EPILOG
Miesiąc później…
Nareszcie byłem kochany i kochałem
tak naprawdę.
Robert z zaoszczędzonych pieniędzy i
tych ze sprzedaży swojego mieszkania, kupił większe. Znajdowało się nieopodal
parku i mojej pracy. Planował to już wcześniej, lecz mi zrobił taką niespodziankę.
Tak, zostałem fryzjerem. Pensji nie
było z tego nie wiadomo ile, ale robiłem coś co lubię, a zawsze to dodatkowe
pieniądze na koncie.
Czyniłem pierwsze kroki do pogodzenia
się z ojcem. To nie było takie łatwe!
Sunia bardzo zaprzyjaźniła się z
siostrzenicą mojego chłopaka, dziesięcioletnią Sarą.
Raj? Nie wierzycie? To prawda, tylko
nie powiedziałem wam wszystkiego. Otóż pewnego dnia dowiedziałem się o czymś
przez co znalazłem się w miejscu ze snu…
Słone łzy spływały po policzkach w
tamten deszczowy (jak nastrojowo) dzień. Stałem przy lekarzu, który obejmował
mnie w pasie ręką. Patrzyłem przed siebie, na drzewa. Nie mogłem spuścić wzroku
trochę niżej i bardziej na prawo. Dlaczego? Bo stałem na cmentarzu. Ale czyj to
pogrzeb? Płakałem jak za bynajmniej kimś z rodziny. Nie? To o kogo chodzi? Otóż
wystarczyło podążyć wzrokiem według mojej instrukcji. Na nagrobku widniały
złotymi literami napisane te straszne słowa i cyfry…
Śp. Jacek Zasada
Ur. 24.06.1978r.
Zm. 15.10.2015r.
Co się stało? Nie wytrzymał tego, popełnił
samobójstwo. Ja nie wiem i naprawdę wolałem i wolałbym nigdy się nie
dowiedzieć jak.
Na pogrzebie nie było wiele osób, jak
pewnie większość osób by zakładała. Większość ludzi, po wyroku, a niektórzy jak
tylko policja przyszła do jego kancelarii aby zabrać go na posterunek, po
prostu go olała. Był dla nich już nikim. Trudno mi było znieść fakt, iż prawnik
z tyloma znajomościami, który
zajmował się sprawami bandytów, sam trafił do więzienia oraz, że inni uważali
go za najgorszego, a co dopiero jego śmierć.
- Jak się czujesz? – spytał lekarz.
- To moja wina… przeze mnie wylądował za
kratami i… - głos mi się załamał.
- Gdyby nic ci nie zrobił to by go to nie
spotkało.
- Nie rozumiesz? Dla mnie on nie był nikim,
kolejnym człowiekiem na Ziemi. Mimo wszystko zależało mi na nim, może nie w
taki sensie jak na tobie, ale sam rozumiesz…
Ucałował moją skroń.
- Wiem, wiem. Wierzysz w Boga?
- Kiedyś… Jak byłem mały tak, lecz z czasem,
po śmierci mamy, kiedy ojciec zaczął mnie nienawidzić i jak poznałem Jacka jakoś
zwątpiłem. Możesz myśleć, że wtedy, na początku naszej znajomości powinienem
myśleć, iż ktoś tam na górze nade mną czuwa, ale tak nie było. Zakochałem się,
jednak było w nim coś takiego, że… sam nie wiem jak to opisać. Czemu pytasz?
- Jeśli jest tam w tobie to ziarno wiary w
jakiegokolwiek Boga to pomyśl, że teraz może być w drodze do nieba, czy jak to
tam nazwać.
Kiwnąłem głową.
Po wszystkim, każdy poza jedną osobą poszedł.
Roberta też wygoniłem do samochodu. Chciałem zostać sam.
Przykucnąłem przy nagrobku i
pogłaskałem go.
Cześć! Dawno razem nie rozmawialiśmy. Co z tego, że ty się nie odezwiesz,
a ja tylko w myślach, po prostu nie chcę żeby uznali mnie za wariata gadającego
do samego siebie… Nie wiem co mam powiedzieć. Byłeś… Jesteś dla mnie ważny i
mam nadzieję, iż Stwórca, bo nie mogę uwierzyć, że teraz jesteś jedynie kolejną
kupką szczątek, z których po czasie nic nie zostanie, wybaczy ci to wszystko.
Ja tak. Już dawno. Nie będę ci prawił morałów, gdyż pamiętam, jak kiedyś zażartowałem
i spytałem co byś zrobił gdybyś został skazany i trafił do więzienia.
Odpowiedziałeś, że chyba byś się zabił, ale w twoim głosie była niepokojąca
nutka powagi... Jeszcze kiedyś cię odwiedzę…
Wstałem i z trudem, przez łzy w
oczach, dotarłem do auta. Ostatni raz się odwróciłem.
Żegnaj! Kiedyś się zobaczymy… W odległej przyszłości…
Przestało lać, a ze mnie, jedynej
osoby, która uparła się, że nie chce parasola, bo zaraz przejdzie, skapywała
woda na chodnik jak z gąbki. O dziwo przeszło mi. Czułem spokój…
KONIEC!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz