wtorek, 15 marca 2016

Testament - Rozdział 1.

Rozdział 1.
Spakowałem do plecaka notes z planem wakacji oraz kawałek makowca babci. Założyłem kurtkę, szalik, czapkę, rękawiczki, zimowe buty i narzuciłem na plecy bagaż. Dawno nie było takich mroźnych świąt.
 - Wychodzę! – krzyknąłem do domowników.
Mama zaraz pojawiła się obok.
 - Znowu do pana Zenka? – spytała.
 - Tak. Przecież nie może Wigilii spędzić sam, a przy okazji podzielę się z nim pomysłem odnośnie wyjazdu…
 - A ty znowu o tym… Studia najpierw skończ, a nie. Wiem, że łatwo przyswajasz historię, ale i tak musisz się uczyć, natomiast ty tylko przesiadujesz u niego.
Westchnąłem.
Pocałowałem ją w oba policzki i otworzyłem drzwi.
 - Postaram się szybko wrócić. Pa! - Pomachałem jej.
Wybiegłem z mieszkania. Widząc jak zasypało mi samochód, postanowiłem odpuścić i przejść się ten kawałek. Staruszek mieszkał na tym samym osiedlu, więc droga nie zajęła mi dużo czasu. Po chwili już wbiegałem po schodkach na trzecie piętro.
Zapukałem kołatką z wilczym pyskiem, ale nikt mi nie otwierał. Spróbowałem jeszcze raz.
Przyjrzałem się zwierzakowi i zaśmiałem na myśl, jak to przeszkadzało poniektórym sąsiadom. Dopiero po czasie zaakceptowali styl dziadka.
Do trzech razy sztuka! – pomyślałem i znowu rozległo się pukanie. Nic.
Zdziwiłem się.
Pewnie wyszedł na chwilę. Zaczekam na niego w środku.
Wyjąłem klucze i otworzyłem drzwi.
Dostałem je kiedy pewnego dnia musiałem długo na niego czekać, bo postanowił przejechać się do pobliskiego lasu, zapominając o naszym spotkaniu. Trochę się na niego naczekałem…
Zaskoczyło mnie zapalone światło. Wzruszyłem ramionami i powiesiłem ubrania na wieszaku. Chuchnąłem w dłonie i potarłem nimi, żeby się ogrzać. 
Postanowiłem zrobić sobie herbaty. Staruszek miał jakąś specjalną z Indii. Pyszna! Włączyłem wodę w czajniku i wyjąłem czerwony kubek. Wolałem je od szklanek, filiżanek, bo można było ogrzać sobie ręce. Nasypałem trochę herbaty i czekałem. Kiedy rozległo się gwizdanie oznajmiające, zagotowanie się wody, nalałem do kubeczka. Wymieszałem i ogrzewając łapki, poszedłem do salonu, zaczekać. Przy okazji mogłem trochę pograć na fortepianie. Nauczył mnie tego jakiś czas temu, a jego, jego ciotka.
Wszedłem do pokoju. Zaraz naczynie z gorącą cieczą wylądowało na podłodze, roztrzaskując się. Nie zwróciłem na to uwagi dalej stojąc w szoku i wpatrując się w jeden punkt. Pana Zenka.
Leżał na podłodze nieprzytomny.
Kiedy otrząsnąłem się, natychmiast podbiegłem do niego.
 - Halo! Proszę się obudzić! – Próbowałem go ocucić, lekko bijąc w oba policzki.
Nic.
Przerażony próbowałem sprawdzić mu puls.
Nic.
Wyciągnąłem telefon ze spodni i natychmiast wybrałem 999. Wyjaśniłem kobiecie, która odebrała, co się stało. Zadawała mi jeszcze kilka nieistotnych, a przynajmniej tak mi się wydawało, pytań, zaspanym głosem. Odpowiadałem zniecierpliwiony. Kiedy w końcu się rozłączyła, dotarło do mnie to co się stało. Zacząłem płakać. Dobrze, że siedziałem na dywanie, bo chyba bym nie ustał o własnych siłach. Ukryłem twarz w dłoniach i zacząłem się nawet modlić, żeby tylko nie umarł.
Po dziesięciu minutach przyjechała karetka. Wpuściłem ratowników do środka, przerażony. Moje obawy zostały potwierdzone. Nie żył.
Dostałem jakieś leki uspokajające.
 - Pan jest kimś z rodziny? – spytał jeden z lekarzy.
 - Nie. Przyjaźniliśmy się.
Dziwnie na mnie spojrzał, ale nie skomentował tego, jedynie coś zanotował.
 - Powiadomi pan jego bliskich?
 - Ja… - Musiałem przerwać, gdyż znowu zaniosłem się płaczem. - On nie miał nikogo poza mną – wyjaśniłem, kiedy się już trochę uspokoiłem. – Część rodziny, w tym żona i dzieci nie żyją. Zostałem mu tylko ja i jego wnuk, ale nawet go nie znam. Mieszka za granicą i nie utrzymują kontaktów.
 - Rozumiem… Jest pan pełnoletni?
Skinąłem głową.
Nie byłem w stanie odpowiadać na więcej pytań.
Zadzwoniłem po mamę i nie potrafiąc jej składnie, sensownie wyjaśnić o co chodzi, po prostu poprosiłem, żeby przyszła po mnie. Przestraszona, co mi się stało obiecała natychmiast się pojawić.
Kiedy przyjechała, musiała być przerażona widząc karetkę pogotowia, przed blokiem.
 - Synku, co się stało??? – podbiegła do mnie. – Nic ci nie jest???
 - On… On nie żyje… - wydukałem.
Nie miałem już siły płakać, ale od tego zaschło mi w gardle.
Przytuliła mnie
 - Kto? – spytała głupio.
 - A jak myślisz?!
Mimo to objąłem ją, szukając pocieszenia.
 - Jak to się stało?
Pokręciłem głową, przy okazji wycierając twarz w jej bluzkę.
 - N-nie wiem… Jak przyszedłem to już… To już leżał.
Zabrała mnie do domu, a ja otępiały po lekach dałem się jej prowadzić. U siebie, w pokoju długo leżałem, nie mogąc zasnąć. W końcu poszedłem po proszki nasenne i po nich zmorzył mnie sen.
W tamtym dniu straciłem część mojego serca. Została wyrwana i bezpowrotnie wyrzucona.


poniedziałek, 14 marca 2016

Testament - Prolog.

Prolog.
Wracałem spacerkiem ze szkoły. Słońce świeciło, na niebie nie było ani jednej chmurki. Było gorąco, a ja się bardzo cieszyłem, że to oznacza zbliżające się wakacje.
Nagle zobaczyłem starszego pana taszczącego jakiś wielki karton. Wyglądał na zmęczonego. Szkoda mi się go zrobiło i podbiegłem do niego.
 - Dzień dobry! Pomóc panu? – spytałem.
Przyjrzał mi się uważnie, a później uśmiechnął się życzliwie.
 - Dziękuję. Mieszkam na drugim piętrze, a do tego jest tak gorąco… Zawsze przyda się dodatkowa para rąk.
Odłożyłem plecak na chodnik i chwyciłem karton z jednej strony. Oboje spróbowaliśmy go zanieść do mieszkania mężczyzny. To coś co było w środku było ciężkie, ale daliśmy radę. Odetchnąłem zmęczony i wytarłem pot z czoła.
 - Co to jest?
 - Obraz – wyjaśnił.
Wyjął ładnie zdobiony scyzoryk z kieszeni, aby rozciąć pudełko.
 - Taki ciężki?
 - Jest duży, ale to jego rama najwięcej waży. Ma już swoje lata, teraz takich nie robią.
Zainteresowałem się i poczekałem, aż pokarze mi to dzieło.
Moim oczom ukazał się piękny widok sawanny, z najdrobniejszymi szczegółami. Złota rama faktycznie wyglądała na ciężką, ale zarazem bardzo piękną.
 - Fajny. Skąd pan go ma?
 - Kiedyś wyjechałem do RPA i natrafiłem na niego. Nie mogłem się powstrzymać przed zakupem.
Moje oczy rozszerzyły się i patrzyły na niego z podziwem.
 - Wow… To pan jest podróżnikiem?
Uśmiechnął się i usiadł na fotelu.
 - Lubię zwiedzać świat, co nie do końca podoba się mojej rodzinie, bo często mnie nie ma. Tylko ostatnio już nie jeżdżę, gdyż zrozumiałem, że samemu to nie to samo… Niestety nikt z rodziny nie podziela mojej pasji. Pozostały pamiątki i wspomnienia.
Oburzyłem się.
 - No co pan! Tak rezygnować z marzeń! Trzeba robić to co się lubi, a nie narzekać, bo nie ma pan z kim zwiedzać. Znajdzie się ktoś taki.
Potarmosił moje włosy.
 - Ile masz lat chłopczyku?
 - Dziesięć, a pan?
 - Pięćdziesiąt pięć. Stary jestem, co?
 - To tym bardziej powinien pan robić to co się lubi! Starsi ludzie już nie mają tyle czasu na odkładanie wszystkiego na później!
Staruszek zaczął się śmiać.
- Jakiś ty bezpośredni.
Nagle przypominałem sobie o plecaku.
 - O… To ja zaraz przyjdę, tylko wezmę…
 - Twoi rodzice pewnie będą się martwić – wszedł mi w słowo. – Jak chcesz to możesz wpaść na przykład po obiedzie.
 - Z chęcią! A opowie mi pan co nieco o pańskich podróżach?
Skinął głową.
Wybiegłem i podekscytowany odliczałem minuty, aż wrócę do tego staruszka.
Uwielbiałem takie historie, a nie ma to jak na żywo posłuchać, bo zawsze można dopytać. Polubiłem go i coś czułem, że zapowiada się przyjaźń na wiele lat… Sam miałem mało przyjaciół, bo nie interesowałem się tym co wszyscy – piłka nożna, samochody, gry komputerowe, a trochę starsi – dziewczyny.
Po obiedzie od razu pobiegłem do nowo poznanego faceta. 

niedziela, 13 marca 2016

Do czytelników.

Cześć! Przepraszam, iż tak późno dodaję kolejne opowiadanie, ale zaczęłam pisać to, z którym mam problem odnośnie tytułu i pomyślałam, że w międzyczasie coś wymyślę, ale najwyraźniej nic z tego. W zamian za to dodam inne. Nie byłam pewna jakie, ale nagle wpadałam na pomysł na tytuł jednego, nawet trochę weny przybyło i oto jest! Testament 
Zapraszam do czytania!
Milly (A_A) 

czwartek, 3 marca 2016

Wakacyjny romans - EPILOG

EPILOG.
Dwa miesiące później…
Zostałem na stałe we Włoszech. Mama kręciła nosem, że uciekam od niej tak daleko, ale w końcu zaakceptowała to. Gabi również narzekała, równocześnie wspierają mnie i trzymając za nas kciuki.
Nie zrezygnowałem z pracy. Miałem taki zamiar, lecz okazało się, że szefostwo tak mnie ceniło, iż zaproponowali podwyżkę i możliwość pracy na odległość, to znaczy mogłem się komunikować za pomocą Internetu, a tylko od czasu do czasu wpadać do pracy, więc zarazem miałem odwiedzać rodzinę, przyjaciół i wpadać na chwilkę do biura. To mi nawet odpowiadało. Dodatkowo pracowałem w jednej z restauracji, bo jak się okazało było ich kilka, mojego chłopaka. Jak tylko spróbował jednego z moich dań, natychmiast mnie tam zatrudnił. Gabryśka była wniebowzięta, w końcu to ona narzekała, że się marnuję, jako grafik. Dobry, ale kucharz lepszy, jak to ona mówiła.
Mieszkaliśmy w mieszkaniu kupionym, w pobliżu jednej z restauracji, tej gdzie byłem zatrudniony. Życie z nim śmiało mogę porównywać do bajki.

Przygotowywałem dla nas kawy, czego nauczył mnie mój chłopak. Znaczy wcześniej umiałem, ale to w niczym nie przypominało tej włoskiej albo po prostu tej zrobionej przez pewnego Włocha.
Nagle zadzwonił telefon. Zdziwiony zerknąłem na wyświetlacz, a zaskoczenie się powiększyło, kiedy zobaczyłem kto dzwoni.
 - Nie odbierasz? – spytał mój chłopak, przytulając mnie od tyłu.
Pokazałem mu wyświetlacz.
 - Aa… No to odbierz.
 - Ale…
Wskazał głową na komórkę.
Westchnąłem i spełniłem jego polecenie.
 - O co chodzi?
 ~ Zawsze jesteś taki nie miły dla swoich ex?
 - Tylko dla tych wyjątkowych. Czego?
 ~ Widzisz… Ja to przemyślałem i doszedłem do wniosku, że spróbuję jeszcze raz. Nie możemy zacząć wszystkiego od nowa?
 - Widzisz… - Brunet zaczął całować mnie po szyi, a ja domyśliłem się szybko o co mu chodziło. – To raczej nie będzie możliwe. Mm… Czekaj! – zwróciłem się do chłopaka, puszczając mu oczko. – Rozmawiam.
 - Kiedy ja chcę cię już w sypialni. Chociaż kuchnia też jest OK…
 - Chwila! Halo, Błażej?
 ~ Ty… Ty masz kogoś??? Jasne... Kto by z tobą wytrzymał…
Z trudem opanowałem emocje. Usta ukochanego, zdecydowanie mi to ułatwiały.
 - A widzisz, jednak ktoś się znalazł. Pamiętasz jak ci wspominałem, że we Włoszech jest tak super? Plaże, morze, miasto, faceci… No to jeden facet okazał się ponad przeciętną i tak myśląc o naszym związku to myślę, iż nawet na początku nie było choć w połowie tak dobrze jak z nim.
 ~ Pieprzysz, żeby mnie zdenerwować.
 - Pieprze? Ciebie? Nie… Marcello za to jest w tym doskonały… - Czułem jak się uśmiecha, dalej nie przerywając całować moją skórę.
 ~ A ja chciałem dać ci jeszcze jedną szansę!
 - Ty, mi? – Parsknąłem śmiechem. – Muszę kończyć. Tak swoja drogą to jestem za granicą, wiec nie dzwoń, bo dużo będzie cię to kosztować. Nie tylko nerwów.
Rozłączył się.
 - No popatrz…
 - Jak ty z nim mogłeś być? – spytał.
 - Nie wiem. – Po chwili dodałem: - Wspominałeś o sypialni, bądź kuchni… Mam nadzieję, że myślimy o tym samym, a do tego to jest dalej aktualne…
Obrócił mnie przodem do siebie.
 - Jak najbardziej.
Zaraz posadził mnie na blacie i zaczął namiętnie całować.
Kochałem tego faceta. Jego głos, dotyk, ciało, charakter, dobre oraz złe strony… Całego. Nie wyobrażałem sobie, jakby wyglądało moje życie bez niego i nie zamierzałem. Najważniejsze było nasze uczucie, które nigdy nie gasło, nawet mimo drobnych sprzeczek, które potrafiliśmy zażegnać w bardzo przyjemny sposób. Potrzebowałem go jak powietrza, a on nieustannie pokazywał mi jak bardzo jemu również na mnie zależało.
 - Kocham cię… - powiedziałem, dochodząc i czując swojego partnera całym sobą, ciałem i sercem, przy sobie.
To nie były puste słowa, a za razem takie piękne. Podobno jak się je mówi non stop to tracą tak na znaczeniu. W naszym przypadku niezależnie od języka, chwili, zawsze były równie ważne.
 - Ja ciebie też.

KONIEC!

Wakacyjny romans - Rozdział 11.

Rozdział 11.
Dwa dni później…
Jechałem samochodem z moim chłopakiem, oglądając widoki.
Przez ostatni czas nie rozstawaliśmy się na dłużej niż pięć minut, a i to zdarzało się rzadko. Czułem się jak zakochany szczeniak, ale dobrze mi było z tym.
Tamtego dnia wybieraliśmy się do jego rodzinki. Chciał osobiście przeprosić, że tak nagle wyjechał, sprawdzić jak się czuje matka, a przy okazji mnie przedstawić. Nie miałem nic przeciwko, mimo krótkiej znajomości, bo czułem, iż tak łatwo żaden z nas nie wypuściłby tego drugiego. Tylko trochę się stresowałem, jak zareaguje na mnie jego rodzina. Podobno nie miała nic przeciwko jego orientacji, to oni okazali się największym wsparciem, kiedy odkrywał siebie, ale ja i tak bałem się, czy mnie zaakceptują.
 - Wyluzuj. Na pewno cię pokochają – powiedział, podjeżdżając pod ładny domek.
Cały był z kamienia, jedno piętrowy. Otaczały do drzewa, krzewy od drugiej strony, a od „ulicy”, bo to bardziej szeroką ścieżkę przypominało, zakończoną chodnikiem zrobionym chyba z tego samego co mury budynku, oraz wschodu był ładny ogródek, a zachodu piękny widok na morze. Całość była na górce, w odosobnieniu od innych ludzi, będących oddalonych najwcześniej pięć-dziesięć minut pieszo.
 - Pięknie tu… - stwierdziłem.
 - Mi też się podoba, dlatego często wracam. Idziesz?
Kiwnąłem głową i wysiadłem z samochodu. Nim zdążyliśmy podejść do drzwi z ciemnego drewna, otwarły się. Moim oczom ukazała się kobieta około pięćdziesiątki. Miała czarne włosy z siwymi pasemkami, związane w kok, koszulę w czerwoną kratkę oraz dżinsowe rybaczki, a na stopach czarne trampki. Uśmiechała się życzliwie, dzięki czemu koło jej oczu robiły się zmarszczki, ale nie ujmowały jej z wyglądu.
 - Ciao! – przywitała się.
Ucałowała bruneta w oba policzki, a później przyjrzała mi się uważnie.
 - Nawet nie próbuj skrzywdzić mojego synka, bo mnie popamiętasz!
 - Ja… Ja nigdy…
 - Ha, ha! To ty jesteś Polakiem, powinieneś lepiej mówić w swoim języku.
 - Em… Przepraszam.
Mój chłopak objął mnie ramieniem.
 - Darek trochę się stresuje.
 - Ej! Jak mogłeś mnie wydać?! – oburzyłem się.
Zaśmiał się i cmoknął w policzek.
 - Nie bój się! Żartowałam, przecież widzę jaki jest przy tobie szczęśliwy. – Uśmiechnęła się i przytuliła mnie. – Witaj w rodzinie! Jestem Valentina.
Odwzajemniłem uścisk, również się przedstawiając.
Puściła mnie, ale zaraz dopadł mnie pies. Byłem tak zaskoczony, że nim się zorientowałem wylądowałem na ziemi, a golden retriever podpierał łapy o mnie i lizał po twarzy. Śmiałem się, próbując wydostać się spod psinki.
 - Asti! – zawołał mój chłopak.
Asti…? Coś mi to imię przypomina…
Udało mi się chociaż usiąść, a zwierzak zakończył wreszcie wylewne powitanie. Potargałem go za uszami i zerknąłem na obrożę.
 - Może to zbieg okoliczności, ale nie znam cię przypadkiem? – spytałem psa, a ten spojrzał na mnie jakby wszystko rozumiał.
 - Skąd? – spytał Marcello, podając mi rękę, żeby pomóc mi wstać.
 - Buongiorno! – Pojawił się ten sam facet, którego spotkałem na plaży.
Najwyraźniej też mnie rozpoznał, bo zdjął okulary i bardziej mi się przyjrzał.
 - Jaki świat jest mały… - stwierdził. – Najwyraźniej nie tylko psy cię uwielbiają i słuchają, ale również skradłeś serce mojego braciszka. Gilberto. – Wyciągnął rękę żeby się przywitać.
 - Dariusz.
 - Darek, możesz to wyjaśnić?
 - Nie bądź zazdrosny! Wiesz, że mam żonę, nie jestem gejem, a poza tym nie ignoruj mnie! Zwracasz się do swojego kochasia, a ja jestem powietrzem?! – niby się oburzył.
Westchnąłem i pomyślałem, że chyba świetnie by się dogadał z Gabi, choć dwie takie same osoby to chyba nie najlepszy pomysł… Jedna to już dużo!
 - Pierwszego dnia Gabryśka wyciągnęła mnie na plażę i tam za pośrednictwem Astiego się poznaliśmy. A ja myślałem, co on wygaduje, a tu zamiast po angielsku, umie po polsku! – ostatnie słowa bardziej skierowałem do drugiego z rodzeństwa.
Poznałem jeszcze jego ojca Riccardo, bratową Alinę, babcie Beatrice oraz bratanków Carlo i Dario. Taka wielka rodzina.
Wszyscy przyjęli mnie do siebie jak swojego, a golden nie odstępował nawet na krok, przez co Marcello był zazdrosny o mnie, natomiast Gilberto o psa. Dobrze się u nich czułem i naprawdę pokochałem tą rodzinę jak własną.
Popołudniu siedzieliśmy na dworze, popijaliśmy wino, jedliśmy przekąski i rozmawialiśmy. W międzyczasie ktoś przyniósł gitarę, która co chwila przechodziła z rąk do rąk. Jedni śpiewali inni grali, a że ja nie znałem żadnej z tych piosenek to tylko się przysłuchiwałem i od czasu do czasu coś wtrąciłem, przy refrenach.
Sięgnąłem po butelkę wina, żeby sobie dolać, kiedy usłyszałem brzdęk strun gitary i głos mojego chłopaka. Odwróciłem się w jego stronę. Sam grał, sam śpiewał. Nie znałem tej piosenki, ale słysząc te dwa słowa przebijające się ciągle w niej i czując wzrok ukochanego na sobie…
Czułem, że z każdym dniem, godziną, minutą zakochiwałem się w nim coraz bardziej. Chciałem, żeby ta baśń, w której wtedy żyłem nigdy się nie kończyła.


Wakacyjny romans - Rozdział 10.

Rozdział 10.
Tydzień później…
Szedłem ku lotnisku z przyjaciółką, czując wielką ulgę. Za dużo wspomnień się kryło w każdym zakamarku tamtego miasta.
 - Szkoda wracać. Zostałabym tu na zawsze. – Ostatni raz obejrzała się na Włochy.
 - A ja się cieszę, iż to koniec.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
 - Myślałam, że ci się podobało.
Westchnąłem i mimowolnie obróciłem się, żeby pożegnać się z tym pięknym miejscem.
 - Owszem, ale nie umiałem się tym cieszyć.
Przez chwilę milczała, lecz długo i spokojnie nie wytrzymała.
 - Idioto! Jesteś skończonym kretynem! Ja już myślałam, że ci przeszło, a ty mi po prawie dwóch tygodniach mówisz coś takiego?! Udawałeś?!
 - Dla ciebie – stwierdziłem nad wyraz spokojnie.
Otwarła wymalowane czerwoną szminką usta, ale zaraz znowu je zamknęła, przez co wyglądała jak ryba. Najlepiej ta rozdymka.
 - Naprawdę? – spytała skruszona.
Kiwnąłem głową i nie chcąc kontynuować tej rozmowy ruszyłem przed siebie. Gabi od razu podbiegła na swoich szczudłach, chyba piętnastocentymetrowych.
Siedzieliśmy i czekaliśmy na swoją kolej, aż tu nagle…
 - Darek! – wyrwał mnie z zamyślenia TEN głos.
Spojrzałem na przyjaciółkę, żeby się dowiedzieć, czy nie zwariowałem, ale ta już się odwracała w kierunku, z którego biegł wysoki, umięśniony brunet. Wstałem i podszedłem do niego. Kiedy już przede mną stanął, oparł dłonie o uda i uniósł palec to góry sygnalizując mi, żebym zaczekał, a sam próbował wyrównać oddech.
 - Bieg w taki upał to chyba nie jest najlepszy pomysł. Już dawno nie było tu, aż takich temperatur – powiedział.
 - Co ty tu robisz?
Podniósł na mnie wzrok i przytulił. Stałem w osłupieniu, w końcu jednak również go objąłem. Czułem się w jego ramionach taki drobny, ale również bezpieczny…
 - Przepraszam. Miałem już iść na o spotkanie z tobą, tylko nagle dostałem telefon z domu. Moja matka źle się poczuła i natychmiast chciałem do niej pojechać, lecz pierwsze co to próbowałem się z tobą skontaktować. Nie mam twojego numeru więc to odpada, za to postanowiłem cię znaleźć. W hotelu cię nie było, na mieście, plaży również. W końcu musiałem ruszyć. Jak tylko była taka możliwość to się wyrwałem i natychmiast przyjechałem. W recepcji powiedziano mi, że już się wymeldowaliście, a nie było to dawno, więc pierwsze co to przybyłem tu licząc, iż jeszcze będziesz. Przepraszam, naprawdę.
Nie wiedziałem co powiedzieć, tylko mocniej się wtuliłem w niego. Było gorąco, jednak ja nie chciałem się odsunąć chociażby na centymetr.
Nagle usłyszałem głos mówiący, że osoby lecące moim lotem mają się udać na odprawę.
 - Marcello… - Nie chciałem iść. – Muszę.
 - Wiem…
Mimo naszych słów, żaden z nas pierwszy się nie odsunął.
 - Czekaj! – Włoch puścił mnie i zaczął przeszukiwać kieszenie. W końcu wyciągnął wizytówkę. – Zadzwoń. Proszę. Może to i głupie, ale mimo spędzenia ze sobą jednej doby wiem, że chcę żeby było ich więcej.
Przez niego jeszcze bardziej wrosłem w podłogę.
 - Ja też – nieśmiało stwierdziłem.
Odwróciłem się z bólem, chcąc jak najszybciej pójść, bojąc się, że nigdy się nie ruszę, a musiałem wracać do Polski. Tam miałem wszystko – pracę, znajomych, rodzinę – tylko nie jego.
Przyciągnął mnie ostatni raz do pocałunku.
 - Ti amo – wyszeptał. – Zadzwoń.
Stałem, myśląc co on powiedział, bo nie znałem włoskiego. Patrzyłem jak idzie z powrotem, a ja nadal nie potrafiłem się otrząsnąć po tym wszystkim. Czułem, że to coś znaczyło bardzo ważnego. Dopiero głos kobiety przypominającej pasażerom, że za niedługo samolot startuje, spowodował, iż się ruszyłem.
 - Darek… - przyjaciółka próbowała coś powiedzieć, lecz szybko odpuściła.
Próbowałem się uśmiechnąć na pocieszenie, nie wiem kogo, ale nie potrafiłem. Mięśnie mimiczne odmówiły mi posłuszeństwa.
Nagle ujrzałem w kantorku słownik. Angielsko – włoski włosko – angielski,  lecz zawsze coś. Kupiłem go za zdecydowanie za dużą cenę, nie miałem jednak czasu i ochoty na wykłócanie się. Od razu poszukałem słów, które krążyły mi w głowie. Patrzyłem na tłumaczenie jak zaczarowany. Ostatni raz spojrzałem na lotnisko, przyjaciółkę, a później pobiegłem, ciągnąc za sobą bagaż, w kierunku wyjścia. Rozejrzałem się w poszukiwaniu tego niesamowitego Włocha, licząc, że jeszcze był. W końcu go dostrzegłem w czerwonym kabriolecie. Siedział i patrzył przed siebie, ale nim się zorientowałem włożył kluczyki do stacyjki. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem może dziesięcioletniego chłopczyka. Podałem mu moją walizkę.
 - Stay! – krzyknąłem do niego, już biegnąć w stronę samochodu.
Wskoczyłem do auta, od strony pasażera i nim kierowca, zdążył cokolwiek powiedzieć, przyciągnąłem go do pocałunku. Przez chwilę nic nie robił, ale zaraz objął mnie ramionami, przyłączając się do tańca naszych warg.
 - Ja ciebie też – powiedziałem, kiedy odsunąłem się na niewielką odległość. – Kocham cię. – Przytuliłem go.
 - Twój samolot…
 - Nie mogę lecieć. Przenocujesz mnie, jeśli to nie problem?
Ujął moją twarz w dłonie i z wielkim uśmiechem pokręcił głową.
 - Nie. Tylko ostrzegam, że na jednej nocy się nie skończy.
Wtedy moje kąciki ust, mimowolnie skierowały się do góry.
 - Chyba jestem w stanie to zaakceptować.
Wróciłem do chłopca, wziąłem swoje bagaże, dałem mu kilka drobniaków w podzięce i z moim chłopakiem pojechałem przed siebie, w międzyczasie, pisząc do Gabryśki, żeby się nie martwiła. Widziała, że będę szczęśliwy, ale z kimś takim to nigdy nic nie wiadomo.
Zawsze robiłem coś dla innych, wtedy przyszła pora na cieszenie się życiem i czerpaniem z niego jak najwięcej, mając przy boku przystojnego, kochającego bruneta, przy który w końcu w pełni byłem szczęśliwy.


wtorek, 1 marca 2016

Wakacyjny romans - Rozdział 9.

Rozdział 9.
Tydzień później…
Kiedy przyjechałem na wakacje, a Gabi zauważyła laptopa na moich kolanach, zagroziła, że zabierze mi mój sprzęt jeśli go nie wyłączę, więc na wszelki wypadek zrobiłem to samo z komórką, a jak nie widziała mogłem zadzwonić, czy sprawdzić coś w Internecie, natomiast po skończeniu znowu lądowało w szufladzie.
Tamtego dnia również chciałem niepostrzeżenie przedzwonić do kumpla z pracy, żeby się dowiedzieć jak tam projekt, nad którym pracowaliśmy przed wyjazdem. Zaraz na ekranie odkryłem kilkanaście nieodebranych połączeń. Od Błażeja. Postanowiłem to zignorować, lecz ledwo wszedłem w kontakty w celu znalezienia numeru do Seweryna, znowu zadzwonił. Automatycznie odebrałem, na co zakląłem siarczyście.
 ~ Halo? Darek, gdzie jesteś?
Wiem, że powinienem być milszy, ale…
 - Co ci do tego? Mów czego chcesz, chciałem coś jeszcze pilnego zrobić.
 ~ Ho, ho, ho! Ktoś tu jest zły… Słuchaj ja przemyślałem to wszystko. Chyba nie chcesz przekreślać tych kilku pięknych miesięcy razem?
 - Co masz na myśli? – spytałem, choć znałem odpowiedź.
 ~ Przecież mnie kochasz. Wródźmy do siebie.
Przez chwilę zastanawiałem się nad tym jak mu powiedzieć coś aż tak oczywistego. Nic nie wymyśliłem, za to nagle zacząłem się śmiać.
 - Naprawdę wierzysz, że powiedziałbym tak? Wow…
 ~ Źle ci było ze mną? – słyszałem nutkę irytacji w jego głosie, ale najwyraźniej postanowił nie pokazać tego po sobie.
 - Coś ty! Idealnie! Więc uracz tą swoją cudowną osobistością kogoś innego.
 ~ Sugerujesz, że mam znaleźć obie innego chłopaka? A nie będziesz zazdrosny? W końcu…
 - Absolutnie! Korzystaj z życia! Mnie zostaw w spokoju.
Cisza.
Cisza.
Cisza.
 ~ Nie chcesz tego – w końcu się odezwał, jakże pewny siebie.
 - Zaskoczę cię. Chcę.
Usiadłem na łóżku, bo z trudem utrzymywałem się na nogach. Niby już nie zależało mi na nim, ale i tak wyprowadził mnie z równowagi.
 ~ Kocham cię!
 - Nie kłam. Podobno było ci tak ze mną źle.
 ~ Byłem zły. Wcale tak o tobie nie myślę! Darek, potrzebuję cię!
Zdziwiłem się słysząc tą rozpacz w jego głosie. Postanowiłem się nie odzywać tylko czekać, aż coś jeszcze doda.
 ~ Kochany – kontynuował – nie mam się gdzie podziać i…
 - Aa… - przerwałem mu. – To o to chodzi! Nie brak ci mnie, a jedynie mojej kasy! No to wyobraź sobie, że nic nie dostaniesz. Jakoś sobie poradzisz. Wiesz, jakbyś chciał sponsora…
 ~ Nie! Chcę ciebie!
 - Takiego frajera? To nie jest najlepszy wybór.
Słyszałem jakiś hałas, ale zaraz ucichło.
 - Wiesz co? Mimo wszystko dziękuję ci. Gdybyś mnie nie zdradził to bym ciągle z tobą był, a ty byś mnie oszukiwał. Tak to się załamałem, a Gabi chcąc mnie pocieszyć, zmusiła mnie do wyjazdu na słoneczną Italię. Tu jest cudownie! Plaża, morze, jedzenie, miasto, faceci… Aż szkoda wracać.
 ~ Słucham??? To ty jesteś za granicą i płacę za rozmowę dużo drożej???
Parsknąłem śmiechem.
 - No lepiej skończ, bo zamiast zyskać to zbiedniejesz. Cześć!
 ~ Ej! Ale ja… - nie dałem mu dokończyć. Rozłączyłem się.
Rzuciłem telefon na łóżko i postanowiłem się uspokoić przed rozmową z kolegą. Zamknąłem oczy i zacząłem w myślach liczyć do dziesięciu, czując jak oczy pieką pod powiekami.
 - W porządku? – odezwała się, nie wiadomo skąd, Gabryśka.
 - Długo tu jesteś? – spytałem nie otwierając moich zwierciadeł duszy, bojąc się, że jednak wypłynie z nich strumyczek łez.
 - Wystarczająco, żeby wiedzieć dlaczego jesteś w takim stanie – mówiła spokojnie, ale ja wiedziałem, iż to tylko cisza przed burzą. - Miałeś wyłączyć telefon, idioto! – no właśnie… - Nie rozumiesz?! Czy ja mam odczynienia z samymi debilami, którzy nie rozumieją poczynań troskliwej przyjaciółki?! Wiesz co? Mam ochotę ci przywalić w ten twój głupi ryj!
 - Już? Głowa mnie boli, możesz się zamknąć? Dziękuję – nie czekałem na jej odpowiedź. – Chciałem tylko zadzwonić do Seweryna, żeby się dowiedzieć jak tam w pracy, a tu nagle TEN się odezwał. Z resztą co ja ci się tłumaczę?! Możesz nie wchodzić do mojego pokoju bez pytania?! Jak w ogóle to jest możliwe???
 - Ma się te swoje sposoby. – Teatralnie odgarnęła włosy. – Słuchaj…
 - Nie! To ty posłuchaj! Kocham cie jak siostrę, ale możesz się nie wpierdalać w moje życie?!
Prychnęła i oburzona wyszła.
Miałem dość tamtego dnia i chciałem żeby on się już skończył. Niby o jeden dzień bliżej śmierci, ale jakie to miało wtedy znaczenie? I dlaczego tak bardzo moje serce rwało się ku tamtemu niesamowitemu facetowi? Czy odrobina uczucia, zrozumienia, czy opieki to naprawdę na za dużo?
Ułożyłem się wygodniej i w końcu po czasie, ukołysany głaskającymi me policzki łzami, zasnąłem, choć była dopiero 1600