Rozdział 2.
Tydzień
później…
To
wszystko… Ta śmierć pana Zenka… W Boże Narodzenie… Dzień przed swoimi
urodzinami… Miał skończyć sześćdziesiąt osiem lat… Kiedy na następne lato mieliśmy zwiedzić
część Azji… Był dla mnie jak ktoś z rodziny, najlepszy przyjaciel… Odmienił
moje nudne życie… I nagle… Jakby nigdy nic… Nie skarżył się na zdrowie… Jeszcze
mieliśmy tyle planów… A tu przychodzi zawał serca… Niszczy wszystko… Szczęście…
Marzenia… To wszystko zostaje zakopane… Głęboko pod ziemią… Wśród innych
zmarłych…
Długo nie
mogłem się pogodzić z jego śmiercią. Dopiero po paru dniach udało mi się dojść
do siebie na tyle, iż wyszedłem z pokoju, przestałem ciągle płakać, nawet
zacząłem rozmawiać z rodziną. Było mi ciężko, ale wiedziałem, że muszę zacząć
żyć, bo to i tak mi go nie zwróci.
Poszedłem
do kuchni, aby w końcu zjeść normalne śniadanie. Nałożyłem sobie na talerz trzy
kawałki sernika i usiadłem przy stole. Na szczęście byłem sam. Zastanawiałem
się nad zrobieniem sobie herbaty, ale wiedziałem, że już nigdy żadna nie będzie
mi tak smakować jak ta pana Zenka. W końcu zrobiłem sobie kakao. Zjadłem jakże
zdrowe i pożywne śniadanie.
Postanowiłem
wyjść z mieszkania, żeby trochę odetchnąć świeżym powietrzem.
- Synku, jak się czujesz? – Pojawiła się mama.
Wzruszyłem
ramionami.
- Już chyba lepiej. Pójdę później na spacer.
- Dobrze.
Wziąłem z
szafy ciepły sweter, dżinsy, bieliznę i zamknąłem się w łazience. Wziąłem
prysznic… pierwszy od tygodnia. Wcześniej dbałem o siebie, ale ostatnio nie
miałem do tego głowy. Ubrałem się, rozczesałem trochę przydługie włosy, umyłem
zęby i w końcu odświeżony mogłem wyjść z domu, nie strasząc przechodniów. Fakt,
czerwone oczy, blada, sucha skóra nie zachęcały, lecz zważając na mój uprzedni
stan to wyglądałem bardzo dobrze.
Włączyłem
jakąś w miarę wesołą muzykę i ruszyłem zaśnieżonym parkiem ze słuchawkami w
uszach. Poczułem się tak błogo, zapominając o problemach. Chciałem, żeby tamten
moment nigdy się nie kończył…
Dotarłem
nad zamarznięty staw. Usiadłem na ławce i rozejrzałem się, podziwiając jaki
świat zimą może być piękny. Ludzie przeważnie nie lubią tej pory roku, a ja ją
kochałem. W sumie to wszystkie, ale ta miała w sobie coś magicznego… Przez
chwilkę się obawiałem, że będę ją obwiniać za śmierć pana Zenka, ale przecież
to nie jej wina.
Obserwowałem
parę unoszącą się z moich ust, białe drzewa, zlewającą się kolorem trawę,
obłoki na niebie, Słońce, które rozświetlało śnieg, imitujący diamenty… Kiedy
zobaczyłem gołębie i kawki, wyjąłem z kieszeni grubego płaszcza suchy chleb i
zacząłem i rzucać kawałki. Oczywiście czarne ptaki zaraz zabrały wszystko dla
siebie.
Lepiłem
małe kulki ze śniegu i podrzucałem je, imitując serw jak w siatkówce. Zaraz po
uderzeniu w nią, rozpadała się wprost na moje nogi.
Cieszyłem
się takimi błahostkami, ale to właśnie pan Zenek nauczył mnie tego. Nie
wiedziałem jakby wyglądało moje życie gdybym go nie spotkał i nie chciałem wiedzieć.
Straciłem
rachubę czasu i kiedy spojrzałem na zegarek była już 1300.
Postanowiłem powoli wracać do domu, żeby się nie rozchorować i zjeść pyszny
obiadek. Do tego trzeba było nadrobić zaległości. Może i miałem żałobę, ale nie
wszyscy to rozumieli, a egzaminy zbliżały się wielkimi krokami. Trzeb było się
uczyć i pożyczać od znajomych notatki.
Ruszyłem w
stronę mojego mieszkania, kiedy zadzwonił telefon.
Nieznany numer? Dziwne…
Zdjąłem
rękawiczkę, żeby odebrać, co zaraz pożałowałem.
~ Pan… Andrzej Kłos? – usłyszałem głos
jakiegoś faceta.
- Tak, a kto mówi?
~ Jestem mecenas Artur Kowalski. Znajomy
Zenona Śliwy – dodał dla wyjaśnienia.
- O… Słucham…
~ Otóż pan Zenon…
- Koro go pan zna to można mówić po imieniu –
ciągle trudno m było używać czasu przeszłego.
~ Dobrze. Chodzi o to, że on napisał
testament, a w nim pan również został zamieszczony.
Zatrzymałem
się. Stałem zaskoczony i jeszcze raz spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
- Naprawdę? Ale ja nie jestem z rodziny…
Pewnie tyle z tym zachodu i w ogóle… Nie chcę tego. To za bardzo będzie mi
przypominać o panu Zenku – w końcu wyjawiłem prawdziwy powód mojej odmowy.
~ Bardzo mu zależało. Spadkobiercami są tylko
pan i jego wnuk. Dodał, że nie zgadza się na jakikolwiek sprzeciw z pańskiej
strony. A tak ode mnie mogę dodać, iż oni nie byli ze sobą w dobrych
stosunkach… właściwie żadnych, zapewne dlatego nie chciał, żeby całość
przypadła na pana Pawła. No co prawda, jest tam wzmianka odnośnie hospicjum dla
dzieci, lecz to i tak niewielka część. Może jak patrzeć na jego majątek to duża,
ale mówię procentowo.
Westchnąłem
i znowu ruszyłem przed siebie.
- Tak… Chciał wyjechać ze mną i zwiedzać świat…
~ Bardzo pana lubił. Był pan dla niego jak drugi
syn, prawdziwego stracił w wypadku lotniczym… Chciał, żeby w razie jego śmierci
coś przypadło dla pana. Proszę się jeszcze zastanowić.
- Dobrze…
Pożegnaliśmy
się i wreszcie mogłem założyć rękawiczkę na zsiniałą z zimna rękę. Włączyłem
jeszcze jakąś piosenkę i nagle coś sobie uświadomiłem.
Dlaczego tak nie mogłem rozmawiać??? Oszczędziłbym
sobie odmrożeń…
Ruszyłem do
mieszkania, jakiś taki lżejszy, spokojniejszy. Pewny, że następne dni będą już tylko
lepsze. Jasne…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz