środa, 16 marca 2016

Testament - Rozdział 3.

Rozdział 3.
Tydzień później…
Wystroiłem się w garnitur i ułożyłem włosy, z którymi cały czas zapominałem pójść do fryzjera, a przestałem ufać maminym zdolnością, kiedy pewnego razu prawie że mnie na łyso obcięła. Ostatni raz przejrzałem się w lustrze i założyłem ciepłe ubranie.
 - Mówię ci synu, przyjmij ten spadek. Wiem, że nie czujesz się z tym najlepiej, ale skoro cie zapisał w testamencie to znaczy, że mu zależało – poradził ojciec.
 - Materialista – mruknąłem pod nosem.
Tak naprawdę to mieliśmy z moim ojczulkiem czasami duże spięcia odnośnie mojej orientacji, więc zawsze kiedy był dla mnie miły to czułem, iż coś kręci.
 - Wychodzę!
Podbiegłem do auta i ruszyłem na ulicę Sobieskiego.
Szczerze mówiąc to dalej nie byłem pewny, czy chcę przyjąć ten spadek, czy nie. Postanowiłem upewnić się w tym na miejscu. Zaparkowałem samochód, koło jakiegoś białego mercedesa. Ruszyłem do środka cały w nerwach. Wchodząc tam, nie byłem pewny gdzie mam się udać, ale zaraz podszedł do mnie miły, niski, starszy pan.
 - Andrzej Kłos? – spytał. 
 - Tak. Dzień dobry. – Uścisnęliśmy sobie ręce i zaprowadził mnie do pomieszczenia obok. – A to jest właśnie pan Paweł Śliwa – przedstawił drugiego mężczyznę.
Przyjrzałem mu się zaskoczony. Bynajmniej nie wyglądał jak człowiek w żałobie. Siedział wygodnie z dziwnym uśmieszkiem, w jasnym garniturze. Krótkie włosy miał postawione trochę na żel. Biła od niego pewność siebie i jakiś chłód. Nie wiedziałem jak można kogoś nie polubić od pierwszego wejrzenia, ale nagle zrozumiałem takich ludzi. Naprawdę cieszyłem się, że więcej nie spotkam tego typa.
 - Dzień dobry – przywitałem się.
Usiadłem obok, ignorując go. Źle się czułem w jego towarzystwie i wolałem jak najszybciej to zakończyć. Tylko ta niechęć do niego przyczyniła się do podjęcia przez mnie decyzji.
 - Zanim zacznę, to chciałbym się upewnić, panie Andrzeju, jak pan zadecydował w sprawie spadku – spytał mecenas.
 - Przyjmuję – odparłem pewnie.
Usłyszałem prychnięcie ze strony wnuka pana Zenka, co mnie jakoś podbudowało.
 - Dobrze. W takim razie przechodząc do sedna sprawy przeczytam już tylko co panowie otrzymują w spadku…
Kątem oka zobaczyłem jak grymas niezadowolenia malował się na twarzy pana Pawła, kiedy było wymieniane, co dostanę. Jego złość sięgnęła zenitu, wraz z przeczytaniem, iż należy mi się połowa mieszkania.
 - Słucham?! – Wstał i oparł dłonie o biurko mecenasa, pochylając się w jego stronę. – To ja jestem jedyną osobą z jego rodziny, a ten tu – wskazał na mnie palcem – dostanie moje mieszkanie?!
 - Właściwie to ono jest pana Zenka – pozwoliłem sobie zauważyć.
 - Nikt cię o nic nie pyta! Nie po to przyleciałem taki kawał drogi, żeby się dowiedzieć, że jakiś obcy dostanie więcej ode mnie!
 - A pogrzeb? – spytałem.
Prychnął.
 - Nie znałem go, więc nie czuję żebym musiał przychodzić na coś takiego. Nawet nie wiem, kiedy ma się odbyć.
Wtedy to mnie ogarnęła wściekłość, ale trzymałem ja na wodzy.
 - Jutro. Późno, ale nie każdy ma w dupie życie innych i jako że ja się tym zająłem to na początku nie miałem siły na myślenie o czymkolwiek. Nadal nie zamierzasz przyjść? Przypominam, że nie on nie ma nikogo więcej z rodziny.
Usiadł i uśmiechnął się kpiąco.
 - Raczej miał. O zmarłych raczej się mówi w czasie przeszłym, chyba że coś się zmieniło, a ja o tym nie wiem?
Wstałem i przeszedłem się po pokoju, bo czułem, jak łzy znowu chciały znaleźć ujście z moich oczu.
 - Nic – odparłem chłodno. – Mogę już iść?
 - Moment, jeszcze tylko podpisze pan w tym – wskazał palcem na kartkę – miejscu.
Tak też uczyniłem i szybko wyszedłem. Prawie biegłem do samochodu. Otwarłem drzwi auta, ale ktoś je zatrzasnął.
 - Chwila, chwila… - Pan Paweł zmierzył mnie ostrym wzrokiem. – Możesz sobie wziąć te niepotrzebne nikomu bibeloty i tak dalej, a nawet część pieniędzy, którą ci dał, ale od mieszkania się odpierdol. Ty wiesz ile zarobię na nim?! Jest usytuowane w świetnym miejscu. Nie jesteś dla niego nikim z rodziny, więc również część twojego majątku po nim powinienem dostać!
Trochę się przestraszyłem widząc go tak wściekłego, ale postanowiłem nie pokazywać tego po sobie.
 - Taki wnuk, że od lat nie utrzymywaliście kontaktu! Wiesz jak go to bolało? Jesteś jego ostatnim członkiem rodziny, a lepsze kontakty ma z obcymi!
 - MIAŁ – poprawił mnie z wrednym uśmiechem.
Odepchnąłem go i wsiadłem do samochodu.
 - Dla mnie on jest ważny i nie potrafię mówić o nim jak o zmarłym. A mojego spadku nie dostaniesz. Przepisał go MI, więc spełnię jego wolę! Fakt, wahałem się, ale już jestem pewny.
I odjechałem. Ledwo dotarłem pod blok, a nie wytrzymałem – oparłem głowę o kierownicę i zacząłem płakać. Było mi ciężko, a ten pierdolony wnuk pana Zenka jeszcze mój stan pogorszył. Miałem dość, chciałem, żeby tamten dzień się już skończył.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz