wtorek, 15 marca 2016

Testament - Rozdział 1.

Rozdział 1.
Spakowałem do plecaka notes z planem wakacji oraz kawałek makowca babci. Założyłem kurtkę, szalik, czapkę, rękawiczki, zimowe buty i narzuciłem na plecy bagaż. Dawno nie było takich mroźnych świąt.
 - Wychodzę! – krzyknąłem do domowników.
Mama zaraz pojawiła się obok.
 - Znowu do pana Zenka? – spytała.
 - Tak. Przecież nie może Wigilii spędzić sam, a przy okazji podzielę się z nim pomysłem odnośnie wyjazdu…
 - A ty znowu o tym… Studia najpierw skończ, a nie. Wiem, że łatwo przyswajasz historię, ale i tak musisz się uczyć, natomiast ty tylko przesiadujesz u niego.
Westchnąłem.
Pocałowałem ją w oba policzki i otworzyłem drzwi.
 - Postaram się szybko wrócić. Pa! - Pomachałem jej.
Wybiegłem z mieszkania. Widząc jak zasypało mi samochód, postanowiłem odpuścić i przejść się ten kawałek. Staruszek mieszkał na tym samym osiedlu, więc droga nie zajęła mi dużo czasu. Po chwili już wbiegałem po schodkach na trzecie piętro.
Zapukałem kołatką z wilczym pyskiem, ale nikt mi nie otwierał. Spróbowałem jeszcze raz.
Przyjrzałem się zwierzakowi i zaśmiałem na myśl, jak to przeszkadzało poniektórym sąsiadom. Dopiero po czasie zaakceptowali styl dziadka.
Do trzech razy sztuka! – pomyślałem i znowu rozległo się pukanie. Nic.
Zdziwiłem się.
Pewnie wyszedł na chwilę. Zaczekam na niego w środku.
Wyjąłem klucze i otworzyłem drzwi.
Dostałem je kiedy pewnego dnia musiałem długo na niego czekać, bo postanowił przejechać się do pobliskiego lasu, zapominając o naszym spotkaniu. Trochę się na niego naczekałem…
Zaskoczyło mnie zapalone światło. Wzruszyłem ramionami i powiesiłem ubrania na wieszaku. Chuchnąłem w dłonie i potarłem nimi, żeby się ogrzać. 
Postanowiłem zrobić sobie herbaty. Staruszek miał jakąś specjalną z Indii. Pyszna! Włączyłem wodę w czajniku i wyjąłem czerwony kubek. Wolałem je od szklanek, filiżanek, bo można było ogrzać sobie ręce. Nasypałem trochę herbaty i czekałem. Kiedy rozległo się gwizdanie oznajmiające, zagotowanie się wody, nalałem do kubeczka. Wymieszałem i ogrzewając łapki, poszedłem do salonu, zaczekać. Przy okazji mogłem trochę pograć na fortepianie. Nauczył mnie tego jakiś czas temu, a jego, jego ciotka.
Wszedłem do pokoju. Zaraz naczynie z gorącą cieczą wylądowało na podłodze, roztrzaskując się. Nie zwróciłem na to uwagi dalej stojąc w szoku i wpatrując się w jeden punkt. Pana Zenka.
Leżał na podłodze nieprzytomny.
Kiedy otrząsnąłem się, natychmiast podbiegłem do niego.
 - Halo! Proszę się obudzić! – Próbowałem go ocucić, lekko bijąc w oba policzki.
Nic.
Przerażony próbowałem sprawdzić mu puls.
Nic.
Wyciągnąłem telefon ze spodni i natychmiast wybrałem 999. Wyjaśniłem kobiecie, która odebrała, co się stało. Zadawała mi jeszcze kilka nieistotnych, a przynajmniej tak mi się wydawało, pytań, zaspanym głosem. Odpowiadałem zniecierpliwiony. Kiedy w końcu się rozłączyła, dotarło do mnie to co się stało. Zacząłem płakać. Dobrze, że siedziałem na dywanie, bo chyba bym nie ustał o własnych siłach. Ukryłem twarz w dłoniach i zacząłem się nawet modlić, żeby tylko nie umarł.
Po dziesięciu minutach przyjechała karetka. Wpuściłem ratowników do środka, przerażony. Moje obawy zostały potwierdzone. Nie żył.
Dostałem jakieś leki uspokajające.
 - Pan jest kimś z rodziny? – spytał jeden z lekarzy.
 - Nie. Przyjaźniliśmy się.
Dziwnie na mnie spojrzał, ale nie skomentował tego, jedynie coś zanotował.
 - Powiadomi pan jego bliskich?
 - Ja… - Musiałem przerwać, gdyż znowu zaniosłem się płaczem. - On nie miał nikogo poza mną – wyjaśniłem, kiedy się już trochę uspokoiłem. – Część rodziny, w tym żona i dzieci nie żyją. Zostałem mu tylko ja i jego wnuk, ale nawet go nie znam. Mieszka za granicą i nie utrzymują kontaktów.
 - Rozumiem… Jest pan pełnoletni?
Skinąłem głową.
Nie byłem w stanie odpowiadać na więcej pytań.
Zadzwoniłem po mamę i nie potrafiąc jej składnie, sensownie wyjaśnić o co chodzi, po prostu poprosiłem, żeby przyszła po mnie. Przestraszona, co mi się stało obiecała natychmiast się pojawić.
Kiedy przyjechała, musiała być przerażona widząc karetkę pogotowia, przed blokiem.
 - Synku, co się stało??? – podbiegła do mnie. – Nic ci nie jest???
 - On… On nie żyje… - wydukałem.
Nie miałem już siły płakać, ale od tego zaschło mi w gardle.
Przytuliła mnie
 - Kto? – spytała głupio.
 - A jak myślisz?!
Mimo to objąłem ją, szukając pocieszenia.
 - Jak to się stało?
Pokręciłem głową, przy okazji wycierając twarz w jej bluzkę.
 - N-nie wiem… Jak przyszedłem to już… To już leżał.
Zabrała mnie do domu, a ja otępiały po lekach dałem się jej prowadzić. U siebie, w pokoju długo leżałem, nie mogąc zasnąć. W końcu poszedłem po proszki nasenne i po nich zmorzył mnie sen.
W tamtym dniu straciłem część mojego serca. Została wyrwana i bezpowrotnie wyrzucona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz