu coś wtrąciłem, przy refrenach.
Sięgnąłem po butelkę wina, żeby sobie dolać, kiedy usłyszałem brzdęk strun gitary i głos mojego chłopaka. Odwróciłem się w jego stronę. Sam grał, sam śpiewał. Nie znałem tej piosenki, ale słysząc te dwa słowa przebijające się ciągle w niej i czując wzrok ukochanego na sobie…
Czułem, że z każdym dniem, godziną, minutą zakochiwałem się w nim coraz bardziej. Chciałem, żeby ta baśń, w której wtedy żyłem nigdy się nie kończyła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz