One shot
Siedziałem smutny pod kocem z kubkiem
czekolady na rozgrzanie gapiąc się na uśmiechniętą twarz mojego chłopaka. Na
zdjęciu. Nie było go ze mną. Wyjechał. Nie zostawił mnie, tylko taką miał pracę
– ciągle poza domem. Natomiast ja wtedy tęskniłem siedząc w mieszkaniu rodziców
i myśląc ciągle o swoim, ukochanym, wymarzonym, idealnym z nieidealną pracą
Mikołaju. Akurat zbliżały się święta, a on nie mógł wrócić w tym roku! Przecież
już szósty grudnia! Jeszcze dwa i pół tygodnia! Natomiast ten napisał mi
poprzedniego dnia, że nie ma szans na wcześniejszy powrót. Przynajmniej matka
rozumiała mnie i nie męczyła, a siostrzyczka jakby wyczuwała mój nastrój, więc
nie zbliżała się jak nie musiała. Ojciec w pracy nawet nie wiedział co się ze
mną dzieje też w tamtym momencie był mi na rękę.
Akurat szedłem do kuchni po kolejną
dawkę kakao, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi.
- Otwórz – dobiegł mnie krzyk rodzicielki.
Z westchnieniem poprawiłem włosy, w
końcu nie chcemy odstraszyć gościa, nie? No chyba, że to ci wspaniali ludzie,
którzy zamiast dzień dobry na wstępie,
od razu, z otwartej karty: Chcielibyśmy
porozmawiać o Bogu. Najchętniej to bym im zatrząsnął drzwi przed nosem, ale
jestem w miarę kulturalny, więc najpierw się przywitam, a później zamykam. Zerknąłem
przez wizjer i zmarszczyłem brwi widząc jakiegoś gościa w czerwonym stroju z
białą brodą.
Mikołaj…?
Otworzyłem wrota prowadzące do
naszego skromnego mieszkanka i jeszcze raz zilustrowałem go od stóp do głów… a
raczej na odwrót.
- Ho, ho, ho! Czy są tu może jakieś grzeczne
dzieci? – spytał przekształconym głosem.
Oparłem się o framugę.
- Może. Nie jesteś…
Moją wypowiedź przerwał pisk
siostrzyczki.
- ŚWIĘTY MIKOŁAJ!!! – Uwiesiła się jego nogi i
ani myślała puścić. - A… Ty nie wchodzisz kominem…? – Ta inteligencja…
- A widzisz, młoda damo, jakiś? – odpowiedział
pytaniem na pytane. Ta jedynie pokręciła głową. – No właśnie. Mogę? – zwrócił się
do mnie.
- Ależ oczywiście! – wtrąciła się matka. –
Zapraszam – wskazała ręką wnętrze.
- Wiedziałaś? – szepnąłem, kiedy Zuzia
poprowadziła gościa do środka.
- Zapomniałam uprzedzić. Wiem, że masz doła,
ale chociaż zachowuj się jakoś – odpowiedziała równie cicho.
Zdusiłem westchnienie, kiedy zostałem
siłą zaciągnięty do salonu, gdzie już siostrzyczka wchodziła na kolana
Mikołaja.
- Jak się nazywasz? – spytał. – Czyżbyś była
tą wspaniałą Zuzanną Tomczyk?
- Tak! – Uwiesiła się na jego szyi.
- A ile masz lat?
- Osiem i pół! – odparła dumnie, cały czas zerkając
w stronę worka.
- Dużo! Mam coś dla ciebie… - sięgnął do
pakunku. – Mam… - wyciągnął kilka zapakowanych w ozdobny papier paczuszek
prezentów – to! Tylko nie wiem, czy ci się spodobają…
Młoda już wyciągała po nie rączki, więc
czerwony odsunął je.
- EJ!
- Co byś chciała? – spytał drażniąc się z nią.
- Lalkę Barbie, tą z koniem, zestaw koralików
do tworzenia biżuterii, różową sukienkę, taką jak ma księżniczka Klementynka… -
zaczęła wymieniać, a Mikuś jej to wszystko dawał, no przynajmniej tak
twierdził.
Po chwili obładowana pięcioma
paczkami odeszła na dywan.
- A ja co dostanę w zamian? – postanowił nie
odpuszczać jej tak łatwo, nie żeby ta narzekała.
Swoją drogą miała prawie dziewięć lat
i nadal wierzyła w świętego Mikołaja!
- Yy…
- Może coś mi zaśpiewasz? Słyszałem o twoim
talencie. Jest sławny nawet na biegunie!
- Naprawdę?? – aż oczka jej się zaświeciły.
Miałem zamiar się wymknąć niepostrzeżenie,
ale matka uważnie pilnowała wyjścia. Natomiast młoda zaczęła swój koncert. Niby
ładnie śpiewała, ale jakby tak słuchać tego non stop… Po pierwszej piosence jej
odpuścił na całe szczęście i zerknął w moją stronę.
- Teraz pora na ciebie, chłopczyku.
Skrzywiłem się na to stwierdzenie.
Podszedłem do niego i nachyliłem się na tyle żeby siostrzyczka nie usłyszała.
- Nie wierzę w świętego Mikołaja.
- A Mikołaj w ciebie tak - uśmiechnął się. –
Siadaj – poklepał nogę. – Byłeś grzeczny?
Tajemniczy uśmiech wpełznął na moją
twarz na myśl o ukochanym i o tym jak to byliśmy grzeczni.
- Obejdzie się. Siadam tylko na kolanie swojego
chłopaka – powiedziałem oczekując jakiejś oznaki nietolerancji, a ten nic.
- Słusznie. Więc? – wymownie zerknął na nogę. –
Może ci udowodnić, że istnieję? Co chciałbyś dostać?
Z westchnieniem ostrożnie
przysiadłem.
- Książkę mojego ulubionego autora, Grahama… -
nie zdążyłem dokończyć, a podobna paczuszka znalazła się przede mną. Szybko rozerwałem
papier i wyszczerzyłem się. – Przecież ją naprawdę trudno zdobyć!
- To wierzysz we mnie?
Zmrużyłem oczy patrząc na niego.
- Mam dziewiętnaście lat. Serio masz
jakakolwiek nadzieję?
- Nadzieja zawsze umiera ostatnia. –
Uśmiechnął się szeroko.
- Więc chcę jeszcze nowe buty do biegania i
telefon… - Otworzyłem szeroko oczy widząc pojawiające się prezenty.
Rozpakowałem wszystko, a zaskoczenie
nie zmywało się z mojej twarzy.
- Coś jeszcze? – spytał.
Nie wiedzieć czemu zaczął mi trochę
przypominać mojego ukochanego. Opuściłem wzrok na dłonie, którymi się bawiłem
zdenerwowany.
- I tu cię zagnę – próbowałem się uśmiechnąć. –
Jak mi załatwisz mojego chłopaka na święta to w ciebie uwierzę.
- Na pewno? – Kiwnąłem głową bliki depresji.
Święta bez najbliższych to nie święta! – A jak ci go załatwię jeszcze dzisiaj?
- Nie rób nadziei.
Mikuś jakby mnie nie słuchał tylko
zdjął czapkę i brodę. Stwierdzenie, że szczęka opadła mi do ziemi, było tylko
lekką przesadą.
- A teraz? – spytał już swoim naturalnym,
ciepłym głosem.
- Mikołaj??? – Rzuciłem mu się na szyję. – Tęskniłem!
Co ty tutaj robisz???
Nie pozwoliłem mu odpowiedzieć zamykając
jego usta swoimi. Niby oddycha się przez nos żeby się nie udusić, ale przy nim odbierało
mi oddech. W końcu musiałem się odsunąć. Patrzyłem na jego czekoladowe, pełne
miłości oczy. Dopiero po chwili oprzytomniałem.
- Zuza! – Odwróciłem się. Nikogo poza nami nie
było. – Wyszli?
- Zanim zdjąłem brodę. Tęskniłem. – Pogłaskał mnie
po policzku. – A wiesz co jest najlepsze? Nie wyjeżdżam wcześniej niż w lutym!
- SERIO???
- Prawie go zgniotłem.
Ze śmiechem odsunął mnie na parę
centymetrów, żeby zaraz znowu pozbawić mnie tlenu, a dostarczyć mój narkotyk –
siebie.
- Jesteś najlepszym prezentem na świecie – wyszeptałem,
kiedy się odsunąłem, by zaraz znowu połączyć nasze wargi i języki we wspólnym
tańcu miłości.
W tego Mikołaja to ja na pewno wierzę.
I to takiego 365 dni w roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz