środa, 24 lutego 2016

Wakacyjny romans - Rozdział 1.

Rozdział 1.
Wreszcie wróciłem z pracy.
Miałem zostać dłużej, bo pracowaliśmy nad trudnym i poważnym projektem, ale na szczęście wyrobiliśmy się na tyle szybko, że mogłem wrócić w miarę szybko – w porównaniu do zakładanego czasu – do domu. Nic nie wspominałem mojemu, niezadowolonemu z tego chłopakowi. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę.
Cicho otworzyłem drzwi mieszkania. Odłożyłem teczkę na bok i ruszyłem do naszej sypialni. I tak było późno, więc zakładałem, że już tam leży ze swoim laptopem i szuka dalej ofert pracy, której od kilku miesięcy nie mógł znaleźć.
Zajrzałem, żeby sprawdzić, czy jest tak jak myślałem, a może już śpi, jednak ledwo spojrzałem, a wmurowało mnie.
Zdecydowanie nie liczyłem spotkać go, owszem leżącego w naszej sypialni, ale z jakimś innym facetem! Do tego uprawiających sex! Tak byli tym zaaprobowani, że nawet mnie nie zauważyli.
Kochałem go o on zrobił mi coś takiego…
Nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, orgazm wstrząsnął obcym, a chwilkę później moim chłopakiem… byłym chłopakiem.
 - Błażej…? CO TO MA ZNACZYĆ?! – wydarłem się na niego, kiedy się ocknąłem.
 - C-co??? – mężczyzna szybko się odwrócił w moją stronę. – Darek??? Przecież miałeś być w pracy i…
 - I to cię upoważnia do czegoś takiego?! – Czułem, jak gorące, wręcz parzące moją skórę łzy płyną po policzkach. – Dlaczego?
 - Ej, kotku, to ten twój facio? – wtrącił się kochanek mojego ex. – No nawet całkiem, całkiem. Chyba bym się nie obraził, jakbyście się zgodzili na mały trójkącik.
 - Oj zamknij się – uciszył go. – Skarbie, to nie tak ja myślisz… Porozmawiajmy!
 - Nie chcę cię znać – wysyczałem przez zęby. – Jutro przychodzę po swoje rzeczy, wyprowadzam się.
 - Gdzie? Nie rób niczego zbyt pochopnie!
Odwróciłem się z zamiarem wyjścia, ale Błażej chwycił mnie za rękę, uniemożliwiając to. Wyrwałem mu ją.
 - Zostaw! Nie mamy o czym rozmawiać. Zdradziłeś mnie!
Przetarł twarz dłonią.
 - To tylko sex. To się nie liczy, wróć. Potrzebuję cię!
Przez chwilę się zawahałem. Uczucie od tak nie minęło, cały czas go kochałem, ale wiedziałem, że nie warto dawać komuś drugiej szansy, bo ludzie na ogół z niej nie korzystają.
 - Ej! Ja wciąż tu jestem! Rozumiem, chcesz żebyście byli razem, ale nie ignoruj mnie! – znowu się wtrącił nieznajomy.
 - Jak się nazywasz? – zwróciłem się do niego.
 - Hubert Lasota, a co?
 - Więc Hubercie… Weź go sobie – wskazałem na stojącego obok mnie, nagiego mężczyznę – mi dajcie święty spokój!
 - Kochanie…
 - Zostaw! – przerwałem swojemu byłemu.
Wziąłem portfel, telefon, klucze od domu oraz samochodu i wybiegłem. Wsiadłem do swojego BMW, na które długo zbierałem i dzięki premiom oraz pomocy rodziców wziąłem sobie na raty. Czasami warto harować do późna, żeby mieć wymarzoną brykę.
Walnąłem z otwartej dłoni w kierownicę dla rozładowania emocji. W końcu ruszyłem do mojego ulubionego klubu. Wysiadłem, napisałem SMS’a przyjaciółce, bo z reguły nie piję sam, a przy okazji mogłem się jej wygadać, żeby przyjechała.
Po wypiciu drugiego piwa, zobaczyłem ją.
Średniej długości, blond włosy spięła w kok, a oczy podkreśliła czarną kredką. Ubrała się może i jak na dyskotekę, ale to jedynie podkreślało jej krągłe kształty i nie mam na myśli miejsc gdzie powinny być. Wolałem jej tego nie przypominać, nie w momencie kiedy była mi potrzebna. 
Kiwnęła do barmana, żeby podał jeszcze jeden bursztynowy trunek. Za jednym razem wypiła pół naczynia i oparła się o ladę. 
 - No, to teraz opowiadaj, co się stało – zwróciła się do mnie.
 - Co jest ze mną nie tak?
 - Mam wymieniać? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. Widząc mój niezadowolony wzrok spoważniała. – Błażej coś zrobił?
 - Bingo! – Dopiłem do końca kolejny chmielowy napój. – Jakby to powiedzieć…? Wróciłem wcześniej niż planowałem z roboty, a tu zastaję go w naszej sypialni z jakimś innym gościem.
 - Zdradził cię?
 - Jak mu wsadzał chuja do dupy to chyba tak, nie? Jestem serio aż taki beznadziejny, że moje związki nie mogą przetrwać więcej niż rok, a tamten to tylko dlatego tak długo, że się łudziłem, iż mnie nie okłamuje, dobrze znając prawdę.
 - Po prostu nie trafiłeś na odpowiedniego faceta.
 - A może to ja jestem nieodpowiedni?
 - Pieprzysz. Co zrobiłeś?
Wzruszyłem ramionami.
 - Zerwałem z nim i zapowiedziałem, że jutro przyjadę po swoje rzeczy.
 - Czy ciebie do końca popierdoliło! – wydarła się, zwracając na siebie uwagę kilku osób. – Co się gapicie?! – Jak na zawołanie wszyscy odwrócili wzrok. – A wracając do ciebie – popukała mnie palcem w pierś – mój drogi panie, to masz zamiar się wyprowadzić z waszego mieszkania, choć to on cię zdradził?! Może i wynajmowane, ale jednak mieszkaliście tam razem. To jego powinieneś wywalić na zbity pysk, a nie ustępować mu pole! Dzisiaj możesz u mnie przenocować, lecz jutro masz tam pójść i go wyrzucić, czy tego chce czy nie!
 - Boże, litości… - Schowałem twarz w dłoniach. – Kobieto, nie rządź się tak, OK.? Mój facet, moje mieszkanie, mój problem!
 - A ja później będę musiała przyjąć cię pod swój dach.
 - Czyli to nie jest takie bezinteresowne? No wiesz co? Okropna jesteś. Nie dziwię ci się, że se żadnego faceta nie znalazłaś. Jaki by z tobą wytrzymał?
 - A ty jakoś wytrzymujesz.
 - Bo się przyczepiłaś jak rzep psiego ogona, od podstawówki!
 - Och nie rób scen! Co ty byś bez tego rzepa począł? Dopiję to piwo i jedziemy. Wezwę taksówkę, bo nie zamierzam znowu płacić mandatu za parę promili we krwi! Przecież jedno piwo to nic, a ci się czepiają, jakby nie wiem co się stało! Czuję się dobrze!
 - A ja nie… - Westchnąłem.
 - Chodź do mnie, później podjedziesz po samochód, a następnie wywalić tego dupka.
Zapłaciłem i wyszedłem za Gabi, nie chcąc jej jeszcze bardziej denerwować.


Do czytelników.

Cześć! No to skończyłam Tulipan. Pora na kolejne pt. Wakacyjny romans. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)  
Chciałam zacząć inne, lecz nie mogę wymyślić odpowiedniego tytułu... znaczy mam, ale tylko mniej więcej. Poza tym moja wena bardziej skłania się do tego wcześniej wspomnianego. 
Również chciałabym kontynuować Nie przestanę cię kochać, lecz to nie jest takie proste, ponieważ moją inspiracją do niego była moja ex. Choć zerwała ze mną dalej, póki liczyłam, że będziemy jeszcze razem, miałam wenę, jednak wraz z upewnieniem się, iż to koniec i przestało mi tak na niej zależeć (Jasne, wmawiaj to sobie, a jak chwilę ze sobą rozmawiałyście to znowu zaczęłaś tęsknić i z trudem nie zapomniałaś co ci zrobiła) opuściła mnie wena. Może jak znowu się zakocham, czy z jakiegokolwiek innego powodu nadejdzie to będę kontynuować. Mogłabym napisać to na odczep się jak pierwsze kilka rozdziałów, ale za bardzo przywiązałam się do nich żebym tak miała postąpić... A miałam tyle planów i pomysły mi się nie kończyły... 
Dobra, koniec z użalaniem się nad sobą! Miłego czytania.
Milly (X_X) 

Tulipan - EPILOG

Epilog.
Miesiąc później…
Wyruszyłem z ukochanym spod mojego bloku.
Obiecał spełnić swoją obietnicę, choć tak naprawdę nie wiedziałem jaką. Tak czy siak jechałem podekscytowany i zaintrygowany.
Po chwili dotarliśmy pod cmentarz. Zsiedliśmy z motoru, a brunet podszedł do kobiety sprzedającej znicze i kupił duży, czerwony. Coraz mniej mi się to zaczynało podobać…
 - Adrian…
 - Chodź. – Uśmiechnął się, ale tak jakoś smutno… - Mam nadzieję, że mnie nie znienawidzisz.
Ujął moją dłoń i zaprowadził w niewiadomym mi kierunku. W końcu zatrzymał się przed jednym z nagrobków i zapalił na nim nowy znicz. Czułem się nieswojo, chciałem uciekać.
Na początku chłopak milczał, aż w końcu odwrócił się do mnie.
 - Pamiętasz jak kilka miesięcy temu dałem ci tą czapkę z przyszytą do niej peruką? Wspominałem, że należała do siostry. Chciałeś ją poznać…
Nic więcej nie dodał, a we mnie lęk się tylko powiększył. W końcu odważyłem się zerknąć na złote litery na marmurze.
Agata Myszka? Przecież tak nazywała się…
 - Ona nie żyje??? Jak to??? Przecież… Jak? Dlaczego?
Położył mi rękę na ramieniu. Przez dłuższą chwilę patrzył tylko przed siebie, by w końcu odwrócić się w moją stronę i mocno mnie przytulić.
 - To się stało siedem lat temu – zaczął, dalej mnie nie puszczając. – Byłem jeszcze małym dzieciakiem, zapatrzonym w siostrę jak w obrazek. Pewnego dnia dowiedziałem się, że źle się poczuła i trafiła do szpitala. Okazało się, iż miała białaczkę… Wszyscy w rodzinie byliśmy przerażeni, tylko ona sobie z tego i nas żartowała. Była pewna, że wyzdrowieje, a my tylko niepotrzebnie histeryzujemy… Poruszyło ją dopiero kiedy zaczęły jej wypadać włosy. Kochała je. Były długie, miękkie, zadbane, a tu nagle wraz z każdym pociągnięciem szczotki traciła je. Wtedy postanowiła kupić ze swoich zaoszczędzonych pieniędzy, wymarzoną perukę. Żeby mieć pewność, że nikt nie dostrzeże ich nieprawdziwości doszyła czapkę. Zawsze wszystko sobie sama szyła albo przerabiała zakupione ciuchy. Jak zażegnała problem, była pewna, że wszystko już będzie dobrze. Dalej śmiała się, projektowała, a kiedy przychodziłem do niej z płaczem i kazałem jej obiecać, iż przeżyje pokazywała mi swój nadgarstek, na którym jak ci już wspominałem miała zrobiony tatuaż. Nie wiele przed wykryciem choroby poszła do salonu, akurat na swoją osiemnastkę sobie zrobiła. Mówiła, że podobno człowiek utożsamia się z nimi, a ona miała immortal*. Do tego motylek podobno oznaczający życie, zmartwychwstanie, nieśmiertelność. Niestety to nie wystarczyło. Pewnego dnia przyszedłem do niej pochwalić się dobrą oceną z angielskiego, którego tak zawzięcie mnie uczyła, lecz nie było jej na Sali. Myślałem, że zabrali ją na badania, ale… Chwilę później dowiedziałem się, że umarła kilka godzin wcześniej…
Nie wiedziałem co powiedzieć, jak zareagować. Przytuliłem go tylko mocniej i dałem się wypłakać, kiedy poczułem, łzy na mojej bluzce.
 - Przepraszam – kontynuował – że ci nie powiedziałem więcej o właścicielce peruki, ale bałem się, iż nie zechcesz po zmarłej osobie.
Dalej nie byłem w stanie wykrztusić sensownego zdania, więc uznałem, że milczenie będzie lepszym rozwiązaniem.
W końcu się otrząsnął. Wyprostował się i wskazał na znicz.
 - Kiedyś, jak się gorzej poczuła, to zażartowała, żebym w razie jej śmierci kupował na przekór kostusze czerwone, a nie białe. Umarła na białaczkę, więc… Niestety to się sprawdziło.
 - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś, nawet zanim zachorowałem?
 - Nie wiem. Pewnie kiedyś tak, ale wtedy nie chciałem o tym rozmawiać. Z nikim. Po jej śmierci zamknąłem się w sobie, nie chciałem żadnych psychologów, tylko sam przesiadywałem przy jej grobie, rozmawiałem, nawet jeśli nie odpowiadała, czytałem jej ulubione powieści, puszczałem muzykę. Jak już się otrząsnąłem z szoku to dalej chciałem udawać, że to się nie wydarzyło, tak było prościej. Niby odwiedzam ją często, ale nie jako… trupa, a żywą osobę, która na chwilę poszła spać, natomiast ja nie chcę jej budzić…
 - Przykro mi… - zdobyłem się na te słowa. Wiem, że w takiej sytuacji nic nie warte, lecz nic innego nie przychodziło mi do głowy.
 - Kiedy dowiedziałem się, iż kolejna osoba, na której mi bardzo zależy jest chora na ta samą osobę… Przynajmniej ty przeżyłeś.
 - Tak… Chciałbym podziękować tamtej osobie, lecz doktor Lazar powiedział, że nie może mi zdradzić kto jest dawcą. Jak myślisz jak mógłbym się dowiedzieć?
Przez chwilkę się zastanawiał.
 - To, to tak zaprzątało twoją główkę? – spytał.
 - No… Przecież on lub ona uratowała mi życie!
 - Eh… Kiedy dowiedziałem się o chorobie kochanej siostrzyczki od razu chciałem się przebadać, ale w jej jak i w twoim przypadku nikt z rodziny nie mógł być dawcą. Dopiero jakaś daleka ciotka, ale było już za późno… Za późno do niej dotarliśmy, z późno przyszły wyniki… W tych szpitalach to maja niezły burdel, bo w twoim przypadku też długo trwało zanim odkryli, że jest zgodność. Właściciel twojego szpiku był już dawno w bazie danych. Od prawie siedmiu lat…
 - A tobie powiedział?! No jak on… - Nagle do mnie dotarło co on powiedział. – Adrian…? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że byłeś wtedy po moim przeszczepie, jak przyszedłeś taki zmęczony, bo… Ty? – zadałem krótkie pytanie.
 - Tak. Przepraszam, że o tym też nie powiedziałem, ale uznałem, iż tak będzie lepiej, lecz skoro to takie dla ciebie ważne…
Odwróciłem go do przodem do siebie i szybko pocałowałem. Po chwili znowu, z tym, że dłużej.
 - Dziękuję – wyszeptałem.
Uśmiechnął się i pogłaskał mnie po policzku.
 - Nie płacz.
Zdziwiłem się i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę ze swoich łez.
 - To teraz jesteśmy ze sobą połączeni na zawsze. – Puściłem oczko.
 - Zawsze. – Przytulił mnie.
Chciałem być z nim już do końca, życia i byłem pewny, że tak będzie.

KONIEC!


*Immortal (eng.) - nieśmiertelność 

wtorek, 23 lutego 2016

Tulipan - Rozdział 25.

Rozdział 25.
Trzy miesiące później…
Przeszczep się przyjął! Musiałem jeszcze zostać w szpitalu, ale kiedy tylko była taka możliwość to wróciłem do domu. Miałem dość tego ponurego, dziwnego, trochę przerażającego miejsca.
Do tego wakacje zbliżały się wielkimi krokami! A ja chyba z pół roku szkolnego przesiedziałem w szpitalu…
Adrian był cały czas przy mnie, wspierał, pocieszał choć niejednokrotnie czułem, że on tego potrzebuje bardziej. Trudno mi było uwierzyć w swoje szczęście w postaci tak wspaniałego chłopaka. Kochałem go najbardziej na świecie.

Tamtego dnia ukochany obiecał niespodziankę. Podekscytowany cały czas chodziłem po mieszkaniu, nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Do wieczora jeszcze było daleko, a ja już chciałem żeby przyjechał. Mimo moich SMS’ ów i ciągłego telefonowania, nie zamierzał wcześniej się pojawić. To było strasznie uciążliwe.
 - Uspokój się – nie wytrzymał tata.
 - Nie mogę. Dlaczego ten czas tak wolno leci?!
 - Ha, ha, ha! Dla zakochanych, kiedy jest się razem czas płynie bardzo szybko, a osobno wręcz przeciwnie.
 - Mhm… - Oparłem głowę o wyciągnięte ramiona na stole. – To co mam zrobić?
 - Nie wiem. Zajmij się czymś.
 - Dzięki – mruknąłem i wyszedłem do pokoju.
Włączyłem na komputerze grę z samolotami, bo chciałem się podszkolić i wreszcie pokonać Miłosza. Niestety to zdecydowanie nie była moja bajka…
Po jakimś czasie zadzwoniła moja komórka. Zerknąłem na wyświetlacz i natychmiast odebrałem widząc Tulip. To przezwisko będzie chyba do końca życia go obowiązywać, ale sam chyba nie ma z tym problemów.
 - Cześć! Już? Tak szybko? Super!
 ~ Szybko? Bo ja wiem… Bałem się, że mnie opierdzielisz, że się spóźniłem... Nie ważne. Schodzisz?
 - Jak to…? – Zerknąłem na ­zegarek. Była już 1800. – Rzeczywiście… To ja zaraz będę!
Faktycznie szybciej mi czas zleciał…
Z prędkością światła wyłączyłem komputer, założyłem trampki i wybiegłem z mieszkania, uprzednio krzycząc, już chyba na klatce, że wychodzę. Po wyjściu rzuciłem się na szyję ukochanemu.
 - W końcu! Cały dzień nie mogłem wytrzymać!
Pocałował mnie krótko i założył mi kask.
 - Gdybyś nie dobijał się tak co chwilę to chyba bym ci nie uwierzył, bo jakoś zapomniałeś, nawet nie zauważyłeś mojego małego spóźnienia.
 - Tata już tracił cierpliwość, więc kazał mi się czymś zając, zacząłem grać i tak jakoś wyszło… Jedziemy? – podekscytowany spytałem już wsiadając na motor.
 - Wyobrażam to sobie… - zaśmiał się i ruszył.
Szybko dotarliśmy na miejsce – naszą górkę. Gdzieżby indziej?
Jednak tamtego dnia wyglądała inaczej. Precyzując, był na niej czerwony koc, talerzyki puste oraz z jedzeniem, czerwone wino, kieliszki, a do tego wielki bukiet żółtych tulipanów na środku.
 - Zaczynam się zastanawiać, czy ty nie założyłeś jakiejś plantacji tych kwiatków – zażartowałem. – Chyba jak wchodzisz do kwiaciarni to od razu panie co tam pracują dają ci je bez pytania.
Przytulił mnie od tyłu.
 - Masz coś przeciwko?
 - Że dają?
 - Ha, ha, nie! Że je dostajesz.
Odwróciłem się w jego stronę. Ująłem jego twarz w dłonie i pocałowałem z miłością.
 - Nie. Kocham cię, wiesz?
 - Mm… - Trącił nosem moją szyję. – Ja ciebie też. – I pocałował w tamto miejsce.
Zaśmiałem się cicho na ten gest.
Usiedliśmy na niewielkim, wolnym fragmencie. Ukochany nalał nam wina, a ja z uśmiechem przyjąłem kieliszek. Stuknęliśmy się nimi i napiliśmy trochę.
 - Dobre - stwierdziłem.
 - Dla ciebie tylko najlepsze.
Lekko zarumieniłem się na to wyznanie.
Poczułem jakby on robił wszystko dla mnie, a ja dla niego… Kupował mi kwiaty i nie tylko, nigdy niczego ode mnie nie dostał. Jakby tego było mało to wytrzymywał moje fochy, głupie pomysły, kochał o czym ciągle przypominał, opiekował się w zdrowiu i… chorobie, zawsze to ja byłem na pierwszym miejscu, a później daleko on. Doszedłem do wniosku, że nic tak naprawdę dla niego nie zrobiłem.
Z tego natłoku myśli wyrwały mnie usta ukochanego, który nie wiadomo kiedy znalazł się za mną i zaczął całować po szyi. Ujął moją brodę w dwa palce i obrócił przodem do siebie, dzięki czemu miałem idealny wgląd w jego bursztynowe oczy. Delikatny pocałunek szybko odgonił niepotrzebne myśli.
 - Co tak zaprząta twoją główkę? Pragnę zaznaczyć – bardzo przystojną. – Puścił oczko.
 - Ty, ale teraz to nieistotne. Dziękuję za to wszystko – Tylko ja wiedziałem, że to wszystko obejmowało nie tylko piknik.
 - Dla ciebie…
 - Tak, wiem: dla ciebie wszystko – próbowałem naśladować jego głos.. coś mi chyba nie wyszło, ale mniejsza z tym.
Uśmiechnął się delikatnie. Przybliżył się i znowu złożył czuły pocałunek na moich wargach, jakże spragnionych tych należących do tego niesamowitego bruneta. Zapragnąłem więcej, dużo więcej. Naparłem na usta chłopaka, starając się zapanować nad dziwnym uczuciu, które postanowiło się skumulować w jednej części ciała i bynajmniej nie była to głowa, czy serce. Ten jedynie objął mnie swoimi długimi ramionami, przystając na to. Zaraz wciągnął mnie na swoje nogi, dalej zapamiętale całując tak, że odbierało mi zdolność myślenia. Zadrżałem kiedy poczułem jego dłonie pod bluzką. Zbliżało się lato i było gorąco, lecz w tamtym momencie ktoś najwyraźniej postanowił podkręcić temperaturę. Zanurzyłem palce w jego miękkich włosach, a chłopak ostatni raz liznął moją dolną wargę i przeniósł się ustami na moją szyję. Westchnąłem, a moja twarz pokryła się pokaźnym rumieńcem.
 - Wiesz, że jesteś niesamowity? – wyszeptał. – Nadal trochę dziecinny…
 - Ej!
 - Ha, ha, ha! Ale mimo to niezwykle seksowny…
Straciłem nie tylko zdolność myślenia, bo to już wcześniej, ale również mówienia. Wiele razy słyszałem, że mnie kocha, podobam mu się, lecz jeszcze nigdy czegoś takiego. I ten głos…
Ten dalej, jakby nigdy nic, zostawiał pocałunki na szyi, dłońmi jeżdżąc po plecach, a ja czułem jakbym się rozpływał w jego ramionach. W końcu znudziły mu się plecy i jedną ręką wciąż trzymał mnie z tyłu, a drugą przeniósł na brzuch. Powoli wędrowała po moim ciele, za każdym razem pozostawiając parzące ślady. Kiedy dotarła, aż do moich sutków i traciła jeden, wydałem niekontrolowany jęk, przez co jeszcze bardziej zalałem się czerwienią. Schowałem twarz w zgłębieniu jego szyi, żeby tylko jak najbardziej się ukryć.
Jednak jego dłoń postanowiła się znowu przemieścić, tym razem w dół. Powoli, ledwie dotykając opuszkami palców, co powodowało drżenie mojego ciała. Z mojego gardła wydobył się kolejny niepożądany dźwięk, wraz z dotarciem winowajcy moich tortur na spodnie, a następnie ściśnięciu nabrzmiałej części mojego ciała.
To mi przestawało wystarczać. Chciałem więcej, więcej. On jakby to wyczuł, bo zaraz zaczął je niemiłosiernie wolno odpinać.
 - Adrian…
 - Hm?
Nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, kiedy te szczupłe palce objęły mojego członka. Z trudem łapałem powietrze, a ten postanowił mnie pozbawić resztek tlenu całując namiętnie, z pasją. Kiedy ta dłoń przeniosła się na mój pośladek, podskoczyłem trochę.
Nigdy nie wierzyłem w coś takiego jak samozapłon u ludzi, myślałem, że to tylko taki wymysł kreatywnych i znudzonych normalnym życiem ludzi, ale w tamtym momencie obawiałem się, iż zaraz zapłonę żywym ogniem.
Przerwałem pocałunek patrząc w oczy mojemu chłopakowi.
 - J-ja… - i na tym się zakończyła moja wypowiedź, bo nie wiedziałem tak naprawdę co powiedzieć.
 - Jeśli chcesz to zakończymy to tu, tylko z moją małą pomocą pozbędziesz się tego ciśnienia kumulującego się tutaj – przejechał ręką po moim penisie – a jeśli chcesz to możemy posunąć się dalej. To będzie twój pierwszy raz, więc…
 - Kochaj się ze mną – wyrwało mi się zanim zdążyłem zapanować nad sobą.
Ukochany najwyraźniej również był zaskoczony, moimi słowami.
 - Nie ukrywam, że na taką odpowiedź liczyłem… - Przejechał językiem po szyi.
Zdjął wreszcie ze mnie bluzkę, następnie kładąc na trawie, która nie przeszkadzała, a nawet dodatkowo pobudzała. Tylko ja nagle straciłem resztki pewności siebie. Nie wyglądałem po przebytej chorobie nazbyt atrakcyjnie. Wcześniej byłem przeciętny, ale teraz miałem wrażenie, że resztki urody poszły w zapomnienie. 
Adrian jakby to wyczuł. 
 - Pragnę cię… - Pocałował mnie krótko, ale mocno. – Każdego skrawka na twoim ciele… - Delikatnie muskał moją skórę ustami, językiem, dłońmi na przemian, a ja myślałem, że oszaleję jak nie przestanie tej tortury, z drugiej strony pragnąc by się nigdy nie kończyła. – Jesteś bardzo przystojny… - Pozostał na dłużej swoimi wargami na czerwonych guziczkach, tak pragnących jego uwagi, choć nie tak bardzo jak pewna część ciała nadal schowana pod ubraniem. – Z charakteru również… - W końcu przeniósł się niżej i zaczął ściągać moje spodenki, od razu wraz z bielizną. – Do tego pachniesz sobą, ale również cytrusami, co daje niesamowitą mieszankę. Aż mam ochotę cię zjeść. – Wziął moją nogę bliżej i niby ją ugryzł. Zaraz zaczął po wewnętrznej części mojej kończyny wędrować, od stopy w górę, pocałunkami. – Wady również masz, ale przyćmiewają je miliony twoich zalet, których nie jestem w stanie teraz wszystkich wymienić… - Kiedy dotarł do krańca wędrówki, cmoknął główkę mojego członka stojącego na baczność i czekającego na uwagę. Natychmiast to samo zaczął robić z drugą nogą. – A jakby tego wszystkiego było mało… - gdy skończył przybliżył się do mojej twarzy – to dorzucam do tego moją miłość – i pocałował. Oddawałem go z pełnym zaangażowaniem, wplatając dłonie w jego długie włosy.
 - Adrian… Długo mam czekać, aż się rozbierzesz, czy sam mam z ciebie to ściągnąć? – znowu nie zdążyłem ugryźć się w ten swój długi język.
 - Głosuję za drugą opcją. – Puścił mi oczko.
 - A-ale…
Uśmiechnął się zachęcająco, a ja w końcu się poddałem i niepewnie przybliżyłem do ukochanego. Pociągnąłem za dół jego bluzy (jemu serio nie było gorąco???) do góry. Uniósł ręce pomagając mi tym. Kiedy czarny materiał wylądował na ziemi przyjrzałem się mu. Szczerze mówiąc to nigdy nie miałem okazji widzieć go bez bluzki. Jakie było moje dziwienie kiedy okazało się, że skrywa tam całkiem dobrze umięśnione ciało. Przygryzłem wargę i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, iż cały czas gapię się na niego. Odwróciłem wzrok. Jednak fakt, że jeszcze nie skończyłem, zmusił mnie na spojrzenie na ukochanego. Chwycił moją brodę i pocałował. Przeniosłem dłonie na jego szyję, lecz pożądanie uniemożliwiało mi odkładanie tego jak najdłużej. Cały czas patrząc mu w oczy, powoli zacząłem odpinać mu spodnie. Klęczeliśmy, więc ze zdjęciem ich poniżej kolan musiał poradzić sobie sam.
 - Kocham cię – powiedział i pogłaskał mnie po policzku, zewnętrzną stroną dłoni.
 - Ja ciebie też…
Wstyd sięgał zenitu, kiedy położyłem się, a ten nic nie robił tylko patrzył.
 - Możesz sobie pooglądać mnie później? – zirytowałem się.
 - Ha, ha! Oczywiście.
Sięgnął do koszyka i wyjął z niej tubkę.
 - Zaplanowałeś to!
 - Czy muszę odpowiadać? – opowiedział z dziwnym uśmiechem. – Poza tym nie do końca, bo istniała możliwość, iż się wycofasz…
Wylał trochę tego na palce i pochylił się żeby mnie pocałować, równocześnie rozciągając. Byłem mu wdzięczy, że od przodu, bo wolałem patrzeć w te piękne oczy. Nagle po moim ciele rozlała się fala przyjemności. Po chwili wyjął pace, a ja poczułem się dziwnie pusty. Zerknąłem na chłopaka i widziałem jak zakłada prezerwatywę. Nachylił się i znowu dostałem całusa. Przytrzymał moje biodra i płynnie zaczął wchodzić. Mimo moich obaw, nie bolało. Może to było dziwne uczucie, lecz bólem bym tego nie nazywał. Odczekał chwilę, aż się przyzwyczaję, ale nie należę do cierpliwych ludzi i po chwili sam próbowałem się poruszyć. Uśmiechnął się przytrzymując mnie mocniej i samemu wbijając się w mój zacny tyłeczek. Przyśpieszał, zwalniał, a ja tylko rwałem trawę już nie hamując jęków i westchnień. W końcu doszedłem z imieniem ukochanego na ustach. Bez dotykania!
Zaraz po mnie dołączył ukochany.
 - Wiem, że to nie zabrzmi oryginalnie, ale kocham cię – powiedział przytulając się do mojego boku.
 - Ja ciebie też.
Leżeliśmy tak długo w ciszy, obserwując gwiazdy. Czułem się bardzo szczęśliwy. Wnioskując po uśmiechu Adriana on również. Nagle przyszło mi coś do głowy.
 - To nie był twój pierwszy raz, prawda?
Zerknął na mnie i pokręcił głową.
 - Nie, ale ten był wyjątkowy i dużo lepszy. – Pocałował mnie w ramię. – Nie obrazisz się, jak się trochę zdrzemnę?
 - Nie.
Sam po chwili zasnąłem…


niedziela, 14 lutego 2016

Tulipan - Rozdział 24.



Rozdział 24.
Tydzień później…
Dopiero co się obudziłem po operacji. Światło słoneczne połączone z bielą ścian w szpitalu oślepiało mnie. Zerknąłem w lewo, tam gdzie zawsze siedział mój chłopak. Prawie za każdym razem kiedy się budziłem on już na mnie czekał z tym swoim wielkim uśmiechem. Tylko oczy często przeczyły ustom, swoim smutkiem. Jednak tamtego dnia go nie było. Fakt faktem liczyłem, iż go już spotkam, ale zważając na szkołę, a do tego ukochany był w klasie maturalnej, nie mogłem wymagać od niego, że byłby przy mnie bez przerwy. Mimo to wolałem nie rozstawać się z nim nawet na moment. Miłość jest bardzo egoistyczna.
Westchnąłem i nagle dostrzegłem wielki bukiet żółtych tulipanów. Nie mam pojęcia ile ich tam było, ale na pierwszy rzut oka –  kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt. Wyszczerzyłem się jak głupi, dobrze wiedząc od kogo one są. Już chciałem, mimo osłabienia spowodowanego narkozą, sięgnąć (jaki głupek dał je tak daleko?!), gdy przypomniałem sobie jak Adrian kiedyś przyniósł mi kwiatek (pieprzyć, że to jest w moim przypadku mało męskie), a pielęgniarki, które niby mają pomagać, a tak naprawdę tylko utrudniają życie, zaraz kazały go zabrać, bo przepisy zakazują wnosić kwiaty do szpitala.
Przekupił je, czy co?
Mój oczy dodatkowo powiększyły się kiedy dostrzegłem, coś jakby czekoladę! I to tą wielką! Próbowałem sięgnąć po nią, ale zabrakło mi sił. Jęknąłem niezadowolony.
 - Ha, ha, ha! Spokojnie, to normalne. Za niedługo odzyska pan siły – powiedział doktor Lazar, który nie wiadomo kiedy przyszedł.
 - Myślałem, że nie można – wskazałem na bukiet.
 - Bo nie można, ale twój chłopak bywa taki przekonujący, że jeśli ordynator się nie dowie… Tylko prosiłbym, żeby nie stały tak na widoku.
 - Poda mi pan?
Kiwnął głowa i z uśmiechem spełnił moją prośbę. Wyjął kwiaty z naczynia i pobieżnie wytarł łodyżki z wody, a następnie położył na kołdrze, na moim brzuchu.
 - Dziękuję. A czekolada…
 - Innym razem.
Miałem ochotę coś mu zrobić, lecz widząc to szybko się ulotnił. W takim stanie nie dałbym mu rady, ale mniejsza z tym.
Pogłaskałem kwiaty, dzięki czemu dostrzegłem między liśćmi i płatkami, kartkę.

We wszystkich mowach i w języku duszy
Nad wszystkie są dwa słowa,
Jak w kroplach rosy po suszy,
W nich skarb żywota się chowa.
Jak dwie perełki w oceanie życia,
Jak dwie gwiazdeczki na niebie,
Świecą nam do powicia
Dwa słowa - kocham ciebie.
~ Józef Ignacy Kraszewski

Uśmiechnąłem się szeroko, czytając to kilka razy, jak miałem w zwyczaju. Po prostu nie umiałem zaprzestać na jednym.
 - Dobrze jest widzieć cię takiego szczęśliwego.
 - Adrian! – Obróciłem głowę w stronę, z której dochodził dźwięk.
Podszedł i pocałował mnie delikatnie.
 - Kocham cię – powiedzieliśmy niemal równocześnie.
Zaśmiałem się cicho i wyciągnąłem rękę, nie wysoko, ku niemu. Pochylił się znowu, a ja to wykorzystałem, chwytając jego bluzę i ciągnąc bliżej do kolejnego pocałunku.
 - Tęskniłem – powiedział, kładąc się obok.  
Wtuliłem się w jego bok.
 - Dziękuję za kwiaty. Lubiłem akurat te z sentymentu. Jak byłem mały to często przyjeżdżałem do babci w wakacje. Ma taki ogródek z głównie różami, ale rosną tam również czerwone tulipany. Kawałeczek dalej, nie wiedzieć czemu był tylko jeden, bo pomiędzy kamieniami, kwiat, właśnie taki – wskazałem na bukiet – i bardzo go polubiłem. Był taki sam, lecz za razem przepiękny. Dzięki tobie lubię je jeszcze bardziej, bo zawsze będą mi się kojarzyć z tobą.
Pocałował mnie w skroń nic nie mówiąc. Przez chwilę mu się przyglądałem, aż wreszcie dostrzegłem coś co umknęło mojej uwadze, na początku.
 - Dobrze się czujesz? – spytałem widząc, jaki był blady, a pod oczami miał sińce.
 - Tak…
A może jest niewyspany, bo tak się mną martwił…
 - Ile spałeś?
Zerknął na mnie zdziwiony moim pytaniem. W końcu uśmiechnął się.
 - Dużo. Nawet bardzo. Nie martw się, po prostu jestem trochę zmęczony. Kocham cię.
Zaskoczył mnie tym wyznaniem. Niby wiele razy mi to powtarzał, ale nie tak wyrwane z kontekstu.
 - Ja ciebie też.
Cisza. Spojrzałem na niego (cały czas zamiast na swojego chłopaka, patrzyłem na bukiet). Spał. Przesunąłem się, żeby zrobić mu więcej miejsca (naprawdę próbowałem!), przykryłem kołdrą i pogładziłem po długich, czarnych, miękkich włosach.
Przyglądałem się długo jego spokojnej twarzy, aż przyszedł doktorek.
 - Ach, tu jest! Zniknął i szukam go po całym szpitalu, a nie pomyślałem o najoczywistszym.
 - Zniknął?
 - No… bo… ten… Musieliśmy jeszcze o czymś porozmawiać.
 - Och… Ale teraz zasnął, więc może niech się wyśpi, był dziwne zmęczony.
Kiwnął głową i wyszedł.
Spojrzałem na moje szczęście, miłość, skarb. Kochałem go najbardziej na świecie.
Kiedy doktorek tak się śpieszył z tym przeszczepem, chciał żeby odbył się jak najszybciej, martwiłem się, lecz już po wszystkim, czułem ulgę, a widząc go przy mnie, w końcu nie zmartwionego, potęgowała się ona kilkukrotnie. Może i to była moja pierwsza miłość, mieliśmy po kilkanaście lat, ale moje serce mi mówiło, że przy nim będę bezpieczny, kochany, szczęśliwy i miałem zamiar przeżyć z nim całe swoje życie.
 - Kocham cię – wyszeptałem.
Miałem wrażenie, iż się lekko uśmiechnął, lecz zapewne to tylko złudzenie…

Wieczna miłość - one shot.



One shot.
Leżałam z książką w ręce na hamaku, czując, że zaraz zasnę.
 - Wikusiu – usłyszałam głos dziadka i poczułam delikatne szturchanie. – Nie śpij.
 - Tak? – Zdjęłam okulary i spojrzałam na staruszka.
 - Idę na ryby, może przeszłabyś się ze mną? – spytał z życzliwym uśmiechem.
 - Jasne – ucieszyłam się.
Prawie co weekend jeździłam do cioci, wujka, kuzynek Weroniki i Agaty oraz dziadka. Mimo swoich siedemdziesięciu lat był kawalerem. Niektóre starsze wdowy, zwłaszcza pani Kwiatkowska, interesowały się nim, zapraszały na herbatki, lecz cały czas nie chciał się z nikim wiązać. Kiedyś myślałam, że z niego taki lekkoduch, ale to do niego nie pasowało. Lubiłam spędzać z nim czas; czytaliśmy te same książki, mieliśmy podobne poczucie humoru, jak miałam problem to wiedziałam, że możemy o tym porozmawiać, często prosił mnie, żebym nauczyła go korzystać z nowoczesnej technologii, czy puszczała mu najnowsze hity. Uwielbiał też jeździć na ryby, ale nigdy ich nie zabijał; zawsze po złowieniu wypuszczał je z powrotem to jeziora.
 - To idziemy? Akurat twoja ciotka poszła z mężem – powiedział to słowo jakby było dla niego czymś nowym. Tylko my wiedzieliśmy o co chodzi. Otóż jego bratanica już trzy razy wychodziła za mąż.
Zachichotałam cicho i ruszyłam za nim.
Dotarliśmy na miejsce po piętnastu minutach marszu przez lasek. To było nieduże jeziorko, a ulubione miejsce staruszka znajdowało się w zacisznym miejscu, trudnym do zdobycia dla zbyt delikatnej osoby. Na piaszczysty teren trzeba było się przedrzeć przez wysokie trawy, stopy kaleczyły kamienie, a samo zbocze było dosyć strome, ale to nam nie przeszkadzało. To również nas łączyło – lubiliśmy trudne trasy, wspinaczki, itp.
Rozstawiliśmy twa spore bloczki drewna, które znaleźliśmy kiedyś i później zawsze zostawialiśmy w zaroślach, a jak przychodziliśmy to mieliśmy na czym usiąść.
Butelkę wody położyłam do jeziora, żeby była zimna, uprzednio upewniając się, że na pewno nie odpłynie.
Wędki z przynętą zostały zarzucone. Pozostało nam tylko czekać.
 - Dziadku – zagadałam po chwili. – Dlaczego nie masz żony?
Musiałam w końcu dostać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.
Przez chwilę przyglądał mi się z dziwnym, smutnym wyrazem twarzy.
 - Masz sześć…
 - …naście – poprawiłam go.
 - Racja. Sześćnaście lat – to był nas stały żart, który mimo minionego czasu ciągle nas bawił. Większość osób nas nie rozumiała, ale najważniejsze, że my tak. – Więc jesteś już duża i chyba mogę ci powiedzieć. Tylko proszę nie mów nikomu, a zwłaszcza z rodziny i przede wszystkim nie znienawidź mnie.
Patrzyłam na niego szybko mrugając oczami, zaskoczona.
 - Dlaczego? Przecież jesteś super! Zabiłeś kogoś? Skrzywdziłeś? Powiedz.
 - Nic z tych rzeczy, ale właśnie z tego powodu nie jestem lubiany przez osoby wiedzące o tym sekrecie… Poza Mirkiem (jego brat), lecz jak wiesz on marł na zawał pięć lat temu…
Fakt, zauważyłam, że między staruszkiem a całą rodziną jest jakiś konflikt, jednak nigdy nie doszukiwałam się na tyle dociekliwie powodu, natomiast każde moje pytanie dotyczące tego zostawało jak gdyby nieusłyszane albo zbywane tekstem typu: to nie twoja sprawa, czy jesteś za młoda.
 - Więc?
 - Nie zaczyna się zdania od więc – dodał uszczypliwie.
 - A to zdanie może się składać z jednego słowa? – odrapałam i wyprostowałam dumnie pierś widząc wzrok pełen podziwu. – No powiedz!
 - Eh… Zakochałem się. Po tym wszystkim nie byłem w stanie związać się z kimkolwiek innym.
 - Wow… Serio? Też bym chciała przeżyć coś takiego…
 - Wątpię. Za dużo w tym bólu i tęsknoty. Miłość to piękne uczucie, kiedy jesteś przy tej osobie, ale jeżeli ją stracisz…
 - Opowiesz mi? Proszę!
Uśmiechnął się delikatnie.
 - Jesteś pewna?
Kiwnęłam głową.
 - No dobrze… Miałem wtedy siedemnaście lat. Mieszkałem zupełnie gdzieś indziej, chyba ci opowiadałem, w województwie Łódzkim. Pewnego dnia wprowadziła się w sąsiedztwie nowa rodzina, Paszków.
Przez chwilę się zastanawiałam, gdyż miałam wrażenie, że gdzieś już słyszałam to nazwisko. W końcu postanowiłam skupić się na historii mojego dziadka.
 - Pan i pani domu oraz dwójka ich dzieci – kontynuował. – Bliźniaków. Byli starsi ode mnie o kilka lat. Alicja była piękną, delikatną, o białej skórze dziewczyną. Miała długie, proste, czarne jak atrament włosy. Delikatne rysy twarzy zdobiły duże, zielone oczy i pełne malinowe usta. Prawie każdy chłopak się za nią uganiał, a inne dziewczyny nienawidziły za to.
 - Ty też?
 - Co?
 - Tobie też się podobała?
Uśmiechnął się tajemniczo i kontynuował:
 - Jak wspominałem to było rodzeństwo. Jej brat miał na imię Zbyszek. Wysoki, szczupły, ale silny chłopak, zawsze chwalący się swoim uzębieniem. Jego twarz zdobiły drobne piegi, równie ciemne włosy odstawały na wszystkie strony, dla odmiany niebieskie jak ocean, oczy, cieszące się wraz z ich właścicielem, z wszystkiego. Energiczny, marzący o tym żeby zwiedzić cały świat chłopak stał się moim idolem. Chciałem go poznać, zaprzyjaźnić się, ale nie wiedziałem jak zagadać, żeby nie zrazić go do siebie. Z opresji wyrwał mnie on sam. Kiedyś podczas spaceru po lesie potknąłem się i skręciłem kostkę. Bolało tak, że nie byłem w stanie sam iść, a tu nagle widzę mojego starszego kolegę. Pomógł mi, zaprowadził do siebie, opatrzył, czymś posmarował, okręcił. Cokolwiek zrobił, przyniosło mi to wielką ulgę. No i przy okazji poznałem go, wraz z jego rodziną. Bardzo mili rodzice, ale Alicja… Cały czas patrzyła na mnie z wyższością, jakby myślała, że może wszystko, a ja jestem nikim. Nie zawróciła mi w głowie, więc swoim zachowaniem nie zraniła mnie. Natomiast Zbyszek od tamtej pory spędzał ze mną dużo czasu, zaprzyjaźniliśmy się. To się nazywa szczęście, nie? Tyle o tym marzyłem… A dodatkowo okazał się być jeszcze lepszą osobą, kiedy już go poznałem, niż kiedy to pozostawało w sferze może kiedyś.
 - No, ale co z jego siostrą? – dopytywałam.
Cicho się zaśmiał.
 - Nic. Mówiłem, że nie była w moim guście. Ani wcześniej, ani po poznaniu.
Zbił mnie trochę z tropu. Przyglądałam mu się chwilkę, wyczekując, ale najwyraźniej nie zamierzał kontynuować.
 - Ej! Opowiadaj dalej!
 - Skoro chcesz… Spędzaliśmy razem, każdą wolną chwilę. To on nauczył mnie pić, palić. Co prawda nie zostałem alkoholikiem, ale sama rozumiesz. Papierosy tak samo – tylko okazjonalnie, jednak nie zakrztuszę się każdym pociągnięciem. Zbliżyliśmy się do siebie, był dla mnie jak brat. Pewnego dnia, wraz z przejeżdżającym cyrkiem, a działo się to bardzo rzadko, przyjechała pewna blondynka…
 - Moment! – przerwałam. – W takim razie jaki był twój gust?
 - Wtedy nie wiedziałem. Nie miałem określonego, a teraz mam tylko jeden, to znaczy TA osoba. Kontynuować? – Przytaknęłam. – Na czym to ja… A! Miała fiołkowe oczy, szeroki uśmiech, długie warkoczyki. Była urocza, ale za wszelką cenę musiała zdobyć to co chce. A chciała Zbyszka. Wpadł jej w oko. Ciągle się koło niego kręciła, flirtowała, natomiast on jak zwykle był miły. Nie wiedzieć czemu byłem zazdrosny…
 - Czyli poróżniła was dziewczyna? Zakochaliście się w tej samej i…
 - Nigdy nic nas nie poróżniło – powiedział stanowczo.
 - Przepraszam, po prostu nie jestem cierpliwa…
Położył dłoń na mojej głowie i z uśmiechem stwierdził:
 - Wiem.
Już miał kontynuować, ale zobaczyliśmy jak żyłka w wędce się napina.
 - Ryba! – krzyknęłam wskazując na wodę.
 - Widzę…
Po chwili walki udało się dziadkowi wyciągnąć sporą zdobycz. Odczepił jej hak, a następnie obejrzał dokładnie.
 - Mieliśmy go już – stwierdził.
Miał w zwyczaju jakoś je znakować, ale ja tam nigdy nie rozumiałam jak to robi.
Po chwili wypuścił rybkę do wody i wrzucił kilka robaczków.
 - Kontynuujesz? – spytałam.
 - Jasne, tylko podaj – wskazał na butelkę.
Wstałam i przyniosłam mu ją. Kiedy się napił mógł dalej opowiadać.
 - Spytałem go kiedyś co myśli o Ani, bo tak miała na imię ta blondyneczka. Stwierdził, że nie jest w jego guście, a poza tym już ktoś inny mu się podoba.
 - Kto??? – nie mogłam się powstrzymać.
 - Ha, ha! Też byłem bardzo ciekawy. Wyraźnie się wahał. Czułem się w pewien sposób zdradzony, skoro nie chciał mi powiedzieć. W końcu zdecydował się. Zaproponował, żebyśmy przeszli się do lasu. Z chęcią na to przystałem. Zniecierpliwiony czekałem, ale ten milczał. Pierwszy raz. Kiedy się zatrzymał, patrzył na mnie długo, lecz nadal nie potrafił wykrztusić słowa. Nie wytrzymałem i podszedłem do niego bliżej. Ledwo zacząłem mówić, żeby mi wreszcie powiedział, że nikomu nie powiem, a poślizgnąłem się. Próbując złapać równowagę chwyciłem go, ale zamiast oczekiwanego skutku, pociągnąłem go za sobą i sturlaliśmy się po zboczu. Na szczęście nie było dużo kamieni, więc się bardzo nie obiłem. Na dole wylądowałem na plecach, a on na mnie. Cóż za miękkie lądowanie miał, a ja? – spytał z lekkim oburzeniem, lecz widać, że żartował. – Patrzył na mnie znowu w milczeniu. Traciłem cierpliwość, bo zamiast zejść ze mnie, a co najważniejsze powiedzieć, to zastygł. Jeszcze raz spróbowałem go spytać, ale w odpowiedzi padło tylko jedno słowo: ty. – Prze chwile analizowałam jego słowa, próbując je zrozumieć. - Byłem równie zaskoczony. Nie wiedziałem czy mówi poważnie, jak zareagować. Natomiast Zbyszek pocałował mnie. Pragnę zaznaczyć, że nigdy wcześniej się z nikim nie spotykałem. – Na moment zamilkł, przyglądał mi się, aż w końcu kontynuował: - Podobało mi się. Pewnie prościej by było dla wszystkich, poza mną i nim, gdybym go odtrącił, ale… Kiedy znowu na mnie spojrzał… Zrozumiałem, że go kocham. Zostaliśmy tam do samego rana. Rozmawialiśmy, wygłupiał się jak zwykle. Niby nic się nie zamieniło, gdyby nie… Tamtego dnia, a właściwie już nocy, przeżyłem swój pierwszy raz. Spotykaliśmy się, choć poza paroma niuansami, nasze relacje się nie zmieniły. Na początku bałem się, że fakt, iż jesteśmy w związku, a nie przyjaciele może pomieszać, lecz nic takiego nie nastąpiło. Nasz związek był od początku skazany na porażkę, zwłaszcza, przez nasze rodziny, ale… - zamilkł. Dostrzegłam w jego oczach łzy. Chciałam go w jakikolwiek sposób pocieszyć, jednak nic mnie przychodziło mi do głowy. Tylko chwyciłam go za rękę i uśmiechnęłam. Chyba pomogło. – Nie spodziewałem się, że tak…
 - Tyle pomysłów przychodziło mi do głowy, a ty jesteś gejem. No tak, dlaczego się nie domyśliłam?
 - Nie przeszkadza ci?
Pokręciłam głową i przytuliłam go.
 - Dlaczego mi nie powiedziałeś?
 - Nie mogłem. Twoi rodzice mi zabronili. Tak jak moi się z nim spotykać…
 - Opowiesz?
 - Na początku nikt nie wiedział, ale Ania jakimś cudem przyłapała nas jak się całowaliśmy. Zrobiła nam niezłą awanturę, a później na odchodne dostałem z liścia. Później okazało się, że powiedziała naszym rodziną. Kazali nam to zakończyć, lecz nie zamierzaliśmy tego zrobić. Na przekór byliśmy razem. Co prawda głównym powodem była nasza miłość. Co dziennie miałem awantury, dlatego ciągle bywałem poza domem wraz z Zbyszkiem. Było tak wspaniale, póki… Wtedy musiał iść do wojska. Długo się żegnaliśmy, a parę miesięcy później… - nie był w stanie kontynuować. Łzy płynęły po jego policzkach, a ja nie wiedziałam co zrobić.
Uznałam, że dam mu się wypłakać. Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, w końcu przytuliłam go, ale ciekawość roiła w mojej głowie różne scenariusze, najdrastyczniejszą z nich była śmierć jego chłopaka.
 - Dziadku… W porządku? – spytałam, kiedy słony potok przestał się lać z jego oczu.
Kiwnął głową.
 - Pisaliśmy do siebie listy… Po jakimś czasie przestały przychodzić, ale zwalałem to na problemy w poczcie… Okazało się, że zdarzył się katastrofalny wypadek i… prawie cały odział Zbyszka zginął. On również.
Zaniemówiłam. Nagle zdałam sobie sprawę, że również zaczęłam płakać.
 - Po nim już nikogo niezależnie od płci, nie potrafiłem pokochać. Miałem dwie narzeczone, lecz bez mojej woli. Za każdym razem zrywałem z nimi, jak tylko się dowiadywałem. – Po chwili milczenia dodał: - Dziękuję. Nareszcie mogłem to komuś powiedzieć.  
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc jedynie uśmiechnęłam się do niego.
 - Wiesz co, młoda? Robi się późno, wracajmy.
 - Mhm…
Podczas drogi powrotnej ciągle myślałam o dziadku i jego pierwszej, prawdziwej i wiecznej miłości. Nagle sobie coś przypomniałam.
 - Jak mówisz, że miał na nazwisko?
 - Paszek, a co?
 - Nic…
Czyżby? W takim razie chyba znam jego rodzinę…
Później już nie wracaliśmy do tego tematu.

~*~

Poniedziałek (zaraz po weekendzie, którego fragment został powyżej opisany)…
Kiedy tylko przyszłam do szkoły, zaczęłam szukać Szymka, kolegi z klasy. Na szczęście już był.
 - Cześć! Mam do ciebie sprawę – zagadałam.
 - Do mnie? Ciekawe… Słucham?
 - Pamiętasz jak robiliśmy w piątej klasie te drzewa genealogiczne i jak się śmialiśmy z takiego nazwiska z twojej rodziny…
 - No… - odparł niechętnie. – Myślałem, że zapomnieliście.
Trochę się zmieszałam, bo pamiętam dobrze tamten moment. Koledze naprawdę było przykro, a my się nabijaliśmy, choć szczerze mówiąc, jak teraz o tym myślę to przecież są dużo dziwniejsze nazwiska.
 - Przepraszam. Mógłbyś przypomnieć mi je?
 - Paszek.
 - Jesteś pewny?
Jego wzrok jasno mówił, że zaczyna tracić cierpliwość.
 - Sorki. A kto tak się nazywał?
 - Po co ci to?
 - Proszę! To ważne.
Przez chwilę się zastanawiał.
 - Nie wiem dlaczego, ale niech ci będzie. To nazwisko było w naszej rodzinie do pokolenia moich dziadków. Babcia wyszła za mąż, więc na niej się ta linia skończyła.
 - A miała brata? Bliźniaka dokładnie.
 - Tak. Ma cały czas, ale on również z niewyjaśnionych mi przyczyn nigdy się nie ożenił.
 - Żyje??? – zdziwiłam się.
 - No…
Przez chwilę gapiłam się na niego jak na kosmitę, zresztą on na mnie też. W końcu zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć zadzwonił dzwonek na lekcję.
Z ociąganiem poszłam na biologię, lecz zamiast się skupić na lekcji to myślałam o chłopaku mojego dziadka. Jak tylko zaczęła się przerwa zagadałam jeszcze raz do Szymona.
 - Czekaj. Mówimy o Zbigniewie Paszek? Znaczy wcześniej.
 - Dokładnie, ale o co ci chodzi?
Zaczęłam skakać, tańczyć i śmiać się ze szczęścia, aż w końcu przytuliłam go. Dopiero kiedy oprzytomniałam odsunęłam się przepraszając.
 - To cudownie! Mój dziadek mi opowiadał o nim! Przyjaźnili się kiedyś i… - zastanawiałam się czy przekazać mu te rewelacje; przecież może nie wiedzieć. – No. Może mogliby się spotkać?
 - Czemu nie…? – ostrożnie stwierdził.
 - A więc zrobimy tak… - zaczęłam planować, a kolega tylko przytakiwał.

~*~

Przyjechałam z dziadkiem pod dom rodziny Maciąg, pod pretekstem odwiedzin kolegi. Tak naprawdę to Szymek tam nie mieszka, tylko jego babcia z mężem oraz bratem, ale mój dziadek nie musi o tym wiedzieć. Tak samo jak wmówiłam mu, że nikt inny nie ma czasu mnie podwieźć.
 - Dzięki! – Uśmiechnęłam się i wysiadłam.
W momencie obok starego poloneza stanął znajomy.
 - Dzień dobrych! Może zechciałby pan wejść na herbatkę? – zagadał do staruszka.
 - Dziękuję, ale…
 - Naprawdę zapraszam. Zapewniam, że moja babcia robi najlepsze ciasteczka pod słońcem!
 - No dobrze…
Razem ruszyliśmy do domku. Zaciskałam zęby ze zdenerwowania; w końcu coś takiego nie zdarza się codziennie!
 - Jest? – szepnęłam do kolegi.
 - Oczywiście! Tak jak ustalaliśmy, a właściwie to ty…
 - No co?! – dalej szeptaliśmy.
 - Nic, nic… A więc nikt nie wie o co chodzi i moi dziadkowie wyszli. Tylko po co tyle szumu? Skoro się znali to chyba się ucieszą…?
 - Nie. Nie lubili się, jedynie… - musiałam urwać, bo wchodziliśmy do salonu.
Na fotelu siedział staruszek, ale nie wyglądał na swój wiek. Strugał coś w drewnie, chyba ptaszka. Szybko spojrzałam na swojego towarzysza. Patrzył przed siebie szybko mrugając w niedowierzaniu.
 - Z-Zbyszek…? – w końcu wykrztusił słowo.
Ten od razu podniósł na nas wzrok. Znowu zapadła cisza. Postanowiłam jej nie przerywać, tylko czekać.
 - Jarek? To ty??? Przecież… Przecież mi powiedziano, że nie żyjesz!
 - Mi to samo! Jak byłeś w wojsku był podobno jakiś wypadek i cały twój odział… - nie był w stanie dokończyć, zaczął płakać.
Zbyszek od razu wstał i pokuśtykał do niego. Padli sobie w ramiona.
 - Tylko ostrzegam, że… - próbowałam uprzedzić Szymka, ale mi przerwano.
 - Kurwa – jedno słowo wyraziło w tamtym momencie miliony jego emocji.
Spojrzałam na staruszków, bo to wyraźnie oni wywołali u niego taka reakcję. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu ciasnego mi się na usta, widząc całującą się parę.
 - Oni…
 - Chodź. – Pociągnęłam go do pomieszczenia obok, jak się okazało kuchni. – Masz coś do picia?
 - W lodówce – powiedział, blady siadając na krześle.
Nalałam sobie coli i dołączyłam do kolegi.
 - Tyle lat… Jakie to piękne – stwierdziłam.
 - Wiedziałaś??? Przecież oni… oni…
 - Przeszkadza ci to?
Pokręcił przecząco głową.
 - Jestem w szoku. Jak się dowiedziałaś?
 - Parę dni temu spytałam go dlaczego jest cały czas kawalerem i w końcu mi opowiedział o swojej pierwszej, prawdziwej miłości. Otrząsnąłeś się? – spytałam widząc jak się uspokaja.
 - Ta, chyba tak. Idziemy do nich? Należą mi się wyjaśnienia.
Wstałam i razem poszliśmy do naszych staruszków. Siedzieli na fotelu, przytuleni i bardzo szczęśliwi.
 - Wikusiu, ty to zaplanowałaś, prawda? – odezwał się pierwszy mój dziadek.
 - No… Jak powiedziałeś, że nazywał się Paszek, to przypomniałam sobie coś i tak wyszło… Ale gdyby nie Szymek to by nic z tego nie wyszło. Chyba.
Okazało się, iż kochankowie cały czas żyli, a ich rodziny, żeby się rozstali wmówili im, że ukochany umarł. Zbyszkowi powiedzieli, jakoby spaliła się kamienica i kilka osób zginęło, w tym jego chłopak, a tak naprawdę to wybuchł pożar kilka lat później, po wyjeździe rodziny Kotowicz, czyli mojej.
Natomiast drugi ze staruszków faktycznie miał wypadek, ale nie tak poważny i tylko on oraz jego kolega ponieśli w nim szkody. Kulał, gdyż wtedy musiał mieć amputowaną nogę i od jakiegoś czasu nosił protezę.
Ostatnie lata swojego życia w końcu spędzą tak jak sobie wymarzyli – w towarzystwie tej jednej, najważniejszej, kochanej osoby.
Takiej wiecznej miłości, życzę każdemu...