Rozdział 16.
Stałem wśród kilku ludzi. Po lepszym przyjrzeniu
się im rozpoznałem ich. To byli znajomi Jacka. Rozejrzałem się i w oddali, koło
drzewa, dostrzegłem Roberta. Zdziwiony tym wszystkim postanowiłem sprawdzić, gdzie jestem. Już miałem spytać pierwszą lepsza osobę, ale zauważyłem, że stoję
koło… NAGROBKA!
Jestem na cmentarzu??? Co ja właściwie tu robię?
- Hej! – Pomachałem rudzielcowi stojącemu po
mojej lewej. – Jestem Aleksander. Pamiętasz mnie? Chłopak Jacka. Więc… - W ogóle
nie zwrócił na mnie uwagi – Ej! Może trochę kultury? – Pomachałem mu ręką przed
twarzą, lecz on nawet nie drgnął. Stał tylko z kamienną twarzą, patrząc przed
siebie. – Bronek…? – Dotknąłem jego ramienia i odskoczyłem z krzykiem. Moja ręka
przeniknęła przez jego ciało!
Cofnąłem się i przewróciłem, potykając
się o własne nogi. Z przerażeniem odkryłem, że leżę z butami Iwony i jednym lakierkiem
Pawła w moim brzuchu. Skrzywiłem się. Nie był to dla mnie przyjemny widok.
Wstałem otrzepując się z… niczego; taki odruch. Nagle do moich uszu dotarł głos
mojego chłopaka. Mówił o… mnie. Jego głos był dziwny jakby zagłuszony czymś,
więc z trudem rozróżniałem poszczególne słowa. Dopiero wtedy zrozumiałem, że
jesteśmy na pogrzebie.
Chwila… Pogrzeb, ja niewidzialny, przenikający przez innych, Jacek mówi o
mnie… NIE!
Szybko pobiegłem w stronę trumny,
która nie wiedzieć czemu była otwarta. Zatkałem usta dłonią tłumiąc szloch,
kiedy zobaczyłem swoje ciało. Martwe.
Nie, NIE, NIE!!! To nie możliwe! Nie mogłem umrzeć!
Łzy lały się ciurkiem po moich
policzkach zamazując obraz.
- To był przykry wypadek. Będziemy o tobie
pamiętać Aleksandrze – usłyszałem prawnika.
- Wypadek?! – zacząłem krzyczeć. – Zabiłeś mnie!
Jak mogłeś?! – Upadłem na kolana chowając twarz w dłoniach. – Dlaczego? Robert miał
rację. Mogłem… Robert!
Szybko wstałem, gdyż nagle poczułem się
bardzo lekki. Odwróciłem się i pobiegłem, nie zwracając uwagi na innych ludzi i
nagrobki. Stanąłem dopiero przed lekarzem. Próbowałem go przytulić, zapominając
o tym, że nie mogłem i upadłem z drzewem na głowie i połowie pleców.
Pozbierałem się i spojrzałem na niego. Oczy miał czerwone, napuchnięte, a słone
krople i tak spływały po policzkach kończąc swoją trasę za kołnierzem czarnej
koszuli, który zresztą był już mokry. Tak bardzo chciałem paść mu w ramiona,
otrzeć łzy i pocałować. Powiedzieć, żeby się nie martwił i… że go kocham.
- Kochany… - Ignorując fakt, iż moja dłoń
po części znalazła się pod jego skórą, pogłaskałem go po policzku. – Dlaczego tak
późno to zrozumiałem? - Przełknąłem gulę
w gardle i próbowałem kontynuować. – Jestem tutaj, nie zostawię cię. Dobrze wiesz, że to nie był wypadek? – bardziej stwierdziłem, niż spytałem. – Nie obwiniaj
się, to moja wina. Przestraszyłem się zapominając jaki jesteś. Ty byś nigdy
mnie nie skrzywdził, prawda? To nie tak miało być… Boże, coś ty zobaczył kiedy
przyjechałeś. Bo czy to zrobiłeś nie mam najmniejszych wątpliwości. Nie
cierpiałem, aż tak… No może i tak, ale bardziej bałeś się, czy Jacek nic ci nie
zrobi. Dobrze, że to nie ja stoję na twoim miejscu. Widzę, nie jest ci łatwo.
To zrozumiałe, lecz znajdź sobie kogoś. Kogoś kto cię pokocha, będzie przy
tobie i nie będzie mieć problemów ze swoim ex.
Spróbowałem go pocałować i odwróciłem
się. Pobiegłem w stronę przemawiającego, by jeszcze raz wykrzyczeć mu wszystko.
Moje serce krwawiło, gdy tylko spojrzałem stronę trumny, którą jak na złość
nikt nie chciał zamknąć. Jakby ten potwór chwalił się co zrobił.
- Jak mogłeś mi to zrobić?! Dlaczego mnie nie zostawiłeś
skoro ciągle byłeś zazdrosny i przez to, to ja obrywałem?! Krzyczałeś, biłeś, złamałeś
mi rękę, żebra, a teraz?! ZABIŁEŚ! Wiedz, że to jeszcze nie koniec! Zemszczę się!
Będę cię straszyć… kiedy nie będę przy Robercie! Tak, przy Robercie. Kocham go!
A ciebie? Może kiedyś, ale i w to wątpię. On miał rację, jak można darzyć miłością
kogoś takiego jak ty?! Nienawidzę cie! Nienawidzę! Nienawidzę! – Próbowałem walić
go pięściami, ale efekt był oczywisty.
Zmęczony padłem na kolana, ale zaraz
wstałem widząc, że klękam przed nim.
Widziałem jak Robert odchodzi i
wsiada do samochodu. Zacząłem go gonić i krzyczeć za nim, lecz nie usłyszał
mnie. Miałem bardzo złą orientację, gdyż w tej części miasta nie byłem. Tak naprawdę
to w ogóle nie kojarzyłem tego miejsca.
Zaczął padać deszcz, a ja klęczałem
na jezdni płacząc i wrzeszcząc w stronę nieba…
~*~
Wstałem szybko, od razu żałując, gdyż
poczułem przeszywający ból. Położyłem się powrotem i rozejrzałem.
Szpital? Czyli… CZYLI ŻYJĘ!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz