niedziela, 13 grudnia 2015

Tulipan - Rozdział 17.



Rozdział 17
Po jakiejś godzinie się obudziłem w szpitalu. Pierwsze co zobaczyłem to rozpaczającą mamę i pocieszającego ją ojca. Kiedy zauważyła, że mam otwarte oczy to myślałem, że chce mnie udusić, dopiero interwencja taty i przybycie lekarza zmusiło rodzicielkę do odsunięcia się na bezpieczną odległość. Po kilku badaniach zmęczony znowu usnąłem.
Tak mniej więcej wyglądał uprzedni dzień.
 - Cześć, syneczku! Wyspałeś się? – odezwała się matka, kiedy tylko wydałem się. A było tak cicho…
 - Ta… - Ziewnąłem. – Był może Adrian? – spytałem z nadzieją.
Swoja drogą to nawet nie mieli wcześniej czasu się poznać, dopiero w szpitalu.
 - Tak – od razu się żywiłem na te słowa – ale spałeś. Siedział trochę i czekał, aż się obudzisz, a sam podobno nie miał serca tego robić. Jakieś pół godziny temu poszedł do domu.
Załamany padłem na łóżko.
 - Jak tu przyjdzie to sobie z nim porozmawiam. Później nie będzie miał serca mnie NIE budzić.
Zaśmiała się cicho. Zerknąłem na nią i się zaniepokoiłem.
 - Mamo… Idź też. Musisz wypocząć.
Miała potargane włosy, podkrążone oczy, a w ręce trzymała kubek, chyba kawy.
 - Da…
 - Proszę – przerwałem jakikolwiek jej protest. – Musisz odpocząć. Przecież jak czegoś się dowiem to do ciebie zadzwonię.
Niezadowolona wstała, ale zaraz jakby coś sobie przypomniała.
 - Ten twój chłopak, swoją drogą fajny jest, był też tu wczoraj. Przyniósł to – wyciągnęła z półeczki stojącej obok mojego łóżka szpitalnego niebieskie pudełeczko. – Chciał żebym ci przekazała jak się obudzisz, ale zapomniałam, a później całą noc przespałeś.
Sięgnąłem po nie i mówiąc pod nosem jakieś podziękowania skupiłem się na prezencie. Może byłem zbyt uczuciowy, ale wzruszył mnie tym. Na szczęście się nie poryczałem. Nawet jednej łezki nie uroniłem! (Można bić mi brawa)
Rodzicielka sobie poszła, a ja rozpakowałem paczuszkę. Tulipan ostrożnie odłożyłem na poduszkę, obok głowy i zacząłem czytać list napisany na lilowej karteczce.

Cześć!
Miałem dać ci wiersz Kraszewskiego,
ale jest ważniejsza sprawa.
Konkretniej – co się stało???
Nawet nie wiesz jak się bałem!
Przyjechała karetka,
nie byłoby to nic, aż tak strasznego,
gdym nie miał złych przeczuć,
a później Ewa nie powiedziałby
mi, że to po ciebie!
Kochany, trzymaj się!
Porozmawiamy kiedy będziemy mogli.
Oczekuję wyjaśnień! Pilnie!
Wracaj do zdrowia.
Tulip.
PS. Kocham cię!

Ja ciebie też.
Ostrożnie schowałem wszystko do pudełeczka. Sięgnąłem po telefon.
11 nieodebranych połączeń od: Tulip.
Napisałem mu szybko SMS’ a, że u mnie chyba w porządku, ciągle mam jakieś badania, a na koniec: Czekam! Tak na wszelki wypadek. Po chwili namysłu dopisałem kocham cię i wysłałem.
Odzew pojawił się prawie od razu.

Od Tulip:  Postaram się przyjechać jak najszybciej. Zamknij oczy i policz do dziecięciu. Uspokój się będzie dobrze (pewnie te słowa powinienem kierować do siebie) ;)

Zaśmiałem się cicho. Z uśmiechem na ustach oparłem się wygodniej na poduszce i przymknąłem powieki. Pozostawało mi już tylko czekać. Na ukochanego i na lekarza, tyle że ten drugi musiałby przyjść z informacją co mi jest, a najlepiej dodatkowym wypisem dla mnie.
Ziewnąłem, swoją drogą szpital działa bardzo usypiająco, a zaraz poczułem zwinny język w środku. Otworzyłem szybko oczy, lecz zaraz znowu zasłoniłem je kurtyną rzęs mrucząc z przyjemności. Najwyraźniej dla Adriana jak najszybciej oznacza za kilka sekund.
 - Cześć! – Usiadł na krzesełku. – Co ci jest?
Wzruszyłem ramionami.
 - Nie mam pojęcia. Doktor Lazar ciągle mnie bada, a nic konkretnego nie mówi. Sam z resztą nie wie.
Wyraźnie posmutniał.
 - Oby to nie było nic poważnego.
Do końca naszego spotkania robiłem wszystko żeby nie wracać do tematu mojego pobytu tutaj, ale Adrian to uparty człowiek i tak łatwo nie było wybić mu tego z głowy. Niestety o 1600 poszedł. Tak, nie był w szkole. Chciał w razie czego od razu móc przyjechać. Kochany… Aa, i zostawił pudełeczko.
Ledwo wyszedł, a pojawił się lekarz. Siwiejący, lekko łysiejący, wyyysoki facet po czterdziestce.
 - Witaj, chciałem… - nie dokończył, gdyż przyszła mama.
 - Dzień dobry! Już jestem. Co się stało? Coś wiadomo? – pewnie zadałaby jeszcze z tuzin pytań, ale doktorek uciszył ją podnosząc rękę do góry.
 - Dzień dobry, mamy pewne przypuszczenia. Nie chcemy na razie nic mówić póki nie upewnimy się dlatego musimy zrobić jeszcze jedno badanie…
 - Proszę – wtrąciłem się – chociaż te przypuszczenia. Nie jest łatwo nie wiedzieć co się dzieje, ja już myślę o najgorszym.
 - Ekhem… No nie wiem… - chyba mój błagający wzrok na niego zadziałał, bo się poddał. – Niech będzie.
Tylko, że to czego się dowiedziałem… żadnymi słowami nie mogłem opisać tego jak się czułem, a tym bardziej, kiedy po badaniach okazało się to być prawdą… Łzy lały się strumieniami, a to w nijaki sposób nie pomagało mi.
Co ja powiem Adrianowi…? – przemknęło mi przez myśl zanim zasnąłem z wyczerpania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz