Rozdział 4.
Ogarnąłem
się i poszedłem do mieszkania. Rozebrałem się, a następnie postanowiłem udać
się do kuchni, żeby zrobić sobie gorące kakao na pocieszenie i ogrzanie.
Nasypałem do kubka dwie łyżeczki brązowego proszku, tyle samo cukru, zalałem do
płowy gorącą wodą…
Kurwa…
Zapomniałem
zagotować mleko… Nastawiłem w garnku odrobinę i czekałem. Kiedy utworzyła się pierzynka informująca o zagotowaniu się
go, dolałem do kubka. Wszystko wymieszałem i przystawiłem ręce, aby się
ogrzały.
- I jak? – spytał ojciec.
Oparłem się
o blat, na którym robiłem sobie gorący napój.
- Ten jego
wnuk to kawał sukinsyna, dlatego na złość mu, przyjąłem spadek. Dostałem część
pieniędzy i pół mieszkania, wraz z znajdującymi się w nim rzeczami pana Zenka.
Upiłem łyk
ciepłego kakao. Tak, tego mi było trzeba… Odstawiłem kubek na półkę, żeby
poprawić rękawy, które zaciągnąłem, aż na dłonie; w końcu nie chciałem się
poparzyć! Znowu wziąłem naczynie i ogrzewałem się. To również kochałem w zimie
– wieczory, kiedy za oknem sypie śnieg, a ja siedzę pod kocem z ciepłą herbatą…
Najlepiej z kimś obok, ale nie zapowiadało się na dalszy ciąg moich marzeń.
- Czyli masz mieszkanie? – upewnił się.
- No… Tak.
- Więc możesz się już wyprowadzić?
- Teoretycznie… CO??? Wyrzucasz mnie?
Stałem w
osłupieniu, nie rozumiejąc ojca. Ręce mi się trzęsły i musiałem odłożyć kubek,
żeby się nie poparzyć.
- Jesteś dorosły, a ja nie zamierzam dłużej
utrzymywać syna pedała – mówił przerażająco spokojnie i poważnie. - Masz gdzie iść, zatem…
- Słucham?! – przerwałem mu. – Mówiłeś, że już
to zaakceptowałeś! Kłamałeś?!
Miałem
ochotę płakać. Nie spodziewałem się tego po nim. Fakt, na początku to jemu
najbardziej przeszkadzała moja orientacja, ale w końcu wyciągnął do mnie rękę…
Tylko, czy szczerze.
Uśmiechnął
się krzywo.
- Co ty sobie myślałeś? Coś takiego mam
przyjąć z otwartymi ramionami? Nie wiem gdzie popełniłem błąd w wychowaniu cię.
Po moich
policzkach spłynęło kilka samotnych łez, lecz szybko je otarłem.
- Jestem twoim synem, jak możesz?!
- Po prostu idź się spakuj.
Nie mogłem
na niego patrzeć. Wybiegłem z kuchni i zatrzasnąłem się w swoim pokoju.
Zwinąłem się w kłębek na łóżku, przytulając poduszkę. Nie miałem jednak długo
spokoju.
- Ja nie żartuję. – Pojawił się ojczulek. -
Myślisz, że ile ja wytrzymam z ciotą pod jednym dachem?! Jak już nawet coś
takiego jest to niech sobie żyje gdzieś w odosobnieniu z jemu podobnymi, a nie
ze mną.
- Tato…
- Od dzisiaj… właściwie to od kiedy już
powiedziałeś mi o swoim pedalstwie, nie jestem twoim ojcem.
Nie
chciałem dać mu sobą pomiatać, czy dać za wygraną, ale nie mogłem z nim
wytrzymać. Wziąłem walizkę i zacząłem wrzucać do niej swoje rzeczy.
- Nigdy więcej mnie nie zobaczysz! – syknąłem
i skierowałem się do wyjścia.
Ubrałem się
grubo, tamując łzy. Niewiele widziałem, lecz najważniejsze dla mnie w tamtym
momencie było, abym wyszedł stamtąd jak najszybciej. Nikt mnie nigdy tak nie
skrzywdził jak on. Niejednokrotnie traciłem bliskie mi osoby, czy ranili obcy,
jednak to nigdy nie równało się z tym. Nie spodziewałem się tego po kimś z
najbliższej rodziny. Nie po swoim ojcu.
- Jeszcze jedno! – Zatrzymał mnie.
- Czego?
- Nie mów matce dlaczego się wyprowadziłeś.
Myślisz, że czemu tak długo tu mieszkałeś? Zagroziła mi rozwodem to musiałem
udawać, iż akceptuję ciotę u siebie w mieszkaniu, ale skoro masz gdzie pójść to
nie widzę przeszkód, żeby wreszcie cię wywalić. Ja jej coś wymyśle, a ty po
prostu zniknij.
Każde jego
słowo wbijało mi kolejne igły w moje serce. Ledwo co umarła bliska mi osoba, to
nagle TO.
Wybiegłem,
ciągnąc za sobą bagaż. Wrzuciłem go do bagażnika i ruszyłem. Miałem dość. Na
szczęście mieszkanie pana Zenka mieściło się blisko, więc nie musiałem nigdzie
długo jechać, bo moja psychika była na wyczerpaniu.
Wziąłem
swoje rzeczy i zaniosłem do mojego nowego domu. Ręce mi się trzęsły, ale w
końcu udało mi się otworzyć drzwi kluczem. Wszystko zostawiłem przy wejściu, koło
wieszaka. Sam poszedłem do sypialni gościnnej, jakoś nie mogłem do tej zmarłego
lokatora.
Byłem
załamany. Nie wiedziałem, czy cokolwiek, mogłoby zepsuć mi bardziej tamten
dzień. Chciałem zasnąć, tylko żeby już się skończył. Miałem dość. Całe moje
życie zaczęło mi się walić wraz ze śmiercią najlepszego przyjaciela. Jakże
chciałem cofnąć czas i zrobić cokolwiek, byleby staruszek był przy mnie,
pocieszył, wysłuchał, zrobił ulubioną herbatę, zagrał coś, a wtedy wszystko
robiło się lepsze, piękniejsze… Jednak to była głupia rzeczywistość z panem
Zenkiem w kostnicy, pustym mieszkaniem, ojcem homofobem…
Chciałem
się ukryć przed wszystkim co złe tego świata. Nie miałem jak, więc po prostu przytuliłem
jedną z poduszek, cicho pochlipując.
Nagle
usłyszałem szczęk zamka. Otarłem samotną łzę, spływającą mi po policzku i
wyszedłem do przedpokoju, żeby zobaczyć co się dzieje.
Nie mogłem
uwierzyć własnym oczom, kiedy ujrzałem pana Pawła.
Jeszcze jego tu mi brakuje…
- Co ty tu robisz??? – spytałem zaskoczony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz