wtorek, 15 listopada 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 33.

Rozdział 33.
Wyspany patrzyłem na twarz narzeczonego, który jeszcze spał z lekko uchylonymi ustami. Głaskałem go po głowie, mogąc tak leżeć godzinami. Obudziłem się za wcześnie, ale nie miałem powodów do narzekań. W końcu ujrzałem jak powoli się budzi, marząc nos i ziewając.
 - Cześć, śpiochu – przywitałem go.
 - Mm… Która godzina? – spytał zaspanym głosem.
 - Gdzieś po siódmej. Pora wstawać.
Pocałowałem go w czółko i zwlokłem się z łóżka.
Wziąłem z szafy pierwsze lepsze ubrania i udałem się do łazienki, żeby szybko się ogarnąć. Następnie zszedłem do kuchni, aby zjeść jakąś kanapkę i akurat, kiedy skończyłem, wszedł Marek. Wyglądał jak zwykle olśniewająco, przez co trochę się na niego zagapiłem, ale zaraz się zreflektowałem. Przyciągnąłem go do krótkiego, jednakże mocnego pocałunku, co wywołało westchnienie pełne zaskoczenia mojego kosmity.
 - Muszę lecieć. Gdzieś za godzinkę powinienem wrócić.
 - Gdzie… - nim zdążył dokończyć, ja już zamykałem za sobą drzwi.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w stronę cmentarza. Parking był pusty, ludzi nigdzie nie wiedziałem, na co odetchnąłem z ulgą. Wziąłem margaretkę, którą tak lubiła moja żona i udałem się w stronę jej nagrobka. Włożyłem kwiat do wazonu z marmuru i usiadłem na ławeczce… a przynajmniej podróbce ławeczki.
 - Cześć! Uff dzisiaj ciężki dzień. Nie wierzę, że znowu jestem z Markiem, za parę godzin będzie moim mężem. To jest jak sen. Naprawdę żałuj, iż nie miałaś szansy go poznać, to jest wspaniały facet. Jest możliwość, żeby duch znalazł się tak daleko, żebyś była na moim ślubie? Wspaniale by było wiedzieć, iż będziesz… Ej bo nie masz mi za złe, że znowu biorę ślub? … Nie, to do ciebie niepodobne, mój aniołku. Tylko nie zapomnij – kocham cię. To się nigdy nie zmieni… tak jak moja miłość do Marka. Eh… Szkoda, że twoi rodzice nie mogą tego zrozumieć. Sądzą, że o tobie zapomniałem. Jakby to było możliwe – zaśmiałem się. – Oni byli fajni, szkoda, że jak się dowiedzieli o moim związku z Markiem nagle przestałem być ulubionym zięciem… A tak zmieniając temat to Makoto w sumie jest całkiem fajny chłopak, no nie? Wczoraj w nocy trochę z nim pogadałem, żaden z nas nie mógł zasnąć. Mam nadzieję, że Wiki będzie z nim szczęśliwa. No i że tam w niebie wszystko dobrze. – Uśmiechnąłem się i pogłaskałem marmur, czując pod palcami jego gładką, zimną teksturę. – To co, będziesz mogła wyjechać na urlop do Francji chociaż na trochę? – spytałem śmiejąc się przy tym przez łzy, nagle napływające do moich oczu.
 - Mam nadzieję. – Podskoczyłem zaskoczony, słysząc czyjś jeszcze głos.
Odwróciłem się z uśmiechem w stronę Marka.
 - Co ty tu robisz?
 - Przyjechałem się pożegnać i zapewnić ją, że postaram się być najlepszym mężem na jakiego mnie stać. – Pochylił się i przytulił mnie od tyłu. – Nie zimno ci? Masz lodowate policzki – stwierdził po pocałowaniu jednego z nich.
 - Może trochę. Długo tu jesteś?
 - Hm… Nie. Nie wiem, ile. Coś o chłopaku córci wspomniałeś jak przyszedłem. A teraz mi tu nie płacz, bo łzy ci zamarzną i będziesz miał takie sopelki na policzkach.
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Tak, siedziałem na cmentarzu i lałem się jakbym był na jakimś spektaklu kabaretowym.
 - Nie jest aż tak zimno.
Uśmiechnął się tylko delikatnie i postawił nowy znicz. Biały z kwiatami. Bardzo ładny. Zapalił go i schował zapalniczkę do kieszeni spodni.
 - Idziemy, czy chcesz jeszcze zostać? – spytałem.
 - Chodź.
Szliśmy obok siebie potwornie marznąc. Ja miałem chociaż rękawiczki, a ukochany… Co chwilę pocierał o siebie dłonie i chuchał na nie. W końcu zlitowałem się nad nim i podąłem mu jedną z moich rękawiczek.
 - Załóż na lewą – poinstruowałem.
Zaskoczony wykonał moje polecenie. Drugą jego rękę chwyciłem w swoją cieplejszą i schowałem do mojej kieszeni kurtki. Śliczny uśmiech wpełzł na jego usta.
 - Kochany jesteś – stwierdził.
Potarłem kciukiem skórę jego dłoni w odpowiedzi.

Stałem przed lotniskiem przebierając nogami, nie mogąc uwierzyć, że już jest tak zimno.
 - Mówisz, że w Paryżu jest piętnaście, a w Hiszpanii dwadzieścia stopni? – spytałem.
 - Mhm… - mruknął, wyjmując walizki. Chciałem mu pomóc, ale uparł się, że da radę sam.
 - Zdradź mi ten sekret jak udało ci się przekonać dyrektorkę, żeby dała mi dwa tygodnie urlopu.
Zaśmiał się i pokręcił przecząco głową.
W końcu razem ruszyliśmy w stronę cieplejszego budynku na odprawę. Ciepło buchnęło we mnie, a ja odetchnąłem z ulgą. Wolę wiosnę. Tak. Wiosna to najlepszy miesiąc pod słońcem. Ciepło, ale nie za ciepło; chłodno, ale nie za zimno. No, a do tego perspektywa lata, a nie jak jesienią – zimy.
 - Dobrze, że Vana zna się również na urządzaniu imprez, więc mogłem ją poprosić, żeby poleciała do Francji i wszystkiego doglądała – stwierdził. 
 - Ta… To w ogóle jest jakaś wyjątkowa osoba, nie wygląda na pierwszy rzut oka, a jednak potrafi się wszystkim dobrze zająć. I widzisz? Po co ci taki menadżer jakiego miałeś wcześniej.
 - Tato… Długo jeszcze? – dopytywał Kubuś.
Poczochrałem jego czuprynę.
 - Nie. Jeszcze chwilka i będziesz leciał samolocikiem.
Uśmiechnął się szeroko i skinął głową.
 - OMG! Nie wierzę! Marek?? – rozległ się pisk. Lekko się skrzywiłem, uszy zabolały od tej częstotliwości.
Zaraz przy moim narzeczonym stanęły dwie nastolatki. Obie miały czarne spodnie z dziurami na kolanach, tego samego koloru buty na grubym obcasie, kurtki koloru khaki, włosy ombre… gdyby nie uroda i wzrost to wręcz identyczne.
Czekoladowooki uśmiechnął się słodko i wstał do nich.
 - Cześć!
Zapisały i zaczęły gmerać w sporych torebkach… podobnych, a jakże.
 - Można autograf? – spytała jedna.
 - I zdjęcie? – dodała jej niższa kopia.
 - Oczywiście, macie długopis?
W końcu udało się im znaleźć notatniki i długopisy. Jeszcze tylko zdjęcie… Obie przybrały czerwony kolor policzków, kiedy zarzucił im ramiona na ich barki do zdjęcia. Później osobna sesja i uradowane pobiegły w im znanym kierunku.
Zaśmiałem się cicho, kiedy już usiadł obok.
 - No co? – spytał szczęśliwy.
 - Nic, nic. – Cmoknąłem go w policzek.
 - Tato…
 - Zaraz – przerwałem synkowi. Wiki była zajęta Makoto, Krzysiek Łukaszem, a biedny chłopczyk został sam. Wziąłem go na kolana i zacząłem podskakiwać nogami, na co dzieciak zaczął się śmiać... – A nie będziesz się bał? – spytałem.
 - Nie! Jak dorosnę to zostanę pilotem!
 - Oo… No po powodzenia panie pilocie.
W końcu, ku uldze najmłodszego mogliśmy wsiadać do samolotu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz