Rozdział 16.
Dwa tygodnie później…
Rozsiadłem się na krześle w szkole.
Wszyscy siedzieli w okręgu jak jakaś sekta, a tak naprawdę to trwały zajęcia z
pierwszej pomocy… Przepraszam! Z resuscytacji,
czy jakoś tak. Przecież to nic, że w gimnazjum mieliśmy i tak trzeba jeszcze
raz. Eh… Przynajmniej lekcje odwołali, tzn. dwie – wychowawcza i EDB, ale zawsze
coś. Ach, gdyby tak chemia i niemiecki…
- Witam wszystkich na zajęciach – odezwał się ok.
trzydziestoletni facet z niemałym zarostem, ale nie za długim. Nawet mu
pasował. – Nazywam się Piotr Pietruszka i będę prowadził z wami dzisiejsze
zajęcia. To tylko takie przypominające, bo z tego co wiem to prawie każdy z was
już brał udział w kursie resuscytacji. – Ta…
Do rzeczy. – Może zaczniemy od tego, że będziemy się zwracać o siebie na
ty, zgoda?
- Więc jak będę chciał coś to mam mówić: ej,
ty! ? – spytał klasowy debil, Wiktor.
- Nie – wykazał się wielką cierpliwością, za
co dostał, że tak powiem, ode mnie punkt. – Możesz mi mówić po imieniu.
- Aa… - czy udawał idiotę, czy nie tego się
chyba nigdy nie dowiem.
- Dobrze, a więc kontynuując dodam, iż jak
chcecie coś powiedzieć to nie musicie się WYJĄTKOWO zgłaszać, tylko bez zamieszania, nie
wtrącamy się kiedy ktoś mówi, OK.? Cieszę się.
Naprawdę nie wiem po co to nam było,
skoro i tak po chwili wyleci to z głowy nie małej części ludzi tu zebranych, a
tym bardziej nie przyda nam się to większości, ale oby jak największej.
Postanawiając zająć czymś myśli od
razu skierowały się same do Adriana. Ostatnio miał dla mnie mniej czasu, ale
przygotowywał się do matury. Niby jest jeszcze dużo czasu, lecz on nie chce o tym myśleć
na ostatnią chwilę. Mam opiekuńczego i rozsądnego chłopaka.
Uśmiech sam wpełzł na moje usta na
myśl o nim.
Zaraz zadzwonił dzwonek.
Już??? To ile przegapiłem???
- Dobrze, proszę wyjść na przerwę, widzimy się
za… dziesięć minut powinno wam wystarczyć.
Tyle zawsze trwa…
Ten facet był całkiem miły, ale przynudzał…
a może nie tylko ja nie słuchałem? Bardzo prawdopodobne.
Wyszedłem z klasy i zaraz pobiegłem
pod klasę profesor Piotrowskiej. Znałem plan lekcji ukochanego bardzo
dokładnie, choć to on częściej już czekał na mnie pod klasą. Prześcigiwaliśmy
się kto pierwszy dotrze pod klasę swojego chłopaka. Teraz miałem przewagę, bo
miałem lekcje w tej samej Sali.
Dotarłem na miejsce i tak jak
przypuszczałem, byłem pierwszy. Rzuciłem mu się w ramiona zadowolony, że znowu
go widzę.
- Cześć!
- Co tak szybko? – uniósł brew do góry
zaskoczony.
- To moja słodka taje…
- Daniel, chodź. Chcą żebyśmy już wracali na ten
kurs, bo braknie czasu, czy coś… - wtrąciła się Beata, ale mój niezadowolony,
delikatnie powiedziawszy, wzrok powodował, że cichła z każdym kolejnym słowem.
- O, czyżby tajemnica się wydała? – brunet zaśmiał
się, a ja jedynie wywróciłem oczami.
- Muszę lecieć. Pa!
Odszedłem choć najchętniej na
pożegnanie dałbym mu chociaż całusa, ale odpuściłem.
O dziwo ludziom z naszej szkoły
wybitnie nie przeszkadza nasz związek, nawet kilka osób (dziewczyn) jest zachwyconych,
lecz lepiej nie przysparzać sobie wrogów, gdyby jednak znalazł się jakiś
homofob, który wybitnie miałby coś przeciw pocałunkowi. A gdyby to był związek
hetero to nie byłoby w tym nic dziwnego… Eh…
Wróciłem do klasy. Widziałem już fantom już leżał gotowy.
Oho szykuje się pomoc w praktyce? Z moją kochaną klasą to nie wiem, czy ten manekin nie ożyje i nie ucieknie w
popłochu!
- Jak pewnie zauważyliście leży tutaj fantom.
Może wygląda tak jak tamten jakiego używaliście wcześniej, do nauki, lecz ten
dodatkowo sprawdza waszą skuteczność. Zademonstruję jak to się robi, a następnie
po kolei każdy z was sam spróbuje.
Nachylił się, przyłożył ręce do
plastiku, na wysokości mostka, gdyby był człowiekiem i zaczął naciskać,
oczywiście przed czynnościami wszystko omawiając. Następnie pokazał na
wyświetlanym na rzutniku wykresie tłumaczył jak bardzo powinniśmy naciskać oraz
ile razy, w jakim tempie.
Przyszła kolej na klasę. Na moje
szczęście byłem ostatni. Nie lubię być za bardzo w centrum uwagi, choć wiedziałem, że zapewne prawie każdy będzie myślami gdzieś indziej.
- A teraz na koniec ty – Piotr wskazał na
mnie.
Westchnąłem i z ociąganiem przyjąłem odpowiednia
pozycję. Co jak co, ale z całej klasy w gimnazjum mi poszło najlepiej.
Zacząłem naciskać, licząc do
sześćdziesięciu, przy okazji wybitnie szybko tracąc siłę. I to już po siedmiu!
Dziesięć, jedenaście, uff… ale to męczące! Ee… ile to już…?
Nagle zaczęło mi ciemnieć przed
oczami, kręcić w głowie, usłyszałem pisk… I ciemność. Straciłem przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz