Rozdział 5.
- Co ty tu robisz??? – spytałem zaskoczony.
Podniósł na
mnie wzrok, będąc również w szoku.
Ściągnął
buty i przyjrzał mi się uważnie.
- To dlatego było otwarte? – bardziej stwierdził.
Stałem
oparty o framugę, nie rozumiejąc co się stało. Tym bardziej, że dostrzegłem dodatkową
walizkę, obok mojej.
- To twoje? – wskazał na mój bagaż.
Kiwnąłem
głową na tak.
- Dlaczego tu przyszedłeś?
- Ponieważ
muszę się gdzieś zatrzymać. Mam klucze od mecenasa Kowalskiego, więc to chyba
logiczne, że zostanę tutaj, a nie będę płacić za hotel. – Po chwili pytał: -
Jak się tu dostałeś?
Westchnąłem.
Coś czułem, iż przez jakiś czas będę na niego skazany.
- Pan Zenek dał mi kiedyś klucze. Długo
zamierzasz tu pomieszkiwać?
Uśmiechnął
się wrednie.
- Miałem cię spytać o to samo.
Przeczesałem
włosy palcami zdenerwowany.
- Nie wiem. Nie mam gdzie pójść, a ty chyba
niedługo wracasz do siebie, nie? – miałem wielką nadzieję.
Wzruszył
ramionami.
- Najchętniej to od razu, zwłaszcza przez ten
kiczowaty wystrój i lokatora – rzuciłem mu mordercze spojrzenie – ale mam urlop
przez miesiąc i tyle miałem zostać. Teraz idę kimać, a ty poszukaj sobie nowego
lokum.
Wyminął
mnie i udał się do pierwszej sypialni. Gościnnej.
- Chyba cię pojebało! Mam takie samo prawo to
tego mieszkania i nie zamierzam się wyprowadzać.
Ten tylko
ziewnął i zatrzasnął drzwi.
- Możesz spać w tej drugiej? – spytałem
podirytowany.
Zapukałem,
lecz nie otworzył.
- Nie! – odkrzyknął.
Próbowałem
go przekonać, nie podając rzeczywistego i głównego powodu, lecz ten mnie
ignorował.
Wszedłem do
pokoju załamany, odkrywając dlaczego byłem olewany. Spał.
Wkurzony
nie na żarty poszedłem z ciężkim sercem do sypialni pana Zenka.
Nic się nie
zmieniło. Wszystko leżało na swoim miejscu, od dnia Wigilii. Kubek nadal stał
na komodzie, kilka ubrań na łóżku, otwarty notatnik na biurku. Tak jakbym
cofnął się do dnia jego śmierci.
Założyłem
zakładkę do dzienniczka i włożyłem go do szuflady, schowałem ciuchy, wyniosłem
naczynie, umyłem je i odłożyłem na miejsce.
Wyjąłem z
walizki piżamę i poszedłem się umyć. Szybki prysznic – pan Zenek lubił oszczędzać
wodę od pobytu w afrykańskiej wiosce, dlatego nie miał wanny – pomógł mi choć
trochę się zrelaksować, jednak powrót do sypialni wrzucił do mojej głowy
kolejne wspomnienia.
Położyłem
się i przykryłem, aż po brodę.
Nawet jego
zapach wciąż roztaczał się w pokoju.
Łzy zaczęły
płynąć po moich policzkach strumieniami i skapywać na poduszkę.
Nie mogłem
znieść tego wszystkiego. Kiedy już myślałem, iż przestałem ciągle go opłakiwać,
pierwsze, a za razem najtrudniejsze dni żałoby miałem za sobą, okazało się, że
wystarczy chwila, żeby wszystko wróciło.
Nie mogłem
zrozumieć, dlaczego ten głupi zawał serca odebrał mi najbliższą - bardziej od
własnego ojca, czy matki, która również rzadko miała dla mnie czas - osobę.
Wtuliłem
się bardziej w poduszkę i pozwoliłem moim oczom się wypłakać, jednocześnie za
wszelką cenę, starając się żeby nie szlochać zbyt głośno.
Po długiej
męczarni poszedłem do kuchni i wyjąłem z niej herbatkę ziołową staruszka, na
sen. Zaparzyłem ją, nawet nie dodałem cukru i wypiłem. Dopiero po chwili zdałem
sobie sprawę, że to już była końcówka.
Poszedłem
do łóżka i wreszcie udało mi się zasnąć.
Od wielu
dni, wreszcie nic mi się nie śniło. Żadnych koszmarów, czy, jakby puszczanego filmu,
retrospekcji z mojego życia, ostatnich jedenastu lat…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz