czwartek, 3 marca 2016

Wakacyjny romans - Rozdział 10.

Rozdział 10.
Tydzień później…
Szedłem ku lotnisku z przyjaciółką, czując wielką ulgę. Za dużo wspomnień się kryło w każdym zakamarku tamtego miasta.
 - Szkoda wracać. Zostałabym tu na zawsze. – Ostatni raz obejrzała się na Włochy.
 - A ja się cieszę, iż to koniec.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
 - Myślałam, że ci się podobało.
Westchnąłem i mimowolnie obróciłem się, żeby pożegnać się z tym pięknym miejscem.
 - Owszem, ale nie umiałem się tym cieszyć.
Przez chwilę milczała, lecz długo i spokojnie nie wytrzymała.
 - Idioto! Jesteś skończonym kretynem! Ja już myślałam, że ci przeszło, a ty mi po prawie dwóch tygodniach mówisz coś takiego?! Udawałeś?!
 - Dla ciebie – stwierdziłem nad wyraz spokojnie.
Otwarła wymalowane czerwoną szminką usta, ale zaraz znowu je zamknęła, przez co wyglądała jak ryba. Najlepiej ta rozdymka.
 - Naprawdę? – spytała skruszona.
Kiwnąłem głową i nie chcąc kontynuować tej rozmowy ruszyłem przed siebie. Gabi od razu podbiegła na swoich szczudłach, chyba piętnastocentymetrowych.
Siedzieliśmy i czekaliśmy na swoją kolej, aż tu nagle…
 - Darek! – wyrwał mnie z zamyślenia TEN głos.
Spojrzałem na przyjaciółkę, żeby się dowiedzieć, czy nie zwariowałem, ale ta już się odwracała w kierunku, z którego biegł wysoki, umięśniony brunet. Wstałem i podszedłem do niego. Kiedy już przede mną stanął, oparł dłonie o uda i uniósł palec to góry sygnalizując mi, żebym zaczekał, a sam próbował wyrównać oddech.
 - Bieg w taki upał to chyba nie jest najlepszy pomysł. Już dawno nie było tu, aż takich temperatur – powiedział.
 - Co ty tu robisz?
Podniósł na mnie wzrok i przytulił. Stałem w osłupieniu, w końcu jednak również go objąłem. Czułem się w jego ramionach taki drobny, ale również bezpieczny…
 - Przepraszam. Miałem już iść na o spotkanie z tobą, tylko nagle dostałem telefon z domu. Moja matka źle się poczuła i natychmiast chciałem do niej pojechać, lecz pierwsze co to próbowałem się z tobą skontaktować. Nie mam twojego numeru więc to odpada, za to postanowiłem cię znaleźć. W hotelu cię nie było, na mieście, plaży również. W końcu musiałem ruszyć. Jak tylko była taka możliwość to się wyrwałem i natychmiast przyjechałem. W recepcji powiedziano mi, że już się wymeldowaliście, a nie było to dawno, więc pierwsze co to przybyłem tu licząc, iż jeszcze będziesz. Przepraszam, naprawdę.
Nie wiedziałem co powiedzieć, tylko mocniej się wtuliłem w niego. Było gorąco, jednak ja nie chciałem się odsunąć chociażby na centymetr.
Nagle usłyszałem głos mówiący, że osoby lecące moim lotem mają się udać na odprawę.
 - Marcello… - Nie chciałem iść. – Muszę.
 - Wiem…
Mimo naszych słów, żaden z nas pierwszy się nie odsunął.
 - Czekaj! – Włoch puścił mnie i zaczął przeszukiwać kieszenie. W końcu wyciągnął wizytówkę. – Zadzwoń. Proszę. Może to i głupie, ale mimo spędzenia ze sobą jednej doby wiem, że chcę żeby było ich więcej.
Przez niego jeszcze bardziej wrosłem w podłogę.
 - Ja też – nieśmiało stwierdziłem.
Odwróciłem się z bólem, chcąc jak najszybciej pójść, bojąc się, że nigdy się nie ruszę, a musiałem wracać do Polski. Tam miałem wszystko – pracę, znajomych, rodzinę – tylko nie jego.
Przyciągnął mnie ostatni raz do pocałunku.
 - Ti amo – wyszeptał. – Zadzwoń.
Stałem, myśląc co on powiedział, bo nie znałem włoskiego. Patrzyłem jak idzie z powrotem, a ja nadal nie potrafiłem się otrząsnąć po tym wszystkim. Czułem, że to coś znaczyło bardzo ważnego. Dopiero głos kobiety przypominającej pasażerom, że za niedługo samolot startuje, spowodował, iż się ruszyłem.
 - Darek… - przyjaciółka próbowała coś powiedzieć, lecz szybko odpuściła.
Próbowałem się uśmiechnąć na pocieszenie, nie wiem kogo, ale nie potrafiłem. Mięśnie mimiczne odmówiły mi posłuszeństwa.
Nagle ujrzałem w kantorku słownik. Angielsko – włoski włosko – angielski,  lecz zawsze coś. Kupiłem go za zdecydowanie za dużą cenę, nie miałem jednak czasu i ochoty na wykłócanie się. Od razu poszukałem słów, które krążyły mi w głowie. Patrzyłem na tłumaczenie jak zaczarowany. Ostatni raz spojrzałem na lotnisko, przyjaciółkę, a później pobiegłem, ciągnąc za sobą bagaż, w kierunku wyjścia. Rozejrzałem się w poszukiwaniu tego niesamowitego Włocha, licząc, że jeszcze był. W końcu go dostrzegłem w czerwonym kabriolecie. Siedział i patrzył przed siebie, ale nim się zorientowałem włożył kluczyki do stacyjki. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem może dziesięcioletniego chłopczyka. Podałem mu moją walizkę.
 - Stay! – krzyknąłem do niego, już biegnąć w stronę samochodu.
Wskoczyłem do auta, od strony pasażera i nim kierowca, zdążył cokolwiek powiedzieć, przyciągnąłem go do pocałunku. Przez chwilę nic nie robił, ale zaraz objął mnie ramionami, przyłączając się do tańca naszych warg.
 - Ja ciebie też – powiedziałem, kiedy odsunąłem się na niewielką odległość. – Kocham cię. – Przytuliłem go.
 - Twój samolot…
 - Nie mogę lecieć. Przenocujesz mnie, jeśli to nie problem?
Ujął moją twarz w dłonie i z wielkim uśmiechem pokręcił głową.
 - Nie. Tylko ostrzegam, że na jednej nocy się nie skończy.
Wtedy moje kąciki ust, mimowolnie skierowały się do góry.
 - Chyba jestem w stanie to zaakceptować.
Wróciłem do chłopca, wziąłem swoje bagaże, dałem mu kilka drobniaków w podzięce i z moim chłopakiem pojechałem przed siebie, w międzyczasie, pisząc do Gabryśki, żeby się nie martwiła. Widziała, że będę szczęśliwy, ale z kimś takim to nigdy nic nie wiadomo.
Zawsze robiłem coś dla innych, wtedy przyszła pora na cieszenie się życiem i czerpaniem z niego jak najwięcej, mając przy boku przystojnego, kochającego bruneta, przy który w końcu w pełni byłem szczęśliwy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz