wtorek, 6 września 2016

Do czytelników.

Cześć! Tak w połowie kolejnego rozdziału przypomniał mi się one shot, który chciałam nie tak dawno zrealizować, ale jakoś nie miałam jak. Może i dodałabym go szybciej gdyby nie ból brzucha (Pozdro dla okresu! ) i odwiedziny mojego taty, ale najważniejsze, że w końcu się pojawił, a tam kilka godzin w tą, czy w tamtą...
Mam nadzieję, że się wam spodoba.
PS. Jeszcze nigdy nie napisałam tekstu, który liczy tylko 5,5 stroy Worda, a więcej słów ma tylko Sklep z zabawkami, ale on ma aż 10 stron oraz Niespodziewany gość na 9 stron. Żaden dłuższy od tego one shot nie ma więcej. Większość nawet nie jest blisko pobicia rekordu!
PPS. Tak tylko chciałam powiedzieć, że fragment ze Słońcem jest w 100% zainspirowany moją najlepszą przyjaciółką. Nie zakochałam się w niej, ale całość jest prawie jak o niej z czego tamto właśnie wczoraj wieczorem (o ile północ można nazwać wieczorem) wymyśliłam, kiedy napisałam do niej Dobranoc Słoneczko ;) . Dzisiaj piszę to cały czas myśląc o niej i jakoś tak postanowiłam tam to wpleść.
Milly (T_T)

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 18.

Rozdział 18.
Od strony Krzyśka!!
Parę dni później…
Ostatnio coraz częściej nocowałem u mojego chłopaka. Razem spędzaliśmy cały dzień oraz pół nocy, później kładliśmy się spać i rano znowu po śniadaniu gdzieś wychodziliśmy. Trochę było jakbyśmy mieszkali razem. Było idealnie… BYŁOBY gdyby nie jeden problem…
Wyszliśmy z jego bloku, a on jak zwykle natychmiast puścił moją dłoń. Za każdym razem, kiedy był w miejscu bardziej narażonym na wzrok innych, zmieniał się w mojego kumpla. Nic więcej, tylko przyjaciel. Starałem się, lgnąłem do niego, ale ukochany nieustępliwie dawał mi do zrozumienia, że się mnie wstydzi.
Miałem ochotę coś mu powiedzieć, wygarnąć, ale tak bardzo mi na nim zależało, nie chciałem go do siebie zniechęcać. Odwróciłem wzrok, żeby nie dostrzegł moich wilgotnych oczu. Oczywiście nie dopuszczałem możliwości, aby łzy spłynęły na moje policzki! Jeszcze bym sobie makijaż rozmazał, a poza tym Łukasz by się zmartwił albo uznał mnie za mazgaję. Lepiej nie.
 - To ja już muszę iść. Obiecałem Marcinowi pomóc przy naprawie czegoś – skłamałem. Za każdym razem to robiłem, gdy czułem jak moje serce przeszywa lodowata strzała.
 - Serio? – spytał zawiedziony. – Skoro tak…
Nie chciałem. Bardzo pragnąłem zostać, widzieć jak się uśmiecha, a nie… Postanowiłem sprawdzić go ostatni raz tego dnia. Ująłem jego twarz w dłonie i pocałowałem na pożegnanie. Kiedy się odsunąłem, ujrzałem jego rozbiegany po całej ulicy wzrok. Szukał potencjalnego wroga jego związku. Szkoda tylko, że nie zauważył tych żałosnych, słonych kropelek na mojej twarzy. Może to i dobrze. To nie chodzi o jego ślepotę na mój ból, po prostu uciekłem. Nie mogłem na to patrzeć.
Wbiegłem do domu i od razu skierowałem swoje kroki w stronę pokoju. Kiedyś był gościnny, ale szybko został przerobiony na mój. Miał kremowe ściany i to była jego jedyna jasna część. Na każdej z nich znajdowało się kilka plakatów ulubionych zespołów, często przedstawiających idoli z nagimi klatami. Wyjątkiem była ta z drzwiami. Obok nich po jednej stronie było wielkie lustro, a po lewej tablica korkowa, na której umieszczałem krótkie notatki przypominające, bo moja pamięć coś szwankuje, oraz kilka moich zdjęć najczęściej z Łukaszem obok. Spokojnie! To że na niej nie było plakatów nie znaczy, że to koniec! Jest jeszcze sufit. Wszyscy uważają, iż przesadziłem z ich ilością, ale nie znają się!
Na podłodze był wielki, szary, mięciutki dywan. Mebli w odróżnieniu od plakatów było mało. Ciemna szafa, biurko oraz wielkie łóżko z czarną pościelą, nawet poduszkami. Bez stylu? Ja wiem lepiej!
Padłem na materac i zacząłem jeszcze bardziej szlochać. Miałem w dupie, czy ktoś (Marcin) usłyszy. Kiedy już wykorzystałem limit łez, lekko nieprzytomny zwlokłem się z łóżka i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem żałośnie w tych czerwonych oczach, rozmazanym makijażu i potarganych włosach.
 - Wyglądasz jak gówno – powiedziałem do swojego odbicia. – Nic dziwnego, że Łukasz się ciebie wstydzi. Jesteś tylko wkurwiającym, hałaśliwym chłopakiem, który jest przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu, choć nie chce się do tego przyznać komukolwiek. On jest miły, cierpliwy, opiekuńczy. Pasuje do niego słodka, dobra dziewczyna, nie ty.
Wiem jak okropne, niehonorowe jest zerwanie przez telefon. To wygląda jakby tamta osoba miała cię w dupie, a ja po prostu nie umiałem spojrzeć mu w twarz i to wykrztusić. Wybrałem jego numer, patrząc na swoje odbicie. Czułem się wtedy bardziej jakbym zrywał ze sobą samym.
 ~ Cześć! Już skończyliście? Szybko.
Coś rozrywało mi serce, kiedy słyszałem ten wesoły głos. Bałem się, że nie wykrztuszę tych kilku słów.
 ~ Halo! Jesteś tam?
Widziałem kolejne łzy wypływające  z moich oczu, trzęsące się chude nogi oraz ręce, grymas smutku, bólu. Wziąłem głęboki wdech, aby choć trochę opanować emocje. Na daremno.
 - Zrywam z tobą.
Cisza. Nigdy tak bardzo nie kuła w uszy jak wtedy.
 - To nie twoja wina. Cześć.
Rozłączyłem się, zanim zdążył odezwać się, choćby jednym słowem, bo wiedziałem, że bym przepadł. Za bardzo go kochałem. Albo… co gorsza sam by zakończył rozmowę bez niczego. Tego bym nie przeżył, wolałem go uprzedzić. Natychmiast wyłączyłem telefon rzuciłem na łóżko.
Jeszcze nigdy nie wyglądałem tak blado. Mam jasną cerę, ale wtedy myślę, że kreda do tablicy byłaby ciemniejsza ode mnie. Cofnąłem się po komórkę, spojrzałem na nią, na swoje odbicie, na nią i po chwili cisnąłem telefonem o posrebrzaną taflę szkła, z całej siły. O dziwo miałem jej na tyle dużo, mimo mojego marnego wyglądu, że rozbiło się na kawałki. Podszedłem tam i patrzyłem na te, które wylądowały na dywanie, tworzące makabryczną mozaikę z mojej osoby, tępym wzrokiem, czując jakąś pustkę w sobie.

Drzwi szybko się otworzyły, natomiast w nich stał Marcin. Przerażony spojrzał na mnie, to na lustro i ostrożnie podszedł do tego wraka człowieka. Nic nie powiedział, tylko objął mocno. Nie miałem siły na cokolwiek, a takie zwykłe przytulenie dało mi więcej niż jakiekolwiek słowa. Dałem się prowadzić do salonu, usiadłem na kanapie i wtuliłem w starszego. Zawsze byłem dla niego wredny, ale tamtego dnia zrobił dla mnie więcej, niż niejeden człowiek. Przymknąłem powieki, uspokajając się. Trwaliśmy tak dłuższy czas, aż w końcu bez słowa, jedynie uśmiechając się do niego w podzięce, poszedłem się umyć. Leżałem w wannie, a powieki coraz bardziej mi się kleiły. Zasnąłem.
  

Do czytelników.

Cześć! Wiem, że powinnam być bardziej smutna, ale... miałam malutki wypadek, dokładniej się przewróciłam... (taki ze mnie ninja ;p) Już się nasmuciłam pierwszego dnia, teraz mogę się tylko z tego śmiać ;D
Jest też tego jeden bardzo duży plus - nie wychodzę z domu, więc jeśli nikt mnie nie nawiedzi to może napiszę więcej rozdziałów!!! :)    Cieszycie się? Ja bardzo. Także trzymajcie kciuki, może wena pozwoli mi na wymyślenie ponadplanowej ilości, co oczywiście zaraz będzie udowodnione większą ilością opublikowanych postów z kolejnymi przygodami naszych ukochanych bohaterów :)
Milly ("-")

sobota, 3 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 17.

Rozdział 17.
Miesiąc później…
Wiktoria wyjechała na obóz, Kubuś do moich rodziców, Krzysiek znowu nocował u Łukasza, więc zostaliśmy z Markiem sami. Sami ostatniego dnia przed jego trasą. Jutro z samego rana wyrusza. Przez to nie mogłem spać i o dziwo obudziłem się wcześniej od mojego kochania. Lubiłem obserwować go jak śpi, także nie zamierzałem się jeszcze choćby trochę ruszyć z obawy przed obudzeniem go. Mojego skarbu, którego tak mam szansę widzieć znowu dopiero za trzy i pół miesiąca…
 - Długo się na mnie tak gapisz? – spytał, ziewając.
Cmoknąłem go w usta, rozbawiony. On był taki uroczy… Dobrze, że nie powiedziałem tego na głos!
 - Nie wiem. Jesteśmy sami to może…
Zaraz się ożywił i nim zdążyłem dokończyć popchnął mnie na plecy i usiadł na moich nogach.
 - Serio?
 - No… - potwierdziłem zaniepokojony.
 - To się dobrze składa… Ponieważ nie mam zamiaru cię wypuszczać z sypialni przez najbliższe kilkanaście godzin…
Pochylił się, ale ja wykorzystałem moment zaskoczenia i zamieniłem nasze miejsca.
 - Wiesz… Ja w zasadzie to liczyłem na spędzenie wspólnego czasu sam na sam, ale… w trochę inny sposób. Przez najbliższy czas nie będziemy mieli okazji.
Przejechał ręką po moim ramieniu i zagryzł dolną wargę, uśmiechając się.
 - Na sex również.
Przełknąłem głośno ślinę.
 - Dlaczego to słowo w twoich ustach brzmi tak…
Polizałem go po policzku i wstałem.
 - Ej!
Chwyciłem go za rękę i pociągnąłem w stronę kuchni. Usiadł na blacie, nadal będąc w fioletowej piżamce w misie. Ja w sumie miałem na sobie tylko bokserki, więc…
Zacząłem przygotowywać jego ulubione naleśniki, co chwilę zerkając w stronę mojego kosmity.
 - Chyba zamkną mnie za pedofilię.
 - CO? – Zaskoczony oderwał się od słoika nutelli.
Zaśmiałem się i zdjąłem pierwszy placek.
 - Wyglądasz tak słodko i dziecinnie, a mimo to mam wielką ochotę cię zerżnąć na tym blacie. To chyba nie świadczy o mnie dobrze.
To było niesamowite jak wiele razy to on zachowywał się i mówił sprośne rzeczy, a mimo to nadal czerwienił się jak dojrzały pomidor.
 - Ekhem… Ja… Może pójdę się umyć. – Zeskoczył na podłogę.
Zatrzymałem go w drzwiach, przytulając od tyłu.
 - Moja księżniczka się zawstydziła?
Prychnął i odwrócił się przodem do mnie.
 - Nie jestem babą.
 - Wiem – wyszeptałem w jego usta. – To leć się myć, byle szybko, bo ci wystygnie.
Skinął głową z nadal porządnie rumianą twarzą i pobiegł na górę po ubrania.
Oby już wiedział, w co się ubierze…
Przygotowałem wszystko, postawiłem na stole, poszedłem się przebrać w dżinsowe spodenki oraz zieloną koszulę z krótkim rękawem, zrobiłem kawę, dla siebie czarną dla niego z mlekiem, a ten dopiero wtedy przyszedł.
 - No ile można… - zamilkłem.
Ułożył swoje miękkie włosy, teraz już się nie układały każdy w inną stronę. Miał na sobie czerwoną bluzkę z napisem w białej gwieździe AWESOME!, żółte spodenki, czarne skarpetki z uśmiechniętymi chmurkami oraz na nadgarstkach te bransoletki, które kupił, będąc ze mną na zakupach urodzinowych.
Uśmiechnął się, a na jego policzkach znowu ujrzałem te słodkie dołeczki.
 - Przepraszam. – Usiadł mi na kolanach okrakiem. – Chciałem tylko dobrze wyglądać.
 - Dobrze – parsknąłem. – Chyba zacznę wątpić, czy rzeczywiście do siebie pasujemy.
Otwarł szeroko usta zaskoczony.
 - Ale… Dlaczego?
Pogłaskałem go po policzku.
 - Jak ja będę przy tobie wyglądać? Ty taki przystojny…
Widziałem ulgę wymalowaną na jego twarzy. Trącił mój nos swoim i wtulił się w zagłębienie w szyi.
 - Pasujesz, jak nikt. Kocham cię.
 - Ja ciebie też, ale… Śniadanie zdążyło już dawno wystygnąć, to chociaż kawie na to nie pozwólmy.
Jego chichot rozległ się po kuchni.
 - Sorki. Masz jakieś plany, skoro moje łóżkowe nie wypaliły?
Odkroiłem kawałek naleśnika i po namyśle skierowałem go jednak w stronę narzeczonego.
 - Szczerze mówiąc to nie. Zjedzmy, a później coś się wymyśli.
Ukochany jednak jadł siedząc na moich nogach z ta różnicą, że usiadł bokiem, żeby mieć wygodniej. Śniadanie bardzo szybko wylądowało w naszych brzuchach, a ja do tego czasu już wymyśliłem, gdzie by go zabrać.
 - Pozmywam. Mógłbyś w tym czasie…
 - Nad jezioro – odparłem, wiedząc o co mu chodzi.
Uniósł brew do góry zaskoczony.
 - Serio? OK, tylko znowu będę musiał się przebrać…
 - Nie mów, że ci to przeszkadza – odparłem rozbawiony.
Karmelowłosy próbował zachować powagę, ale w końcu nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
 - Idź już, naczynia zostaw mi. Tobie to więcej czasu zajmie.
Wywrócił oczami i ruszył na piętro.

Po godzinie już byliśmy w drodze. Dawno tam nie byłem i szczere ciekawiło mnie czy coś się zmieniło. Kiedyś prawie połowa brzegu była strzeżona, z piaskiem i budkami z przekąskami, a druga bardziej dzika, zarośnięta. Wolałem tamtą, bo żaden ratownik nie mówił mi co mam robić, a i ludzi było mniej. Nie mówię, że w ogóle, ale nie aż tyle.
Rozłożyliśmy ręczniki, rozebraliśmy się i wbiegliśmy do wody. Na szczęście nie było w pobliżu żadnych ludzi. Pływaliśmy, pluskaliśmy, żartowaliśmy, opalaliśmy się… Poczułem się jakbym miał kilkanaście lat mniej i było mi z tym bardzo dobrze.
Kiedy już się zaczynało ściemniać, nadal leżeliśmy na trawie, nie było słychać ani widać żadnego człekopodobnego czegoś. Gwiazdy pojawiały się na niebie, ale jak tylko zerknąłem na moją prywatną gwiazdkę to już nie potrafiłem oderwać od niego wzroku.
 - Co tak mnie obserwujesz? – spytał.
 - Jesteś piękny.
Zagryzł lekko dolną wargę, nadal patrząc na niebo.
 - Było wspaniale. Dziękuję.
Uśmiechnąłem się słysząc te słowa i przysunąłem bliżej kosmity. Uniosłem się lekko, żeby móc pocałować te słodkie usteczka. Żaden z nas nie zamknął oczu, tylko wpatrywał się w drugiego, nadając temu momentowi jeszcze bardziej intymny nastrój. W końcu niechętny odsunąłem się na te parę centymetrów, a Marek pogłaskał mnie po policzku.
 - Jesteś okropny.
 - Ja? Dlaczego? – spytałem nie rozumiejąc o co chodzi mojemu skarbowi.
 - Przez ciebie coraz trudniej będzie mi wyjechać. Będę za wami cholernie tęsknić.
Przejechałem opuszkami palców po jego boku na co zamruczał jak kotek.
 - Wracamy? W domu jeszcze się poprzytulamy na wygodnym łóżeczku.
Przyciągnął mnie do jeszcze jednego gorącego pocałunku i skinął głową.
 - Jutro muszę wstać o piątej rano, więc masz racę w końcu muszę się jeszcze wyspać.
Ubraliśmy się, spakowaliśmy i ruszyliśmy do auta.
Cóż… Że tak powiem plan Marka dotyczący snu poszedł w zapomnienie. Sam już nie wiem z czyjej bardziej winy. Wiedziałem, iż z samego rana będzie na mnie wrzeszczał, że to przeze mnie ma wory pod oczami i zasnął tylko na trzy godziny, ale warto…


piątek, 2 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 16.

Rozdział 16.
Tydzień później….
Wszyscy siedzieliśmy w samochodzie Marka i jechaliśmy do wesołego miasteczka. Cała piątka. Kubuś był podekscytowany, Wiki tym bardziej, Krzysiek trochę się dąsał, bo nie mógł zabrać Łukasza, narzeczony trochę spięty, a ja… zaskoczony. Poprzedniego dnia wieczorem podczas seansu horrorów zakomunikował, że zabiera nas tam… no synek dowiedział się rano.
 - Możesz mi wytłumaczyć co tak nagle? – znowu spytałem.
 - Mały spontan nie zaszkodzi – zaśmiał się… znowu kłamiąc. Dlaczego nie nauczył się, iż ja to szybko odróżnię.
 - Jasne… - mruknąłem zraniony.
Spojrzał na mnie smutno i na chwilę zdjął rękę ze sprzęgła na moje udo. Przykryłem jego dłoń swoją. We wstecznym lusterku ujrzałem pytający wzrok nastolatka, na co natychmiast odwróciłem swój. Kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, ukochany pochylił się w moją stronę i krótko pocałował. Tym razem jego uśmiech był szczery, ulżyło mi.
Na miejscu pobiegliśmy w stronę kas. Byliśmy o jedenastej, więc mieliśmy cały dzień. Sam nie wiem, kto był większym dzieciakiem…
Poczułem się, jak dwadzieścia lat temu, kiedy… kiedy… tamtego dnia w tym samym miejscu dowiedzieliśmy się, że Marek wyjeżdża do Anglii. Miałem nadzieję, iż tego dnia obędzie się bez niespodzianek. Nawet jeśli, to bez bolesnych.
 - I jak ci się podoba? – Uwiesił się na moim ramieniu.
 - Faktycznie nie obchodzi cię, czy inni dowiedzą się o twojej orientacji – zamaskowałem nostalgię żartem.
Cmoknął mnie w policzek i uśmiechnął słodko.
 - Nie. Chodź na rollercoaster! – Chwycił mnie za przegub ręki i pociągnął w jakimś kierunku.
Wbiegliśmy na górę i usiedliśmy z samego przodu. Zaraz za nami usiadł Krzysiek. Wiki w tym czasie podobno była na samochodzikach z Kubusiem. On był taką osobą, która nie mogła zostać sama i zawsze ktoś musiał bawić się z nim.
 - Mam nadzieję, że przez ciebie nie ogłuchnę! – krzyknąłem do niego, gdy ruszyło.
Wyszczerzył się tylko i zaczął machać do ludzi będących na dole.
No cóż… Cała moja nadziej poszła się – sami wiecie co – kiedy karmelowłosy zaczął się wydzierać przy kolejnej jeździe do góry nogami. Pozostało mi tylko śmiać się z niego. Kiedy zeszliśmy, odkryłem, że wiatr zawędził mi gumkę do włosów.
 - No nie! – jęknąłem, próbując jakoś je ogarnąć.
 - Zostaw. – Pacnął mnie w rękę i sam zaczął te moje nieszczęsne kłaki układać. – Tak też jest dobrze, serio.
 - No nie wiem… - mruknąłem.
 - Ale zaje… Ekhem… Znaczy fajne – poprawiła się moja córcia – masz teraz włosy.
W sumie to nigdy nie zabroniłem jej przeklinać… Wiedziałem, że i tak prędzej, czy później by zaczęła to robić.
Spojrzałem na nią sceptycznie.
 - No nie wiem…
 - No kurwa, przecież ci mówimy – oburzył się ukochany. Widząc mój karcący wzrok, wskazał gdzieś ręką. – Krzysiek już zabrał Kubę, więc nie usłyszy żadnego przekleństwa ode mnie. 
 - Dobra – westchnąłem.
 - On może kląć, a ja nie? – spytała lekko urażona nastolatka.
 - Kiedy mówiłem, że nie możesz? – Jej wzrok… Tak, lubię szokować bliskich. – O ile nie będzie to co drugie słowo… przez to twoje słownictwo nie może zubożeć, ale nie przypominam sobie, żebym… No jest wyjątek – przy twoim młodszym braciszku, on nie wie co to znaczy i im później zacznie tym lepiej.
Otworzyła szeroko usta. Rozbawiony zamknąłem jej szczękę. Zarumieniła się lekko. Wzruszyła ramionami i wskazała na jedną z bardziej ekstremalnych karuzel.
 - Idziecie?
Skinąłem głową i ruszyliśmy.
Do końca moja fryzura zdążyła się całkowicie zepsuć, ale bliscy ciągle ją wychwalali i zaczynałem się zastanawiać, kto ma coś nie tak z głową – ja, czy oni?
Wybawieni usiedliśmy przy stole w barku z hamburgerami i hot-dogami. Marek skończył pierwszy i spojrzał na nas uważnie. Niepokój powrócił.
 - Słuchajcie… Chciałem wam coś powiedzieć. Chodzi o moją karierę…
Wszyscy milczeli, czekając, aż będzie kontynuował. Nawet Kuba.
 - Wracam na scenę i… - Westchnął ciężko, patrząc na nas niepewnie. – Wyjeżdżam na trasę koncertową po Europie. Za miesiąc.
 - Tak szybko? – spytała córcia. - Myślałam, że organizacja tego wszystkiego trwa dłużej.
 - Bo tak jest, lecz Vana najwyraźniej jest bardziej ogarnięta niż na taką wygląda. Sam byłem zaskoczony, ale skoro… - Przerwałem jej:
 - Zabrałeś nas tutaj, żeby nam o tym powiedzieć, tak? – ledwo trzymałem nerwy na wodzy.
Przymknął powieki.
 - Tak. Chciałem, żebyśmy spędzili ten dzień miło i rodzinnie, a później…
 - …a później go zje… - w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
 - Kochanie… - Położył rękę na moim ramieniu.
Spojrzałem na resztę przepraszająco i pociągnąłem go za rękę na bok.
 - Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?!
 - Marcin, proszę uspokój się. To tylko trzy i pół miesiąca…
 - TYLKO?! Może dla ciebie to nic, ale… - Musiałem odczekać chwilę, żeby móc się uspokoić. – Słuchaj, ja już kilkanaście lat temu dowiedziałem się jednym twoim wyjeździe, teraz drugi? Kiedy jechaliśmy tutaj, miałem złe przeczucia, ale uznałem, że to nic takiego, zwykły sobotni wyjazd, nie mogę być tak podejrzliwy, nawet jeśli zachowujesz się jakbyś chciał coś przede mną ukryć. Nawet nie chodzi o tą twoją pierdoloną trasę; chcesz koncertować? OK. Widzę, jaką ci to sprawia przyjemność, a jesteś dla mnie bardzo ważny… bardziej ode mnie samego. Tylko… Sam nie wiem! Nie wiem dlaczego mnie tak tym wkurwiłeś, dobra? Liczyłem na milszy koniec tego dnia, a nie…
 - Może być bardzo przyjemny. – Przejechał ręką po mojej piersi. Odepchnąłem ją.
 - Doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie o to mi chodzi!
 - Tak! Po prostu, błagam uspokój się. Kocham cię, dla mnie to też jest długa rozłąka. Wiedziałem, że prędzej, czy później dojdzie do tego, ale nie sądziłem, że tak szybko…
Przymknął powieki i oparł się czołem o moje ramię. Poczułem, iż faktycznie przesadziłem. Objąłem go, czując jak drży.
 - Skarbie, nie płacz. Przepraszam, nie chciałem… Zdenerwowałem się bezpodstawnie, ja tylko nie chcę, żebyś wyjeżdżał, a do tego cały dzień byłem jak bomba, która tylko czekała, aż wybuchnie. Ty pociągnąłeś za spust, ale chyba też ją zamontowałeś we mnie swoim podejrzanym zachowaniem. Zrozum nic przede mną nie ukryjesz… nie swoje emocje. Boli mnie, kiedy widzę, że udajesz, nie jesteś ze mną szczery. Wybacz.
 - Mówisz, iż to moja wina, jednocześnie przepraszając. Nie rozumiem.
Zaśmiałem się i pocałowałem go w czubek głowy.
 - To nie tak. Naprawdę przepraszam, nie wiem co mi odbiło. Wracamy do dzieciaków?
 - Mhm – zamruczał mi w bluzkę. – Chwila, bo pewnie teraz jestem czerwony na twarzy.
 - Jak dla mnie zawsze jesteś piękny.
 - Bo się zarumienię – zażartował.
Pochyliłem się bliżej jego ucha i wyszeptałem:
 - Sądzę, że już to zrobiłeś.
Uderzył mnie swoją piąstką w pierś, śmiejąc się uroczo.
 - Jesteś wredny.
 - Uczę się od najlepszych.
Staliśmy tak jeszcze chwilę.
 - Pedały – usłyszałem, gdzieś za plecami.
Widziałem, jak mój ukochany obserwuje trójkę chłopaków, mijających nas i krzywo patrzących w naszą stronę. Uniósł środkowy palec w ich stronę.
 - Spierdalaj – syknął.
O dziwo podziałało – natychmiast odwrócili wzrok i skręcili w drugą stronę.
 - Ha, ha! Jesteś przerażający – wyszeptałem. – Chodź.
Uśmiechnął się dumnie i skinął głową. Ruszył pierwszy, ale zaraz go dogoniłem.
 - I bardzo uroczy – dodałem.
Natychmiast się schyliłem, żeby uniknąć jego ręki szybującej w moją stronę.
 - Jeszcze jedno słowo – pogroził.
 - Tak, tak. Ja ciebie też.
No to się zdenerwował… Śmiejąc się, zacząłem uciekać, lawirując między stolikami.
 - Już jak ci pokaże, jak uroczy potrafię być! – krzyczał za mną.
Usiadłem przy stoliku i jakby nigdy nic dorwałem się do hamburgera. Zmrużył oczy i niepewnie usiadł obok.
 - Moja przyszła żoncia się troszkę… Auć! – oberwałem w głowę.
Wszyscy się śmiali, tylko Marek obrócił się obrażony i musiałem się z nim godzić pocałunkiem. Nie odsuwałem się, póki nie uległ.
Wszyscy zadowoleni postanowiliśmy powoli zbierać się do domu.


czwartek, 1 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 15.

Rozdział 15.
Dwa tygodnie później…
Wróciłem do domu ciesząc się jak nigdy, że jeszcze tylko kilkanaście dni i wakacje. Ach ten przywilej nauczyciela…
Kilka godzin temu dostałem SMS’ a od Marka. Podobno znalazł kogoś odpowiedniego na pracę jego menadżera. Miała przyjść do nas popołudniu (znowu, jakby nie było innych miejsc, ale w sumie mi to, aż tak nie przeszkadza…).
Wiki zabrała Kubusia na plac zabaw, a Krzysiek szwenda się gdzieś z Łukaszem, więc byliśmy sami. Też chciałem wyjść, ale uparł się, że mam zostać. Cóż, zgodziłem się.
Punktualnie o szesnastej rozległ się dźwięk dzwonka. Marek poszedł otworzyć. Zaraz rozległ się pisk jakiejś dziewczyny.
 - Przepraszam, najmocniej przepraszam. Jestem pana wielką fanką i… Ekhem… Powinnam być bardziej profesjonalna… Ja… - próbowała sklecić zdanie, wchodząc do salonu z moim narzeczonym.
Była niziutka i szczuplutka, miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Rude włosy zaplątała w kok, co chwilę wypadały z niego niesforne kosmyki, które musiała poprawiać. Dodatkowo na głowie zawiązana była czarna bandana. Uszy zdobiły wielkie kolczyki koła, a usta podkreślone czerwoną szminką. Nosiła pstrokatą bluzkę na grubych ramiączkach, odsłaniającą jej pępek, dziurawe dżinsy, a na nogach rzymianki na koturnie. Każdy paznokieć był pomalowany na inny kolor i wzór, na nadgarstkach miała kilka rzemyków. W rękach ściskała jakiś notes, długopis oraz telefon.
 - Nie szkodzi – zaśmiał się.
Uroczy rumieniec pojawił się na jej twarzy.
Zaraz mnie ujrzała i uśmiechnęła się delikatnie.
 - Vanessa. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
Wstałem i uścisnąłem ją.
 - Marcin.
 - No, to skoro wszyscy się znają to możemy przejść do konkretów – zarządził ukochany.
Usiadłem obok niego na kanapie, a dziewczyna na fotelu naprzeciwko.
 - Jestem w domu Marka Pająka (tak, karmelowłosy nie chciał zmieniać nazwiska na takie jak jego przybrani rodzice) – ekscytowała się po cichu. – Em… To znaczy… 
 - Czy ona nie jest urocza?
 - Jest – potwierdziłem.
 - Uznałem, że będzie idealna, bo jest jeszcze młoda i niedoświadczona, dzięki czemu nie myśli o mnie jak o pieniądzach, a człowieku.
Skinąłem głową.
Oparł się o mój bok, wciągając nogi na sofę.
 - Już wszystko ustaliliśmy, czy masz jakieś pytania, chcesz coś zmienić? – spytał.
 - N-nie! Jest dobrze. Jeszcze nie współpracowałam z żadną gwiazdą, ale zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pan nie żałował.
Ona serio była słodziutka.
Marek zadowolony klepnął swoje uda i wstał. Pochylił się, żeby mnie pocałować. To trwało tylko moment, sekundę, ale… Chyba zawsze będę kochać te usta.
 - To ja zaraz wracam, tylko przyniosę papierki i długopis.
 - O-czywiście… - Vaneska była czerwona jak… jej usta i włosy. Cała głowa zlała się w jedno.
 - Trochę stanowczości młoda,  bo jeszcze ci na głowę wejdzie i nie będziesz mogła sam zdecydować, czy możesz iść do łazienki  - zażartowałem.
 - No wiesz?! Wydałeś jej moje szatańskie plany! – niby się oburzył.  
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
Wyszedł, a ja zostałem sam z rudą. Miała opuszczoną głowę i nerwowo bawiła się rogiem notesu.
 - No, nie stresuj się tak.
Podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się nieśmiało.
 - Przepraszam.
 - Nic się nie stało, tylko mówię na przyszłość.
Marek coś długo nie wracał, ale zapewne po wczorajszym przemeblowaniu półki z wszystkim, nie może znaleźć tego co potrzebuje.
 - Już wróciliśmy! – rozległ się głos Wiktorii. – Kuba jest głodny, więc przyjechaliśmy z powrotem. I tak dobrze, że nauczyłam go w końcu jeździć na rowerze, bo… Och. – Weszła do salonu. – Dzień dobry.
 - Cześć! – Vaneska pomachała do nastolatki. – O, a kto to się tam kryje? – spytała słodziutkim głosikiem mojego synka, który zawstydzony stał w korytarzu, wychylając tylko nieśmiało głowę. Zaraz pojawił się Marek i wziął go na ręce. Razem usiedli na sofie.
 - Przywitaj się z gościem – powiedział do najmłodszego. – To jest Vanessa.
 - Mm… - zamruczał mu w bluzkę, nie podnosząc wzroku.
Zaśmiałem się i pogłaskałem go po czuprynie.
Rudowłosa przykucnęła przy dziecku, szeroko się uśmiechając.
 - Co taki nieśmiały jesteś? Taki duży chłopiec? Może chciałbyś lizaka, hm? Mam jeszcze jeden, ale myślę, że nic się nie stanie jeśli ty go zjesz.
Niepewnie na nią zerknął, a ona na mnie pytającym wzrokiem. Skinąłem głową na tak. Wstała i otworzyła notes. Do pierwszej strony miała przyklejoną słodycz w kształcie serduszka. Odkleiła i podała najmłodszemu. Zaraz usiadł prosto i rozpakował go.
 - Dzenkuę – powiedział z lizakiem w ustach.
 - Proszę. – pogłaskała go po główce.
 - Proszę przeczytać i jeśli wszystko się zgadza, podpasać tutaj – Marek wskazał na miejsce na kartce.
Tak też zrobiła i szczęśliwa oddała mu umowę.
 - Liczę, ze mnie nie zawiedziesz. – Uśmiechnął się słodko.
 - Może pan…
 - Możemy przejść w końcu na ty?
 - Em… Tak, tak, oczywiście! Możesz na mnie liczyć – poprawiła się.
Posadził Kubusia na kanapie i objął ją ramieniem.
 - A więc poznajcie moją nową panią menadżer – przedstawił ją. – A teraz, Vana, wybacz, ale muszę nakarmić tego szkraba – wskazał… na mnie.
Uniosłem brew do góry zawzięcie walcząc z kącikami moich ust.
 - Słucham?
 - Jeszcze nic nie jadłeś – wzruszył ramionami. – Wytłumacz mi jak ja to wytrzymuję – czwórka dzieci w jednym domu – westchnął.
Vanessa zaśmiała się i cmoknęła go w policzek.
 - Moim zdaniem ich kochasz, ale co ja tam wiem…?
 - Eh… Miłość to trudna sztuka… Zwłaszcza, kiedy kochasz na zabój kogoś kto ma trójkę dzieci.
 - Sam jesteś jak dziecko. – Puściłem mu oczko.
 - Naprawdę? – spytał trochę zbyt sugestywnym tonem.
Odchrząknąłem niepewnie.
 - A już kosmitą na pewno – stwierdziłem.
 - Cii, bo ktoś usłyszy!
Znowu po pokoju rozeszły się kolejne salwy śmiechu. 


Do czytelników.

Cześć! Dziś żegnamy naszego druha - Wakacje. Będziemy za nim tęsknić. Na szczęście za niedługo powróci, a my z utęsknieniem od pierwszego dnia będziemy odliczać za ile powróci do nas z nowymi przygodami :)
Chcę życzyć wam z tej okazji wszystkiego najlepszego, bo nie mam pomysłu ani czasu na jakieś krótkie opowiadanko na poprawę humoru ://
Milly (~_~)