Rozdział 1.
Spakowałem
do plecaka notes z planem wakacji oraz kawałek makowca babci. Założyłem kurtkę,
szalik, czapkę, rękawiczki, zimowe buty i narzuciłem na plecy bagaż. Dawno nie
było takich mroźnych świąt.
- Wychodzę! – krzyknąłem do domowników.
Mama zaraz
pojawiła się obok.
- Znowu do pana Zenka? – spytała.
- Tak. Przecież nie może Wigilii spędzić sam,
a przy okazji podzielę się z nim pomysłem odnośnie wyjazdu…
- A ty znowu o tym… Studia najpierw skończ, a
nie. Wiem, że łatwo przyswajasz historię, ale i tak musisz się uczyć, natomiast
ty tylko przesiadujesz u niego.
Westchnąłem.
Pocałowałem
ją w oba policzki i otworzyłem drzwi.
- Postaram się szybko wrócić. Pa! - Pomachałem
jej.
Wybiegłem z
mieszkania. Widząc jak zasypało mi samochód, postanowiłem odpuścić i przejść
się ten kawałek. Staruszek mieszkał na tym samym osiedlu, więc droga nie zajęła
mi dużo czasu. Po chwili już wbiegałem po schodkach na trzecie piętro.
Zapukałem
kołatką z wilczym pyskiem, ale nikt mi nie otwierał. Spróbowałem jeszcze raz.
Przyjrzałem
się zwierzakowi i zaśmiałem na myśl, jak to przeszkadzało poniektórym sąsiadom.
Dopiero po czasie zaakceptowali styl dziadka.
Do trzech razy sztuka! – pomyślałem
i znowu rozległo się pukanie. Nic.
Zdziwiłem
się.
Pewnie wyszedł na chwilę. Zaczekam na niego w środku.
Wyjąłem
klucze i otworzyłem drzwi.
Dostałem je
kiedy pewnego dnia musiałem długo na niego czekać, bo postanowił przejechać się do
pobliskiego lasu, zapominając o naszym spotkaniu. Trochę się na niego
naczekałem…
Zaskoczyło
mnie zapalone światło. Wzruszyłem ramionami i powiesiłem ubrania na wieszaku.
Chuchnąłem w dłonie i potarłem nimi, żeby się ogrzać.
Postanowiłem zrobić sobie
herbaty. Staruszek miał jakąś specjalną z Indii. Pyszna! Włączyłem wodę w
czajniku i wyjąłem czerwony kubek. Wolałem je od szklanek, filiżanek, bo można było ogrzać sobie ręce. Nasypałem trochę herbaty i
czekałem. Kiedy rozległo się gwizdanie oznajmiające, zagotowanie się wody,
nalałem do kubeczka. Wymieszałem i ogrzewając łapki, poszedłem do salonu,
zaczekać. Przy okazji mogłem trochę pograć na fortepianie. Nauczył mnie tego
jakiś czas temu, a jego, jego ciotka.
Wszedłem do
pokoju. Zaraz naczynie z gorącą cieczą wylądowało na podłodze, roztrzaskując
się. Nie zwróciłem na to uwagi dalej stojąc w szoku i wpatrując się w jeden
punkt. Pana Zenka.
Leżał na
podłodze nieprzytomny.
Kiedy
otrząsnąłem się, natychmiast podbiegłem do niego.
- Halo! Proszę się obudzić! – Próbowałem go
ocucić, lekko bijąc w oba policzki.
Nic.
Przerażony
próbowałem sprawdzić mu puls.
Nic.
Wyciągnąłem
telefon ze spodni i natychmiast wybrałem 999. Wyjaśniłem kobiecie, która
odebrała, co się stało. Zadawała mi jeszcze kilka nieistotnych, a przynajmniej
tak mi się wydawało, pytań, zaspanym głosem. Odpowiadałem zniecierpliwiony.
Kiedy w końcu się rozłączyła, dotarło do mnie to co się stało. Zacząłem płakać.
Dobrze, że siedziałem na dywanie, bo chyba bym nie ustał o własnych siłach. Ukryłem
twarz w dłoniach i zacząłem się nawet modlić, żeby tylko nie umarł.
Po
dziesięciu minutach przyjechała karetka. Wpuściłem ratowników do środka, przerażony.
Moje obawy zostały potwierdzone. Nie żył.
Dostałem
jakieś leki uspokajające.
- Pan jest kimś z rodziny? – spytał jeden z
lekarzy.
- Nie. Przyjaźniliśmy się.
Dziwnie na
mnie spojrzał, ale nie skomentował tego, jedynie coś zanotował.
- Powiadomi pan jego bliskich?
- Ja… - Musiałem przerwać, gdyż znowu
zaniosłem się płaczem. - On nie miał nikogo poza mną – wyjaśniłem, kiedy się
już trochę uspokoiłem. – Część rodziny, w tym żona i dzieci nie żyją. Zostałem
mu tylko ja i jego wnuk, ale nawet go nie znam. Mieszka za granicą i nie
utrzymują kontaktów.
- Rozumiem… Jest pan pełnoletni?
Skinąłem
głową.
Nie byłem w
stanie odpowiadać na więcej pytań.
Zadzwoniłem
po mamę i nie potrafiąc jej składnie, sensownie wyjaśnić o co chodzi, po prostu
poprosiłem, żeby przyszła po mnie. Przestraszona, co mi się stało obiecała
natychmiast się pojawić.
Kiedy
przyjechała, musiała być przerażona widząc karetkę pogotowia, przed blokiem.
- Synku, co się stało??? – podbiegła do mnie. –
Nic ci nie jest???
- On… On nie żyje… - wydukałem.
Nie miałem
już siły płakać, ale od tego zaschło mi w gardle.
Przytuliła
mnie
- Kto? – spytała głupio.
- A jak myślisz?!
Mimo to objąłem
ją, szukając pocieszenia.
- Jak to się stało?
Pokręciłem
głową, przy okazji wycierając twarz w jej bluzkę.
- N-nie wiem… Jak przyszedłem to już… To już
leżał.
Zabrała
mnie do domu, a ja otępiały po lekach dałem się jej prowadzić. U siebie, w
pokoju długo leżałem, nie mogąc zasnąć. W końcu poszedłem po proszki nasenne i po
nich zmorzył mnie sen.
W tamtym
dniu straciłem część mojego serca. Została wyrwana i bezpowrotnie wyrzucona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz