niedziela, 20 marca 2016

Testament - Rozdział 6.

Rozdział 6.
Obudziłem się rześki i wyspany. Przeciągnąłem się, wdychając charakterystyczny zapach tamtego pokoju. Od razu humor mi się popsuł.
Poszedłem po walizkę i wyjąłem z niej bardzo grube ubranie, a następnie się w nie przebrałem. Szybko przepłukałem twarz wodą, umyłem zęby i przeczesałem włosy grzebieniem. Gotowy wziąłem portfel, założyłem kurtkę, szalik, buty i wyszedłem.
Może i był styczeń, ale lubiłem poranny jogging. Porę roku też i nawet lepiej tak, aniżeli w upalne lato.
Po drodze wstąpiłem do osiedlowego sklepiku i kupiłem od pani Helenki, świeże bułeczki, margarynę, ser, wędlinę…
Truchcikiem wróciłem do mieszkania… nowego mieszkania. Rozpakowałem zakupy i przebrałem się w bardziej domowe ciuchy.
Zacząłem przygotowywać sobie śniadanie, przy okazji zerkając na zegarek.
Jeszcze trzy godziny…
Westchnąłem i zaparzyłem sobie dodatkowo herbatę pana Zenka. Tą z Indii. Nie było jej nawet tak mało jak się obawiałem, więc pewnie przed śmiercią zamówił zapas.
Z kubkiem parującej cieczy i talerzykiem z bułką z serem i szynką, usiadłem przy stole. Ledwo upiłem łyk, a zobaczyłem pana Pawła.
Najwyraźniej dopiero co wstał, bo przecierał zaspaną twarz, stojąc w spodniach od piżamy… Tak, tylko. Włosy mu sterczały na wszystkie strony, a ich właściciel rozglądał się nieobecnym wzrokiem, po pomieszczeniu.
 - Dzień dobry – kulturalnie się przywitałem.
 - Dobry, dobry… - Ziewnął. – Zrobiłeś mi też śniadanie?
 - Sam możesz to zrobić – skoro on nie kwapił się do rozmowy na pan to co ja się będę produkować.
Prychnął i wyszedł do łazienki.
 - Zrobiłem zakupy, wszystko jest w kuchni! – krzyknąłem do niego żeby usłyszał. Poza tym, mimo wszystko musieliśmy razem przez jakiś czas mieszkać, więc chciałem być choć trochę miły.
 - To zaparz mi chociaż kawę!
 - Em… Nie piję i nie pomyślałem o tym… - powiedziałem już dużo ciszej.
Jednak mimo to usłyszał.
 - CO?! – Wpadł do salonu wściekły. – To idź kup! Niech będzie z ciebie jakikolwiek pożytek!
Zdenerwował mnie tym i cała moja chęć bycia z nim w miarę dobrych stosunkach odeszła w zapomnienie.
 - Słucham?! Jaśnie pan będzie sobie wstawał kiedy chce, nawet o dziesiątej i ja mam ci wszystko padać! Może jeszcze do łóżka, co?!
Uśmiechnął się dziwnie.
 - Do łóżka to możesz być ty.
Otworzyłem usta, ale z braku pomysłu na sensowną odpowiedź, zamknąłem je. Zaskoczył mnie tym no!
 - Ha! Co się tak rumienisz jak dziewica? – spytał kpiąco.
Na szczęście nie musiałem nic mówić, bo wyszedł.
Próbowałem się ogarnąć. Ten facet działał mi na nerwy jak mało kto.
Skończyłem jeść śniadanie. Nie miałem nic to roboty, gdyż zapomniałem zabrać notatki, które zdobyłem od znajomych. Postanowiłem, więc zasiąść do fortepianu i coś zagrać.
Palce same zaczęły tańczyć w rytm pieśni żałobnej.
Nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Przerwałem i obróciłem się w stronę wejścia do salonu, gdzie stał Paweł. Przez moment jakbym widział na jego twarzy cień podziwu, ale zaraz ukrył go pod maską powagi i złośliwości.
 - Nie hałasuj tak. Jak już masz zamiar coś tam brzdękać, to lepiej bardziej wesołe piosenki.
 - Będę grać co mi się żywnie podoba! – odparłem.
Zerknąłem na zegarek.
Jeszcze godzina…
Podszedłem do walizki (tak, ciągle się nie rozpakowałem) i wyjąłem niej czarny garnitur oraz białą koszulę. Przyjrzałem się temu.
Trochę się pogniotło… Gdzie on ma żelazko…?
Rzuciłem ubrania na sofę i zszedłem do piwnicy. Szybko odnalazłem potrzebną mi rzecz i wróciłem do mieszkania.
Dziwnie się czułem tak nic nie mówiąc, jednak nie miałem ochoty odzywać się do kogoś takiego.
Zacząłem prasować, kiedy pojawił się obok mój nowy współlokator.
 - Gdzie się wybierasz?
 - Mówiłem ci wczoraj, że jest pogrzeb twojego dziadka. Nie idziesz?
 - Po co? – spytał jakby nigdy nic.
Zaskoczył mnie tym i prawie że bym sobie zrobił dziurę w spodniach. Nie sądziłem, że można być aż tak bez serca.  
 - Ha, ha! Uważaj! – powiedział rozbawiony, widząc jak szybko zabieram żelazko i sprawdzam, czy nie spaliłem ubrań.
 - To jest twój…
 - Był – poprawił mnie.
Chwyciłem go za bluzkę, którą na szczęście już założył, i popchnąłem na ścianę. Miałem ochotę go uderzyć w ten wesoły ryj, ale się powstrzymałem.
 - Zejdź mi z oczu – wysyczałem. – Mam nadzieję, że szybko znajdziesz sobie jakieś mieszkanie, a najlepiej wyjedziesz tam do siebie, do Irlandii.
Wziąłem strój i zamknąłem się w łazience, przeklinając ojca, który skazał mnie na mieszkanie z tym potworem.


Testament - Rozdział 5.

Rozdział 5.
 - Co ty tu robisz??? – spytałem zaskoczony.
Podniósł na mnie wzrok, będąc również w szoku.
Ściągnął buty i przyjrzał mi się uważnie.
 - To dlatego było otwarte? – bardziej stwierdził.  
Stałem oparty o framugę, nie rozumiejąc co się stało. Tym bardziej, że dostrzegłem dodatkową walizkę, obok mojej.
 - To twoje? – wskazał na mój bagaż.
Kiwnąłem głową na tak.
 - Dlaczego tu przyszedłeś?
 - Ponieważ muszę się gdzieś zatrzymać. Mam klucze od mecenasa Kowalskiego, więc to chyba logiczne, że zostanę tutaj, a nie będę płacić za hotel. – Po chwili pytał: - Jak się tu dostałeś?
Westchnąłem. Coś czułem, iż przez jakiś czas będę na niego skazany.
 - Pan Zenek dał mi kiedyś klucze. Długo zamierzasz tu pomieszkiwać?
Uśmiechnął się wrednie.
 - Miałem cię spytać o to samo.
Przeczesałem włosy palcami zdenerwowany.
 - Nie wiem. Nie mam gdzie pójść, a ty chyba niedługo wracasz do siebie, nie? – miałem wielką nadzieję.
Wzruszył ramionami.
 - Najchętniej to od razu, zwłaszcza przez ten kiczowaty wystrój i lokatora – rzuciłem mu mordercze spojrzenie – ale mam urlop przez miesiąc i tyle miałem zostać. Teraz idę kimać, a ty poszukaj sobie nowego lokum.
Wyminął mnie i udał się do pierwszej sypialni. Gościnnej.
 - Chyba cię pojebało! Mam takie samo prawo to tego mieszkania i nie zamierzam się wyprowadzać.
Ten tylko ziewnął i zatrzasnął drzwi.
 - Możesz spać w tej drugiej? – spytałem podirytowany.
Zapukałem, lecz nie otworzył.
 - Nie! – odkrzyknął.
Próbowałem go przekonać, nie podając rzeczywistego i głównego powodu, lecz ten mnie ignorował.
Wszedłem do pokoju załamany, odkrywając dlaczego byłem olewany. Spał.
Wkurzony nie na żarty poszedłem z ciężkim sercem do sypialni pana Zenka.
Nic się nie zmieniło. Wszystko leżało na swoim miejscu, od dnia Wigilii. Kubek nadal stał na komodzie, kilka ubrań na łóżku, otwarty notatnik na biurku. Tak jakbym cofnął się do dnia jego śmierci.
Założyłem zakładkę do dzienniczka i włożyłem go do szuflady, schowałem ciuchy, wyniosłem naczynie, umyłem je i odłożyłem na miejsce.
Wyjąłem z walizki piżamę i poszedłem się umyć. Szybki prysznic – pan Zenek lubił oszczędzać wodę od pobytu w afrykańskiej wiosce, dlatego nie miał wanny – pomógł mi choć trochę się zrelaksować, jednak powrót do sypialni wrzucił do mojej głowy kolejne wspomnienia.
Położyłem się i przykryłem, aż po brodę.
Nawet jego zapach wciąż roztaczał się w pokoju.
Łzy zaczęły płynąć po moich policzkach strumieniami i skapywać na poduszkę.
Nie mogłem znieść tego wszystkiego. Kiedy już myślałem, iż przestałem ciągle go opłakiwać, pierwsze, a za razem najtrudniejsze dni żałoby miałem za sobą, okazało się, że wystarczy chwila, żeby wszystko wróciło.
Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ten głupi zawał serca odebrał mi najbliższą - bardziej od własnego ojca, czy matki, która również rzadko miała dla mnie czas - osobę.
Wtuliłem się bardziej w poduszkę i pozwoliłem moim oczom się wypłakać, jednocześnie za wszelką cenę, starając się żeby nie szlochać zbyt głośno.
Po długiej męczarni poszedłem do kuchni i wyjąłem z niej herbatkę ziołową staruszka, na sen. Zaparzyłem ją, nawet nie dodałem cukru i wypiłem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to już była końcówka.
Poszedłem do łóżka i wreszcie udało mi się zasnąć.
Od wielu dni, wreszcie nic mi się nie śniło. Żadnych koszmarów, czy, jakby puszczanego filmu, retrospekcji z mojego życia, ostatnich jedenastu lat…


Testament - Rozdział 4.

Rozdział 4.
Ogarnąłem się i poszedłem do mieszkania. Rozebrałem się, a następnie postanowiłem udać się do kuchni, żeby zrobić sobie gorące kakao na pocieszenie i ogrzanie. Nasypałem do kubka dwie łyżeczki brązowego proszku, tyle samo cukru, zalałem do płowy gorącą wodą…
Kurwa…
Zapomniałem zagotować mleko… Nastawiłem w garnku odrobinę i czekałem. Kiedy utworzyła się pierzynka informująca o zagotowaniu się go, dolałem do kubka. Wszystko wymieszałem i przystawiłem ręce, aby się ogrzały.
 - I jak? – spytał ojciec.
Oparłem się o blat, na którym robiłem sobie gorący napój.
- Ten jego wnuk to kawał sukinsyna, dlatego na złość mu, przyjąłem spadek. Dostałem część pieniędzy i pół mieszkania, wraz z znajdującymi się w nim rzeczami pana Zenka.
Upiłem łyk ciepłego kakao. Tak, tego mi było trzeba… Odstawiłem kubek na półkę, żeby poprawić rękawy, które zaciągnąłem, aż na dłonie; w końcu nie chciałem się poparzyć! Znowu wziąłem naczynie i ogrzewałem się. To również kochałem w zimie – wieczory, kiedy za oknem sypie śnieg, a ja siedzę pod kocem z ciepłą herbatą… Najlepiej z kimś obok, ale nie zapowiadało się na dalszy ciąg moich marzeń.
 - Czyli masz mieszkanie? – upewnił się.
 - No… Tak.
 - Więc możesz się już wyprowadzić?
 - Teoretycznie… CO??? Wyrzucasz mnie?
Stałem w osłupieniu, nie rozumiejąc ojca. Ręce mi się trzęsły i musiałem odłożyć kubek, żeby się nie poparzyć.
 - Jesteś dorosły, a ja nie zamierzam dłużej utrzymywać syna pedała – mówił przerażająco spokojnie i poważnie. -  Masz gdzie iść, zatem…
 - Słucham?! – przerwałem mu. – Mówiłeś, że już to zaakceptowałeś! Kłamałeś?!
Miałem ochotę płakać. Nie spodziewałem się tego po nim. Fakt, na początku to jemu najbardziej przeszkadzała moja orientacja, ale w końcu wyciągnął do mnie rękę… Tylko, czy szczerze.
Uśmiechnął się krzywo.
 - Co ty sobie myślałeś? Coś takiego mam przyjąć z otwartymi ramionami? Nie wiem gdzie popełniłem błąd w wychowaniu cię.
Po moich policzkach spłynęło kilka samotnych łez, lecz szybko je otarłem.
 - Jestem twoim synem, jak możesz?!
 - Po prostu idź się spakuj.
Nie mogłem na niego patrzeć. Wybiegłem z kuchni i zatrzasnąłem się w swoim pokoju. Zwinąłem się w kłębek na łóżku, przytulając poduszkę. Nie miałem jednak długo spokoju.
 - Ja nie żartuję. – Pojawił się ojczulek. - Myślisz, że ile ja wytrzymam z ciotą pod jednym dachem?! Jak już nawet coś takiego jest to niech sobie żyje gdzieś w odosobnieniu z jemu podobnymi, a nie ze mną.
 - Tato…
 - Od dzisiaj… właściwie to od kiedy już powiedziałeś mi o swoim pedalstwie, nie jestem twoim ojcem.
Nie chciałem dać mu sobą pomiatać, czy dać za wygraną, ale nie mogłem z nim wytrzymać. Wziąłem walizkę i zacząłem wrzucać do niej swoje rzeczy.
 - Nigdy więcej mnie nie zobaczysz! – syknąłem i skierowałem się do wyjścia.
Ubrałem się grubo, tamując łzy. Niewiele widziałem, lecz najważniejsze dla mnie w tamtym momencie było, abym wyszedł stamtąd jak najszybciej. Nikt mnie nigdy tak nie skrzywdził jak on. Niejednokrotnie traciłem bliskie mi osoby, czy ranili obcy, jednak to nigdy nie równało się z tym. Nie spodziewałem się tego po kimś z najbliższej rodziny. Nie po swoim ojcu.
 - Jeszcze jedno! – Zatrzymał mnie.
 - Czego?
 - Nie mów matce dlaczego się wyprowadziłeś. Myślisz, że czemu tak długo tu mieszkałeś? Zagroziła mi rozwodem to musiałem udawać, iż akceptuję ciotę u siebie w mieszkaniu, ale skoro masz gdzie pójść to nie widzę przeszkód, żeby wreszcie cię wywalić. Ja jej coś wymyśle, a ty po prostu zniknij.
Każde jego słowo wbijało mi kolejne igły w moje serce. Ledwo co umarła bliska mi osoba, to nagle TO.
Wybiegłem, ciągnąc za sobą bagaż. Wrzuciłem go do bagażnika i ruszyłem. Miałem dość. Na szczęście mieszkanie pana Zenka mieściło się blisko, więc nie musiałem nigdzie długo jechać, bo moja psychika była na wyczerpaniu.
Wziąłem swoje rzeczy i zaniosłem do mojego nowego domu. Ręce mi się trzęsły, ale w końcu udało mi się otworzyć drzwi kluczem. Wszystko zostawiłem przy wejściu, koło wieszaka. Sam poszedłem do sypialni gościnnej, jakoś nie mogłem do tej zmarłego lokatora.
Byłem załamany. Nie wiedziałem, czy cokolwiek, mogłoby zepsuć mi bardziej tamten dzień. Chciałem zasnąć, tylko żeby już się skończył. Miałem dość. Całe moje życie zaczęło mi się walić wraz ze śmiercią najlepszego przyjaciela. Jakże chciałem cofnąć czas i zrobić cokolwiek, byleby staruszek był przy mnie, pocieszył, wysłuchał, zrobił ulubioną herbatę, zagrał coś, a wtedy wszystko robiło się lepsze, piękniejsze… Jednak to była głupia rzeczywistość z panem Zenkiem w kostnicy, pustym mieszkaniem, ojcem homofobem…
Chciałem się ukryć przed wszystkim co złe tego świata. Nie miałem jak, więc po prostu przytuliłem jedną z poduszek, cicho pochlipując.  
Nagle usłyszałem szczęk zamka. Otarłem samotną łzę, spływającą mi po policzku i wyszedłem do przedpokoju, żeby zobaczyć co się dzieje.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, kiedy ujrzałem pana Pawła.
Jeszcze jego tu mi brakuje…
 - Co ty tu robisz??? – spytałem zaskoczony.


środa, 16 marca 2016

Testament - Rozdział 3.

Rozdział 3.
Tydzień później…
Wystroiłem się w garnitur i ułożyłem włosy, z którymi cały czas zapominałem pójść do fryzjera, a przestałem ufać maminym zdolnością, kiedy pewnego razu prawie że mnie na łyso obcięła. Ostatni raz przejrzałem się w lustrze i założyłem ciepłe ubranie.
 - Mówię ci synu, przyjmij ten spadek. Wiem, że nie czujesz się z tym najlepiej, ale skoro cie zapisał w testamencie to znaczy, że mu zależało – poradził ojciec.
 - Materialista – mruknąłem pod nosem.
Tak naprawdę to mieliśmy z moim ojczulkiem czasami duże spięcia odnośnie mojej orientacji, więc zawsze kiedy był dla mnie miły to czułem, iż coś kręci.
 - Wychodzę!
Podbiegłem do auta i ruszyłem na ulicę Sobieskiego.
Szczerze mówiąc to dalej nie byłem pewny, czy chcę przyjąć ten spadek, czy nie. Postanowiłem upewnić się w tym na miejscu. Zaparkowałem samochód, koło jakiegoś białego mercedesa. Ruszyłem do środka cały w nerwach. Wchodząc tam, nie byłem pewny gdzie mam się udać, ale zaraz podszedł do mnie miły, niski, starszy pan.
 - Andrzej Kłos? – spytał. 
 - Tak. Dzień dobry. – Uścisnęliśmy sobie ręce i zaprowadził mnie do pomieszczenia obok. – A to jest właśnie pan Paweł Śliwa – przedstawił drugiego mężczyznę.
Przyjrzałem mu się zaskoczony. Bynajmniej nie wyglądał jak człowiek w żałobie. Siedział wygodnie z dziwnym uśmieszkiem, w jasnym garniturze. Krótkie włosy miał postawione trochę na żel. Biła od niego pewność siebie i jakiś chłód. Nie wiedziałem jak można kogoś nie polubić od pierwszego wejrzenia, ale nagle zrozumiałem takich ludzi. Naprawdę cieszyłem się, że więcej nie spotkam tego typa.
 - Dzień dobry – przywitałem się.
Usiadłem obok, ignorując go. Źle się czułem w jego towarzystwie i wolałem jak najszybciej to zakończyć. Tylko ta niechęć do niego przyczyniła się do podjęcia przez mnie decyzji.
 - Zanim zacznę, to chciałbym się upewnić, panie Andrzeju, jak pan zadecydował w sprawie spadku – spytał mecenas.
 - Przyjmuję – odparłem pewnie.
Usłyszałem prychnięcie ze strony wnuka pana Zenka, co mnie jakoś podbudowało.
 - Dobrze. W takim razie przechodząc do sedna sprawy przeczytam już tylko co panowie otrzymują w spadku…
Kątem oka zobaczyłem jak grymas niezadowolenia malował się na twarzy pana Pawła, kiedy było wymieniane, co dostanę. Jego złość sięgnęła zenitu, wraz z przeczytaniem, iż należy mi się połowa mieszkania.
 - Słucham?! – Wstał i oparł dłonie o biurko mecenasa, pochylając się w jego stronę. – To ja jestem jedyną osobą z jego rodziny, a ten tu – wskazał na mnie palcem – dostanie moje mieszkanie?!
 - Właściwie to ono jest pana Zenka – pozwoliłem sobie zauważyć.
 - Nikt cię o nic nie pyta! Nie po to przyleciałem taki kawał drogi, żeby się dowiedzieć, że jakiś obcy dostanie więcej ode mnie!
 - A pogrzeb? – spytałem.
Prychnął.
 - Nie znałem go, więc nie czuję żebym musiał przychodzić na coś takiego. Nawet nie wiem, kiedy ma się odbyć.
Wtedy to mnie ogarnęła wściekłość, ale trzymałem ja na wodzy.
 - Jutro. Późno, ale nie każdy ma w dupie życie innych i jako że ja się tym zająłem to na początku nie miałem siły na myślenie o czymkolwiek. Nadal nie zamierzasz przyjść? Przypominam, że nie on nie ma nikogo więcej z rodziny.
Usiadł i uśmiechnął się kpiąco.
 - Raczej miał. O zmarłych raczej się mówi w czasie przeszłym, chyba że coś się zmieniło, a ja o tym nie wiem?
Wstałem i przeszedłem się po pokoju, bo czułem, jak łzy znowu chciały znaleźć ujście z moich oczu.
 - Nic – odparłem chłodno. – Mogę już iść?
 - Moment, jeszcze tylko podpisze pan w tym – wskazał palcem na kartkę – miejscu.
Tak też uczyniłem i szybko wyszedłem. Prawie biegłem do samochodu. Otwarłem drzwi auta, ale ktoś je zatrzasnął.
 - Chwila, chwila… - Pan Paweł zmierzył mnie ostrym wzrokiem. – Możesz sobie wziąć te niepotrzebne nikomu bibeloty i tak dalej, a nawet część pieniędzy, którą ci dał, ale od mieszkania się odpierdol. Ty wiesz ile zarobię na nim?! Jest usytuowane w świetnym miejscu. Nie jesteś dla niego nikim z rodziny, więc również część twojego majątku po nim powinienem dostać!
Trochę się przestraszyłem widząc go tak wściekłego, ale postanowiłem nie pokazywać tego po sobie.
 - Taki wnuk, że od lat nie utrzymywaliście kontaktu! Wiesz jak go to bolało? Jesteś jego ostatnim członkiem rodziny, a lepsze kontakty ma z obcymi!
 - MIAŁ – poprawił mnie z wrednym uśmiechem.
Odepchnąłem go i wsiadłem do samochodu.
 - Dla mnie on jest ważny i nie potrafię mówić o nim jak o zmarłym. A mojego spadku nie dostaniesz. Przepisał go MI, więc spełnię jego wolę! Fakt, wahałem się, ale już jestem pewny.
I odjechałem. Ledwo dotarłem pod blok, a nie wytrzymałem – oparłem głowę o kierownicę i zacząłem płakać. Było mi ciężko, a ten pierdolony wnuk pana Zenka jeszcze mój stan pogorszył. Miałem dość, chciałem, żeby tamten dzień się już skończył.


wtorek, 15 marca 2016

Testament - Rozdział 2.

Rozdział 2.
Tydzień później…
To wszystko… Ta śmierć pana Zenka… W Boże Narodzenie… Dzień przed swoimi urodzinami… Miał skończyć sześćdziesiąt osiem lat…  Kiedy na następne lato mieliśmy zwiedzić część Azji… Był dla mnie jak ktoś z rodziny, najlepszy przyjaciel… Odmienił moje nudne życie… I nagle… Jakby nigdy nic… Nie skarżył się na zdrowie… Jeszcze mieliśmy tyle planów… A tu przychodzi zawał serca… Niszczy wszystko… Szczęście… Marzenia… To wszystko zostaje zakopane… Głęboko pod ziemią… Wśród innych zmarłych…

Długo nie mogłem się pogodzić z jego śmiercią. Dopiero po paru dniach udało mi się dojść do siebie na tyle, iż wyszedłem z pokoju, przestałem ciągle płakać, nawet zacząłem rozmawiać z rodziną. Było mi ciężko, ale wiedziałem, że muszę zacząć żyć, bo to i tak mi go nie zwróci.
Poszedłem do kuchni, aby w końcu zjeść normalne śniadanie. Nałożyłem sobie na talerz trzy kawałki sernika i usiadłem przy stole. Na szczęście byłem sam. Zastanawiałem się nad zrobieniem sobie herbaty, ale wiedziałem, że już nigdy żadna nie będzie mi tak smakować jak ta pana Zenka. W końcu zrobiłem sobie kakao. Zjadłem jakże zdrowe i pożywne śniadanie.
Postanowiłem wyjść z mieszkania, żeby trochę odetchnąć świeżym powietrzem.
 - Synku, jak się czujesz? – Pojawiła się mama.
Wzruszyłem ramionami.
 - Już chyba lepiej. Pójdę później na spacer.
 - Dobrze.
Wziąłem z szafy ciepły sweter, dżinsy, bieliznę i zamknąłem się w łazience. Wziąłem prysznic… pierwszy od tygodnia. Wcześniej dbałem o siebie, ale ostatnio nie miałem do tego głowy. Ubrałem się, rozczesałem trochę przydługie włosy, umyłem zęby i w końcu odświeżony mogłem wyjść z domu, nie strasząc przechodniów. Fakt, czerwone oczy, blada, sucha skóra nie zachęcały, lecz zważając na mój uprzedni stan to wyglądałem bardzo dobrze.
Włączyłem jakąś w miarę wesołą muzykę i ruszyłem zaśnieżonym parkiem ze słuchawkami w uszach. Poczułem się tak błogo, zapominając o problemach. Chciałem, żeby tamten moment nigdy się nie kończył…
Dotarłem nad zamarznięty staw. Usiadłem na ławce i rozejrzałem się, podziwiając jaki świat zimą może być piękny. Ludzie przeważnie nie lubią tej pory roku, a ja ją kochałem. W sumie to wszystkie, ale ta miała w sobie coś magicznego… Przez chwilkę się obawiałem, że będę ją obwiniać za śmierć pana Zenka, ale przecież to nie jej wina.
Obserwowałem parę unoszącą się z moich ust, białe drzewa, zlewającą się kolorem trawę, obłoki na niebie, Słońce, które rozświetlało śnieg, imitujący diamenty… Kiedy zobaczyłem gołębie i kawki, wyjąłem z kieszeni grubego płaszcza suchy chleb i zacząłem i rzucać kawałki. Oczywiście czarne ptaki zaraz zabrały wszystko dla siebie.
Lepiłem małe kulki ze śniegu i podrzucałem je, imitując serw jak w siatkówce. Zaraz po uderzeniu w nią, rozpadała się wprost na moje nogi.
Cieszyłem się takimi błahostkami, ale to właśnie pan Zenek nauczył mnie tego. Nie wiedziałem jakby wyglądało moje życie gdybym go nie spotkał i nie chciałem wiedzieć.
Straciłem rachubę czasu i kiedy spojrzałem na zegarek była już 1300. Postanowiłem powoli wracać do domu, żeby się nie rozchorować i zjeść pyszny obiadek. Do tego trzeba było nadrobić zaległości. Może i miałem żałobę, ale nie wszyscy to rozumieli, a egzaminy zbliżały się wielkimi krokami. Trzeb było się uczyć i pożyczać od znajomych notatki.
Ruszyłem w stronę mojego mieszkania, kiedy zadzwonił telefon.
Nieznany numer? Dziwne…
Zdjąłem rękawiczkę, żeby odebrać, co zaraz pożałowałem.
 ~ Pan… Andrzej Kłos? – usłyszałem głos jakiegoś faceta.
 - Tak, a kto mówi?
 ~ Jestem mecenas Artur Kowalski. Znajomy Zenona Śliwy – dodał dla wyjaśnienia.
 - O… Słucham…
 ~ Otóż pan Zenon…
 - Koro go pan zna to można mówić po imieniu – ciągle trudno m było używać czasu przeszłego.
 ~ Dobrze. Chodzi o to, że on napisał testament, a w nim pan również został zamieszczony.
Zatrzymałem się. Stałem zaskoczony i jeszcze raz spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
 - Naprawdę? Ale ja nie jestem z rodziny… Pewnie tyle z tym zachodu i w ogóle… Nie chcę tego. To za bardzo będzie mi przypominać o panu Zenku – w końcu wyjawiłem prawdziwy powód mojej odmowy.
 ~ Bardzo mu zależało. Spadkobiercami są tylko pan i jego wnuk. Dodał, że nie zgadza się na jakikolwiek sprzeciw z pańskiej strony. A tak ode mnie mogę dodać, iż oni nie byli ze sobą w dobrych stosunkach… właściwie żadnych, zapewne dlatego nie chciał, żeby całość przypadła na pana Pawła. No co prawda, jest tam wzmianka odnośnie hospicjum dla dzieci, lecz to i tak niewielka część. Może jak patrzeć na jego majątek to duża, ale mówię procentowo.
Westchnąłem i znowu ruszyłem przed siebie.
 - Tak… Chciał wyjechać ze mną i zwiedzać świat…
 ~ Bardzo pana lubił. Był pan dla niego jak drugi syn, prawdziwego stracił w wypadku lotniczym… Chciał, żeby w razie jego śmierci coś przypadło dla pana. Proszę się jeszcze zastanowić. 
 - Dobrze…
 - Proszę przyjść na ulicę Sobieskiego 5. Nawet jeśli pan zrezygnuje to trzeba oficjalnie zrzec się spadku.
Pożegnaliśmy się i wreszcie mogłem założyć rękawiczkę na zsiniałą z zimna rękę. Włączyłem jeszcze jakąś piosenkę i nagle coś sobie uświadomiłem.
Dlaczego tak nie mogłem rozmawiać??? Oszczędziłbym sobie odmrożeń…
Ruszyłem do mieszkania, jakiś taki lżejszy, spokojniejszy. Pewny, że następne dni będą już tylko lepsze. Jasne…

Testament - Rozdział 1.

Rozdział 1.
Spakowałem do plecaka notes z planem wakacji oraz kawałek makowca babci. Założyłem kurtkę, szalik, czapkę, rękawiczki, zimowe buty i narzuciłem na plecy bagaż. Dawno nie było takich mroźnych świąt.
 - Wychodzę! – krzyknąłem do domowników.
Mama zaraz pojawiła się obok.
 - Znowu do pana Zenka? – spytała.
 - Tak. Przecież nie może Wigilii spędzić sam, a przy okazji podzielę się z nim pomysłem odnośnie wyjazdu…
 - A ty znowu o tym… Studia najpierw skończ, a nie. Wiem, że łatwo przyswajasz historię, ale i tak musisz się uczyć, natomiast ty tylko przesiadujesz u niego.
Westchnąłem.
Pocałowałem ją w oba policzki i otworzyłem drzwi.
 - Postaram się szybko wrócić. Pa! - Pomachałem jej.
Wybiegłem z mieszkania. Widząc jak zasypało mi samochód, postanowiłem odpuścić i przejść się ten kawałek. Staruszek mieszkał na tym samym osiedlu, więc droga nie zajęła mi dużo czasu. Po chwili już wbiegałem po schodkach na trzecie piętro.
Zapukałem kołatką z wilczym pyskiem, ale nikt mi nie otwierał. Spróbowałem jeszcze raz.
Przyjrzałem się zwierzakowi i zaśmiałem na myśl, jak to przeszkadzało poniektórym sąsiadom. Dopiero po czasie zaakceptowali styl dziadka.
Do trzech razy sztuka! – pomyślałem i znowu rozległo się pukanie. Nic.
Zdziwiłem się.
Pewnie wyszedł na chwilę. Zaczekam na niego w środku.
Wyjąłem klucze i otworzyłem drzwi.
Dostałem je kiedy pewnego dnia musiałem długo na niego czekać, bo postanowił przejechać się do pobliskiego lasu, zapominając o naszym spotkaniu. Trochę się na niego naczekałem…
Zaskoczyło mnie zapalone światło. Wzruszyłem ramionami i powiesiłem ubrania na wieszaku. Chuchnąłem w dłonie i potarłem nimi, żeby się ogrzać. 
Postanowiłem zrobić sobie herbaty. Staruszek miał jakąś specjalną z Indii. Pyszna! Włączyłem wodę w czajniku i wyjąłem czerwony kubek. Wolałem je od szklanek, filiżanek, bo można było ogrzać sobie ręce. Nasypałem trochę herbaty i czekałem. Kiedy rozległo się gwizdanie oznajmiające, zagotowanie się wody, nalałem do kubeczka. Wymieszałem i ogrzewając łapki, poszedłem do salonu, zaczekać. Przy okazji mogłem trochę pograć na fortepianie. Nauczył mnie tego jakiś czas temu, a jego, jego ciotka.
Wszedłem do pokoju. Zaraz naczynie z gorącą cieczą wylądowało na podłodze, roztrzaskując się. Nie zwróciłem na to uwagi dalej stojąc w szoku i wpatrując się w jeden punkt. Pana Zenka.
Leżał na podłodze nieprzytomny.
Kiedy otrząsnąłem się, natychmiast podbiegłem do niego.
 - Halo! Proszę się obudzić! – Próbowałem go ocucić, lekko bijąc w oba policzki.
Nic.
Przerażony próbowałem sprawdzić mu puls.
Nic.
Wyciągnąłem telefon ze spodni i natychmiast wybrałem 999. Wyjaśniłem kobiecie, która odebrała, co się stało. Zadawała mi jeszcze kilka nieistotnych, a przynajmniej tak mi się wydawało, pytań, zaspanym głosem. Odpowiadałem zniecierpliwiony. Kiedy w końcu się rozłączyła, dotarło do mnie to co się stało. Zacząłem płakać. Dobrze, że siedziałem na dywanie, bo chyba bym nie ustał o własnych siłach. Ukryłem twarz w dłoniach i zacząłem się nawet modlić, żeby tylko nie umarł.
Po dziesięciu minutach przyjechała karetka. Wpuściłem ratowników do środka, przerażony. Moje obawy zostały potwierdzone. Nie żył.
Dostałem jakieś leki uspokajające.
 - Pan jest kimś z rodziny? – spytał jeden z lekarzy.
 - Nie. Przyjaźniliśmy się.
Dziwnie na mnie spojrzał, ale nie skomentował tego, jedynie coś zanotował.
 - Powiadomi pan jego bliskich?
 - Ja… - Musiałem przerwać, gdyż znowu zaniosłem się płaczem. - On nie miał nikogo poza mną – wyjaśniłem, kiedy się już trochę uspokoiłem. – Część rodziny, w tym żona i dzieci nie żyją. Zostałem mu tylko ja i jego wnuk, ale nawet go nie znam. Mieszka za granicą i nie utrzymują kontaktów.
 - Rozumiem… Jest pan pełnoletni?
Skinąłem głową.
Nie byłem w stanie odpowiadać na więcej pytań.
Zadzwoniłem po mamę i nie potrafiąc jej składnie, sensownie wyjaśnić o co chodzi, po prostu poprosiłem, żeby przyszła po mnie. Przestraszona, co mi się stało obiecała natychmiast się pojawić.
Kiedy przyjechała, musiała być przerażona widząc karetkę pogotowia, przed blokiem.
 - Synku, co się stało??? – podbiegła do mnie. – Nic ci nie jest???
 - On… On nie żyje… - wydukałem.
Nie miałem już siły płakać, ale od tego zaschło mi w gardle.
Przytuliła mnie
 - Kto? – spytała głupio.
 - A jak myślisz?!
Mimo to objąłem ją, szukając pocieszenia.
 - Jak to się stało?
Pokręciłem głową, przy okazji wycierając twarz w jej bluzkę.
 - N-nie wiem… Jak przyszedłem to już… To już leżał.
Zabrała mnie do domu, a ja otępiały po lekach dałem się jej prowadzić. U siebie, w pokoju długo leżałem, nie mogąc zasnąć. W końcu poszedłem po proszki nasenne i po nich zmorzył mnie sen.
W tamtym dniu straciłem część mojego serca. Została wyrwana i bezpowrotnie wyrzucona.


poniedziałek, 14 marca 2016

Testament - Prolog.

Prolog.
Wracałem spacerkiem ze szkoły. Słońce świeciło, na niebie nie było ani jednej chmurki. Było gorąco, a ja się bardzo cieszyłem, że to oznacza zbliżające się wakacje.
Nagle zobaczyłem starszego pana taszczącego jakiś wielki karton. Wyglądał na zmęczonego. Szkoda mi się go zrobiło i podbiegłem do niego.
 - Dzień dobry! Pomóc panu? – spytałem.
Przyjrzał mi się uważnie, a później uśmiechnął się życzliwie.
 - Dziękuję. Mieszkam na drugim piętrze, a do tego jest tak gorąco… Zawsze przyda się dodatkowa para rąk.
Odłożyłem plecak na chodnik i chwyciłem karton z jednej strony. Oboje spróbowaliśmy go zanieść do mieszkania mężczyzny. To coś co było w środku było ciężkie, ale daliśmy radę. Odetchnąłem zmęczony i wytarłem pot z czoła.
 - Co to jest?
 - Obraz – wyjaśnił.
Wyjął ładnie zdobiony scyzoryk z kieszeni, aby rozciąć pudełko.
 - Taki ciężki?
 - Jest duży, ale to jego rama najwięcej waży. Ma już swoje lata, teraz takich nie robią.
Zainteresowałem się i poczekałem, aż pokarze mi to dzieło.
Moim oczom ukazał się piękny widok sawanny, z najdrobniejszymi szczegółami. Złota rama faktycznie wyglądała na ciężką, ale zarazem bardzo piękną.
 - Fajny. Skąd pan go ma?
 - Kiedyś wyjechałem do RPA i natrafiłem na niego. Nie mogłem się powstrzymać przed zakupem.
Moje oczy rozszerzyły się i patrzyły na niego z podziwem.
 - Wow… To pan jest podróżnikiem?
Uśmiechnął się i usiadł na fotelu.
 - Lubię zwiedzać świat, co nie do końca podoba się mojej rodzinie, bo często mnie nie ma. Tylko ostatnio już nie jeżdżę, gdyż zrozumiałem, że samemu to nie to samo… Niestety nikt z rodziny nie podziela mojej pasji. Pozostały pamiątki i wspomnienia.
Oburzyłem się.
 - No co pan! Tak rezygnować z marzeń! Trzeba robić to co się lubi, a nie narzekać, bo nie ma pan z kim zwiedzać. Znajdzie się ktoś taki.
Potarmosił moje włosy.
 - Ile masz lat chłopczyku?
 - Dziesięć, a pan?
 - Pięćdziesiąt pięć. Stary jestem, co?
 - To tym bardziej powinien pan robić to co się lubi! Starsi ludzie już nie mają tyle czasu na odkładanie wszystkiego na później!
Staruszek zaczął się śmiać.
- Jakiś ty bezpośredni.
Nagle przypominałem sobie o plecaku.
 - O… To ja zaraz przyjdę, tylko wezmę…
 - Twoi rodzice pewnie będą się martwić – wszedł mi w słowo. – Jak chcesz to możesz wpaść na przykład po obiedzie.
 - Z chęcią! A opowie mi pan co nieco o pańskich podróżach?
Skinął głową.
Wybiegłem i podekscytowany odliczałem minuty, aż wrócę do tego staruszka.
Uwielbiałem takie historie, a nie ma to jak na żywo posłuchać, bo zawsze można dopytać. Polubiłem go i coś czułem, że zapowiada się przyjaźń na wiele lat… Sam miałem mało przyjaciół, bo nie interesowałem się tym co wszyscy – piłka nożna, samochody, gry komputerowe, a trochę starsi – dziewczyny.
Po obiedzie od razu pobiegłem do nowo poznanego faceta. 

niedziela, 13 marca 2016

Do czytelników.

Cześć! Przepraszam, iż tak późno dodaję kolejne opowiadanie, ale zaczęłam pisać to, z którym mam problem odnośnie tytułu i pomyślałam, że w międzyczasie coś wymyślę, ale najwyraźniej nic z tego. W zamian za to dodam inne. Nie byłam pewna jakie, ale nagle wpadałam na pomysł na tytuł jednego, nawet trochę weny przybyło i oto jest! Testament 
Zapraszam do czytania!
Milly (A_A) 

czwartek, 3 marca 2016

Wakacyjny romans - EPILOG

EPILOG.
Dwa miesiące później…
Zostałem na stałe we Włoszech. Mama kręciła nosem, że uciekam od niej tak daleko, ale w końcu zaakceptowała to. Gabi również narzekała, równocześnie wspierają mnie i trzymając za nas kciuki.
Nie zrezygnowałem z pracy. Miałem taki zamiar, lecz okazało się, że szefostwo tak mnie ceniło, iż zaproponowali podwyżkę i możliwość pracy na odległość, to znaczy mogłem się komunikować za pomocą Internetu, a tylko od czasu do czasu wpadać do pracy, więc zarazem miałem odwiedzać rodzinę, przyjaciół i wpadać na chwilkę do biura. To mi nawet odpowiadało. Dodatkowo pracowałem w jednej z restauracji, bo jak się okazało było ich kilka, mojego chłopaka. Jak tylko spróbował jednego z moich dań, natychmiast mnie tam zatrudnił. Gabryśka była wniebowzięta, w końcu to ona narzekała, że się marnuję, jako grafik. Dobry, ale kucharz lepszy, jak to ona mówiła.
Mieszkaliśmy w mieszkaniu kupionym, w pobliżu jednej z restauracji, tej gdzie byłem zatrudniony. Życie z nim śmiało mogę porównywać do bajki.

Przygotowywałem dla nas kawy, czego nauczył mnie mój chłopak. Znaczy wcześniej umiałem, ale to w niczym nie przypominało tej włoskiej albo po prostu tej zrobionej przez pewnego Włocha.
Nagle zadzwonił telefon. Zdziwiony zerknąłem na wyświetlacz, a zaskoczenie się powiększyło, kiedy zobaczyłem kto dzwoni.
 - Nie odbierasz? – spytał mój chłopak, przytulając mnie od tyłu.
Pokazałem mu wyświetlacz.
 - Aa… No to odbierz.
 - Ale…
Wskazał głową na komórkę.
Westchnąłem i spełniłem jego polecenie.
 - O co chodzi?
 ~ Zawsze jesteś taki nie miły dla swoich ex?
 - Tylko dla tych wyjątkowych. Czego?
 ~ Widzisz… Ja to przemyślałem i doszedłem do wniosku, że spróbuję jeszcze raz. Nie możemy zacząć wszystkiego od nowa?
 - Widzisz… - Brunet zaczął całować mnie po szyi, a ja domyśliłem się szybko o co mu chodziło. – To raczej nie będzie możliwe. Mm… Czekaj! – zwróciłem się do chłopaka, puszczając mu oczko. – Rozmawiam.
 - Kiedy ja chcę cię już w sypialni. Chociaż kuchnia też jest OK…
 - Chwila! Halo, Błażej?
 ~ Ty… Ty masz kogoś??? Jasne... Kto by z tobą wytrzymał…
Z trudem opanowałem emocje. Usta ukochanego, zdecydowanie mi to ułatwiały.
 - A widzisz, jednak ktoś się znalazł. Pamiętasz jak ci wspominałem, że we Włoszech jest tak super? Plaże, morze, miasto, faceci… No to jeden facet okazał się ponad przeciętną i tak myśląc o naszym związku to myślę, iż nawet na początku nie było choć w połowie tak dobrze jak z nim.
 ~ Pieprzysz, żeby mnie zdenerwować.
 - Pieprze? Ciebie? Nie… Marcello za to jest w tym doskonały… - Czułem jak się uśmiecha, dalej nie przerywając całować moją skórę.
 ~ A ja chciałem dać ci jeszcze jedną szansę!
 - Ty, mi? – Parsknąłem śmiechem. – Muszę kończyć. Tak swoja drogą to jestem za granicą, wiec nie dzwoń, bo dużo będzie cię to kosztować. Nie tylko nerwów.
Rozłączył się.
 - No popatrz…
 - Jak ty z nim mogłeś być? – spytał.
 - Nie wiem. – Po chwili dodałem: - Wspominałeś o sypialni, bądź kuchni… Mam nadzieję, że myślimy o tym samym, a do tego to jest dalej aktualne…
Obrócił mnie przodem do siebie.
 - Jak najbardziej.
Zaraz posadził mnie na blacie i zaczął namiętnie całować.
Kochałem tego faceta. Jego głos, dotyk, ciało, charakter, dobre oraz złe strony… Całego. Nie wyobrażałem sobie, jakby wyglądało moje życie bez niego i nie zamierzałem. Najważniejsze było nasze uczucie, które nigdy nie gasło, nawet mimo drobnych sprzeczek, które potrafiliśmy zażegnać w bardzo przyjemny sposób. Potrzebowałem go jak powietrza, a on nieustannie pokazywał mi jak bardzo jemu również na mnie zależało.
 - Kocham cię… - powiedziałem, dochodząc i czując swojego partnera całym sobą, ciałem i sercem, przy sobie.
To nie były puste słowa, a za razem takie piękne. Podobno jak się je mówi non stop to tracą tak na znaczeniu. W naszym przypadku niezależnie od języka, chwili, zawsze były równie ważne.
 - Ja ciebie też.

KONIEC!

Wakacyjny romans - Rozdział 11.

Rozdział 11.
Dwa dni później…
Jechałem samochodem z moim chłopakiem, oglądając widoki.
Przez ostatni czas nie rozstawaliśmy się na dłużej niż pięć minut, a i to zdarzało się rzadko. Czułem się jak zakochany szczeniak, ale dobrze mi było z tym.
Tamtego dnia wybieraliśmy się do jego rodzinki. Chciał osobiście przeprosić, że tak nagle wyjechał, sprawdzić jak się czuje matka, a przy okazji mnie przedstawić. Nie miałem nic przeciwko, mimo krótkiej znajomości, bo czułem, iż tak łatwo żaden z nas nie wypuściłby tego drugiego. Tylko trochę się stresowałem, jak zareaguje na mnie jego rodzina. Podobno nie miała nic przeciwko jego orientacji, to oni okazali się największym wsparciem, kiedy odkrywał siebie, ale ja i tak bałem się, czy mnie zaakceptują.
 - Wyluzuj. Na pewno cię pokochają – powiedział, podjeżdżając pod ładny domek.
Cały był z kamienia, jedno piętrowy. Otaczały do drzewa, krzewy od drugiej strony, a od „ulicy”, bo to bardziej szeroką ścieżkę przypominało, zakończoną chodnikiem zrobionym chyba z tego samego co mury budynku, oraz wschodu był ładny ogródek, a zachodu piękny widok na morze. Całość była na górce, w odosobnieniu od innych ludzi, będących oddalonych najwcześniej pięć-dziesięć minut pieszo.
 - Pięknie tu… - stwierdziłem.
 - Mi też się podoba, dlatego często wracam. Idziesz?
Kiwnąłem głową i wysiadłem z samochodu. Nim zdążyliśmy podejść do drzwi z ciemnego drewna, otwarły się. Moim oczom ukazała się kobieta około pięćdziesiątki. Miała czarne włosy z siwymi pasemkami, związane w kok, koszulę w czerwoną kratkę oraz dżinsowe rybaczki, a na stopach czarne trampki. Uśmiechała się życzliwie, dzięki czemu koło jej oczu robiły się zmarszczki, ale nie ujmowały jej z wyglądu.
 - Ciao! – przywitała się.
Ucałowała bruneta w oba policzki, a później przyjrzała mi się uważnie.
 - Nawet nie próbuj skrzywdzić mojego synka, bo mnie popamiętasz!
 - Ja… Ja nigdy…
 - Ha, ha! To ty jesteś Polakiem, powinieneś lepiej mówić w swoim języku.
 - Em… Przepraszam.
Mój chłopak objął mnie ramieniem.
 - Darek trochę się stresuje.
 - Ej! Jak mogłeś mnie wydać?! – oburzyłem się.
Zaśmiał się i cmoknął w policzek.
 - Nie bój się! Żartowałam, przecież widzę jaki jest przy tobie szczęśliwy. – Uśmiechnęła się i przytuliła mnie. – Witaj w rodzinie! Jestem Valentina.
Odwzajemniłem uścisk, również się przedstawiając.
Puściła mnie, ale zaraz dopadł mnie pies. Byłem tak zaskoczony, że nim się zorientowałem wylądowałem na ziemi, a golden retriever podpierał łapy o mnie i lizał po twarzy. Śmiałem się, próbując wydostać się spod psinki.
 - Asti! – zawołał mój chłopak.
Asti…? Coś mi to imię przypomina…
Udało mi się chociaż usiąść, a zwierzak zakończył wreszcie wylewne powitanie. Potargałem go za uszami i zerknąłem na obrożę.
 - Może to zbieg okoliczności, ale nie znam cię przypadkiem? – spytałem psa, a ten spojrzał na mnie jakby wszystko rozumiał.
 - Skąd? – spytał Marcello, podając mi rękę, żeby pomóc mi wstać.
 - Buongiorno! – Pojawił się ten sam facet, którego spotkałem na plaży.
Najwyraźniej też mnie rozpoznał, bo zdjął okulary i bardziej mi się przyjrzał.
 - Jaki świat jest mały… - stwierdził. – Najwyraźniej nie tylko psy cię uwielbiają i słuchają, ale również skradłeś serce mojego braciszka. Gilberto. – Wyciągnął rękę żeby się przywitać.
 - Dariusz.
 - Darek, możesz to wyjaśnić?
 - Nie bądź zazdrosny! Wiesz, że mam żonę, nie jestem gejem, a poza tym nie ignoruj mnie! Zwracasz się do swojego kochasia, a ja jestem powietrzem?! – niby się oburzył.
Westchnąłem i pomyślałem, że chyba świetnie by się dogadał z Gabi, choć dwie takie same osoby to chyba nie najlepszy pomysł… Jedna to już dużo!
 - Pierwszego dnia Gabryśka wyciągnęła mnie na plażę i tam za pośrednictwem Astiego się poznaliśmy. A ja myślałem, co on wygaduje, a tu zamiast po angielsku, umie po polsku! – ostatnie słowa bardziej skierowałem do drugiego z rodzeństwa.
Poznałem jeszcze jego ojca Riccardo, bratową Alinę, babcie Beatrice oraz bratanków Carlo i Dario. Taka wielka rodzina.
Wszyscy przyjęli mnie do siebie jak swojego, a golden nie odstępował nawet na krok, przez co Marcello był zazdrosny o mnie, natomiast Gilberto o psa. Dobrze się u nich czułem i naprawdę pokochałem tą rodzinę jak własną.
Popołudniu siedzieliśmy na dworze, popijaliśmy wino, jedliśmy przekąski i rozmawialiśmy. W międzyczasie ktoś przyniósł gitarę, która co chwila przechodziła z rąk do rąk. Jedni śpiewali inni grali, a że ja nie znałem żadnej z tych piosenek to tylko się przysłuchiwałem i od czasu do czasu coś wtrąciłem, przy refrenach.
Sięgnąłem po butelkę wina, żeby sobie dolać, kiedy usłyszałem brzdęk strun gitary i głos mojego chłopaka. Odwróciłem się w jego stronę. Sam grał, sam śpiewał. Nie znałem tej piosenki, ale słysząc te dwa słowa przebijające się ciągle w niej i czując wzrok ukochanego na sobie…
Czułem, że z każdym dniem, godziną, minutą zakochiwałem się w nim coraz bardziej. Chciałem, żeby ta baśń, w której wtedy żyłem nigdy się nie kończyła.