Rozdział
33.
Wyspany
patrzyłem na twarz narzeczonego, który jeszcze spał z lekko uchylonymi ustami.
Głaskałem go po głowie, mogąc tak leżeć godzinami. Obudziłem się za wcześnie,
ale nie miałem powodów do narzekań. W końcu ujrzałem jak powoli się budzi,
marząc nos i ziewając.
- Cześć, śpiochu – przywitałem go.
- Mm… Która godzina? – spytał zaspanym głosem.
- Gdzieś po siódmej. Pora wstawać.
Pocałowałem
go w czółko i zwlokłem się z łóżka.
Wziąłem z
szafy pierwsze lepsze ubrania i udałem się do łazienki, żeby szybko się
ogarnąć. Następnie zszedłem do kuchni, aby zjeść jakąś kanapkę i akurat, kiedy
skończyłem, wszedł Marek. Wyglądał jak zwykle olśniewająco, przez co trochę się
na niego zagapiłem, ale zaraz się zreflektowałem. Przyciągnąłem go do
krótkiego, jednakże mocnego pocałunku, co wywołało westchnienie pełne
zaskoczenia mojego kosmity.
- Muszę lecieć. Gdzieś za godzinkę powinienem
wrócić.
- Gdzie… - nim zdążył dokończyć, ja już
zamykałem za sobą drzwi.
Wsiadłem do
samochodu i ruszyłem w stronę cmentarza. Parking był pusty, ludzi nigdzie nie
wiedziałem, na co odetchnąłem z ulgą. Wziąłem margaretkę, którą tak lubiła moja
żona i udałem się w stronę jej nagrobka. Włożyłem kwiat do wazonu z marmuru i
usiadłem na ławeczce… a przynajmniej podróbce ławeczki.
- Cześć! Uff dzisiaj ciężki dzień. Nie wierzę,
że znowu jestem z Markiem, za parę godzin będzie moim mężem. To jest jak sen.
Naprawdę żałuj, iż nie miałaś szansy go poznać, to jest wspaniały facet. Jest
możliwość, żeby duch znalazł się tak daleko, żebyś była na moim ślubie?
Wspaniale by było wiedzieć, iż będziesz… Ej bo nie masz mi za złe, że znowu
biorę ślub? … Nie, to do ciebie niepodobne, mój aniołku. Tylko nie zapomnij –
kocham cię. To się nigdy nie zmieni… tak jak moja miłość do Marka. Eh… Szkoda,
że twoi rodzice nie mogą tego zrozumieć. Sądzą, że o tobie zapomniałem. Jakby
to było możliwe – zaśmiałem się. – Oni byli fajni, szkoda, że jak się
dowiedzieli o moim związku z Markiem nagle przestałem być ulubionym zięciem… A
tak zmieniając temat to Makoto w sumie jest całkiem fajny chłopak, no nie?
Wczoraj w nocy trochę z nim pogadałem, żaden z nas nie mógł zasnąć. Mam
nadzieję, że Wiki będzie z nim szczęśliwa. No i że tam w niebie wszystko
dobrze. – Uśmiechnąłem się i pogłaskałem marmur, czując pod palcami jego gładką,
zimną teksturę. – To co, będziesz mogła wyjechać na urlop do Francji chociaż na
trochę? – spytałem śmiejąc się przy tym przez łzy, nagle napływające do moich
oczu.
- Mam nadzieję. – Podskoczyłem zaskoczony,
słysząc czyjś jeszcze głos.
Odwróciłem
się z uśmiechem w stronę Marka.
- Co ty tu robisz?
- Przyjechałem się pożegnać i zapewnić ją, że
postaram się być najlepszym mężem na jakiego mnie stać. – Pochylił się i
przytulił mnie od tyłu. – Nie zimno ci? Masz lodowate policzki – stwierdził po
pocałowaniu jednego z nich.
- Może trochę. Długo tu jesteś?
- Hm… Nie. Nie wiem, ile. Coś o chłopaku córci
wspomniałeś jak przyszedłem. A teraz mi tu nie płacz, bo łzy ci zamarzną i
będziesz miał takie sopelki na policzkach.
Nie mogłem
powstrzymać się od śmiechu. Tak, siedziałem na cmentarzu i lałem się jakbym był
na jakimś spektaklu kabaretowym.
- Nie jest aż tak zimno.
Uśmiechnął
się tylko delikatnie i postawił nowy znicz. Biały z kwiatami. Bardzo ładny.
Zapalił go i schował zapalniczkę do kieszeni spodni.
- Idziemy, czy chcesz jeszcze zostać? –
spytałem.
- Chodź.
Szliśmy
obok siebie potwornie marznąc. Ja miałem chociaż rękawiczki, a ukochany… Co
chwilę pocierał o siebie dłonie i chuchał na nie. W końcu zlitowałem się nad
nim i podąłem mu jedną z moich rękawiczek.
- Załóż na lewą – poinstruowałem.
Zaskoczony
wykonał moje polecenie. Drugą jego rękę chwyciłem w swoją cieplejszą i
schowałem do mojej kieszeni kurtki. Śliczny uśmiech wpełzł na jego usta.
- Kochany jesteś – stwierdził.
Potarłem
kciukiem skórę jego dłoni w odpowiedzi.
Stałem
przed lotniskiem przebierając nogami, nie mogąc uwierzyć, że już jest tak
zimno.
- Mówisz, że w Paryżu jest piętnaście, a w
Hiszpanii dwadzieścia stopni? – spytałem.
- Mhm… - mruknął, wyjmując walizki. Chciałem
mu pomóc, ale uparł się, że da radę sam.
- Zdradź mi ten sekret jak udało ci się
przekonać dyrektorkę, żeby dała mi dwa tygodnie urlopu.
Zaśmiał się
i pokręcił przecząco głową.
W końcu
razem ruszyliśmy w stronę cieplejszego budynku na odprawę. Ciepło buchnęło we
mnie, a ja odetchnąłem z ulgą. Wolę wiosnę. Tak. Wiosna to najlepszy miesiąc
pod słońcem. Ciepło, ale nie za ciepło; chłodno, ale nie za zimno. No, a do
tego perspektywa lata, a nie jak jesienią – zimy.
- Dobrze, że Vana zna się również na
urządzaniu imprez, więc mogłem ją poprosić, żeby poleciała do Francji i
wszystkiego doglądała – stwierdził.
- Ta… To w ogóle jest jakaś wyjątkowa osoba,
nie wygląda na pierwszy rzut oka, a jednak potrafi się wszystkim dobrze zająć.
I widzisz? Po co ci taki menadżer jakiego miałeś wcześniej.
- Tato… Długo jeszcze? – dopytywał Kubuś.
Poczochrałem
jego czuprynę.
- Nie. Jeszcze chwilka i będziesz leciał
samolocikiem.
Uśmiechnął
się szeroko i skinął głową.
- OMG! Nie wierzę! Marek?? – rozległ się pisk.
Lekko się skrzywiłem, uszy zabolały od tej częstotliwości.
Zaraz przy
moim narzeczonym stanęły dwie nastolatki. Obie miały czarne spodnie z dziurami
na kolanach, tego samego koloru buty na grubym obcasie, kurtki koloru khaki,
włosy ombre… gdyby nie uroda i wzrost to wręcz identyczne.
Czekoladowooki
uśmiechnął się słodko i wstał do nich.
- Cześć!
Zapisały i
zaczęły gmerać w sporych torebkach… podobnych, a jakże.
- Można autograf? – spytała jedna.
- I zdjęcie? – dodała jej niższa kopia.
- Oczywiście, macie długopis?
W końcu
udało się im znaleźć notatniki i długopisy. Jeszcze tylko zdjęcie… Obie
przybrały czerwony kolor policzków, kiedy zarzucił im ramiona na ich barki do
zdjęcia. Później osobna sesja i uradowane pobiegły w im znanym kierunku.
Zaśmiałem
się cicho, kiedy już usiadł obok.
- No co? – spytał szczęśliwy.
- Nic, nic. – Cmoknąłem go w policzek.
- Tato…
- Zaraz – przerwałem synkowi. Wiki była zajęta
Makoto, Krzysiek Łukaszem, a biedny chłopczyk został sam. Wziąłem go na kolana
i zacząłem podskakiwać nogami, na co dzieciak zaczął się śmiać... – A nie
będziesz się bał? – spytałem.
- Nie! Jak dorosnę to zostanę pilotem!
- Oo… No po powodzenia panie pilocie.
W końcu, ku
uldze najmłodszego mogliśmy wsiadać do samolotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz