Rozdział 17
Po jakiejś godzinie się obudziłem w
szpitalu. Pierwsze co zobaczyłem to rozpaczającą mamę i pocieszającego ją ojca.
Kiedy zauważyła, że mam otwarte oczy to myślałem, że chce mnie udusić, dopiero
interwencja taty i przybycie lekarza zmusiło rodzicielkę do odsunięcia się na
bezpieczną odległość. Po kilku badaniach zmęczony znowu usnąłem.
Tak mniej więcej wyglądał uprzedni
dzień.
- Cześć, syneczku! Wyspałeś się? – odezwała się
matka, kiedy tylko wydałem się. A było
tak cicho…
- Ta… - Ziewnąłem. – Był może Adrian? –
spytałem z nadzieją.
Swoja drogą to nawet nie mieli
wcześniej czasu się poznać, dopiero w szpitalu.
- Tak – od razu się żywiłem na te słowa – ale spałeś.
Siedział trochę i czekał, aż się obudzisz, a sam podobno nie miał serca tego
robić. Jakieś pół godziny temu poszedł do domu.
Załamany padłem na łóżko.
- Jak tu przyjdzie to sobie z nim porozmawiam. Później nie będzie miał serca
mnie NIE budzić.
Zaśmiała się cicho. Zerknąłem na nią
i się zaniepokoiłem.
- Mamo… Idź też. Musisz wypocząć.
Miała potargane włosy, podkrążone
oczy, a w ręce trzymała kubek, chyba kawy.
- Da…
- Proszę – przerwałem jakikolwiek jej protest.
– Musisz odpocząć. Przecież jak czegoś się dowiem to do ciebie zadzwonię.
Niezadowolona wstała, ale zaraz jakby
coś sobie przypomniała.
- Ten twój chłopak, swoją drogą fajny jest,
był też tu wczoraj. Przyniósł to – wyciągnęła z półeczki stojącej obok mojego
łóżka szpitalnego niebieskie pudełeczko. – Chciał żebym ci przekazała jak się obudzisz,
ale zapomniałam, a później całą noc przespałeś.
Sięgnąłem po nie i mówiąc pod nosem jakieś
podziękowania skupiłem się na prezencie. Może byłem zbyt uczuciowy, ale
wzruszył mnie tym. Na szczęście się nie poryczałem. Nawet jednej łezki nie
uroniłem! (Można bić mi brawa)
Rodzicielka sobie poszła, a ja rozpakowałem
paczuszkę. Tulipan ostrożnie odłożyłem na poduszkę, obok głowy i zacząłem czytać
list napisany na lilowej karteczce.
Cześć!
Miałem dać ci wiersz Kraszewskiego,
ale jest ważniejsza sprawa.
Konkretniej – co się stało???
Nawet nie wiesz jak się bałem!
Przyjechała karetka,
nie byłoby to nic, aż tak strasznego,
gdym nie miał złych przeczuć,
a później Ewa nie powiedziałby
mi, że to po ciebie!
Kochany, trzymaj się!
Porozmawiamy kiedy będziemy mogli.
Oczekuję wyjaśnień! Pilnie!
Wracaj do zdrowia.
Tulip.
PS. Kocham cię!
Ja ciebie też.
Ostrożnie schowałem wszystko do
pudełeczka. Sięgnąłem po telefon.
11 nieodebranych połączeń od: Tulip.
Napisałem mu szybko SMS’ a, że u mnie
chyba w porządku, ciągle mam jakieś
badania, a na koniec: Czekam! Tak na
wszelki wypadek. Po chwili namysłu dopisałem kocham cię i wysłałem.
Odzew pojawił się prawie od razu.
Od Tulip: Postaram się przyjechać jak
najszybciej. Zamknij oczy i policz do dziecięciu. Uspokój się będzie dobrze
(pewnie te słowa powinienem kierować do siebie) ;)
Zaśmiałem się cicho. Z uśmiechem na
ustach oparłem się wygodniej na poduszce i przymknąłem powieki. Pozostawało mi już
tylko czekać. Na ukochanego i na lekarza, tyle że ten drugi musiałby przyjść z informacją
co mi jest, a najlepiej dodatkowym wypisem dla mnie.
Ziewnąłem, swoją drogą szpital działa
bardzo usypiająco, a zaraz poczułem zwinny język w środku. Otworzyłem szybko
oczy, lecz zaraz znowu zasłoniłem je kurtyną rzęs mrucząc z przyjemności. Najwyraźniej
dla Adriana jak najszybciej oznacza za
kilka sekund.
- Cześć! – Usiadł na krzesełku. – Co ci jest?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie mam pojęcia. Doktor Lazar ciągle mnie
bada, a nic konkretnego nie mówi. Sam z resztą nie wie.
Wyraźnie posmutniał.
- Oby to nie było nic poważnego.
Do końca naszego spotkania robiłem
wszystko żeby nie wracać do tematu mojego pobytu tutaj, ale Adrian to uparty
człowiek i tak łatwo nie było wybić mu tego z głowy. Niestety o 1600
poszedł. Tak, nie był w szkole. Chciał w razie czego od razu móc przyjechać. Kochany…
Aa, i zostawił pudełeczko.
Ledwo wyszedł, a pojawił się lekarz.
Siwiejący, lekko łysiejący, wyyysoki facet po czterdziestce.
- Witaj, chciałem… - nie dokończył, gdyż
przyszła mama.
- Dzień dobry! Już jestem. Co się stało? Coś
wiadomo? – pewnie zadałaby jeszcze z tuzin pytań, ale doktorek uciszył ją
podnosząc rękę do góry.
- Dzień dobry, mamy pewne przypuszczenia. Nie
chcemy na razie nic mówić póki nie upewnimy się dlatego musimy zrobić jeszcze
jedno badanie…
- Proszę – wtrąciłem się – chociaż te
przypuszczenia. Nie jest łatwo nie wiedzieć co się dzieje, ja już myślę o
najgorszym.
- Ekhem… No nie wiem… - chyba mój błagający wzrok
na niego zadziałał, bo się poddał. – Niech będzie.
Tylko, że to czego się dowiedziałem…
żadnymi słowami nie mogłem opisać tego jak się czułem, a tym bardziej, kiedy po
badaniach okazało się to być prawdą… Łzy lały się strumieniami, a to w nijaki
sposób nie pomagało mi.
Co ja powiem Adrianowi…? – przemknęło mi przez myśl zanim zasnąłem z wyczerpania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz