środa, 23 września 2015

Przywiązanie - EPILOG.



EPILOG
Miesiąc później…
Nareszcie byłem kochany i kochałem tak naprawdę.
Robert z zaoszczędzonych pieniędzy i tych ze sprzedaży swojego mieszkania, kupił większe. Znajdowało się nieopodal parku i mojej pracy. Planował to już wcześniej, lecz mi zrobił taką niespodziankę.
Tak, zostałem fryzjerem. Pensji nie było z tego nie wiadomo ile, ale robiłem coś co lubię, a zawsze to dodatkowe pieniądze na koncie.
Czyniłem pierwsze kroki do pogodzenia się z ojcem. To nie było takie łatwe!
Sunia bardzo zaprzyjaźniła się z siostrzenicą mojego chłopaka, dziesięcioletnią Sarą.
Raj? Nie wierzycie? To prawda, tylko nie powiedziałem wam wszystkiego. Otóż pewnego dnia dowiedziałem się o czymś przez co znalazłem się w miejscu ze snu…
Słone łzy spływały po policzkach w tamten deszczowy (jak nastrojowo) dzień. Stałem przy lekarzu, który obejmował mnie w pasie ręką. Patrzyłem przed siebie, na drzewa. Nie mogłem spuścić wzroku trochę niżej i bardziej na prawo. Dlaczego? Bo stałem na cmentarzu. Ale czyj to pogrzeb? Płakałem jak za bynajmniej kimś z rodziny. Nie? To o kogo chodzi? Otóż wystarczyło podążyć wzrokiem według mojej instrukcji. Na nagrobku widniały złotymi literami napisane te straszne słowa i cyfry…

Śp. Jacek Zasada
Ur. 24.06.1978r.
Zm. 15.10.2015r.

Co się stało? Nie wytrzymał tego, popełnił samobójstwo. Ja nie wiem i naprawdę wolałem i wolałbym nigdy się nie dowiedzieć jak. 
Na pogrzebie nie było wiele osób, jak pewnie większość osób by zakładała. Większość ludzi, po wyroku, a niektórzy jak tylko policja przyszła do jego kancelarii aby zabrać go na posterunek, po prostu go olała. Był dla nich już nikim. Trudno mi było znieść fakt, iż prawnik z tyloma znajomościami, który zajmował się sprawami bandytów, sam trafił do więzienia oraz, że inni uważali go za najgorszego, a co dopiero jego śmierć.
 - Jak się czujesz? – spytał lekarz.
 - To moja wina… przeze mnie wylądował za kratami i… - głos mi się załamał.
 - Gdyby nic ci nie zrobił to by go to nie spotkało.
 - Nie rozumiesz? Dla mnie on nie był nikim, kolejnym człowiekiem na Ziemi. Mimo wszystko zależało mi na nim, może nie w taki sensie jak na tobie, ale sam rozumiesz…
Ucałował moją skroń.
 - Wiem, wiem. Wierzysz w Boga?
 - Kiedyś… Jak byłem mały tak, lecz z czasem, po śmierci mamy, kiedy ojciec zaczął mnie nienawidzić i jak poznałem Jacka jakoś zwątpiłem. Możesz myśleć, że wtedy, na początku naszej znajomości powinienem myśleć, iż ktoś tam na górze nade mną czuwa, ale tak nie było. Zakochałem się, jednak było w nim coś takiego, że… sam nie wiem jak to opisać. Czemu pytasz?
 - Jeśli jest tam w tobie to ziarno wiary w jakiegokolwiek Boga to pomyśl, że teraz może być w drodze do nieba, czy jak to tam nazwać.
Kiwnąłem głową.
Po wszystkim, każdy poza jedną osobą poszedł. Roberta też wygoniłem do samochodu. Chciałem zostać sam.
Przykucnąłem przy nagrobku i pogłaskałem go.
Cześć! Dawno razem nie rozmawialiśmy. Co z tego, że ty się nie odezwiesz, a ja tylko w myślach, po prostu nie chcę żeby uznali mnie za wariata gadającego do samego siebie… Nie wiem co mam powiedzieć. Byłeś… Jesteś dla mnie ważny i mam nadzieję, iż Stwórca, bo nie mogę uwierzyć, że teraz jesteś jedynie kolejną kupką szczątek, z których po czasie nic nie zostanie, wybaczy ci to wszystko. Ja tak. Już dawno. Nie będę ci prawił morałów, gdyż pamiętam, jak kiedyś zażartowałem i spytałem co byś zrobił gdybyś został skazany i trafił do więzienia. Odpowiedziałeś, że chyba byś się zabił, ale w twoim głosie była niepokojąca nutka powagi... Jeszcze kiedyś cię odwiedzę…
Wstałem i z trudem, przez łzy w oczach, dotarłem do auta. Ostatni raz się odwróciłem.
Żegnaj! Kiedyś się zobaczymy… W odległej przyszłości…
Przestało lać, a ze mnie, jedynej osoby, która uparła się, że nie chce parasola, bo zaraz przejdzie, skapywała woda na chodnik jak z gąbki. O dziwo przeszło mi. Czułem spokój…

KONIEC!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz