Rozdział
10.
Tydzień
później…
Szedłem ku
lotnisku z przyjaciółką, czując wielką ulgę. Za dużo wspomnień się kryło w
każdym zakamarku tamtego miasta.
- Szkoda wracać. Zostałabym tu na zawsze. –
Ostatni raz obejrzała się na Włochy.
- A ja się cieszę, iż to koniec.
Spojrzała
na mnie zaskoczona.
- Myślałam, że ci się podobało.
Westchnąłem
i mimowolnie obróciłem się, żeby pożegnać się z tym pięknym miejscem.
- Owszem, ale nie umiałem się tym cieszyć.
Przez
chwilę milczała, lecz długo i spokojnie nie wytrzymała.
- Idioto! Jesteś skończonym kretynem! Ja już
myślałam, że ci przeszło, a ty mi po prawie dwóch tygodniach mówisz coś
takiego?! Udawałeś?!
- Dla ciebie – stwierdziłem nad wyraz
spokojnie.
Otwarła wymalowane
czerwoną szminką usta, ale zaraz znowu je zamknęła, przez co wyglądała jak
ryba. Najlepiej ta rozdymka.
- Naprawdę? – spytała skruszona.
Kiwnąłem
głową i nie chcąc kontynuować tej rozmowy ruszyłem przed siebie. Gabi od razu
podbiegła na swoich szczudłach, chyba piętnastocentymetrowych.
Siedzieliśmy
i czekaliśmy na swoją kolej, aż tu nagle…
- Darek! – wyrwał mnie z zamyślenia TEN głos.
Spojrzałem
na przyjaciółkę, żeby się dowiedzieć, czy nie zwariowałem, ale ta już się odwracała
w kierunku, z którego biegł wysoki, umięśniony brunet. Wstałem i podszedłem do niego. Kiedy
już przede mną stanął, oparł dłonie o uda i uniósł palec to góry sygnalizując
mi, żebym zaczekał, a sam próbował wyrównać oddech.
- Bieg w taki upał to chyba nie jest najlepszy
pomysł. Już dawno nie było tu, aż takich temperatur – powiedział.
- Co ty tu robisz?
Podniósł na
mnie wzrok i przytulił. Stałem w osłupieniu, w końcu jednak również go objąłem.
Czułem się w jego ramionach taki drobny, ale również bezpieczny…
- Przepraszam. Miałem już iść na o spotkanie z
tobą, tylko nagle dostałem telefon z domu. Moja matka źle się poczuła i
natychmiast chciałem do niej pojechać, lecz pierwsze co to próbowałem się z
tobą skontaktować. Nie mam twojego numeru więc to odpada, za to postanowiłem
cię znaleźć. W hotelu cię nie było, na mieście, plaży również. W końcu musiałem
ruszyć. Jak tylko była taka możliwość to się wyrwałem i natychmiast przyjechałem.
W recepcji powiedziano mi, że już się wymeldowaliście, a nie było to dawno,
więc pierwsze co to przybyłem tu licząc, iż jeszcze będziesz. Przepraszam,
naprawdę.
Nie
wiedziałem co powiedzieć, tylko mocniej się wtuliłem w niego. Było gorąco,
jednak ja nie chciałem się odsunąć chociażby na centymetr.
Nagle
usłyszałem głos mówiący, że osoby lecące moim lotem mają się udać na odprawę.
- Marcello… - Nie chciałem iść. – Muszę.
- Wiem…
Mimo naszych
słów, żaden z nas pierwszy się nie odsunął.
- Czekaj! – Włoch puścił mnie i zaczął
przeszukiwać kieszenie. W końcu wyciągnął wizytówkę. – Zadzwoń. Proszę. Może to
i głupie, ale mimo spędzenia ze sobą jednej doby wiem, że chcę żeby było ich
więcej.
Przez niego
jeszcze bardziej wrosłem w podłogę.
- Ja też – nieśmiało stwierdziłem.
Odwróciłem
się z bólem, chcąc jak najszybciej pójść, bojąc się, że nigdy się nie ruszę, a
musiałem wracać do Polski. Tam miałem wszystko – pracę, znajomych, rodzinę –
tylko nie jego.
Przyciągnął
mnie ostatni raz do pocałunku.
- Ti amo – wyszeptał. – Zadzwoń.
Stałem,
myśląc co on powiedział, bo nie znałem włoskiego. Patrzyłem jak idzie z powrotem,
a ja nadal nie potrafiłem się otrząsnąć po tym wszystkim. Czułem, że to coś
znaczyło bardzo ważnego. Dopiero głos kobiety przypominającej pasażerom, że za
niedługo samolot startuje, spowodował, iż się ruszyłem.
- Darek… - przyjaciółka próbowała coś powiedzieć, lecz
szybko odpuściła.
Próbowałem
się uśmiechnąć na pocieszenie, nie wiem kogo, ale nie potrafiłem. Mięśnie
mimiczne odmówiły mi posłuszeństwa.
Nagle ujrzałem
w kantorku słownik. Angielsko – włoski włosko – angielski, lecz zawsze coś. Kupiłem go za zdecydowanie za
dużą cenę, nie miałem jednak czasu i ochoty na wykłócanie się. Od razu poszukałem
słów, które krążyły mi w głowie. Patrzyłem na tłumaczenie jak zaczarowany.
Ostatni raz spojrzałem na lotnisko, przyjaciółkę, a później pobiegłem, ciągnąc za
sobą bagaż, w kierunku wyjścia. Rozejrzałem się w poszukiwaniu tego
niesamowitego Włocha, licząc, że jeszcze był. W końcu go dostrzegłem w
czerwonym kabriolecie. Siedział i patrzył przed siebie, ale nim się zorientowałem
włożył kluczyki do stacyjki. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem może
dziesięcioletniego chłopczyka. Podałem mu moją walizkę.
- Stay! – krzyknąłem do niego, już biegnąć w stronę
samochodu.
Wskoczyłem
do auta, od strony pasażera i nim kierowca, zdążył cokolwiek powiedzieć, przyciągnąłem
go do pocałunku. Przez chwilę nic nie robił, ale zaraz objął mnie ramionami, przyłączając
się do tańca naszych warg.
- Ja ciebie też – powiedziałem, kiedy odsunąłem
się na niewielką odległość. – Kocham cię. – Przytuliłem go.
- Twój samolot…
- Nie mogę lecieć. Przenocujesz mnie, jeśli to
nie problem?
Ujął moją
twarz w dłonie i z wielkim uśmiechem pokręcił głową.
- Nie. Tylko ostrzegam, że na jednej nocy się
nie skończy.
Wtedy moje
kąciki ust, mimowolnie skierowały się do góry.
- Chyba jestem w stanie to zaakceptować.
Wróciłem do
chłopca, wziąłem swoje bagaże, dałem mu kilka drobniaków w podzięce i z moim
chłopakiem pojechałem przed siebie, w międzyczasie, pisząc do Gabryśki, żeby
się nie martwiła. Widziała, że będę szczęśliwy, ale z kimś takim to nigdy nic
nie wiadomo.
Zawsze
robiłem coś dla innych, wtedy przyszła pora na cieszenie się życiem i
czerpaniem z niego jak najwięcej, mając przy boku przystojnego, kochającego
bruneta, przy który w końcu w pełni byłem szczęśliwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz