niedziela, 6 grudnia 2015

Święty Mikołaj - One shot.



One shot
Siedziałem smutny pod kocem z kubkiem czekolady na rozgrzanie gapiąc się na uśmiechniętą twarz mojego chłopaka. Na zdjęciu. Nie było go ze mną. Wyjechał. Nie zostawił mnie, tylko taką miał pracę – ciągle poza domem. Natomiast ja wtedy tęskniłem siedząc w mieszkaniu rodziców i myśląc ciągle o swoim, ukochanym, wymarzonym, idealnym z nieidealną pracą Mikołaju. Akurat zbliżały się święta, a on nie mógł wrócić w tym roku! Przecież już szósty grudnia! Jeszcze dwa i pół tygodnia! Natomiast ten napisał mi poprzedniego dnia, że nie ma szans na wcześniejszy powrót. Przynajmniej matka rozumiała mnie i nie męczyła, a siostrzyczka jakby wyczuwała mój nastrój, więc nie zbliżała się jak nie musiała. Ojciec w pracy nawet nie wiedział co się ze mną dzieje też w tamtym momencie był mi na rękę.
Akurat szedłem do kuchni po kolejną dawkę kakao, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi.
 - Otwórz – dobiegł mnie krzyk rodzicielki.
Z westchnieniem poprawiłem włosy, w końcu nie chcemy odstraszyć gościa, nie? No chyba, że to ci wspaniali ludzie, którzy zamiast dzień dobry na wstępie, od razu, z otwartej karty: Chcielibyśmy porozmawiać o Bogu. Najchętniej to bym im zatrząsnął drzwi przed nosem, ale jestem w miarę kulturalny, więc najpierw się przywitam, a później zamykam. Zerknąłem przez wizjer i zmarszczyłem brwi widząc jakiegoś gościa w czerwonym stroju z białą brodą.
Mikołaj…?
Otworzyłem wrota prowadzące do naszego skromnego mieszkanka i jeszcze raz zilustrowałem go od stóp do głów… a raczej na odwrót.
 - Ho, ho, ho! Czy są tu może jakieś grzeczne dzieci? – spytał przekształconym głosem.
Oparłem się o framugę.
 - Może. Nie jesteś…
Moją wypowiedź przerwał pisk siostrzyczki.
 - ŚWIĘTY MIKOŁAJ!!! – Uwiesiła się jego nogi i ani myślała puścić. - A… Ty nie wchodzisz kominem…? – Ta inteligencja…
 - A widzisz, młoda damo, jakiś? – odpowiedział pytaniem na pytane. Ta jedynie pokręciła głową. – No właśnie. Mogę? – zwrócił się do mnie.
 - Ależ oczywiście! – wtrąciła się matka. – Zapraszam – wskazała ręką wnętrze.
 - Wiedziałaś? – szepnąłem, kiedy Zuzia poprowadziła gościa do środka.
 - Zapomniałam uprzedzić. Wiem, że masz doła, ale chociaż zachowuj się jakoś – odpowiedziała równie cicho.
Zdusiłem westchnienie, kiedy zostałem siłą zaciągnięty do salonu, gdzie już siostrzyczka wchodziła na kolana Mikołaja.
 - Jak się nazywasz? – spytał. – Czyżbyś była tą wspaniałą Zuzanną Tomczyk?
 - Tak! – Uwiesiła się na jego szyi.
 - A ile masz lat?
 - Osiem i pół! – odparła dumnie, cały czas zerkając w stronę worka.
 - Dużo! Mam coś dla ciebie… - sięgnął do pakunku. – Mam… - wyciągnął kilka zapakowanych w ozdobny papier paczuszek prezentów – to! Tylko nie wiem, czy ci się spodobają…
Młoda już wyciągała po nie rączki, więc czerwony odsunął je.  
 - EJ!
 - Co byś chciała? – spytał drażniąc się z nią.
 - Lalkę Barbie, tą z koniem, zestaw koralików do tworzenia biżuterii, różową sukienkę, taką jak ma księżniczka Klementynka… - zaczęła wymieniać, a Mikuś jej to wszystko dawał, no przynajmniej tak twierdził.
Po chwili obładowana pięcioma paczkami odeszła na dywan.
 - A ja co dostanę w zamian? – postanowił nie odpuszczać jej tak łatwo, nie żeby ta narzekała.
Swoją drogą miała prawie dziewięć lat i nadal wierzyła w świętego Mikołaja!
 - Yy…
 - Może coś mi zaśpiewasz? Słyszałem o twoim talencie. Jest sławny nawet na biegunie!
 - Naprawdę?? – aż oczka jej się zaświeciły.
Miałem zamiar się wymknąć niepostrzeżenie, ale matka uważnie pilnowała wyjścia. Natomiast młoda zaczęła swój koncert. Niby ładnie śpiewała, ale jakby tak słuchać tego non stop… Po pierwszej piosence jej odpuścił na całe szczęście i zerknął w moją stronę.
 - Teraz pora na ciebie, chłopczyku.
Skrzywiłem się na to stwierdzenie. Podszedłem do niego i nachyliłem się na tyle żeby siostrzyczka nie usłyszała.
 - Nie wierzę w świętego Mikołaja.
 - A Mikołaj w ciebie tak - uśmiechnął się. – Siadaj – poklepał nogę. – Byłeś grzeczny?
Tajemniczy uśmiech wpełznął na moją twarz na myśl o ukochanym i o tym jak to byliśmy grzeczni.
 - Obejdzie się. Siadam tylko na kolanie swojego chłopaka – powiedziałem oczekując jakiejś oznaki nietolerancji, a ten nic.
 - Słusznie. Więc? – wymownie zerknął na nogę. – Może ci udowodnić, że istnieję? Co chciałbyś dostać?
Z westchnieniem ostrożnie przysiadłem.
 - Książkę mojego ulubionego autora, Grahama… - nie zdążyłem dokończyć, a podobna paczuszka znalazła się przede mną. Szybko rozerwałem papier i wyszczerzyłem się. – Przecież ją naprawdę trudno zdobyć!
 - To wierzysz we mnie?
Zmrużyłem oczy patrząc na niego.
 - Mam dziewiętnaście lat. Serio masz jakakolwiek nadzieję?
 - Nadzieja zawsze umiera ostatnia. – Uśmiechnął się szeroko.
 - Więc chcę jeszcze nowe buty do biegania i telefon… - Otworzyłem szeroko oczy widząc pojawiające się prezenty.
Rozpakowałem wszystko, a zaskoczenie nie zmywało się z mojej twarzy.
 - Coś jeszcze? – spytał.
Nie wiedzieć czemu zaczął mi trochę przypominać mojego ukochanego. Opuściłem wzrok na dłonie, którymi się bawiłem zdenerwowany.
 - I tu cię zagnę – próbowałem się uśmiechnąć. – Jak mi załatwisz mojego chłopaka na święta to w ciebie uwierzę.
 - Na pewno? – Kiwnąłem głową bliki depresji. Święta bez najbliższych to nie święta! – A jak ci go załatwię jeszcze dzisiaj?
 - Nie rób nadziei.
Mikuś jakby mnie nie słuchał tylko zdjął czapkę i brodę. Stwierdzenie, że szczęka opadła mi do ziemi, było tylko lekką przesadą.
 - A teraz? – spytał już swoim naturalnym, ciepłym głosem.
 - Mikołaj??? – Rzuciłem mu się na szyję. – Tęskniłem! Co ty tutaj robisz???
Nie pozwoliłem mu odpowiedzieć zamykając jego usta swoimi. Niby oddycha się przez nos żeby się nie udusić, ale przy nim odbierało mi oddech. W końcu musiałem się odsunąć. Patrzyłem na jego czekoladowe, pełne miłości oczy. Dopiero po chwili oprzytomniałem.
 - Zuza! – Odwróciłem się. Nikogo poza nami nie było. – Wyszli?
 - Zanim zdjąłem brodę. Tęskniłem. – Pogłaskał mnie po policzku. – A wiesz co jest najlepsze? Nie wyjeżdżam wcześniej niż w lutym!
 - SERIO???  - Prawie go zgniotłem.
Ze śmiechem odsunął mnie na parę centymetrów, żeby zaraz znowu pozbawić mnie tlenu, a dostarczyć mój narkotyk – siebie.
 - Jesteś najlepszym prezentem na świecie – wyszeptałem, kiedy się odsunąłem, by zaraz znowu połączyć nasze wargi i języki we wspólnym tańcu miłości.
W tego Mikołaja to ja na pewno wierzę. I to takiego 365 dni w roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz