niedziela, 20 marca 2016

Testament - Rozdział 5.

Rozdział 5.
 - Co ty tu robisz??? – spytałem zaskoczony.
Podniósł na mnie wzrok, będąc również w szoku.
Ściągnął buty i przyjrzał mi się uważnie.
 - To dlatego było otwarte? – bardziej stwierdził.  
Stałem oparty o framugę, nie rozumiejąc co się stało. Tym bardziej, że dostrzegłem dodatkową walizkę, obok mojej.
 - To twoje? – wskazał na mój bagaż.
Kiwnąłem głową na tak.
 - Dlaczego tu przyszedłeś?
 - Ponieważ muszę się gdzieś zatrzymać. Mam klucze od mecenasa Kowalskiego, więc to chyba logiczne, że zostanę tutaj, a nie będę płacić za hotel. – Po chwili pytał: - Jak się tu dostałeś?
Westchnąłem. Coś czułem, iż przez jakiś czas będę na niego skazany.
 - Pan Zenek dał mi kiedyś klucze. Długo zamierzasz tu pomieszkiwać?
Uśmiechnął się wrednie.
 - Miałem cię spytać o to samo.
Przeczesałem włosy palcami zdenerwowany.
 - Nie wiem. Nie mam gdzie pójść, a ty chyba niedługo wracasz do siebie, nie? – miałem wielką nadzieję.
Wzruszył ramionami.
 - Najchętniej to od razu, zwłaszcza przez ten kiczowaty wystrój i lokatora – rzuciłem mu mordercze spojrzenie – ale mam urlop przez miesiąc i tyle miałem zostać. Teraz idę kimać, a ty poszukaj sobie nowego lokum.
Wyminął mnie i udał się do pierwszej sypialni. Gościnnej.
 - Chyba cię pojebało! Mam takie samo prawo to tego mieszkania i nie zamierzam się wyprowadzać.
Ten tylko ziewnął i zatrzasnął drzwi.
 - Możesz spać w tej drugiej? – spytałem podirytowany.
Zapukałem, lecz nie otworzył.
 - Nie! – odkrzyknął.
Próbowałem go przekonać, nie podając rzeczywistego i głównego powodu, lecz ten mnie ignorował.
Wszedłem do pokoju załamany, odkrywając dlaczego byłem olewany. Spał.
Wkurzony nie na żarty poszedłem z ciężkim sercem do sypialni pana Zenka.
Nic się nie zmieniło. Wszystko leżało na swoim miejscu, od dnia Wigilii. Kubek nadal stał na komodzie, kilka ubrań na łóżku, otwarty notatnik na biurku. Tak jakbym cofnął się do dnia jego śmierci.
Założyłem zakładkę do dzienniczka i włożyłem go do szuflady, schowałem ciuchy, wyniosłem naczynie, umyłem je i odłożyłem na miejsce.
Wyjąłem z walizki piżamę i poszedłem się umyć. Szybki prysznic – pan Zenek lubił oszczędzać wodę od pobytu w afrykańskiej wiosce, dlatego nie miał wanny – pomógł mi choć trochę się zrelaksować, jednak powrót do sypialni wrzucił do mojej głowy kolejne wspomnienia.
Położyłem się i przykryłem, aż po brodę.
Nawet jego zapach wciąż roztaczał się w pokoju.
Łzy zaczęły płynąć po moich policzkach strumieniami i skapywać na poduszkę.
Nie mogłem znieść tego wszystkiego. Kiedy już myślałem, iż przestałem ciągle go opłakiwać, pierwsze, a za razem najtrudniejsze dni żałoby miałem za sobą, okazało się, że wystarczy chwila, żeby wszystko wróciło.
Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ten głupi zawał serca odebrał mi najbliższą - bardziej od własnego ojca, czy matki, która również rzadko miała dla mnie czas - osobę.
Wtuliłem się bardziej w poduszkę i pozwoliłem moim oczom się wypłakać, jednocześnie za wszelką cenę, starając się żeby nie szlochać zbyt głośno.
Po długiej męczarni poszedłem do kuchni i wyjąłem z niej herbatkę ziołową staruszka, na sen. Zaparzyłem ją, nawet nie dodałem cukru i wypiłem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to już była końcówka.
Poszedłem do łóżka i wreszcie udało mi się zasnąć.
Od wielu dni, wreszcie nic mi się nie śniło. Żadnych koszmarów, czy, jakby puszczanego filmu, retrospekcji z mojego życia, ostatnich jedenastu lat…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz