Cześć! Tak w połowie kolejnego rozdziału przypomniał mi się one shot, który chciałam nie tak dawno zrealizować, ale jakoś nie miałam jak. Może i dodałabym go szybciej gdyby nie ból brzucha (Pozdro dla okresu! ) i odwiedziny mojego taty, ale najważniejsze, że w końcu się pojawił, a tam kilka godzin w tą, czy w tamtą...
Mam nadzieję, że się wam spodoba.
PS. Jeszcze nigdy nie napisałam tekstu, który liczy tylko 5,5 stroy Worda, a więcej słów ma tylko Sklep z zabawkami, ale on ma aż 10 stron oraz Niespodziewany gość na 9 stron. Żaden dłuższy od tego one shot nie ma więcej. Większość nawet nie jest blisko pobicia rekordu!
PPS. Tak tylko chciałam powiedzieć, że fragment ze Słońcem jest w 100% zainspirowany moją najlepszą przyjaciółką. Nie zakochałam się w niej, ale całość jest prawie jak o niej z czego tamto właśnie wczoraj wieczorem (o ile północ można nazwać wieczorem) wymyśliłam, kiedy napisałam do niej Dobranoc Słoneczko ;) . Dzisiaj piszę to cały czas myśląc o niej i jakoś tak postanowiłam tam to wpleść.
Milly (T_T)
wtorek, 6 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 18.
Rozdział
18.
Od strony Krzyśka!!
Parę dni
później…
Ostatnio
coraz częściej nocowałem u mojego chłopaka. Razem spędzaliśmy cały dzień oraz
pół nocy, później kładliśmy się spać i rano znowu po śniadaniu gdzieś
wychodziliśmy. Trochę było jakbyśmy mieszkali razem. Było idealnie… BYŁOBY
gdyby nie jeden problem…
Wyszliśmy z
jego bloku, a on jak zwykle natychmiast puścił moją dłoń. Za każdym razem,
kiedy był w miejscu bardziej narażonym na wzrok innych, zmieniał się w mojego
kumpla. Nic więcej, tylko przyjaciel. Starałem się, lgnąłem do niego, ale
ukochany nieustępliwie dawał mi do zrozumienia, że się mnie wstydzi.
Miałem
ochotę coś mu powiedzieć, wygarnąć, ale tak bardzo mi na nim zależało, nie
chciałem go do siebie zniechęcać. Odwróciłem wzrok, żeby nie dostrzegł moich
wilgotnych oczu. Oczywiście nie dopuszczałem możliwości, aby łzy spłynęły na
moje policzki! Jeszcze bym sobie makijaż rozmazał, a poza tym Łukasz by się
zmartwił albo uznał mnie za mazgaję. Lepiej nie.
- To ja już muszę iść. Obiecałem Marcinowi
pomóc przy naprawie czegoś – skłamałem. Za każdym razem to robiłem, gdy czułem
jak moje serce przeszywa lodowata strzała.
- Serio? – spytał zawiedziony. – Skoro tak…
Nie
chciałem. Bardzo pragnąłem zostać, widzieć jak się uśmiecha, a nie…
Postanowiłem sprawdzić go ostatni raz tego dnia. Ująłem jego twarz w dłonie i
pocałowałem na pożegnanie. Kiedy się odsunąłem, ujrzałem jego rozbiegany po
całej ulicy wzrok. Szukał potencjalnego wroga jego związku. Szkoda tylko, że
nie zauważył tych żałosnych, słonych kropelek na mojej twarzy. Może to i
dobrze. To nie chodzi o jego ślepotę na mój ból, po prostu uciekłem. Nie mogłem
na to patrzeć.
Wbiegłem do
domu i od razu skierowałem swoje kroki w stronę pokoju. Kiedyś był gościnny,
ale szybko został przerobiony na mój. Miał kremowe ściany i to była jego jedyna
jasna część. Na każdej z nich znajdowało się kilka plakatów ulubionych
zespołów, często przedstawiających idoli z nagimi klatami. Wyjątkiem była ta z
drzwiami. Obok nich po jednej stronie było wielkie lustro, a po lewej tablica
korkowa, na której umieszczałem krótkie notatki przypominające, bo moja pamięć
coś szwankuje, oraz kilka moich zdjęć najczęściej z Łukaszem obok. Spokojnie!
To że na niej nie było plakatów nie znaczy, że to koniec! Jest jeszcze sufit.
Wszyscy uważają, iż przesadziłem z ich ilością, ale nie znają się!
Na podłodze
był wielki, szary, mięciutki dywan. Mebli w odróżnieniu od plakatów było mało.
Ciemna szafa, biurko oraz wielkie łóżko z czarną pościelą, nawet poduszkami.
Bez stylu? Ja wiem lepiej!
Padłem na
materac i zacząłem jeszcze bardziej szlochać. Miałem w dupie, czy ktoś (Marcin) usłyszy. Kiedy już wykorzystałem limit łez, lekko nieprzytomny zwlokłem się z
łóżka i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem żałośnie w tych czerwonych oczach,
rozmazanym makijażu i potarganych włosach.
- Wyglądasz jak gówno – powiedziałem do
swojego odbicia. – Nic dziwnego, że Łukasz się ciebie wstydzi. Jesteś tylko
wkurwiającym, hałaśliwym chłopakiem, który jest przewrażliwiony na punkcie
swojego wyglądu, choć nie chce się do tego przyznać komukolwiek. On jest miły,
cierpliwy, opiekuńczy. Pasuje do niego słodka, dobra dziewczyna, nie ty.
Wiem jak
okropne, niehonorowe jest zerwanie przez telefon. To wygląda jakby tamta osoba
miała cię w dupie, a ja po prostu nie umiałem spojrzeć mu w twarz i to
wykrztusić. Wybrałem jego numer, patrząc na swoje odbicie. Czułem się wtedy
bardziej jakbym zrywał ze sobą samym.
~ Cześć! Już skończyliście? Szybko.
Coś
rozrywało mi serce, kiedy słyszałem ten wesoły głos. Bałem się, że nie
wykrztuszę tych kilku słów.
~ Halo! Jesteś tam?
Widziałem
kolejne łzy wypływające z moich oczu,
trzęsące się chude nogi oraz ręce, grymas smutku, bólu. Wziąłem głęboki
wdech, aby choć trochę opanować emocje. Na daremno.
- Zrywam z tobą.
Cisza.
Nigdy tak bardzo nie kuła w uszy jak wtedy.
- To nie twoja wina. Cześć.
Rozłączyłem
się, zanim zdążył odezwać się, choćby jednym słowem, bo wiedziałem, że bym
przepadł. Za bardzo go kochałem. Albo… co gorsza sam by zakończył rozmowę bez
niczego. Tego bym nie przeżył, wolałem go uprzedzić. Natychmiast wyłączyłem
telefon rzuciłem na łóżko.
Jeszcze
nigdy nie wyglądałem tak blado. Mam jasną cerę, ale wtedy myślę, że kreda do
tablicy byłaby ciemniejsza ode mnie. Cofnąłem się po komórkę, spojrzałem na
nią, na swoje odbicie, na nią i po chwili cisnąłem telefonem o posrebrzaną
taflę szkła, z całej siły. O dziwo miałem jej na tyle dużo, mimo mojego marnego
wyglądu, że rozbiło się na kawałki. Podszedłem tam i patrzyłem na te,
które wylądowały na dywanie, tworzące makabryczną mozaikę z mojej osoby, tępym wzrokiem, czując jakąś pustkę w sobie.
Drzwi
szybko się otworzyły, natomiast w nich stał Marcin. Przerażony spojrzał na
mnie, to na lustro i ostrożnie podszedł do tego wraka człowieka. Nic nie
powiedział, tylko objął mocno. Nie miałem siły na cokolwiek, a takie zwykłe
przytulenie dało mi więcej niż jakiekolwiek słowa. Dałem się prowadzić do
salonu, usiadłem na kanapie i wtuliłem w starszego. Zawsze byłem dla niego
wredny, ale tamtego dnia zrobił dla mnie więcej, niż niejeden człowiek.
Przymknąłem powieki, uspokajając się. Trwaliśmy tak dłuższy czas, aż w końcu
bez słowa, jedynie uśmiechając się do niego w podzięce, poszedłem się umyć.
Leżałem w wannie, a powieki coraz bardziej mi się kleiły. Zasnąłem.
Do czytelników.
Cześć! Wiem, że powinnam być bardziej smutna, ale... miałam malutki wypadek, dokładniej się przewróciłam... (taki ze mnie ninja ;p) Już się nasmuciłam pierwszego dnia, teraz mogę się tylko z tego śmiać ;D
Jest też tego jeden bardzo duży plus - nie wychodzę z domu, więc jeśli nikt mnie nie nawiedzi to może napiszę więcej rozdziałów!!! :) Cieszycie się? Ja bardzo. Także trzymajcie kciuki, może wena pozwoli mi na wymyślenie ponadplanowej ilości, co oczywiście zaraz będzie udowodnione większą ilością opublikowanych postów z kolejnymi przygodami naszych ukochanych bohaterów :)
Milly ("-")
Jest też tego jeden bardzo duży plus - nie wychodzę z domu, więc jeśli nikt mnie nie nawiedzi to może napiszę więcej rozdziałów!!! :) Cieszycie się? Ja bardzo. Także trzymajcie kciuki, może wena pozwoli mi na wymyślenie ponadplanowej ilości, co oczywiście zaraz będzie udowodnione większą ilością opublikowanych postów z kolejnymi przygodami naszych ukochanych bohaterów :)
Milly ("-")
sobota, 3 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 17.
Rozdział
17.
Miesiąc
później…
Wiktoria
wyjechała na obóz, Kubuś do moich rodziców, Krzysiek znowu nocował u Łukasza,
więc zostaliśmy z Markiem sami. Sami ostatniego dnia przed jego trasą. Jutro z
samego rana wyrusza. Przez to nie mogłem spać i o dziwo obudziłem się wcześniej
od mojego kochania. Lubiłem obserwować go jak śpi, także nie zamierzałem się
jeszcze choćby trochę ruszyć z obawy przed obudzeniem go. Mojego skarbu,
którego tak mam szansę widzieć znowu dopiero za trzy i pół miesiąca…
- Długo się na mnie tak gapisz? – spytał, ziewając.
Cmoknąłem
go w usta, rozbawiony. On był taki uroczy… Dobrze, że nie powiedziałem tego na
głos!
- Nie wiem. Jesteśmy sami to może…
Zaraz się
ożywił i nim zdążyłem dokończyć popchnął mnie na plecy i usiadł na moich
nogach.
- Serio?
- No… - potwierdziłem zaniepokojony.
- To się dobrze składa… Ponieważ nie mam
zamiaru cię wypuszczać z sypialni przez najbliższe kilkanaście godzin…
Pochylił
się, ale ja wykorzystałem moment zaskoczenia i zamieniłem nasze miejsca.
- Wiesz… Ja w zasadzie to liczyłem na
spędzenie wspólnego czasu sam na sam, ale… w trochę inny sposób. Przez
najbliższy czas nie będziemy mieli okazji.
Przejechał
ręką po moim ramieniu i zagryzł dolną wargę, uśmiechając się.
- Na sex również.
Przełknąłem
głośno ślinę.
- Dlaczego to słowo w twoich ustach brzmi tak…
Polizałem
go po policzku i wstałem.
- Ej!
Chwyciłem
go za rękę i pociągnąłem w stronę kuchni. Usiadł na blacie, nadal będąc w
fioletowej piżamce w misie. Ja w sumie miałem na sobie tylko bokserki, więc…
Zacząłem
przygotowywać jego ulubione naleśniki, co chwilę zerkając w stronę mojego
kosmity.
- Chyba zamkną mnie za pedofilię.
- CO? – Zaskoczony oderwał się od słoika
nutelli.
Zaśmiałem
się i zdjąłem pierwszy placek.
- Wyglądasz tak słodko i dziecinnie, a mimo to
mam wielką ochotę cię zerżnąć na tym blacie. To chyba nie świadczy o mnie
dobrze.
To było
niesamowite jak wiele razy to on zachowywał się i mówił sprośne rzeczy, a mimo
to nadal czerwienił się jak dojrzały pomidor.
- Ekhem… Ja… Może pójdę się umyć. – Zeskoczył
na podłogę.
Zatrzymałem
go w drzwiach, przytulając od tyłu.
- Moja księżniczka się zawstydziła?
Prychnął i
odwrócił się przodem do mnie.
- Nie jestem babą.
- Wiem – wyszeptałem w jego usta. – To leć się
myć, byle szybko, bo ci wystygnie.
Skinął
głową z nadal porządnie rumianą twarzą i pobiegł na górę po ubrania.
Oby już wiedział, w co się ubierze…
Przygotowałem
wszystko, postawiłem na stole, poszedłem się przebrać w dżinsowe spodenki oraz
zieloną koszulę z krótkim rękawem, zrobiłem kawę, dla siebie czarną dla
niego z mlekiem, a ten dopiero wtedy przyszedł.
- No ile można… - zamilkłem.
Ułożył
swoje miękkie włosy, teraz już się nie układały każdy w inną stronę. Miał na
sobie czerwoną bluzkę z napisem w białej gwieździe AWESOME!, żółte spodenki, czarne skarpetki z uśmiechniętymi
chmurkami oraz na nadgarstkach te bransoletki, które kupił, będąc ze mną na
zakupach urodzinowych.
Uśmiechnął
się, a na jego policzkach znowu ujrzałem te słodkie dołeczki.
- Przepraszam. – Usiadł mi na kolanach
okrakiem. – Chciałem tylko dobrze wyglądać.
- Dobrze – parsknąłem. – Chyba zacznę wątpić,
czy rzeczywiście do siebie pasujemy.
Otwarł
szeroko usta zaskoczony.
- Ale… Dlaczego?
Pogłaskałem
go po policzku.
- Jak ja będę przy tobie wyglądać? Ty taki
przystojny…
Widziałem
ulgę wymalowaną na jego twarzy. Trącił mój nos swoim i wtulił się w zagłębienie
w szyi.
- Pasujesz, jak nikt. Kocham cię.
- Ja ciebie też, ale… Śniadanie zdążyło już
dawno wystygnąć, to chociaż kawie na to nie pozwólmy.
Jego chichot
rozległ się po kuchni.
- Sorki. Masz jakieś plany, skoro moje łóżkowe
nie wypaliły?
Odkroiłem
kawałek naleśnika i po namyśle skierowałem go jednak w stronę narzeczonego.
- Szczerze mówiąc to nie. Zjedzmy, a później
coś się wymyśli.
Ukochany jednak
jadł siedząc na moich nogach z ta różnicą, że usiadł bokiem, żeby mieć
wygodniej. Śniadanie bardzo szybko wylądowało w naszych brzuchach, a ja do tego
czasu już wymyśliłem, gdzie by go zabrać.
- Pozmywam. Mógłbyś w tym czasie…
- Nad jezioro – odparłem, wiedząc o co mu
chodzi.
Uniósł brew
do góry zaskoczony.
- Serio? OK, tylko znowu będę musiał się
przebrać…
- Nie mów, że ci to przeszkadza – odparłem
rozbawiony.
Karmelowłosy
próbował zachować powagę, ale w końcu nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
- Idź już, naczynia zostaw mi. Tobie to więcej
czasu zajmie.
Wywrócił
oczami i ruszył na piętro.
Po godzinie
już byliśmy w drodze. Dawno tam nie byłem i szczere ciekawiło mnie czy coś się
zmieniło. Kiedyś prawie połowa brzegu była strzeżona, z piaskiem i budkami z
przekąskami, a druga bardziej dzika, zarośnięta. Wolałem tamtą, bo żaden
ratownik nie mówił mi co mam robić, a i ludzi było mniej. Nie mówię, że w
ogóle, ale nie aż tyle.
Rozłożyliśmy
ręczniki, rozebraliśmy się i wbiegliśmy do wody. Na szczęście nie było w
pobliżu żadnych ludzi. Pływaliśmy, pluskaliśmy, żartowaliśmy, opalaliśmy się…
Poczułem się jakbym miał kilkanaście lat mniej i było mi z tym bardzo dobrze.
Kiedy już
się zaczynało ściemniać, nadal leżeliśmy na trawie, nie było słychać ani widać
żadnego człekopodobnego czegoś. Gwiazdy pojawiały się na niebie, ale jak
tylko zerknąłem na moją prywatną gwiazdkę to już nie potrafiłem oderwać od
niego wzroku.
- Co tak mnie obserwujesz? – spytał.
- Jesteś piękny.
Zagryzł
lekko dolną wargę, nadal patrząc na niebo.
- Było wspaniale. Dziękuję.
Uśmiechnąłem
się słysząc te słowa i przysunąłem bliżej kosmity. Uniosłem się lekko, żeby móc
pocałować te słodkie usteczka. Żaden z nas nie zamknął oczu, tylko wpatrywał
się w drugiego, nadając temu momentowi jeszcze bardziej intymny nastrój. W
końcu niechętny odsunąłem się na te parę centymetrów, a Marek pogłaskał mnie po
policzku.
- Jesteś okropny.
- Ja? Dlaczego? – spytałem nie rozumiejąc o co
chodzi mojemu skarbowi.
- Przez ciebie coraz trudniej będzie mi
wyjechać. Będę za wami cholernie tęsknić.
Przejechałem
opuszkami palców po jego boku na co zamruczał jak kotek.
- Wracamy? W domu jeszcze się poprzytulamy na
wygodnym łóżeczku.
Przyciągnął
mnie do jeszcze jednego gorącego pocałunku i skinął głową.
- Jutro muszę wstać o piątej rano, więc masz
racę w końcu muszę się jeszcze wyspać.
Ubraliśmy
się, spakowaliśmy i ruszyliśmy do auta.
Cóż… Że tak
powiem plan Marka dotyczący snu poszedł w zapomnienie. Sam już nie wiem z
czyjej bardziej winy. Wiedziałem, iż z samego rana będzie na mnie wrzeszczał,
że to przeze mnie ma wory pod oczami i zasnął tylko na trzy godziny, ale warto…
piątek, 2 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 16.
Rozdział
16.
Tydzień
później….
Wszyscy
siedzieliśmy w samochodzie Marka i jechaliśmy do wesołego miasteczka. Cała
piątka. Kubuś był podekscytowany, Wiki tym bardziej, Krzysiek trochę się dąsał,
bo nie mógł zabrać Łukasza, narzeczony trochę spięty, a ja… zaskoczony.
Poprzedniego dnia wieczorem podczas seansu horrorów zakomunikował, że zabiera
nas tam… no synek dowiedział się rano.
- Możesz mi wytłumaczyć co tak nagle? – znowu
spytałem.
- Mały spontan nie zaszkodzi – zaśmiał się…
znowu kłamiąc. Dlaczego nie nauczył się, iż ja to szybko odróżnię.
- Jasne… - mruknąłem zraniony.
Spojrzał na
mnie smutno i na chwilę zdjął rękę ze sprzęgła na moje udo. Przykryłem jego
dłoń swoją. We wstecznym lusterku ujrzałem pytający wzrok nastolatka, na co natychmiast
odwróciłem swój. Kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, ukochany pochylił się w moją
stronę i krótko pocałował. Tym razem jego uśmiech był szczery, ulżyło mi.
Na miejscu
pobiegliśmy w stronę kas. Byliśmy o jedenastej, więc mieliśmy cały dzień. Sam
nie wiem, kto był większym dzieciakiem…
Poczułem
się, jak dwadzieścia lat temu, kiedy… kiedy… tamtego dnia w tym samym miejscu
dowiedzieliśmy się, że Marek wyjeżdża do Anglii. Miałem nadzieję, iż tego dnia
obędzie się bez niespodzianek. Nawet jeśli, to bez bolesnych.
- I jak ci się podoba? – Uwiesił się na moim
ramieniu.
- Faktycznie nie obchodzi cię, czy inni
dowiedzą się o twojej orientacji – zamaskowałem nostalgię żartem.
Cmoknął
mnie w policzek i uśmiechnął słodko.
- Nie. Chodź na rollercoaster! – Chwycił mnie
za przegub ręki i pociągnął w jakimś kierunku.
Wbiegliśmy
na górę i usiedliśmy z samego przodu. Zaraz za nami usiadł Krzysiek. Wiki w tym
czasie podobno była na samochodzikach z Kubusiem. On był taką osobą, która nie
mogła zostać sama i zawsze ktoś musiał bawić się z nim.
- Mam nadzieję, że przez ciebie nie ogłuchnę!
– krzyknąłem do niego, gdy ruszyło.
Wyszczerzył
się tylko i zaczął machać do ludzi będących na dole.
No cóż…
Cała moja nadziej poszła się – sami wiecie co – kiedy karmelowłosy zaczął się
wydzierać przy kolejnej jeździe do góry nogami. Pozostało mi tylko śmiać się z
niego. Kiedy zeszliśmy, odkryłem, że wiatr zawędził mi gumkę do włosów.
- No nie! – jęknąłem, próbując jakoś je
ogarnąć.
- Zostaw. – Pacnął mnie w rękę i sam zaczął te
moje nieszczęsne kłaki układać. – Tak też jest dobrze, serio.
- No nie wiem… - mruknąłem.
- Ale zaje… Ekhem… Znaczy fajne – poprawiła
się moja córcia – masz teraz włosy.
W sumie to
nigdy nie zabroniłem jej przeklinać… Wiedziałem, że i tak prędzej, czy później
by zaczęła to robić.
Spojrzałem
na nią sceptycznie.
- No nie wiem…
- No kurwa, przecież ci mówimy – oburzył się
ukochany. Widząc mój karcący wzrok, wskazał gdzieś ręką. – Krzysiek już zabrał
Kubę, więc nie usłyszy żadnego przekleństwa ode mnie.
- Dobra – westchnąłem.
- On może kląć, a ja nie? – spytała lekko
urażona nastolatka.
- Kiedy mówiłem, że nie możesz? – Jej wzrok…
Tak, lubię szokować bliskich. – O ile nie będzie to co drugie słowo… przez to
twoje słownictwo nie może zubożeć, ale nie przypominam sobie, żebym… No jest
wyjątek – przy twoim młodszym braciszku, on nie wie co to znaczy i im później
zacznie tym lepiej.
Otworzyła
szeroko usta. Rozbawiony zamknąłem jej szczękę. Zarumieniła się lekko.
Wzruszyła ramionami i wskazała na jedną z bardziej ekstremalnych karuzel.
- Idziecie?
Skinąłem
głową i ruszyliśmy.
Do końca
moja fryzura zdążyła się całkowicie zepsuć, ale bliscy ciągle ją wychwalali i
zaczynałem się zastanawiać, kto ma coś nie tak z głową – ja, czy oni?
Wybawieni
usiedliśmy przy stole w barku z hamburgerami i hot-dogami. Marek skończył
pierwszy i spojrzał na nas uważnie. Niepokój powrócił.
- Słuchajcie… Chciałem wam coś powiedzieć.
Chodzi o moją karierę…
Wszyscy
milczeli, czekając, aż będzie kontynuował. Nawet Kuba.
- Wracam na scenę i… - Westchnął ciężko,
patrząc na nas niepewnie. – Wyjeżdżam na trasę koncertową po Europie. Za
miesiąc.
- Tak szybko? – spytała córcia. - Myślałam, że
organizacja tego wszystkiego trwa dłużej.
- Bo tak jest, lecz Vana najwyraźniej jest
bardziej ogarnięta niż na taką wygląda. Sam byłem zaskoczony, ale skoro… -
Przerwałem jej:
- Zabrałeś nas tutaj, żeby nam o tym
powiedzieć, tak? – ledwo trzymałem nerwy na wodzy.
Przymknął
powieki.
- Tak. Chciałem, żebyśmy spędzili ten dzień
miło i rodzinnie, a później…
- …a później go zje… - w ostatniej chwili
ugryzłem się w język.
- Kochanie… - Położył rękę na moim ramieniu.
Spojrzałem
na resztę przepraszająco i pociągnąłem go za rękę na bok.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?!
- Marcin, proszę uspokój się. To tylko trzy i
pół miesiąca…
- TYLKO?! Może dla ciebie to nic, ale… - Musiałem
odczekać chwilę, żeby móc się uspokoić. – Słuchaj, ja już kilkanaście lat temu
dowiedziałem się jednym twoim wyjeździe, teraz drugi? Kiedy jechaliśmy tutaj,
miałem złe przeczucia, ale uznałem, że to nic takiego, zwykły sobotni wyjazd,
nie mogę być tak podejrzliwy, nawet jeśli zachowujesz się jakbyś chciał coś
przede mną ukryć. Nawet nie chodzi o tą twoją pierdoloną trasę; chcesz
koncertować? OK. Widzę, jaką ci to sprawia przyjemność, a jesteś dla mnie
bardzo ważny… bardziej ode mnie samego. Tylko… Sam nie wiem! Nie wiem dlaczego
mnie tak tym wkurwiłeś, dobra? Liczyłem na milszy koniec tego dnia, a nie…
- Może być bardzo przyjemny. – Przejechał ręką
po mojej piersi. Odepchnąłem ją.
- Doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie o to
mi chodzi!
- Tak! Po prostu, błagam uspokój się. Kocham
cię, dla mnie to też jest długa rozłąka. Wiedziałem, że prędzej, czy później
dojdzie do tego, ale nie sądziłem, że tak szybko…
Przymknął
powieki i oparł się czołem o moje ramię. Poczułem, iż faktycznie przesadziłem.
Objąłem go, czując jak drży.
- Skarbie, nie płacz. Przepraszam, nie
chciałem… Zdenerwowałem się bezpodstawnie, ja tylko nie chcę, żebyś wyjeżdżał,
a do tego cały dzień byłem jak bomba, która tylko czekała, aż wybuchnie. Ty
pociągnąłeś za spust, ale chyba też ją zamontowałeś we mnie swoim podejrzanym
zachowaniem. Zrozum nic przede mną nie ukryjesz… nie swoje emocje. Boli mnie,
kiedy widzę, że udajesz, nie jesteś ze mną szczery. Wybacz.
- Mówisz, iż to moja wina, jednocześnie
przepraszając. Nie rozumiem.
Zaśmiałem
się i pocałowałem go w czubek głowy.
- To nie tak. Naprawdę przepraszam, nie wiem
co mi odbiło. Wracamy do dzieciaków?
- Mhm – zamruczał mi w bluzkę. – Chwila, bo
pewnie teraz jestem czerwony na twarzy.
- Jak dla mnie zawsze jesteś piękny.
- Bo się zarumienię – zażartował.
Pochyliłem
się bliżej jego ucha i wyszeptałem:
- Sądzę, że już to zrobiłeś.
Uderzył
mnie swoją piąstką w pierś, śmiejąc się uroczo.
- Jesteś wredny.
- Uczę się od najlepszych.
Staliśmy
tak jeszcze chwilę.
- Pedały – usłyszałem, gdzieś za plecami.
Widziałem,
jak mój ukochany obserwuje trójkę chłopaków, mijających nas i krzywo patrzących
w naszą stronę. Uniósł środkowy palec w ich stronę.
- Spierdalaj – syknął.
O dziwo
podziałało – natychmiast odwrócili wzrok i skręcili w drugą stronę.
- Ha, ha! Jesteś przerażający – wyszeptałem. –
Chodź.
Uśmiechnął
się dumnie i skinął głową. Ruszył pierwszy, ale zaraz go dogoniłem.
- I bardzo uroczy – dodałem.
Natychmiast
się schyliłem, żeby uniknąć jego ręki szybującej w moją stronę.
- Jeszcze jedno słowo – pogroził.
- Tak, tak. Ja ciebie też.
No to się
zdenerwował… Śmiejąc się, zacząłem uciekać, lawirując między stolikami.
- Już jak ci pokaże, jak uroczy potrafię być!
– krzyczał za mną.
Usiadłem
przy stoliku i jakby nigdy nic dorwałem się do hamburgera. Zmrużył oczy i
niepewnie usiadł obok.
- Moja przyszła żoncia się troszkę… Auć! –
oberwałem w głowę.
Wszyscy się
śmiali, tylko Marek obrócił się obrażony i musiałem się z nim godzić
pocałunkiem. Nie odsuwałem się, póki nie uległ.
Wszyscy
zadowoleni postanowiliśmy powoli zbierać się do domu.
czwartek, 1 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 15.
Rozdział
15.
Dwa
tygodnie później…
Wróciłem do
domu ciesząc się jak nigdy, że jeszcze tylko kilkanaście dni i wakacje. Ach ten
przywilej nauczyciela…
Kilka
godzin temu dostałem SMS’ a od Marka. Podobno znalazł kogoś odpowiedniego na
pracę jego menadżera. Miała przyjść do nas popołudniu (znowu, jakby nie było
innych miejsc, ale w sumie mi to, aż tak nie przeszkadza…).
Wiki
zabrała Kubusia na plac zabaw, a Krzysiek szwenda się gdzieś z Łukaszem, więc
byliśmy sami. Też chciałem wyjść, ale uparł się, że mam zostać. Cóż, zgodziłem
się.
Punktualnie
o szesnastej rozległ się dźwięk dzwonka. Marek poszedł otworzyć. Zaraz rozległ
się pisk jakiejś dziewczyny.
- Przepraszam, najmocniej przepraszam. Jestem
pana wielką fanką i… Ekhem… Powinnam być bardziej profesjonalna… Ja… -
próbowała sklecić zdanie, wchodząc do salonu z moim narzeczonym.
Była
niziutka i szczuplutka, miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Rude włosy
zaplątała w kok, co chwilę wypadały z niego niesforne kosmyki, które musiała
poprawiać. Dodatkowo na głowie zawiązana była czarna bandana. Uszy zdobiły
wielkie kolczyki koła, a usta podkreślone czerwoną szminką. Nosiła pstrokatą
bluzkę na grubych ramiączkach, odsłaniającą jej pępek, dziurawe dżinsy, a na
nogach rzymianki na koturnie. Każdy paznokieć był pomalowany na inny kolor i
wzór, na nadgarstkach miała kilka rzemyków. W rękach ściskała jakiś notes,
długopis oraz telefon.
- Nie szkodzi – zaśmiał się.
Uroczy
rumieniec pojawił się na jej twarzy.
Zaraz mnie
ujrzała i uśmiechnęła się delikatnie.
- Vanessa. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
Wstałem i
uścisnąłem ją.
- Marcin.
- No, to skoro wszyscy się znają to możemy
przejść do konkretów – zarządził ukochany.
Usiadłem
obok niego na kanapie, a dziewczyna na fotelu naprzeciwko.
- Jestem w domu Marka Pająka (tak,
karmelowłosy nie chciał zmieniać nazwiska na takie jak jego przybrani rodzice)
– ekscytowała się po cichu. – Em… To znaczy…
- Czy ona nie jest urocza?
- Jest – potwierdziłem.
- Uznałem, że będzie idealna, bo jest jeszcze
młoda i niedoświadczona, dzięki czemu nie myśli o mnie jak o pieniądzach, a
człowieku.
Skinąłem
głową.
Oparł się o
mój bok, wciągając nogi na sofę.
- Już wszystko ustaliliśmy, czy masz jakieś
pytania, chcesz coś zmienić? – spytał.
- N-nie! Jest dobrze. Jeszcze nie
współpracowałam z żadną gwiazdą, ale zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pan
nie żałował.
Ona serio
była słodziutka.
Marek
zadowolony klepnął swoje uda i wstał. Pochylił się, żeby mnie pocałować. To
trwało tylko moment, sekundę, ale… Chyba zawsze będę kochać te usta.
- To ja zaraz wracam, tylko przyniosę papierki
i długopis.
- O-czywiście… - Vaneska była czerwona jak…
jej usta i włosy. Cała głowa zlała się w jedno.
- Trochę stanowczości młoda, bo jeszcze ci na głowę wejdzie i nie będziesz
mogła sam zdecydować, czy możesz iść do łazienki - zażartowałem.
- No wiesz?! Wydałeś jej moje szatańskie
plany! – niby się oburzył.
Wszyscy
zaczęliśmy się śmiać.
Wyszedł, a
ja zostałem sam z rudą. Miała opuszczoną głowę i nerwowo bawiła się rogiem
notesu.
- No, nie stresuj się tak.
Podniosła
na mnie wzrok i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało, tylko mówię na
przyszłość.
Marek coś
długo nie wracał, ale zapewne po wczorajszym przemeblowaniu półki z wszystkim, nie może znaleźć tego co
potrzebuje.
- Już wróciliśmy! – rozległ się głos Wiktorii.
– Kuba jest głodny, więc przyjechaliśmy z powrotem. I tak dobrze, że nauczyłam
go w końcu jeździć na rowerze, bo… Och. – Weszła do salonu. – Dzień dobry.
- Cześć! – Vaneska pomachała do nastolatki. –
O, a kto to się tam kryje? – spytała słodziutkim głosikiem mojego synka, który
zawstydzony stał w korytarzu, wychylając tylko nieśmiało głowę. Zaraz pojawił
się Marek i wziął go na ręce. Razem usiedli na sofie.
- Przywitaj się z gościem – powiedział do
najmłodszego. – To jest Vanessa.
- Mm… - zamruczał mu w bluzkę, nie podnosząc
wzroku.
Zaśmiałem
się i pogłaskałem go po czuprynie.
Rudowłosa
przykucnęła przy dziecku, szeroko się uśmiechając.
- Co taki nieśmiały jesteś? Taki duży
chłopiec? Może chciałbyś lizaka, hm? Mam jeszcze jeden, ale myślę, że nic się
nie stanie jeśli ty go zjesz.
Niepewnie
na nią zerknął, a ona na mnie pytającym wzrokiem. Skinąłem głową na tak. Wstała i otworzyła notes. Do
pierwszej strony miała przyklejoną słodycz w kształcie serduszka. Odkleiła i
podała najmłodszemu. Zaraz usiadł prosto i rozpakował go.
- Dzenkuę – powiedział z lizakiem w ustach.
- Proszę. – pogłaskała go po główce.
- Proszę przeczytać i jeśli wszystko się
zgadza, podpasać tutaj – Marek wskazał na miejsce na kartce.
Tak też
zrobiła i szczęśliwa oddała mu umowę.
- Liczę, ze mnie nie zawiedziesz. – Uśmiechnął
się słodko.
- Może pan…
- Możemy przejść w końcu na ty?
- Em… Tak, tak, oczywiście! Możesz na mnie
liczyć – poprawiła się.
Posadził
Kubusia na kanapie i objął ją ramieniem.
- A więc poznajcie moją nową panią menadżer –
przedstawił ją. – A teraz, Vana, wybacz, ale muszę nakarmić tego szkraba –
wskazał… na mnie.
Uniosłem
brew do góry zawzięcie walcząc z kącikami moich ust.
- Słucham?
- Jeszcze nic nie jadłeś – wzruszył ramionami.
– Wytłumacz mi jak ja to wytrzymuję – czwórka dzieci w jednym domu – westchnął.
Vanessa
zaśmiała się i cmoknęła go w policzek.
- Moim zdaniem ich kochasz, ale co ja tam
wiem…?
- Eh… Miłość to trudna sztuka… Zwłaszcza,
kiedy kochasz na zabój kogoś kto ma trójkę dzieci.
- Sam jesteś jak dziecko. – Puściłem mu oczko.
- Naprawdę? – spytał trochę zbyt sugestywnym
tonem.
Odchrząknąłem
niepewnie.
- A już kosmitą na pewno – stwierdziłem.
- Cii, bo ktoś usłyszy!
Znowu po
pokoju rozeszły się kolejne salwy śmiechu.
Do czytelników.
Cześć! Dziś żegnamy naszego druha - Wakacje. Będziemy za nim tęsknić. Na szczęście za niedługo powróci, a my z utęsknieniem od pierwszego dnia będziemy odliczać za ile powróci do nas z nowymi przygodami :)
Chcę życzyć wam z tej okazji wszystkiego najlepszego, bo nie mam pomysłu ani czasu na jakieś krótkie opowiadanko na poprawę humoru ://
Milly (~_~)
Chcę życzyć wam z tej okazji wszystkiego najlepszego, bo nie mam pomysłu ani czasu na jakieś krótkie opowiadanko na poprawę humoru ://
Milly (~_~)
Subskrybuj:
Posty (Atom)