One shot.
Ciastek!
Jak przekreślić
swoje dotychczasowe, piękne życie? Zakochać się w nieodpowiedniej osobie. W
osobie, którą się dotychczas bardzo LUBIŁO, PRZYJAŹNIŁO od piaskownicy, prawie
BRACIE.
Często
żartowaliśmy, robiliśmy sobie i innym kawały, nie braliśmy życia na poważnie,
co bardzo denerwowało naszych rodziców. Jeden z takich wyskoków zjebał mi
życie.
Przeglądaliśmy jak zwykle czeluści YouTube’ a, aż
przypadkiem trafiliśmy na filmik z dwoma całującymi się facetami. Obaj
odsunęliśmy się od monitora z obrzydzeniem. Po tym natychmiast wyłączyliśmy to
i włączyliśmy grę. W dwójkę szybko pozabijaliśmy przeciwników i znowu nie było
co robić, a że Rafał spał u mnie no to szybko nie miałem jak się go pozbyć. Innymi
słowy moje czekoladowe babeczki po części wylądują w brzuchu tego czegoś. Moja
kochana mamusia postanowiła je upiec, ale nie pomyślała o tym, że będę musiał się
nimi dzielić… a może właśnie pomyślała? Nie istotne.
- Chłopcy, mam
coś dla was. – Weszła do pokoju z talerzem pełnym wcześniej wspomnianych
słodkości. Kocham czekoladę, a tam było jej pod dostatkiem.
Akurat, kiedy otworzyła drzwi, przyjaciel siedział na
mnie okrakiem i łaskotał, a ja leżałem na brzuchu, śmiejąc się głośno i kopiąc
go w plecy z marnym skutkiem. Jednakże wraz z wypowiedzianymi tymi magicznymi
słowami, zerwał się ze mnie i rzucił na moją biedną rodzicielkę.
- Jak ja panią
kocham – stwierdził, wkładając do ust pierwszą.
Zaśmiała się i wyszła zostawiając deser na pastwę
bruneta. Natychmiast wskoczyłem mu na plecy, a kiedy ten zdezorientowany nagłym
atakiem odwrócił głowę, ja zabrałem talerzyk i wróciłem na łóżko, chowając się
pod kocem. Wpakowałem sobie od razu z trzy i zamruczałem z przyjemności. Jak ja
się cieszę, że odziedziczyłem po matce szybką przemianę materii…
- Two est pyschne
– stwierdziłem, nie zdążywszy połknąć.
Ściągnął ze mnie „budę” i usiadł obok, zabierając
jedną.
- I ty mi się pytasz,
dlaczego nazywam cię „Ciastek”?
Uśmiechnąłem się szeroko, przez co prawie że część
czekoladowej papki by wylądowała na moich nogach.
- Fuj! –
Odsunął się kawałek, ale już po paru sekundach obaj zaczęliśmy się śmiać.
- Nie bardziej
niż ten filmik – zaśmiałem się.
Położył się, podpierając głowę o swoje ręce.
- A tak
właściwie to zastanawiałeś się jak to jest z facetem?
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy dobrze
usłyszałem.
- Ee…? Co? – spytałem
mało inteligentnie.
- No całować
się. Przecież nie… - zamiast kończyć, skrzywił się.
- Ha, ha! No…
Nie.
Szybko się podniósł do siadu, odłożył talerz, na
którym zostały tylko dwie z dziesięciu babeczek i przybliżył swoją twarz do
mojej.
- A chciałbyś?
Patrzyłem na niego przerażony, odsuwając odrobinę
swoją głowę. Natrafiłem szybko na ścianę.
- Pojebało cię?
– spytałem ostrożnie.
Przysunął się niebezpiecznie blisko, a ja przełknąłem
głośno ślinę, będąc pewny, że to zrobi.
- Tylko jeden
pocałunek, przecież jesteśmy przyjaciółmi – wyszeptał.
Coś w moje głowie krzyczało „nie chcę!” ale nie mogłem
wykrztusić żadnego słowa.
Nasze usta dzieliły milimetry, kiedy się odsunął,
śmiejąc się głośno.
- Gdybyś ty
widział swoją minę! Jestem, aż taki straszny? Tchórzysz? – pytał, ciągle się śmiejąc.
Wkurzyłem się i chwyciłem jego twarz w dłonie i nim
się zastanowiłem – pocałowałem. Przy okazji starałem się robić to jak najlepiej,
żeby później nie wytykał mi moich umiejętności. Zszokowany zastygł, ale po
chwili przyłączył się, napierając na mnie mocno. W końcu wylądowałem na ścianie, a przyjaciel naprzeciwko z rękami po bokach mojej głowy. Nawet nie
wiem, w którym momencie jego język wdarł się do moich ust – przed, czy po
zmianie pozycji. Równie co się zaczęło, gwałtownie się skończyło. Odsunął się,
ciężko dysząc z wielkim uśmiechem.
- Smakujesz jak
czekolada – stwierdził, na co ja spaliłem buraka.
- Masz
odpowiedź – mruknąłem.
- Owszem. Wiesz
co? Moim zdaniem tak samo, tylko że laski są bardziej uległe. Przynajmniej nie
mogę ci zarzucić, że nie umiesz się całować – dodał po chwili ze śmiechem.
Nie odpowiedziałem, tylko odsunąłem go i powróciłem na
swoje miejsce.
Niby wszystko
powróciło do normy, nie wracaliśmy do tego tematu. Ta… Gdyby nie fakt iż
chciałem to powtórzyć, choć nic mu na ten temat nie wspominałem. Sprawę pogorszyła
pewna scenka, kiedy to przyjaciel lizał się z jakąś blondi. Niby zakład, ale
bolało. Jaki zakład? A tylko o to, że w ciągu jednego dnia uda mu się wyrwać
trzy laski. Nie to żebyśmy się bawili uczuciami innych, zaraz później miał
wyjaśniać, o co chodzi, ale nie przed. Była pierwsza i pierwsza też trafiła na
listę moich ofiar.
Zaciskałem zęby, starając się nie pokazać, jak bardzo
mam ochotę wyrwać jej te kudły, zabrać Rafała ze sobą do jakiegoś pustego
pomieszczenia i… <<STOP! Co jest? Wcześniej tylko były pocałunki, na tym
zakończymy! Kurwa, co się ze mną dzieje?!>>
- I co? Jedna
odhaczona.
Spojrzałem na niego, nie wiedząc, o czym mówi. Dopiero
po chwili się ogarnąłem.
- Ale to
dziwka. Nawet jeśli nie zawodowo, to przeleciało ją dziewięćdziesiąt procent
chłopaków z naszej szkoły i parę dziewczyn.
Wzruszył ramionami.
- Nie ustalaliśmy
kryteriów.
Pokazałem mu środkowy palec i odszedłem. Natychmiast
do mnie podbiegł.
- A tobie co? –
spytał próbując, wyrównać krok, a było to trudne.
Ugh… Nie
chciałem się z nim kłócić. Pieprzona zazdrość. Na szczęście zaraz się ogarnąłem
i udawałem, że wszystko jest w porządku.
Jednakże,
kiedy uświadomiłem sobie tę bolesną prawdę… Kurwa, ja serio nie chciałem się w
nim zakochać. O ile życie byłoby prostsze… Ale nie!
Po sześciu miesiącach
od feralnego pocałunku postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Powiem mu
i albo mnie zaakceptuje albo otrąci, bo nie wyobrażałem sobie tak chorej przyjaźni.
No więc
poszedłem do naszego miejsca – łąki
koło lasku, konkretniej niedaleko małego strumyczka, z którego się zawsze
poiliśmy. Nie wiem, czy woda czysta, aczkolwiek, żaden z nas nie zachorował,
więc chyba nie jest taka zła. Kiedy zobaczyłem go, natychmiast wstałem.
Przywitaliśmy się naszym przywitaniem, łączącym żółwika, przybicie piątki i
przytulenie.
- Mówiłeś, że chcesz, o czymś pogadać? – od razu
przeszedł do rzeczy.
- Eh… No.
- Więc? – spytał podirytowany moim milczeniem.
- Ugh… Bo… Ja… Fajna bluza, nowa? – spytałem wskazując
nią. Była czarna, wkładana, z kapturem, z pitbulla, jak większość jego bluzek.
Coś tam
mruknął pod nosem. Wiem, że takim wykręcaniem się, jeszcze bardziej go
denerwowałem.
- OK, przeciąganie nie ma sensu. – Natychmiast
się wyprostował usatysfakcjonowany. – Chyba… Nie, nie chyba. Po prostu się…
zakochałem.
- Oo… Ty? Super, w kim?
- I teraz zaczyna się pod górkę…
- No… Obiecuję, że cię nie wyśmieję.
- Najwyżej zabijesz – mruknąłem.
Zmarszczył
brwi, uważnie mi się przyglądając.
- Chyba nie w mojej siostrze? – spytał ostrożnie.
- Ciepło… - zażartowałem.
- Matce? – spytał, ale długo nie umiał
zachować powagi.
- Ciepło… Ale trochę chłodniej
- Mnie? – parsknął śmiechem.
- Obiecałeś się nie śmiać – puściłem oczko.
Jakoś poczułem się lżej.
Wywrócił oczami.
Mogłem obserwować jak jego miną z rozbawionej przechodzi w zniecierpliwioną, zamyśloną,
zaskoczoną po przerażoną.
- Ej… Ale nie chodzi ci o… - wskazał palcem na
siebie.
Wzruszyłem
ramionami zrezygnowany. Co ma być to będzie.
- Kurwa… Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny
też żart – powiedział ostrożnie.
Już miałem
to ciągnąć i się zacząć śmiać. W sumie to nie byłby głupi pomysł, gdyby nie to,
że nie mogłem jego, siebie oszukiwać.
- Chciałbym.
- To… To jest chore! Jak długo?!
- Pół roku – cicho stwierdziłem.
Zastanowił
się przez chwilę.
- Od pocałunku?
- Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Po chwili
jego jeszcze w miarę spokojna bańka pękła i cała złość wyszła na wierzch.
- Jak śmiesz?! Miałeś być moim przyjacielem!
Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie wracaj!
Chciałem
spokojnie odejść, ale emocje mnie również opanowały. Zacząłem gorzko szlochać,
ale w końcu spojrzałem na jego wściekłe oblicze, skinąłem głową i odszedłem z
każdym krokiem przyśpieszając. W końcu biegłem. Nagle - już niedaleko działek,
gdzie uciekałem - zahaczyłem o coś,
zawsze była ze mnie niezdara, upadłem. Później - ciemność.
~*~
Rafał!
Tydzień
później…
- Co z Ciastkiem? Co z Ciastkiem? - papugowałem słowa nauczycieli. – Po chuj wymyślałem
to przezwisko, teraz każdy je używa i obrzydza mi łakocie. – Spojrzałem na dziewczynkę
z psem na smyczy, dziwnie na mnie patrzącą. – Co?!
Z piskiem
uciekła, a za nią to małe, kudłate stworzenie.
Ciastek zawsze chciał mieć… STOP! Pójdziesz tylko do
niego, żeby się odpierdolili, spytasz dlaczego nie ma i po sprawie. Gdyby
chociaż odbierał telefon, ale nie! „Abonent chwilowo niedostępny”
Zapukałem
do drzwi, lecz nikt nie raczył mi otworzyć. Kiedy miałem się poddać, usłyszałem
kroki i wrota piekieł otworzyły się, ale na szczęście nie było za nimi tego
pedała.
- Dzień dobry! – Uśmiechnąłem się do pani
domu. – Ostatnio pani syn nie chodzi do szkoły, nie odbiera telefonu… Chory
jest? Nauczyciele się martwią – dodałem, jakby słyszał i pomyślał, że ja.
- Rafał… - nie dokończyła. Po jej policzkach
spływały kolejne łzy, a ja dopiero wtedy zauważyłem spuchnięte oczy. – Nawet nie
pomyślałam, żeby ci powiedzieć. Przepraszam, zapomniałam.
- Ale o co chodzi? – spytałem podirytowany. Na
szczęście chyba nie zauważyła.
- Ciastek jest w szpitalu.
Nagle cały
świat jakby się zatrzymał.
J-jak to, kurwa, w szpitalu?
Oparłem się
i framugę drzwi, blady po twarzy.
- Co się stało?
- Nie wiem dokładnie. Pani Piórkowska siedziała
na swojej działce, kiedy zobaczyła go jak biegł szybko gdzieś. Podobno płakał.
Nagle stracił równowagę, runął jak długi… upadł głową na kamień… - znowu zaczęła
szlochać.
C-co? Ale… Chwila, przecież jest w szpitalu, nie kostnicy,
nie?
- Czy… Jak się czuje?
- Chciałabym go o to spytać…
- Proszę mi w końcu powiedzieć co z nim! – zdenerwowałem
się.
- Wybacz… On… Jest w śpiączce. Miał operację,
ale powinien się wzbudzić kilka dni temu, a… nadal śpi. Przyjechałam się umyć i
chwilkę przespać, właśnie jadę z powrotem… Może chcesz się wybrać ze mną?
Mieliście dobry kontakt, jak bracia. Może chociaż ciebie posłucha… Podobno
słyszy to co mówimy… Ja… Ja wiem, że są ludzie w śpiączkach nawet kilka lat,
ale ja nie chcę… Zamorduje tego, przez kogo płakał. Wiesz o kogo może chodzić?
To co
mówiła nie docierało do mnie. To było jak kiepski film. Przeszło mi przez myśl,
że to sen, spowodowany tęsknotą za przyjacielem, ale skoro tak pomyślałem, to już
wiedziałem, iż to rzeczywistość.
- Proszę mi powiedzieć, że to nieprawda. Błagam – wyszeptałem.
- Chciałabym. Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Nie bardziej niż ja… Jedziemy?
- Tak. Chodź.
Razem
wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę szpitala.
To nie może być prawda. Głupi dzieciak. Gdybyś uważał…
Co ja pieprzę. Gdybym zachował się inaczej… Przecież ty się we mnie zakochałeś…
Po co ja w ogóle wyskakiwałem z tym pocałunkiem?! Zachciało mi się
eksperymentów na przyjacielu! Kurwa, kurwa, kurwa!
Spytałem
jeszcze tylko panią Stachoń, gdzie dokładniej leży i jak tylko się zatrzymała,
wystrzeliłem jak strzała i, nie zważając na krzyk kogoś, żebym nie biegał,
dopadłem odpowiednie drzwi. Miały duże szyby, więc widziałem wszystko, co było
w środku. Sala była pusta, jedyne zajęte łóżko należało do piegusa. Obok
siedział zgarbiony, lekko otyły mężczyzna – jego ojciec. Nagle przed oczami
stanęła mi sytuacja przed tygodnia…
- Mnie? –
spytałem, śmiejąc się. To niemożliwe.
- Obiecałeś się
nie śmiać – upomniał mnie, przy okazji puszczając oczko.
Wywróciłem oczami. Z trudem starałem się zachować
powagę. Zdenerwował mnie tym milczeniem. Dopiero po chwili zrozumiałem, co powiedział.
<<Nie… Przecież my się tylko przyjaźnimy… A co jeśli…>>
- Ej… Ale nie
chodzi ci o… - nie potrafiłem tego wykrztusić, jedynie wskazałem palcem na
siebie.
Wzruszył ramionami.
- Kurwa…
Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny ten żart – łapałem się ostatniej deki ratunku.
Widziałem ten smutek w jego oczach. To mi powiedziało
za dużo.
- Chciałbym.
Wkurwiłem się, ale starałem się uspokoić.
- To… To jest
chore! Jak długo?! – mimo mojego postanowienia utrzymanie nerwów na wodzy, było
trudniejsze niż początków zakładałem.
- Pół roku – wyszeptał.
Zawahałem się.
- Od pocałunku?
- Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Nie wytrzymałem. Byłem wściekły na siebie, jego, wszystko.
To nie miało mieć prawa bytu! Przyjaźniliśmy się tyle lat! Jak mógł się we
mnie zakochiwać?!
- Jak śmiesz?!
Miałeś być moim przyjacielem! Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie
wracaj!
Położyłem
rękę na szybie, próbując powstrzymać łzy.
- Wejdź. Chcesz zostać z nim sam? – pytała kobieta.
Skinąłem
głową.
Zabrała ze
sobą męża, z którym przywitałem się jedynie skinieniem głowy. Usiadłem na krzesełku
i chwyciłem go za rękę.
- Przepraszam. Tak bardzo przepraszam. Błagam
wybacz mi to wszystko co powiedziałem… - musiałem przerwać, gdyż gula w moim
gardle niemiłosiernie ciążyła. Czy płakałem? Tak. – Nie zostawiaj mnie. Błagam…
Nie myślę tak, wróć tu. Natychmiast otwieraj oczy. Należy mi się niezły
opierdol za to jak się zachowałem. Proszę się... Chodź tu do nas… J-Ja… Ja cię
naprawdę potrzebuję. Gdybym się tak nie zachował, gdybym tego nie powiedział…
Uwierz mi, nie chciałem cię skrzywdzić. Ciastek, błagam cię. Mogę nawet klęczeć
na kolanach. Dostaniesz roczny zapas słodyczy, który najpewniej zniknie w ciągu
kilku dni, tylko wróć do mnie. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że mógłbym cię
zapomnieć…
Chciałem,
żeby stał się cud, ale niestety życie nie jest takie proste.
~*~
Przychodziłem
codziennie przez całe dwa tygodnie. Zapewniałem, że mi na nim zależy, że chcę,
aby wrócił, że życie bez niego nie jest nic warte. Co to dało? No nic. Zaczynałem
wątpić, czy w ogóle mnie słyszy, ale kiedy tylko go widziałem…
- No hej. Znowu. Znowu nie odpowiesz, co?
Podobno mnie kochasz, więc powinnaś chcieć był przy mnie, a nie… Ja chcę.
Bardzo. Powiedz, naprawdę zakochałeś się w kimś takim jak ja? Może jednak nie?
Gdybym był na twoim miejscu to… - urwałem, czując… TAK! ON ŚCISNĄŁ MOJĄ RĘKĘ!!!
– Ciastek? To… Przepraszam. Oczywiście, że mnie kochasz.
Pocałowałem
wierzch jego dłoni, szczerząc się jak głupi.
- Zaraz wracam.
Pognałem po
lekarza, żeby mu o tym powiedzieć.
~*~
Tydzień
minął, a nic poza tym drobnym gestem się nie wydarzyło. Mimo to się nie
poddawałem. Przecież w końcu do mnie wróci. Musi.
Siedziałem
obok, już prawie zasypiając. Była niedziela, więc spokojnie mogłem przesiedzieć
cały dzień, co zrobiłem. Ledwo się obudziłem, a już siedziałem przy przyjacielu.
Nagle
poczułem ruch. Natychmiast się podniosłem i obserwowałem, jak te brązowe oczy otwierają
się powoli, jakby lekko zaspane.
- Ciastek? – wyszeptałem z ledwością.
Spojrzał na
mnie i otworzył usta, które ja zaraz przynosiłem swoimi. Dopiero kiedy się zetknęły,
oprzytomniałem, ale zrozumiałem, że to właśnie chcę. Delikatnie całowałem te
wyschnięte usteczka. Pogłaskałem go po policzku, po dłużej chwili dopiero się
odsuwając.
- Ja ciebie też – powiedziałem.
Skinął niezauważalnie
głową.
- Lecę po lekarza. Zaraz wracam, kochany.
Odwróciłem
się, a w drzwiach ujrzałem panią Stachoń.
- Zostań z nim. – Wyszła z uśmiechem.
Powróciłem do
chłopaka i uścisnąłem jego rękę.
- Mam nadzieję, że jeszcze chcesz być ze mną.
Jak mogłem odrzucić kogoś takiego jak ty…
- Chcę – wyszeptał tak cicho, że prawie niesłyszalnie.
Równie dobrze mógł być to tylko jakiś świst, ale ja słyszałem to magiczne
słowo.
Ostatni raz
musnąłem jego usta, a on znowu zasnął. Lekarz pojawił się sekundkę później.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz