sobota, 5 listopada 2016

Jeden pocałunek - One shot.

One shot.
Ciastek!
Jak przekreślić swoje dotychczasowe, piękne życie? Zakochać się w nieodpowiedniej osobie. W osobie, którą się dotychczas bardzo LUBIŁO, PRZYJAŹNIŁO od piaskownicy, prawie BRACIE.
Często żartowaliśmy, robiliśmy sobie i innym kawały, nie braliśmy życia na poważnie, co bardzo denerwowało naszych rodziców. Jeden z takich wyskoków zjebał mi życie.

Przeglądaliśmy jak zwykle czeluści YouTube’ a, aż przypadkiem trafiliśmy na filmik z dwoma całującymi się facetami. Obaj odsunęliśmy się od monitora z obrzydzeniem. Po tym natychmiast wyłączyliśmy to i włączyliśmy grę. W dwójkę szybko pozabijaliśmy przeciwników i znowu nie było co robić, a że Rafał spał u mnie no to szybko nie miałem jak się go pozbyć. Innymi słowy moje czekoladowe babeczki po części wylądują w brzuchu tego czegoś. Moja kochana mamusia postanowiła je upiec, ale nie pomyślała o tym, że będę musiał się nimi dzielić… a może właśnie pomyślała? Nie istotne.
 - Chłopcy, mam coś dla was. – Weszła do pokoju z talerzem pełnym wcześniej wspomnianych słodkości. Kocham czekoladę, a tam było jej pod dostatkiem.
Akurat, kiedy otworzyła drzwi, przyjaciel siedział na mnie okrakiem i łaskotał, a ja leżałem na brzuchu, śmiejąc się głośno i kopiąc go w plecy z marnym skutkiem. Jednakże wraz z wypowiedzianymi tymi magicznymi słowami, zerwał się ze mnie i rzucił na moją biedną rodzicielkę.
 - Jak ja panią kocham – stwierdził, wkładając do ust pierwszą.
Zaśmiała się i wyszła zostawiając deser na pastwę bruneta. Natychmiast wskoczyłem mu na plecy, a kiedy ten zdezorientowany nagłym atakiem odwrócił głowę, ja zabrałem talerzyk i wróciłem na łóżko, chowając się pod kocem. Wpakowałem sobie od razu z trzy i zamruczałem z przyjemności. Jak ja się cieszę, że odziedziczyłem po matce szybką przemianę materii…
 - Two est pyschne – stwierdziłem, nie zdążywszy połknąć.
Ściągnął ze mnie „budę” i usiadł obok, zabierając jedną.
 - I ty mi się pytasz, dlaczego nazywam cię „Ciastek”?
Uśmiechnąłem się szeroko, przez co prawie że część czekoladowej papki by wylądowała na moich nogach.
 - Fuj! – Odsunął się kawałek, ale już po paru sekundach obaj zaczęliśmy się śmiać.
 - Nie bardziej niż ten filmik – zaśmiałem się.
Położył się, podpierając głowę o swoje ręce.
 - A tak właściwie to zastanawiałeś się jak to jest z facetem?
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy dobrze usłyszałem.
 - Ee…? Co? – spytałem mało inteligentnie.
 - No całować się. Przecież nie… - zamiast kończyć, skrzywił się.
 - Ha, ha! No… Nie.
Szybko się podniósł do siadu, odłożył talerz, na którym zostały tylko dwie z dziesięciu babeczek i przybliżył swoją twarz do mojej.
 - A chciałbyś?
Patrzyłem na niego przerażony, odsuwając odrobinę swoją głowę. Natrafiłem szybko na ścianę.
 - Pojebało cię? – spytałem ostrożnie.
Przysunął się niebezpiecznie blisko, a ja przełknąłem głośno ślinę, będąc pewny, że to zrobi.
 - Tylko jeden pocałunek, przecież jesteśmy przyjaciółmi – wyszeptał.
Coś w moje głowie krzyczało „nie chcę!” ale nie mogłem wykrztusić żadnego słowa.
Nasze usta dzieliły milimetry, kiedy się odsunął, śmiejąc się głośno.
 - Gdybyś ty widział swoją minę! Jestem, aż taki straszny? Tchórzysz? – pytał, ciągle się śmiejąc.
Wkurzyłem się i chwyciłem jego twarz w dłonie i nim się zastanowiłem – pocałowałem. Przy okazji starałem się robić to jak najlepiej, żeby później nie wytykał mi moich umiejętności. Zszokowany zastygł, ale po chwili przyłączył się, napierając na mnie mocno. W końcu wylądowałem na ścianie, a przyjaciel naprzeciwko z rękami po bokach mojej głowy. Nawet nie wiem, w którym momencie jego język wdarł się do moich ust – przed, czy po zmianie pozycji. Równie co się zaczęło, gwałtownie się skończyło. Odsunął się, ciężko dysząc z wielkim uśmiechem.
 - Smakujesz jak czekolada – stwierdził, na co ja spaliłem buraka.
 - Masz odpowiedź – mruknąłem.
 - Owszem. Wiesz co? Moim zdaniem tak samo, tylko że laski są bardziej uległe. Przynajmniej nie mogę ci zarzucić, że nie umiesz się całować – dodał po chwili ze śmiechem.
Nie odpowiedziałem, tylko odsunąłem go i powróciłem na swoje miejsce.

Niby wszystko powróciło do normy, nie wracaliśmy do tego tematu. Ta… Gdyby nie fakt iż chciałem to powtórzyć, choć nic mu na ten temat nie wspominałem. Sprawę pogorszyła pewna scenka, kiedy to przyjaciel lizał się z jakąś blondi. Niby zakład, ale bolało. Jaki zakład? A tylko o to, że w ciągu jednego dnia uda mu się wyrwać trzy laski. Nie to żebyśmy się bawili uczuciami innych, zaraz później miał wyjaśniać, o co chodzi, ale nie przed. Była pierwsza i pierwsza też trafiła na listę moich ofiar.

Zaciskałem zęby, starając się nie pokazać, jak bardzo mam ochotę wyrwać jej te kudły, zabrać Rafała ze sobą do jakiegoś pustego pomieszczenia i… <<STOP! Co jest? Wcześniej tylko były pocałunki, na tym zakończymy! Kurwa, co się ze mną dzieje?!>>
 - I co? Jedna odhaczona.
Spojrzałem na niego, nie wiedząc, o czym mówi. Dopiero po chwili się  ogarnąłem.
 - Ale to dziwka. Nawet jeśli nie zawodowo, to przeleciało ją dziewięćdziesiąt procent chłopaków z naszej szkoły i parę dziewczyn.
Wzruszył ramionami.
 - Nie ustalaliśmy kryteriów.
Pokazałem mu środkowy palec i odszedłem. Natychmiast do mnie podbiegł.
 - A tobie co? – spytał próbując, wyrównać krok, a było to trudne.

Ugh… Nie chciałem się z nim kłócić. Pieprzona zazdrość. Na szczęście zaraz się ogarnąłem i udawałem, że wszystko jest w porządku.
Jednakże, kiedy uświadomiłem sobie tę bolesną prawdę… Kurwa, ja serio nie chciałem się w nim zakochać. O ile życie byłoby prostsze… Ale nie!
Po sześciu miesiącach od feralnego pocałunku postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Powiem mu i albo mnie zaakceptuje albo otrąci, bo nie wyobrażałem sobie tak chorej przyjaźni.
No więc poszedłem do naszego miejsca – łąki koło lasku, konkretniej niedaleko małego strumyczka, z którego się zawsze poiliśmy. Nie wiem, czy woda czysta, aczkolwiek, żaden z nas nie zachorował, więc chyba nie jest taka zła. Kiedy zobaczyłem go, natychmiast wstałem. Przywitaliśmy się naszym przywitaniem, łączącym żółwika, przybicie piątki i przytulenie.
 - Mówiłeś, że chcesz, o czymś pogadać? – od razu przeszedł do rzeczy.
 - Eh… No.
 - Więc? – spytał podirytowany moim milczeniem.
 - Ugh… Bo… Ja… Fajna bluza, nowa? – spytałem wskazując nią. Była czarna, wkładana, z kapturem, z pitbulla, jak większość jego bluzek.
Coś tam mruknął pod nosem. Wiem, że takim wykręcaniem się, jeszcze bardziej go denerwowałem. 
 - OK, przeciąganie nie ma sensu. – Natychmiast się wyprostował usatysfakcjonowany. – Chyba… Nie, nie chyba. Po prostu się… zakochałem.
 - Oo… Ty? Super, w kim?
 - I teraz zaczyna się pod górkę…
 - No… Obiecuję, że cię nie wyśmieję.
 - Najwyżej zabijesz – mruknąłem.
Zmarszczył brwi, uważnie mi się przyglądając.
 - Chyba nie w mojej siostrze? – spytał ostrożnie.
 - Ciepło… - zażartowałem.
 - Matce? – spytał, ale długo nie umiał zachować powagi.
 - Ciepło… Ale trochę chłodniej
 - Mnie? – parsknął śmiechem.
 - Obiecałeś się nie śmiać – puściłem oczko. Jakoś poczułem się lżej.
Wywrócił oczami. Mogłem obserwować jak jego miną z rozbawionej przechodzi w zniecierpliwioną, zamyśloną, zaskoczoną po przerażoną.
 - Ej… Ale nie chodzi ci o… - wskazał palcem na siebie.
Wzruszyłem ramionami zrezygnowany. Co ma być to będzie.
 - Kurwa… Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny też żart – powiedział ostrożnie.
Już miałem to ciągnąć i się zacząć śmiać. W sumie to nie byłby głupi pomysł, gdyby nie to, że nie mogłem jego, siebie oszukiwać.
 - Chciałbym.
 - To… To jest chore! Jak długo?!
 - Pół roku – cicho stwierdziłem.
Zastanowił się przez chwilę.
 - Od pocałunku?
 - Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Po chwili jego jeszcze w miarę spokojna bańka pękła i cała złość wyszła na wierzch.
 - Jak śmiesz?! Miałeś być moim przyjacielem! Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie wracaj!
Chciałem spokojnie odejść, ale emocje mnie również opanowały. Zacząłem gorzko szlochać, ale w końcu spojrzałem na jego wściekłe oblicze, skinąłem głową i odszedłem z każdym krokiem przyśpieszając. W końcu biegłem. Nagle - już niedaleko działek, gdzie uciekałem -  zahaczyłem o coś, zawsze była ze mnie niezdara, upadłem. Później - ciemność.

~*~

Rafał!
Tydzień później…
- Co z Ciastkiem? Co z Ciastkiem?  - papugowałem słowa nauczycieli. – Po chuj wymyślałem to przezwisko, teraz każdy je używa i obrzydza mi łakocie. – Spojrzałem na dziewczynkę z psem na smyczy, dziwnie na mnie patrzącą. – Co?!
Z piskiem uciekła, a za nią to małe, kudłate stworzenie.
Ciastek zawsze chciał mieć… STOP! Pójdziesz tylko do niego, żeby się odpierdolili, spytasz dlaczego nie ma i po sprawie. Gdyby chociaż odbierał telefon, ale nie! „Abonent chwilowo niedostępny”
Zapukałem do drzwi, lecz nikt nie raczył mi otworzyć. Kiedy miałem się poddać, usłyszałem kroki i wrota piekieł otworzyły się, ale na szczęście nie było za nimi tego pedała.
 - Dzień dobry! – Uśmiechnąłem się do pani domu. – Ostatnio pani syn nie chodzi do szkoły, nie odbiera telefonu… Chory jest? Nauczyciele się martwią – dodałem, jakby słyszał i pomyślał, że ja.
 - Rafał… - nie dokończyła. Po jej policzkach spływały kolejne łzy, a ja dopiero wtedy zauważyłem spuchnięte oczy. – Nawet nie pomyślałam, żeby ci powiedzieć. Przepraszam, zapomniałam.
 - Ale o co chodzi? – spytałem podirytowany. Na szczęście chyba nie zauważyła.
 - Ciastek jest w szpitalu.
Nagle cały świat jakby się zatrzymał.
J-jak to, kurwa, w szpitalu?
Oparłem się i framugę drzwi, blady po twarzy.
 - Co się stało?
 - Nie wiem dokładnie. Pani Piórkowska siedziała na swojej działce, kiedy zobaczyła go jak biegł szybko gdzieś. Podobno płakał. Nagle stracił równowagę, runął jak długi… upadł głową na kamień… - znowu zaczęła szlochać.
C-co? Ale… Chwila, przecież jest w szpitalu, nie kostnicy, nie?
 - Czy… Jak się czuje?
 - Chciałabym go o to spytać…
 - Proszę mi w końcu powiedzieć co z nim! – zdenerwowałem się.
 - Wybacz… On… Jest w śpiączce. Miał operację, ale powinien się wzbudzić kilka dni temu, a… nadal śpi. Przyjechałam się umyć i chwilkę przespać, właśnie jadę z powrotem… Może chcesz się wybrać ze mną? Mieliście dobry kontakt, jak bracia. Może chociaż ciebie posłucha… Podobno słyszy to co mówimy… Ja… Ja wiem, że są ludzie w śpiączkach nawet kilka lat, ale ja nie chcę… Zamorduje tego, przez kogo płakał. Wiesz o kogo może chodzić?
To co mówiła nie docierało do mnie. To było jak kiepski film. Przeszło mi przez myśl, że to sen, spowodowany tęsknotą za przyjacielem, ale skoro tak pomyślałem, to już wiedziałem, iż to rzeczywistość.
 - Proszę mi powiedzieć, że to nieprawda.  Błagam – wyszeptałem.
 - Chciałabym. Nawet nie wiesz jak bardzo.
 - Nie bardziej niż ja… Jedziemy?
 - Tak. Chodź.
Razem wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę szpitala.
To nie może być prawda. Głupi dzieciak. Gdybyś uważał… Co ja pieprzę. Gdybym zachował się inaczej… Przecież ty się we mnie zakochałeś… Po co ja w ogóle wyskakiwałem z tym pocałunkiem?! Zachciało mi się eksperymentów na przyjacielu! Kurwa, kurwa, kurwa!
Spytałem jeszcze tylko panią Stachoń, gdzie dokładniej leży i jak tylko się zatrzymała, wystrzeliłem jak strzała i, nie zważając na krzyk kogoś, żebym nie biegał, dopadłem odpowiednie drzwi. Miały duże szyby, więc widziałem wszystko, co było w środku. Sala była pusta, jedyne zajęte łóżko należało do piegusa. Obok siedział zgarbiony, lekko otyły mężczyzna – jego ojciec. Nagle przed oczami stanęła mi sytuacja przed tygodnia…

 - Mnie? – spytałem, śmiejąc się. To niemożliwe.
 - Obiecałeś się nie śmiać – upomniał mnie, przy okazji puszczając oczko.
Wywróciłem oczami. Z trudem starałem się zachować powagę. Zdenerwował mnie tym milczeniem.  Dopiero po chwili zrozumiałem, co powiedział.
<<Nie… Przecież my się tylko przyjaźnimy… A co jeśli…>>
 - Ej… Ale nie chodzi ci o… - nie potrafiłem tego wykrztusić, jedynie wskazałem palcem na siebie.
Wzruszył ramionami.
 - Kurwa… Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny ten żart – łapałem się ostatniej deki ratunku.
Widziałem ten smutek w jego oczach. To mi powiedziało za dużo.
 - Chciałbym.
Wkurwiłem się, ale starałem się uspokoić.
 - To… To jest chore! Jak długo?! – mimo mojego postanowienia utrzymanie nerwów na wodzy, było trudniejsze niż początków zakładałem.
 - Pół roku – wyszeptał.
Zawahałem się.
 - Od pocałunku?
 - Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Nie wytrzymałem. Byłem wściekły na siebie, jego, wszystko. To nie miało mieć prawa bytu! Przyjaźniliśmy się tyle lat! Jak mógł się we mnie zakochiwać?!
 - Jak śmiesz?! Miałeś być moim przyjacielem! Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie wracaj!

Położyłem rękę na szybie, próbując powstrzymać łzy.
 - Wejdź. Chcesz zostać z nim sam? – pytała kobieta.
Skinąłem głową.
Zabrała ze sobą męża, z którym przywitałem się jedynie skinieniem głowy. Usiadłem na krzesełku i chwyciłem go za rękę.
 - Przepraszam. Tak bardzo przepraszam. Błagam wybacz mi to wszystko co powiedziałem… - musiałem przerwać, gdyż gula w moim gardle niemiłosiernie ciążyła. Czy płakałem? Tak. – Nie zostawiaj mnie. Błagam… Nie myślę tak, wróć tu. Natychmiast otwieraj oczy. Należy mi się niezły opierdol za to jak się zachowałem. Proszę się... Chodź tu do nas… J-Ja… Ja cię naprawdę potrzebuję. Gdybym się tak nie zachował, gdybym tego nie powiedział… Uwierz mi, nie chciałem cię skrzywdzić. Ciastek, błagam cię. Mogę nawet klęczeć na kolanach. Dostaniesz roczny zapas słodyczy, który najpewniej zniknie w ciągu kilku dni, tylko wróć do mnie. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że mógłbym cię zapomnieć…
Chciałem, żeby stał się cud, ale niestety życie nie jest takie proste.

~*~

Przychodziłem codziennie przez całe dwa tygodnie. Zapewniałem, że mi na nim zależy, że chcę, aby wrócił, że życie bez niego nie jest nic warte. Co to dało? No nic. Zaczynałem wątpić, czy w ogóle mnie słyszy, ale kiedy tylko go widziałem…
 - No hej. Znowu. Znowu nie odpowiesz, co? Podobno mnie kochasz, więc powinnaś chcieć był przy mnie, a nie… Ja chcę. Bardzo. Powiedz, naprawdę zakochałeś się w kimś takim jak ja? Może jednak nie? Gdybym był na twoim miejscu to… - urwałem, czując… TAK! ON ŚCISNĄŁ MOJĄ RĘKĘ!!! – Ciastek? To… Przepraszam. Oczywiście, że mnie kochasz.
Pocałowałem wierzch jego dłoni, szczerząc się jak głupi.
 - Zaraz wracam.
Pognałem po lekarza, żeby mu o tym powiedzieć.

~*~

Tydzień minął, a nic poza tym drobnym gestem się nie wydarzyło. Mimo to się nie poddawałem. Przecież w końcu do mnie wróci. Musi.
Siedziałem obok, już prawie zasypiając. Była niedziela, więc spokojnie mogłem przesiedzieć cały dzień, co zrobiłem. Ledwo się obudziłem, a już siedziałem przy przyjacielu.
Nagle poczułem ruch. Natychmiast się podniosłem i obserwowałem, jak te brązowe oczy otwierają się powoli, jakby lekko zaspane.
 - Ciastek? – wyszeptałem z ledwością.
Spojrzał na mnie i otworzył usta, które ja zaraz przynosiłem swoimi. Dopiero kiedy się zetknęły, oprzytomniałem, ale zrozumiałem, że to właśnie chcę. Delikatnie całowałem te wyschnięte usteczka. Pogłaskałem go po policzku, po dłużej chwili dopiero się odsuwając.
 - Ja ciebie też – powiedziałem.
Skinął niezauważalnie głową.
 - Lecę po lekarza. Zaraz wracam, kochany.
Odwróciłem się, a w drzwiach ujrzałem panią Stachoń.
 - Zostań z nim. – Wyszła z uśmiechem.
Powróciłem do chłopaka i uścisnąłem jego rękę.
 - Mam nadzieję, że jeszcze chcesz być ze mną. Jak mogłem odrzucić kogoś takiego jak ty…
 - Chcę – wyszeptał tak cicho, że prawie niesłyszalnie. Równie dobrze mógł być to tylko jakiś świst, ale ja słyszałem to magiczne słowo.
Ostatni raz musnąłem jego usta, a on znowu zasnął. Lekarz pojawił się sekundkę później.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz