wtorek, 15 marca 2016

Testament - Rozdział 2.

Rozdział 2.
Tydzień później…
To wszystko… Ta śmierć pana Zenka… W Boże Narodzenie… Dzień przed swoimi urodzinami… Miał skończyć sześćdziesiąt osiem lat…  Kiedy na następne lato mieliśmy zwiedzić część Azji… Był dla mnie jak ktoś z rodziny, najlepszy przyjaciel… Odmienił moje nudne życie… I nagle… Jakby nigdy nic… Nie skarżył się na zdrowie… Jeszcze mieliśmy tyle planów… A tu przychodzi zawał serca… Niszczy wszystko… Szczęście… Marzenia… To wszystko zostaje zakopane… Głęboko pod ziemią… Wśród innych zmarłych…

Długo nie mogłem się pogodzić z jego śmiercią. Dopiero po paru dniach udało mi się dojść do siebie na tyle, iż wyszedłem z pokoju, przestałem ciągle płakać, nawet zacząłem rozmawiać z rodziną. Było mi ciężko, ale wiedziałem, że muszę zacząć żyć, bo to i tak mi go nie zwróci.
Poszedłem do kuchni, aby w końcu zjeść normalne śniadanie. Nałożyłem sobie na talerz trzy kawałki sernika i usiadłem przy stole. Na szczęście byłem sam. Zastanawiałem się nad zrobieniem sobie herbaty, ale wiedziałem, że już nigdy żadna nie będzie mi tak smakować jak ta pana Zenka. W końcu zrobiłem sobie kakao. Zjadłem jakże zdrowe i pożywne śniadanie.
Postanowiłem wyjść z mieszkania, żeby trochę odetchnąć świeżym powietrzem.
 - Synku, jak się czujesz? – Pojawiła się mama.
Wzruszyłem ramionami.
 - Już chyba lepiej. Pójdę później na spacer.
 - Dobrze.
Wziąłem z szafy ciepły sweter, dżinsy, bieliznę i zamknąłem się w łazience. Wziąłem prysznic… pierwszy od tygodnia. Wcześniej dbałem o siebie, ale ostatnio nie miałem do tego głowy. Ubrałem się, rozczesałem trochę przydługie włosy, umyłem zęby i w końcu odświeżony mogłem wyjść z domu, nie strasząc przechodniów. Fakt, czerwone oczy, blada, sucha skóra nie zachęcały, lecz zważając na mój uprzedni stan to wyglądałem bardzo dobrze.
Włączyłem jakąś w miarę wesołą muzykę i ruszyłem zaśnieżonym parkiem ze słuchawkami w uszach. Poczułem się tak błogo, zapominając o problemach. Chciałem, żeby tamten moment nigdy się nie kończył…
Dotarłem nad zamarznięty staw. Usiadłem na ławce i rozejrzałem się, podziwiając jaki świat zimą może być piękny. Ludzie przeważnie nie lubią tej pory roku, a ja ją kochałem. W sumie to wszystkie, ale ta miała w sobie coś magicznego… Przez chwilkę się obawiałem, że będę ją obwiniać za śmierć pana Zenka, ale przecież to nie jej wina.
Obserwowałem parę unoszącą się z moich ust, białe drzewa, zlewającą się kolorem trawę, obłoki na niebie, Słońce, które rozświetlało śnieg, imitujący diamenty… Kiedy zobaczyłem gołębie i kawki, wyjąłem z kieszeni grubego płaszcza suchy chleb i zacząłem i rzucać kawałki. Oczywiście czarne ptaki zaraz zabrały wszystko dla siebie.
Lepiłem małe kulki ze śniegu i podrzucałem je, imitując serw jak w siatkówce. Zaraz po uderzeniu w nią, rozpadała się wprost na moje nogi.
Cieszyłem się takimi błahostkami, ale to właśnie pan Zenek nauczył mnie tego. Nie wiedziałem jakby wyglądało moje życie gdybym go nie spotkał i nie chciałem wiedzieć.
Straciłem rachubę czasu i kiedy spojrzałem na zegarek była już 1300. Postanowiłem powoli wracać do domu, żeby się nie rozchorować i zjeść pyszny obiadek. Do tego trzeba było nadrobić zaległości. Może i miałem żałobę, ale nie wszyscy to rozumieli, a egzaminy zbliżały się wielkimi krokami. Trzeb było się uczyć i pożyczać od znajomych notatki.
Ruszyłem w stronę mojego mieszkania, kiedy zadzwonił telefon.
Nieznany numer? Dziwne…
Zdjąłem rękawiczkę, żeby odebrać, co zaraz pożałowałem.
 ~ Pan… Andrzej Kłos? – usłyszałem głos jakiegoś faceta.
 - Tak, a kto mówi?
 ~ Jestem mecenas Artur Kowalski. Znajomy Zenona Śliwy – dodał dla wyjaśnienia.
 - O… Słucham…
 ~ Otóż pan Zenon…
 - Koro go pan zna to można mówić po imieniu – ciągle trudno m było używać czasu przeszłego.
 ~ Dobrze. Chodzi o to, że on napisał testament, a w nim pan również został zamieszczony.
Zatrzymałem się. Stałem zaskoczony i jeszcze raz spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
 - Naprawdę? Ale ja nie jestem z rodziny… Pewnie tyle z tym zachodu i w ogóle… Nie chcę tego. To za bardzo będzie mi przypominać o panu Zenku – w końcu wyjawiłem prawdziwy powód mojej odmowy.
 ~ Bardzo mu zależało. Spadkobiercami są tylko pan i jego wnuk. Dodał, że nie zgadza się na jakikolwiek sprzeciw z pańskiej strony. A tak ode mnie mogę dodać, iż oni nie byli ze sobą w dobrych stosunkach… właściwie żadnych, zapewne dlatego nie chciał, żeby całość przypadła na pana Pawła. No co prawda, jest tam wzmianka odnośnie hospicjum dla dzieci, lecz to i tak niewielka część. Może jak patrzeć na jego majątek to duża, ale mówię procentowo.
Westchnąłem i znowu ruszyłem przed siebie.
 - Tak… Chciał wyjechać ze mną i zwiedzać świat…
 ~ Bardzo pana lubił. Był pan dla niego jak drugi syn, prawdziwego stracił w wypadku lotniczym… Chciał, żeby w razie jego śmierci coś przypadło dla pana. Proszę się jeszcze zastanowić. 
 - Dobrze…
 - Proszę przyjść na ulicę Sobieskiego 5. Nawet jeśli pan zrezygnuje to trzeba oficjalnie zrzec się spadku.
Pożegnaliśmy się i wreszcie mogłem założyć rękawiczkę na zsiniałą z zimna rękę. Włączyłem jeszcze jakąś piosenkę i nagle coś sobie uświadomiłem.
Dlaczego tak nie mogłem rozmawiać??? Oszczędziłbym sobie odmrożeń…
Ruszyłem do mieszkania, jakiś taki lżejszy, spokojniejszy. Pewny, że następne dni będą już tylko lepsze. Jasne…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz