piątek, 18 września 2015

Przywiazanie - Rozdział 20.



Rozdział 20.
Parę dni później…
Siedzieliśmy razem na kanapie w salonie oglądając coś w telewizji, a właściwie to szukając czegoś ciekawego.
 - Czekaj! – powiedziałem, kiedy wraz z przerzucaniem kanałów, mój chłopak natrafił na wiadomości.
 - Wydawało mi się, że to cię nie interesuje.
 - Cicho, patrz – wskazałem na ekran.
Akurat mówili o… Jacku! Skupiłem się na tym. Pokazywali go jako potwora bez uczuć myślącym tylko o sobie i wyładowującym złość na swoim partnerze, czyli mnie. Nie mogłem tego słuchać. Wyszedłem. Usiadłem w sypialni na łóżku podwijając kolana pod brodę. Łzy napłynęły do moich oczu, spływając po policzkach na spodenki i nogi.
 - Skarbie? – Lekarz objął mnie ramionami. – O co chodzi?
 - On… - Przełknąłem gulę w gardle, uniemożliwiającą wydostanie  się słów na zewnątrz. – Ja go kochałem, a może i nadal kocham. Nie mogę słuchać tego co o nim mówią. Myślisz, że dlaczego siedziałem cicho? Bo nie wyobrażałem sobie, żeby ktoś mógł coś złego o nim powiedzieć.
 - A ja? – Odsunął się i ujął w dłonie moja twarz zmywając kciukiem mokre ścieżki.
 - Nie rozumiem…
 - Kim dla ciebie jestem? Przyjacielem, pocieszycielem, chłopakiem, kochankiem, a może miłością? – Otworzyłem szeroko usta nie wierząc, iż ma jakieś wątpliwości. – Powiedziałeś kiedyś, że mnie kochasz? Nie. – Naprawdę? – Więc?
Próbowałem coś z siebie wydusić, ale nie mogłem.
Westchnął i po prostu wyszedł. Patrzyłem na zamknięte drzwi i obudziłem się dopiero jak usłyszałem trzask.
Poszedł? Dlaczego on… Co ja narobiłem?! – Szybko wstałem. – Dlaczego nic nie powiedziałem? Dlaczego wcześniej nie powiedziałem tych dwóch magicznych słów? Ani teraz?
Założyłem buty i wybiegłem z mieszkania. Tak jak można by się domyśleć już go nie było. Nie wiedziałem, w którą stronę mógł się udać.
Samochód jest, więc chyba nigdzie daleko nie odszedł.
Mogłem wrócić do domu i zaczekać, ale nie wytrzymałbym.
Sunia!
Poszedłem do salonu, gdzie znajdowało się legowisko naszego pieska. Ziajała rozłożona na nim. Przykucnąłem obok i pogłaskałem ją po łebku.
 - Wiem, że jest ci gorąco, mi też, ale chodź. Musimy znaleźć Roberta. Pomożesz mi? – Przekrzywiła główkę i szczeknęła. – To znaczy tak?
Wstałem i przyniosłem smycz. Podreptała za mną na dwór, niezadowolona z temperatury. Nie ma co się dziwić, chyba w lipcu nie było takich upałów jak we wrześniu (a to już końcówka).
 - Szukaj – powiedziałem do rottweilera.
Zaraz przystawiła nos do chodnika i pociągnęła mnie w lewą stronę. Pobiegłem za psinką.
Ciekawe kto był jej właścicielem zanim trafiła do schroniska…
Gnała w stronę… rzeki? Nie mając wyjścia moje tępo zakrawało pod sprint. Faktycznie na moście, w mało uczęszczanej części miasta, a więc kawałek od naszego mieszkania, siedział lekarz.
Co on tu robi…?
 - Robert?
 - Skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać?
 - Hau! – wtrąciła się Sunia.
 - Aaa… pies tropiciel? – Odwrócił się w moja stronę. – Co jest?
 - Chodź – wyciągnąłem rękę w jego stronę.
Zeskoczył z murku i podszedł.
 - Alek…
 - Czekaj! – przerwałem. Zamilkł, a cała moja odwaga uciekła. Spuściłem wzrok. – Przepraszam. Nie wiem dlaczego tak się zachowałem. Zaskoczyłeś mnie. Kocham cię. – Ująłem jego twarz w dłonie. – Naprawdę. Zależy mi na tobie, uwierz. – Pocałowałem go. – Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. – Przypomniało mi się gdzie go zastałem. – A… co ty tu właściwie robisz?
 - Lubię tu siedzieć i patrzeć na wodę. To mnie uspokaja. A co, myślałeś, że chcę popełnić samobójstwo? – Nic nie powiedziałem, ale rumieńce zdradziły prawdę. – Ha, ha! Serio? – Pogłaskał mnie po policzku. – Nie mam powodu. Wiem co czujesz. Chciałem tylko cie zmusić do powiedzenia tego. No dobra, przyznaję, kiedy milczałeś miałem przez chwilę wątpliwości…
 - Nie! – zaprotestowałem.
 - Wiem.
Nagle wpadłem na pomył. Pochyliłem się do jego ucha.
 - Jak chcesz to w domu mogę ci to udowodnić… - Przejechałem językiem po nim.
W jedną rękę wziął smycz, a w drugą moją dłoń i pociągnął nas w kierunku mieszkania. Zaśmiałem się w duchu z tego jak na niego działam. Jednak nagle skręcił do lasu.
 - Naprawdę masz taką… Auć! – popchnął mnie na drzewo i wpił się w usta. Zamruczałem kiedy jego język zaczął badać moje podniebienie. Na chwilkę go odsunąłem. – Aż taki jesteś niecierpliwy? – uśmiechnąłem się i znowu pocałowałem.
Sunia dobrze wiedziała, że lepiej nam nie przeszkadzać, bo kątem oka zobaczyłem jak kładzie się w cieniu.
Chwyciłem go za materiał bluzki i zamieniłem nasze miejsca. Kolano ustawiłem pomiędzy jego nogami, co chwilę nim poruszając i wymuszając zduszone jęki chłopaka. W końcu się odsunąłem na odległość jakiegoś metra. Uśmiechnąłem się widząc w jakim stanie był lekarz. Ledwo stał na nogach.
 - Może pomóc? – wskazałem skinieniem głowy na jego wybrzuszenie w spodniach.
Tylko kiwnął głową.
Uklęknąłem przed nim.
 - Na pewno? – postanowiłem go trochę podręczyć.
 - Tak!
 - No nie wiem… - Przejechałem palcem po rozporku. – Nie wytrzymasz, aż dojdziemy do domu?
 - Nie! – warknął. – Masz GO wziąć w usta i pieprzyc mnie nimi, póki nie dojdę w ekstazie wykrzykując twoje imię. TERAZ! – powiedział to takim władczym tonem, że nie mogłem się sprzeciwić.
Rozsunąłem suwak zębami patrząc w jego oczy. Palce zajęły się guzikiem i zaraz spodenki wraz z bokserkami znajdowały się na wysokości kostek. Już chciałem jeszcze coś dodać, ale widząc ten wzrok jakoś mi przeszło. Przejechałem językiem po całej długości. Jednak strona sadystyczna nie pozwoliła mi na szybkie zaspokojenie Roberta. Cmoknąłem główkę i zassałem się na niej chwilkę, by zaraz się odsunąć i po prostu klęczeć. Z jednej strony chciałem już spełnić jego prośbę (rozkaz), ale z drugiej, postanowiłem być cierpliwy.
 - Alek, no! – Poruszył niespokojnie biodrami. – Nie widzisz jaki ON jest chętny żeby wepchać ci go do gardła?
Zadowolony przytrzymałem lekarza i powoli zacząłem połykać jego przyrodzenie. Wycofałem się prawie do końca i znowu wsunąłem. Powtarzałem to coraz szybciej wsłuchując się w melodię dźwięków wydawanych przez niego. Kiedy poczułem, że już nie wiele brakuje odsunąłem się.
 - Nie no, to jest jakiś żart? To chociaż ręką… Kochanie!
 - Co będę z tego miał? – Zły postanowił sam się zaspokoić i już sięgał dłonią, kiedy chwyciłem obydwie. – A, a, a!
 - Zobaczysz, kiedyś też cię zostawię w takiej potrzebie.
 - Coś nie jesteś przekonujący…
 - Eh… Najpierw mi pomóż, a później mój kutas w domu ci pokarze co będziesz z tego miał. Będę cię pieprzył do samego rana nie zważając na to, iż nie ma nawet wieczora. Będę patrzeć jak się wijesz pode mną jęcząc i wykrzykując co chwilę moje imię. Doprowadzę cię do takiego stanu, że zrobisz dla mnie wszystko.
Moja wyobraźnia podziałała bardzo dobrze, co spowodowało mały ucisk również w moich spodniach.
Wystarczyła chwila i z małą pomocą doszedł. Wstałem i pocałowałem go szybko.
 - No to teraz pora na twoją obietnicę. Chodźmy. Sunia! – zawołałem psa i poszliśmy do mieszkania, a dalszego ciągu możecie się domyśleć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz