Rozdział
11.
Dwa dni
później…
Jechałem
samochodem z moim chłopakiem, oglądając widoki.
Przez
ostatni czas nie rozstawaliśmy się na dłużej niż pięć minut, a i to zdarzało
się rzadko. Czułem się jak zakochany szczeniak, ale dobrze mi było z tym.
Tamtego dnia
wybieraliśmy się do jego rodzinki. Chciał osobiście przeprosić, że tak nagle
wyjechał, sprawdzić jak się czuje matka, a przy okazji mnie przedstawić. Nie
miałem nic przeciwko, mimo krótkiej znajomości, bo czułem, iż tak łatwo żaden z
nas nie wypuściłby tego drugiego. Tylko trochę się stresowałem, jak zareaguje
na mnie jego rodzina. Podobno nie miała nic przeciwko jego orientacji, to oni
okazali się największym wsparciem, kiedy odkrywał siebie, ale ja i tak bałem
się, czy mnie zaakceptują.
- Wyluzuj. Na pewno cię pokochają –
powiedział, podjeżdżając pod ładny domek.
Cały był z
kamienia, jedno piętrowy. Otaczały do drzewa, krzewy od drugiej strony, a od
„ulicy”, bo to bardziej szeroką ścieżkę przypominało, zakończoną chodnikiem
zrobionym chyba z tego samego co mury budynku, oraz wschodu był ładny ogródek, a
zachodu piękny widok na morze. Całość była na górce, w odosobnieniu od
innych ludzi, będących oddalonych najwcześniej pięć-dziesięć minut pieszo.
- Pięknie tu… - stwierdziłem.
- Mi też się podoba, dlatego często wracam.
Idziesz?
Kiwnąłem
głową i wysiadłem z samochodu. Nim zdążyliśmy podejść do drzwi z ciemnego
drewna, otwarły się. Moim oczom ukazała się kobieta około pięćdziesiątki. Miała
czarne włosy z siwymi pasemkami, związane w kok, koszulę w czerwoną kratkę oraz
dżinsowe rybaczki, a na stopach czarne trampki. Uśmiechała się życzliwie,
dzięki czemu koło jej oczu robiły się zmarszczki, ale nie ujmowały jej z
wyglądu.
- Ciao! – przywitała się.
Ucałowała
bruneta w oba policzki, a później przyjrzała mi się uważnie.
- Nawet nie próbuj skrzywdzić mojego synka, bo
mnie popamiętasz!
- Ja… Ja nigdy…
- Ha, ha! To ty jesteś Polakiem, powinieneś
lepiej mówić w swoim języku.
- Em… Przepraszam.
Mój chłopak
objął mnie ramieniem.
- Darek trochę się stresuje.
- Ej! Jak mogłeś mnie wydać?! – oburzyłem się.
Zaśmiał się
i cmoknął w policzek.
- Nie bój się! Żartowałam, przecież widzę jaki
jest przy tobie szczęśliwy. – Uśmiechnęła się i przytuliła mnie. – Witaj w
rodzinie! Jestem Valentina.
Odwzajemniłem
uścisk, również się przedstawiając.
Puściła
mnie, ale zaraz dopadł mnie pies. Byłem tak zaskoczony, że nim się
zorientowałem wylądowałem na ziemi, a golden retriever podpierał łapy o mnie i
lizał po twarzy. Śmiałem się, próbując wydostać się spod psinki.
- Asti! – zawołał mój chłopak.
Asti…? Coś mi to imię przypomina…
Udało mi
się chociaż usiąść, a zwierzak zakończył wreszcie wylewne powitanie. Potargałem
go za uszami i zerknąłem na obrożę.
- Może to zbieg okoliczności, ale nie znam cię
przypadkiem? – spytałem psa, a ten spojrzał na mnie jakby wszystko rozumiał.
- Skąd? – spytał Marcello, podając mi rękę,
żeby pomóc mi wstać.
- Buongiorno! – Pojawił się ten sam facet,
którego spotkałem na plaży.
Najwyraźniej
też mnie rozpoznał, bo zdjął okulary i bardziej mi się przyjrzał.
- Jaki świat jest mały… - stwierdził. –
Najwyraźniej nie tylko psy cię uwielbiają i słuchają, ale również skradłeś
serce mojego braciszka. Gilberto. – Wyciągnął rękę żeby się przywitać.
- Dariusz.
- Darek, możesz to wyjaśnić?
- Nie bądź zazdrosny! Wiesz, że mam żonę, nie
jestem gejem, a poza tym nie ignoruj mnie! Zwracasz się do swojego kochasia, a
ja jestem powietrzem?! – niby się oburzył.
Westchnąłem
i pomyślałem, że chyba świetnie by się dogadał z Gabi, choć dwie takie same
osoby to chyba nie najlepszy pomysł… Jedna to już dużo!
- Pierwszego dnia Gabryśka wyciągnęła mnie na
plażę i tam za pośrednictwem Astiego się poznaliśmy. A ja myślałem, co on
wygaduje, a tu zamiast po angielsku, umie po polsku! – ostatnie słowa bardziej
skierowałem do drugiego z rodzeństwa.
Poznałem
jeszcze jego ojca Riccardo, bratową Alinę, babcie Beatrice oraz bratanków Carlo
i Dario. Taka wielka rodzina.
Wszyscy
przyjęli mnie do siebie jak swojego, a golden nie odstępował nawet na krok,
przez co Marcello był zazdrosny o mnie, natomiast Gilberto o psa. Dobrze się u
nich czułem i naprawdę pokochałem tą rodzinę jak własną.
Popołudniu
siedzieliśmy na dworze, popijaliśmy wino, jedliśmy przekąski i rozmawialiśmy. W
międzyczasie ktoś przyniósł gitarę, która co chwila przechodziła z rąk do rąk.
Jedni śpiewali inni grali, a że ja nie znałem żadnej z tych piosenek to tylko
się przysłuchiwałem i od czasu do czasu coś wtrąciłem, przy refrenach.
Sięgnąłem
po butelkę wina, żeby sobie dolać, kiedy usłyszałem brzdęk strun gitary i głos
mojego chłopaka. Odwróciłem się w jego stronę. Sam grał, sam śpiewał. Nie
znałem tej piosenki, ale słysząc te dwa słowa przebijające się ciągle w niej i
czując wzrok ukochanego na sobie…
Czułem, że
z każdym dniem, godziną, minutą zakochiwałem się w nim coraz bardziej.
Chciałem, żeby ta baśń, w której wtedy żyłem nigdy się nie kończyła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz