Rozdział 19.
Dojechaliśmy pod blok. Robert
pochylił się w moją stronę i cmoknął mnie.
- Kochanie, mam do ciebie prośbę: kupiłbyś to
moje ulubione ciasto czekoladowe z kremem i bananami? – spytał.
- Ale… - …ale ja miałem inne plany, aniżeli
jeździć w poszukiwaniu jakiegoś deseru – to jest na drugim końcu miasta, bo w
innych cukierniach ci nie smakuje.
- Proszę. – Jeszcze raz mnie szybko pocałował i
wysiadł nie słuchając protestów.
Westchnąłem i pojechałem. Wszedłem do cukierni ozdobionej lukrowym szyldem. Od razu dało się wyczuć (i to jeszcze na dworze) słodki zapach cukru
i czekolady. Zaraz dostrzegłem to po co przyszedłem. Nagle pojawił się problem
– ile?
- Eh… - Wybrałem jego numer i odczekałem
chwilkę.
~ Halo…? – odezwał się niepewnie. – Co się…
Kurwa.
- W porządku? – zmartwiłem się.
Usłyszałem jakiś brzdęk i kilka
niecenzuralnych słów.
~ Eee… Tak, tak. Dlaczego dzwonisz?
- Kochanie, jaki kawałek mam kupić?
~ No… duży – stwierdził to tak jakby to było
oczywiste.
- Dzięki za pomoc – westchnąłem. – Cześć!
~ Pa!
Odwróciłem się w stronę niskiej,
wyraźnie lubiącej słodycze staruszki. Uśmiechnęła się życzliwie.
- Słucham pana.
- Poproszę to – wskazałem przez szybkę –
ciasto. Duży – przedrzeźniłem lekarza
– kawałek.
Kiwnęła głową. Przystawiła do niego
nóż.
- Taki?
- Chyba… - niepewnie odpowiedziałem.
- Ukochana ma szczęście – dodała pakując
deser.
- Dziękuję – odebrałem pakunek. – Do widzenia!
- Do widzenia!
Wszedłem do samochodu i jak
najszybciej ruszyłem do domu. Wziąłem reklamówkę, kiedy zajechałem i udałem się
do mieszkania. Zdjąłem buty oraz marynarkę. Skierowałem swoje kroki w stronę
salonu zdziwiony, iż jest tak cicho. Zajrzałem do pokoju i stanąłem jak wryty.
Na stole stały czerwone świece, dwa
talerze ze spaghetti, kieliszki oraz wino.
- Robert…?
- Już jesteś? – usłyszałem go z kuchni – To dobrze. Chodź, nałożę ciasto.
- Tak… - wydukałem i ruszyłem w kierunku, z
którego dobiegał głos.
Stał w dziwnym, kolorowym fartuszku
(oczywiście nie tyko! A szkoda… Yy… wracając do rzeczywistości) z paterą oraz
nożem. Podszedł i cmoknął mnie na przywitanie.
- Dzięki. - Odebrał deser, a ja dalej stałem
zaskoczony. – Podoba ci się nasza kolacja?
- Podoba??? Wow, jest super! Ale… ty to
gotowałeś…? – spytałem podejrzliwie.
- No… może i sos z proszku, bo znasz moje
umiejętności kulinarne, ale tak, sam wszystko zrobiłem.
Przytuliłem go od tyłu.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się szeroko.
- To nie koniec niespodzianek – dodał
tajemniczo.
- Pewnie nic mi nie powiesz?
- Nie. – Odwrócił się i podał mi rękę. – Chodź.
Zdziwiłem się, że nie wziął ze sobą
ciasta, ale zaraz skupiłem się na kolacji.
Poszliśmy do salonu i zajęliśmy
miejsca naprzeciwko siebie.
- Proszę – nalał wina.
Stuknęliśmy się kieliszkami. Upiłem
łyk z zadowoleniem stwierdzając, że nie boję się, co się stanie później. Ufałem
mu. Nałożyłem na widelec trochę makaronu i sosu.
- To na pewno jest jadalne?
- Ja jeszcze żyję, a musiałem sprawdzić, czy
dobre.
Zamiast jeść wpatrywał się we mnie
wyczekując. Spróbowałem dania i uśmiechnąłem się. Odetchnął z ulgą.
- Dobre, mistrzu kuchni.
Wypiął dumnie pierś i zaczął
pałaszować swoją porcję. Jedliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Zupełnie
zapomniałem o tym, co się stało jeszcze tego samego dnia.
- Pyszne. – Wytarłem usta chusteczką. – Postarałeś się.
- No ba! Dla ciebie to tylko to co najlepsze.
I jak tu go nie kochać?
- A ta niespodzianka?
- Później. – Wyszczerzył się widząc moją
naburmuszoną minę. – Kochanie, cierpliwości.
- Ta…
- W sumie to są dwie… - Podniosłem na niego
zainteresowany wzrok. – Jedna jest w sypialni…
Wstałem i jak małe
dziecko chcące rozpakować prezent, pobiegłem tam. Otworzyłem drzwi i od razu
rzuciło mi się w oczy łóżko. Takie jak wcześniej, ale… z płatkami róż ułożonymi
w kształt serca, na pościeli. Odwróciłem się napotykając usta swojego chłopka.
Zarzuciłem mu ręce na szyję wyciągając je i krzyżując w nadgarstkach. Podniósł
mnie lekko, a ja oplotłem go nogami w pasie. Zaraz wylądowałem na łóżku.
Pochylił się i wyszeptał mi do ucha:
- Nie zbyt tandetnie?
Wpiłem się w jego
usta wplatając palce w krótkie, brązowe włosy.
- Nie – odsunąłem się aby to powiedzieć i
znowu połączyłem nasze wargi i języki we wspólnym tańcu.
Przeniosłem dłonie na
jego krawat rozwiązując go, a następnie zająłem się guzikami. Jeden… drugi…
trzeci… czwarty… itd.… Zsunąłem mu materiał z ramion i rzuciłem gdzieś w kąt.
Oderwałem się od jego ust i, dziękując śliskiemu materiałowi, przesunąłem się
niżej. Przejechałem językiem po jego torsie przesuwając się powrotem do góry.
Czułem jak jego mięśnie się napinają. Pomógł mi usiąść i zaraz moja koszula
również znalazła swoje miejsce na podłodze. Westchnąłem czując jak każdy
kawałek odsłoniętej skóry zostaje poznany z wargami lub zębami lekarza.
Kiedy tylko z mojego gardła wydobywał się jęk zaraz powracał do tego miejsca.
- Robert… - ucisk w spodniach był nie do
zniesienia.
- Co? – Zawisł twarzą nad wybrzuszeniem. – Może
pomóc?
- Proszę… Ach! – nie mogłem się powstrzymać,
gdy ścisnął mi krocze.
Postanowił, w końcu
przestać się znęcać i zdjął ze mnie ciemny materiał. Następnie bokserki i
skarpetki. Torował sobie drogę od łydek, przez brzuch, aż po usta swoimi
wargami. Od jego pocałunków można by się uzależnić. Sięgnął ręką pod łóżko
starając się nie odrywać ode mnie. Zaraz usłyszałem ciche pyknięcie.
- Odwróć się – wyszeptał mi prosto w usta.
- Dlaczego? Lubię na ciebie patrzeć –
uśmiechnąłem się.
Przyssał mi się do
szyi, w tym samym czasie nawilżając palce. Włożył jeden próbując przygotować moją
dziurkę. Spiąłem się.
- Co…?
Przerwał.
- O co chodzi? – spytał z troską.
- Po prostu nie byłem do tego przyzwyczajony.
Jacek zawsze… Nie ważne – machnąłem ręką.
- Ale chociaż nawilżał się…?
-Tak, tak. – Przyciągnąłem go i cmoknąłem. – Nie
powinieneś myśleć teraz o czymś innym? – poruszyłem biodrami.
Zaczął mnie
rozciągać, a drugą ręką stymulował mój członek. W tamtym momencie okazało się,
że nie jestem cierpliwym facetem.
- Już!
Uśmiechnął się i
powoli zastąpił pale czymś większym. Wzdychałem wraz z każdym pchnięciem. Nawet
nie wiem kiedy usiadł na swoich piętach, a ja, podtrzymując się jego ramionom,
ujeżdżałem go. W końcu nie wytrzymałem i doszedłem odchylając głowę do tyłu.
Jeszcze z dwa razy podskoczyłem i Robert dołączył do mnie. Dopiero wtedy zdałem
sobie sprawę, że nałożył prezerwatywę. Wysunąłem się i położyłem. Zaraz przypomniałem sobie co zrobiłem. Podniosłem się na łokciach.
- Przepraszam.
Podniósł na mnie
wzrok wycierając swój brzuch. Przerwał.
- Za co?
- No… Jacek by mi nie pozwolił, bo to by
umniejszało jego męskości… - zacząłem się tłumaczyć.
- Ale, o… Aaa! – Zaczął się śmiać, jednak
szybko spoważniał i nachylił się do
mojego ucha. - Kochanie, mi się bardzo podobało i nie miałbym nic przeciwko
nawet gdybyś to ty wkładał swojego dużego kutasa do mojej dziurki.
Cicho jęknąłem,
natomiast mój przyjaciel żywo zainteresował się tą propozycją. Znowu wziął
chusteczkę, aby pozbyć się białej pamiątki z brzucha po tym co się przed chwilką
stało, ale ja szybko podszedłem do niego po materacu na czworaka i
przytrzymałem go za biodra. Na szczęście stał blisko, więc nie musiałem
wychodzić z wygodnego łóżka. Zacząłem zlizywać wszystko patrząc mu w oczy. To
co tam zobaczyłem nie zastąpiłbym niczym. Tej miłości i pożądania. Na koniec
oblizałem usta i szybko go pocałowałem.
- Jak tak dalej będzie to chyba nigdy stąd nie
wyjdę – powiedział, ubierając koszulę.
- Gdzie idziesz? – Zacząłem zapinać guziki,
choć najchętniej to bym zostawił go sobie nagiego nie wypuszczając z sypialni.
- A niespodzianka? – I już go nie było.
Obrażony położyłem
się znowu. Jak śmiał sobie pójść?!
Chociaż, ciekawe co to będzie…?
Po chwili pojawił się
z powrotem.
- Co tak długo? – jęknąłem.
- Stęskniłeś się? – uśmiechnął się.
- Tak.
Nagle usłyszałem
ciche drapanie.
- Kochanie… - zaniepokoiłem się. – Co to…?
- Ha, ha, ha! Mogłeś nie oglądać tego horroru. – Prychnąłem. – To jest ten prezent.
Moim oczom ukazał się…
- Jaki śliczny!!! No chodź pieseczku, chodź –
zawołałem ślicznego kundelka w typie rottweilera.
Przydreptał do mnie z
czerwoną kokardka na szyi. Potarmosiłem ją (tak to suczka) za uszami.
- Wabi się Sunia – dodał Robert. – W schronisku
spędziła rok. Trafiła tam po śmierci właściciela, a nikt z jego rodziny nie
chciał się nią zaopiekować.
- Taką ślicznotką? Pewnie jak coś to mnie
obronisz, co? – zwróciłem się do zwierzaka, a on tylko szczeknął. – No pewnie, że
tak. Wskakuj – poklepałem materac, natomiast pies od razu wykonał moje
polecenie i położył się na plecach. Zacząłem ją głaskać. – Lubisz drapanie po
brzuchu? Pewnie, kto nie lubi?
- Ekhem… - wtrącił się lekarz. – Nie zapomnij o
mnie.
Zaśmiałem się i
podszedłem do niego. Oplotłem go rękami przyciągając bliżej.
- Nie martw się. – Cmoknąłem go. – Może jakoś ci
udowodnić, że pamiętam? – sugestywni zawiesiłem głos.
- Hm… - Podniósł mnie jak pan młody swoją żonę. –
Coś się wymyśli – I wyniósł do łazienki.
Współczuję sąsiadom,
bo o ile w sypialni mogą być grube ściany, to w łazience nic nie zagłuszyło jęków,
chyba tylko woda, ale to na pewno nic nie dawało…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz