niedziela, 13 grudnia 2015

Tulipan - Rozdział 17.



Rozdział 17
Po jakiejś godzinie się obudziłem w szpitalu. Pierwsze co zobaczyłem to rozpaczającą mamę i pocieszającego ją ojca. Kiedy zauważyła, że mam otwarte oczy to myślałem, że chce mnie udusić, dopiero interwencja taty i przybycie lekarza zmusiło rodzicielkę do odsunięcia się na bezpieczną odległość. Po kilku badaniach zmęczony znowu usnąłem.
Tak mniej więcej wyglądał uprzedni dzień.
 - Cześć, syneczku! Wyspałeś się? – odezwała się matka, kiedy tylko wydałem się. A było tak cicho…
 - Ta… - Ziewnąłem. – Był może Adrian? – spytałem z nadzieją.
Swoja drogą to nawet nie mieli wcześniej czasu się poznać, dopiero w szpitalu.
 - Tak – od razu się żywiłem na te słowa – ale spałeś. Siedział trochę i czekał, aż się obudzisz, a sam podobno nie miał serca tego robić. Jakieś pół godziny temu poszedł do domu.
Załamany padłem na łóżko.
 - Jak tu przyjdzie to sobie z nim porozmawiam. Później nie będzie miał serca mnie NIE budzić.
Zaśmiała się cicho. Zerknąłem na nią i się zaniepokoiłem.
 - Mamo… Idź też. Musisz wypocząć.
Miała potargane włosy, podkrążone oczy, a w ręce trzymała kubek, chyba kawy.
 - Da…
 - Proszę – przerwałem jakikolwiek jej protest. – Musisz odpocząć. Przecież jak czegoś się dowiem to do ciebie zadzwonię.
Niezadowolona wstała, ale zaraz jakby coś sobie przypomniała.
 - Ten twój chłopak, swoją drogą fajny jest, był też tu wczoraj. Przyniósł to – wyciągnęła z półeczki stojącej obok mojego łóżka szpitalnego niebieskie pudełeczko. – Chciał żebym ci przekazała jak się obudzisz, ale zapomniałam, a później całą noc przespałeś.
Sięgnąłem po nie i mówiąc pod nosem jakieś podziękowania skupiłem się na prezencie. Może byłem zbyt uczuciowy, ale wzruszył mnie tym. Na szczęście się nie poryczałem. Nawet jednej łezki nie uroniłem! (Można bić mi brawa)
Rodzicielka sobie poszła, a ja rozpakowałem paczuszkę. Tulipan ostrożnie odłożyłem na poduszkę, obok głowy i zacząłem czytać list napisany na lilowej karteczce.

Cześć!
Miałem dać ci wiersz Kraszewskiego,
ale jest ważniejsza sprawa.
Konkretniej – co się stało???
Nawet nie wiesz jak się bałem!
Przyjechała karetka,
nie byłoby to nic, aż tak strasznego,
gdym nie miał złych przeczuć,
a później Ewa nie powiedziałby
mi, że to po ciebie!
Kochany, trzymaj się!
Porozmawiamy kiedy będziemy mogli.
Oczekuję wyjaśnień! Pilnie!
Wracaj do zdrowia.
Tulip.
PS. Kocham cię!

Ja ciebie też.
Ostrożnie schowałem wszystko do pudełeczka. Sięgnąłem po telefon.
11 nieodebranych połączeń od: Tulip.
Napisałem mu szybko SMS’ a, że u mnie chyba w porządku, ciągle mam jakieś badania, a na koniec: Czekam! Tak na wszelki wypadek. Po chwili namysłu dopisałem kocham cię i wysłałem.
Odzew pojawił się prawie od razu.

Od Tulip:  Postaram się przyjechać jak najszybciej. Zamknij oczy i policz do dziecięciu. Uspokój się będzie dobrze (pewnie te słowa powinienem kierować do siebie) ;)

Zaśmiałem się cicho. Z uśmiechem na ustach oparłem się wygodniej na poduszce i przymknąłem powieki. Pozostawało mi już tylko czekać. Na ukochanego i na lekarza, tyle że ten drugi musiałby przyjść z informacją co mi jest, a najlepiej dodatkowym wypisem dla mnie.
Ziewnąłem, swoją drogą szpital działa bardzo usypiająco, a zaraz poczułem zwinny język w środku. Otworzyłem szybko oczy, lecz zaraz znowu zasłoniłem je kurtyną rzęs mrucząc z przyjemności. Najwyraźniej dla Adriana jak najszybciej oznacza za kilka sekund.
 - Cześć! – Usiadł na krzesełku. – Co ci jest?
Wzruszyłem ramionami.
 - Nie mam pojęcia. Doktor Lazar ciągle mnie bada, a nic konkretnego nie mówi. Sam z resztą nie wie.
Wyraźnie posmutniał.
 - Oby to nie było nic poważnego.
Do końca naszego spotkania robiłem wszystko żeby nie wracać do tematu mojego pobytu tutaj, ale Adrian to uparty człowiek i tak łatwo nie było wybić mu tego z głowy. Niestety o 1600 poszedł. Tak, nie był w szkole. Chciał w razie czego od razu móc przyjechać. Kochany… Aa, i zostawił pudełeczko.
Ledwo wyszedł, a pojawił się lekarz. Siwiejący, lekko łysiejący, wyyysoki facet po czterdziestce.
 - Witaj, chciałem… - nie dokończył, gdyż przyszła mama.
 - Dzień dobry! Już jestem. Co się stało? Coś wiadomo? – pewnie zadałaby jeszcze z tuzin pytań, ale doktorek uciszył ją podnosząc rękę do góry.
 - Dzień dobry, mamy pewne przypuszczenia. Nie chcemy na razie nic mówić póki nie upewnimy się dlatego musimy zrobić jeszcze jedno badanie…
 - Proszę – wtrąciłem się – chociaż te przypuszczenia. Nie jest łatwo nie wiedzieć co się dzieje, ja już myślę o najgorszym.
 - Ekhem… No nie wiem… - chyba mój błagający wzrok na niego zadziałał, bo się poddał. – Niech będzie.
Tylko, że to czego się dowiedziałem… żadnymi słowami nie mogłem opisać tego jak się czułem, a tym bardziej, kiedy po badaniach okazało się to być prawdą… Łzy lały się strumieniami, a to w nijaki sposób nie pomagało mi.
Co ja powiem Adrianowi…? – przemknęło mi przez myśl zanim zasnąłem z wyczerpania.

sobota, 12 grudnia 2015

Tulipan - Rozdział 16.



Rozdział 16.
Dwa tygodnie później…
Rozsiadłem się na krześle w szkole. Wszyscy siedzieli w okręgu jak jakaś sekta, a tak naprawdę to trwały zajęcia z pierwszej pomocy… Przepraszam! Z resuscytacji, czy jakoś tak. Przecież to nic, że w gimnazjum mieliśmy i tak trzeba jeszcze raz. Eh… Przynajmniej lekcje odwołali, tzn. dwie – wychowawcza i EDB, ale zawsze coś. Ach, gdyby tak chemia i niemiecki…  
 - Witam wszystkich na zajęciach – odezwał się ok. trzydziestoletni facet z niemałym zarostem, ale nie za długim. Nawet mu pasował. – Nazywam się Piotr Pietruszka i będę prowadził z wami dzisiejsze zajęcia. To tylko takie przypominające, bo z tego co wiem to prawie każdy z was już brał udział w kursie resuscytacji. – Ta… Do rzeczy. – Może zaczniemy od tego, że będziemy się zwracać o siebie na ty, zgoda?
 - Więc jak będę chciał coś to mam mówić: ej, ty! ? – spytał klasowy debil, Wiktor.
 - Nie – wykazał się wielką cierpliwością, za co dostał, że tak powiem, ode mnie punkt. – Możesz mi mówić po imieniu.
 - Aa… - czy udawał idiotę, czy nie tego się chyba nigdy nie dowiem.
 - Dobrze, a więc kontynuując dodam, iż jak chcecie coś powiedzieć to nie musicie się  WYJĄTKOWO zgłaszać, tylko bez zamieszania, nie wtrącamy się kiedy ktoś mówi, OK.? Cieszę się.
Naprawdę nie wiem po co to nam było, skoro i tak po chwili wyleci to z głowy nie małej części ludzi tu zebranych, a tym bardziej nie przyda nam się to większości, ale oby jak największej.
Postanawiając zająć czymś myśli od razu skierowały się same do Adriana. Ostatnio miał dla mnie mniej czasu, ale przygotowywał się do matury. Niby jest jeszcze dużo czasu, lecz on nie chce o tym myśleć na ostatnią chwilę. Mam opiekuńczego i rozsądnego chłopaka.
Uśmiech sam wpełzł na moje usta na myśl o nim.
Zaraz zadzwonił dzwonek.
Już??? To ile przegapiłem???
 - Dobrze, proszę wyjść na przerwę, widzimy się za… dziesięć minut powinno wam wystarczyć.
Tyle zawsze trwa…
Ten facet był całkiem miły, ale przynudzał… a może nie tylko ja nie słuchałem? Bardzo prawdopodobne.
Wyszedłem z klasy i zaraz pobiegłem pod klasę profesor Piotrowskiej. Znałem plan lekcji ukochanego bardzo dokładnie, choć to on częściej już czekał na mnie pod klasą. Prześcigiwaliśmy się kto pierwszy dotrze pod klasę swojego chłopaka. Teraz miałem przewagę, bo miałem lekcje w tej samej Sali.
Dotarłem na miejsce i tak jak przypuszczałem, byłem pierwszy. Rzuciłem mu się w ramiona zadowolony, że znowu go widzę.
 - Cześć!
 - Co tak szybko? – uniósł brew do góry zaskoczony.
 - To moja słodka taje…
 - Daniel, chodź. Chcą żebyśmy już wracali na ten kurs, bo braknie czasu, czy coś… - wtrąciła się Beata, ale mój niezadowolony, delikatnie powiedziawszy, wzrok powodował, że cichła z każdym kolejnym słowem.
 - O, czyżby tajemnica się wydała? – brunet zaśmiał się, a ja jedynie wywróciłem oczami.
 - Muszę lecieć. Pa!
Odszedłem choć najchętniej na pożegnanie dałbym mu chociaż całusa, ale odpuściłem.
O dziwo ludziom z naszej szkoły wybitnie nie przeszkadza nasz związek, nawet kilka osób (dziewczyn) jest zachwyconych, lecz lepiej nie przysparzać sobie wrogów, gdyby jednak znalazł się jakiś homofob, który wybitnie miałby coś przeciw pocałunkowi. A gdyby to był związek hetero to nie byłoby w tym nic dziwnego… Eh…
Wróciłem do klasy. Widziałem już fantom już leżał gotowy. 
Oho szykuje się pomoc w praktyce? Z moją kochaną klasą to nie wiem, czy  ten manekin nie ożyje i nie ucieknie w popłochu!
 - Jak pewnie zauważyliście leży tutaj fantom. Może wygląda tak jak tamten jakiego używaliście wcześniej, do nauki, lecz ten dodatkowo sprawdza waszą skuteczność. Zademonstruję jak to się robi, a następnie po kolei każdy z was sam spróbuje.
Nachylił się, przyłożył ręce do plastiku, na wysokości mostka, gdyby był człowiekiem i zaczął naciskać, oczywiście przed czynnościami wszystko omawiając. Następnie pokazał na wyświetlanym na rzutniku wykresie tłumaczył jak bardzo powinniśmy naciskać oraz ile razy, w jakim tempie.
Przyszła kolej na klasę. Na moje szczęście byłem ostatni. Nie lubię być za bardzo w centrum uwagi, choć wiedziałem, że zapewne prawie każdy będzie myślami gdzieś indziej.
 - A teraz na koniec ty – Piotr wskazał na mnie.
Westchnąłem i z ociąganiem przyjąłem odpowiednia pozycję. Co jak co, ale z całej klasy w gimnazjum mi poszło najlepiej.
Zacząłem naciskać, licząc do sześćdziesięciu, przy okazji wybitnie szybko tracąc siłę. I to już po siedmiu!
Dziesięć, jedenaście, uff… ale to męczące! Ee… ile to już…?
Nagle zaczęło mi ciemnieć przed oczami, kręcić w głowie, usłyszałem pisk… I ciemność. Straciłem przytomność.

niedziela, 6 grudnia 2015

Święty Mikołaj - One shot.



One shot
Siedziałem smutny pod kocem z kubkiem czekolady na rozgrzanie gapiąc się na uśmiechniętą twarz mojego chłopaka. Na zdjęciu. Nie było go ze mną. Wyjechał. Nie zostawił mnie, tylko taką miał pracę – ciągle poza domem. Natomiast ja wtedy tęskniłem siedząc w mieszkaniu rodziców i myśląc ciągle o swoim, ukochanym, wymarzonym, idealnym z nieidealną pracą Mikołaju. Akurat zbliżały się święta, a on nie mógł wrócić w tym roku! Przecież już szósty grudnia! Jeszcze dwa i pół tygodnia! Natomiast ten napisał mi poprzedniego dnia, że nie ma szans na wcześniejszy powrót. Przynajmniej matka rozumiała mnie i nie męczyła, a siostrzyczka jakby wyczuwała mój nastrój, więc nie zbliżała się jak nie musiała. Ojciec w pracy nawet nie wiedział co się ze mną dzieje też w tamtym momencie był mi na rękę.
Akurat szedłem do kuchni po kolejną dawkę kakao, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi.
 - Otwórz – dobiegł mnie krzyk rodzicielki.
Z westchnieniem poprawiłem włosy, w końcu nie chcemy odstraszyć gościa, nie? No chyba, że to ci wspaniali ludzie, którzy zamiast dzień dobry na wstępie, od razu, z otwartej karty: Chcielibyśmy porozmawiać o Bogu. Najchętniej to bym im zatrząsnął drzwi przed nosem, ale jestem w miarę kulturalny, więc najpierw się przywitam, a później zamykam. Zerknąłem przez wizjer i zmarszczyłem brwi widząc jakiegoś gościa w czerwonym stroju z białą brodą.
Mikołaj…?
Otworzyłem wrota prowadzące do naszego skromnego mieszkanka i jeszcze raz zilustrowałem go od stóp do głów… a raczej na odwrót.
 - Ho, ho, ho! Czy są tu może jakieś grzeczne dzieci? – spytał przekształconym głosem.
Oparłem się o framugę.
 - Może. Nie jesteś…
Moją wypowiedź przerwał pisk siostrzyczki.
 - ŚWIĘTY MIKOŁAJ!!! – Uwiesiła się jego nogi i ani myślała puścić. - A… Ty nie wchodzisz kominem…? – Ta inteligencja…
 - A widzisz, młoda damo, jakiś? – odpowiedział pytaniem na pytane. Ta jedynie pokręciła głową. – No właśnie. Mogę? – zwrócił się do mnie.
 - Ależ oczywiście! – wtrąciła się matka. – Zapraszam – wskazała ręką wnętrze.
 - Wiedziałaś? – szepnąłem, kiedy Zuzia poprowadziła gościa do środka.
 - Zapomniałam uprzedzić. Wiem, że masz doła, ale chociaż zachowuj się jakoś – odpowiedziała równie cicho.
Zdusiłem westchnienie, kiedy zostałem siłą zaciągnięty do salonu, gdzie już siostrzyczka wchodziła na kolana Mikołaja.
 - Jak się nazywasz? – spytał. – Czyżbyś była tą wspaniałą Zuzanną Tomczyk?
 - Tak! – Uwiesiła się na jego szyi.
 - A ile masz lat?
 - Osiem i pół! – odparła dumnie, cały czas zerkając w stronę worka.
 - Dużo! Mam coś dla ciebie… - sięgnął do pakunku. – Mam… - wyciągnął kilka zapakowanych w ozdobny papier paczuszek prezentów – to! Tylko nie wiem, czy ci się spodobają…
Młoda już wyciągała po nie rączki, więc czerwony odsunął je.  
 - EJ!
 - Co byś chciała? – spytał drażniąc się z nią.
 - Lalkę Barbie, tą z koniem, zestaw koralików do tworzenia biżuterii, różową sukienkę, taką jak ma księżniczka Klementynka… - zaczęła wymieniać, a Mikuś jej to wszystko dawał, no przynajmniej tak twierdził.
Po chwili obładowana pięcioma paczkami odeszła na dywan.
 - A ja co dostanę w zamian? – postanowił nie odpuszczać jej tak łatwo, nie żeby ta narzekała.
Swoją drogą miała prawie dziewięć lat i nadal wierzyła w świętego Mikołaja!
 - Yy…
 - Może coś mi zaśpiewasz? Słyszałem o twoim talencie. Jest sławny nawet na biegunie!
 - Naprawdę?? – aż oczka jej się zaświeciły.
Miałem zamiar się wymknąć niepostrzeżenie, ale matka uważnie pilnowała wyjścia. Natomiast młoda zaczęła swój koncert. Niby ładnie śpiewała, ale jakby tak słuchać tego non stop… Po pierwszej piosence jej odpuścił na całe szczęście i zerknął w moją stronę.
 - Teraz pora na ciebie, chłopczyku.
Skrzywiłem się na to stwierdzenie. Podszedłem do niego i nachyliłem się na tyle żeby siostrzyczka nie usłyszała.
 - Nie wierzę w świętego Mikołaja.
 - A Mikołaj w ciebie tak - uśmiechnął się. – Siadaj – poklepał nogę. – Byłeś grzeczny?
Tajemniczy uśmiech wpełznął na moją twarz na myśl o ukochanym i o tym jak to byliśmy grzeczni.
 - Obejdzie się. Siadam tylko na kolanie swojego chłopaka – powiedziałem oczekując jakiejś oznaki nietolerancji, a ten nic.
 - Słusznie. Więc? – wymownie zerknął na nogę. – Może ci udowodnić, że istnieję? Co chciałbyś dostać?
Z westchnieniem ostrożnie przysiadłem.
 - Książkę mojego ulubionego autora, Grahama… - nie zdążyłem dokończyć, a podobna paczuszka znalazła się przede mną. Szybko rozerwałem papier i wyszczerzyłem się. – Przecież ją naprawdę trudno zdobyć!
 - To wierzysz we mnie?
Zmrużyłem oczy patrząc na niego.
 - Mam dziewiętnaście lat. Serio masz jakakolwiek nadzieję?
 - Nadzieja zawsze umiera ostatnia. – Uśmiechnął się szeroko.
 - Więc chcę jeszcze nowe buty do biegania i telefon… - Otworzyłem szeroko oczy widząc pojawiające się prezenty.
Rozpakowałem wszystko, a zaskoczenie nie zmywało się z mojej twarzy.
 - Coś jeszcze? – spytał.
Nie wiedzieć czemu zaczął mi trochę przypominać mojego ukochanego. Opuściłem wzrok na dłonie, którymi się bawiłem zdenerwowany.
 - I tu cię zagnę – próbowałem się uśmiechnąć. – Jak mi załatwisz mojego chłopaka na święta to w ciebie uwierzę.
 - Na pewno? – Kiwnąłem głową bliki depresji. Święta bez najbliższych to nie święta! – A jak ci go załatwię jeszcze dzisiaj?
 - Nie rób nadziei.
Mikuś jakby mnie nie słuchał tylko zdjął czapkę i brodę. Stwierdzenie, że szczęka opadła mi do ziemi, było tylko lekką przesadą.
 - A teraz? – spytał już swoim naturalnym, ciepłym głosem.
 - Mikołaj??? – Rzuciłem mu się na szyję. – Tęskniłem! Co ty tutaj robisz???
Nie pozwoliłem mu odpowiedzieć zamykając jego usta swoimi. Niby oddycha się przez nos żeby się nie udusić, ale przy nim odbierało mi oddech. W końcu musiałem się odsunąć. Patrzyłem na jego czekoladowe, pełne miłości oczy. Dopiero po chwili oprzytomniałem.
 - Zuza! – Odwróciłem się. Nikogo poza nami nie było. – Wyszli?
 - Zanim zdjąłem brodę. Tęskniłem. – Pogłaskał mnie po policzku. – A wiesz co jest najlepsze? Nie wyjeżdżam wcześniej niż w lutym!
 - SERIO???  - Prawie go zgniotłem.
Ze śmiechem odsunął mnie na parę centymetrów, żeby zaraz znowu pozbawić mnie tlenu, a dostarczyć mój narkotyk – siebie.
 - Jesteś najlepszym prezentem na świecie – wyszeptałem, kiedy się odsunąłem, by zaraz znowu połączyć nasze wargi i języki we wspólnym tańcu miłości.
W tego Mikołaja to ja na pewno wierzę. I to takiego 365 dni w roku.

Do czytelników.

Cześć! Mam nadzieje, że prezenty wam się podobały i sami podzieliliście się swoimi najbliższymi. Ja również mam prezent - one shot! Zapraszam do czytania! Wesołych mikołajek, bo Wesołych Świąt będę, życzyć za dwa i pół tygodnia. 
Milly (/_/)

wtorek, 1 grudnia 2015

Tulipan - Rozdział 14.



Rozdział 14.
W poniedziałek, jeszcze przed pierwszą lekcją przeszukałem całą szkołę. Chciałem znaleźć 3c, a za razem mojego ukochanego. Oczywiście, jak mogłoby być inaczej, był na samej górze, czyli tam gdzie miałem lekcje, tylko na drugim końcu korytarza, natomiast ja zacząłem go szukać od parteru. Zastałem chłopaka rozmawiającego z kimś. Zakradłem się do niego o tyłu i posłusznie czekałem. Na szczęście akurat kończył dyskusję i odwrócił się zastając mnie nie więcej niż metr przed nim. Przytuliłem go zanim zdążył zareagować.
 - Cześć!
 - Em… Daniel…? – Ostrożnie mnie objął.
 - Ej, Adrian – ktoś się wtrącił – to ty masz kolegów? – zaśmiał się.
Odsunąłem się i zmierzyłem obcego od stóp do głów. Ot taki zwykły, przeciętny blondyn z piegami.
 - Uważaj, bo się zapowietrzysz – odpowiedział mój chłopak.
Pociągnął mnie na bok. Oparł się o ścianę plecami i prawą stopą, zginając nogę.
 - O co mu chodziło? – ciekawość nie pozwoliła mi siedzieć (stać) cicho.
 - Nic. To jest po prostu klasyczny przykład człowieka z gatunku diebilus pospolitus. Ja lubię czasami siedzieć samemu i Ksawery ma z tym problem, jak z resztą wszystkim o choć trochę odpada od normy, a co najlepsze normy, którą sam ustala.
 - Ha, ha! Chyba rozumiem.
 - Hej! – oczywiście nie mogło być chwili spokoju, bo Ewka ma radar w głowie i wie kiedy przyjść żeby to nie było w porę. – Czy moje oczy dobrze widzą? Wy ze sobą rozmawiacie?
 - Gratuluję spostrzegawczości. Nie wiedziałem, że jesteś, aż takim geniuszem.
 - Adi, daruj sobie – westchnęła.
Natomiast ja cudem nie wybuchnąłem śmiechem.
 - Młody, co ci? Dusisz się? – spytała ruda.
 - N-nie… Ha, ha! – nie wytrzymałem. – Adi?
Mój chłopak jedynie wywrócił oczami.
 - Ale o co ci chodzi? – ona chyba serio nie wiedziała! – A wracając do was… Jesteście razem?? – powiedziała to troszeczkę, odrobinkę, prawie w ogóle za głośno.
 - Od razu zacznij się wydzierać na całą szkołę – zaproponował brunet z ironią wylewającą się hektolitrami. 
 - Czemu nie? – Nabrała powietrza w płuca, ale widząc wzrok mojego ukochanego mówiący jeśli to zrobisz nie żyjesz, zaczęła się śmiać. – Żartowałam!
 - Milutki dzisiaj jesteś – stwierdziłem.
 - Dla ciebie zawsze. – Poklepał mnie po plecach niby po przyjacielsku. – A dla innych… Różnie.
 - OK, to ja was zostawiam… - wreszcie powiedziała coś mądrego. – Pa!
Odetchnąłem z ulgą patrząc jak odchodzi, ale w tym samym momencie cudowny dzwonek postanowił zadzwonić informując uczniów, że zaczynają się lekcje.  Z ociąganiem powlokłem się pod dziewiętnastkę.
Na pierwszych dwóch godzinach nie było Miłosza, ale napisał mi SMS’ a, że się spóźni, bo idzie do lekarza z bólem zęba. Znając życie znowu udaje, natomiast rodzice zamiast zgodzić się na zostanie w domu wysyłają go do dentysty. Powinien wymyślić lepszą wymówkę, bo chyba każdy zrobiłby to samo, a nie kazał cierpiącemu leżeć w łóżku.
Akurat stałem przed ukochanym i planowałem spotkanie się po lekcjach, kiedy podszedł do nas.
 - Daniel… Nie uwierzysz co słyszałem na korytarzu… - urwał i zmierzył uważnie wzrokiem starszego. – Podobno jesteście razem.
Nasze oczy powiększyły się ukazując zaskoczenie.
 - Słuchaj – kontynuował – rozumiem, długie włosy mogą zmylić, ale to jest chłopak.
Wziąłem głęboki wdech żeby się uspokoić.
 - Wiem, inaczej nie bylibyśmy razem. – Jego mina w tamtym momencie była bezcenna. – Ale serio mówią o tym? Skąd… Ewa? – Popatrzyłem na Adriana i to mi wystarczyło żebym wiedział, że myśli to samo.
 - Czyli jakaś tam koleżanka wie o tym, Ba! Pół szkoły! A ja, twój przyjaciel nie wiem o twoim homoseksualizmie?!
 - Miłosz…
 - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Było tyle okazji!
Odwróciłem wzrok i zacząłem się bawić swoimi dłońmi, taki tik nerwowy.
 - Przepraszam… - powiedziałem cicho.
 - Co mi po tym?! Okłamywałeś mnie! I nie mów, że tylko zataiłeś kilka faktów! Dyskutowaliśmy na ten temat w sobotę! Pytałem czy przedstawisz mi tą swoją LASKĘ, mogłeś powiedzieć!
 - Ej, ej, ej. Czy ja ci wyglądam na dziewczynę – brunet zwrócił się do mnie zakładając ręce na piersi niby obrażony.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
 - No wiesz… - Jego wzrok przywrócił mnie na Ziemię. – Żartuję.
 - Eh… Miłosz – przyjaciel wyciągnął rękę w stronę mojego chłopaka.
 - Adrian – uścisnęli sobie dłonie.
Nie powiem byłem w szoku.
 - Nie przeszkadza ci…?
 - Co mam zrobić? Zabić cię? – zaśmiał się. – Ale i tak jestem zły – zaznaczył.
 - Wiem, przepraszam…
Ten jedynie  potargał moją czuprynę i z uśmiechem poszedł.
 - Bałem się.
 - Wiem, ale to twój przyjaciel, chyba powinien wiedzieć.
 - Ta… - Przytuliłem go.
 - Wiesz co? Mimo wszystko coś mi się on nie podoba… Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu mam wrażenie, że trochę udaje. Nie tyle twoje przyjaciela co… a sam nie wiem. Nie myśl o tym.
Kiwnąłem głową i cmoknąłem go w usta. Staliśmy akurat w miejscu gdzie nie było ludzi. No może jeden człowiek siedział na ławce, ale o dziwo poza tym było pusto. Przecież jeszcze tyle lekcji, gdzie wszystkich wcięło???