środa, 23 września 2015

Do czytelników.

Hej! Uff... Skończyłam Przywiązanie. Chciałam to zrobić już kilka tygodni temu, ale chyba coś o tym wspominałam. Teraz pora na... Nie przestanę cię kochać!!! Wreszcie, bo stęskniłam się za Marcinem i Markiem. To będzie druga i ostatnia cześć, tylko boję się ile tych rozdziałów wyjdzie, gdyż ciągle przychodzą mi do głowy kolejne pomysły... No cóż... Akcja będzie się toczyć kiedy będą już dorośli, ale wszystkiego dowiecie się później czytając tą powieść. *podekscytowana*
Milly (O-O)

Przywiązanie - EPILOG.



EPILOG
Miesiąc później…
Nareszcie byłem kochany i kochałem tak naprawdę.
Robert z zaoszczędzonych pieniędzy i tych ze sprzedaży swojego mieszkania, kupił większe. Znajdowało się nieopodal parku i mojej pracy. Planował to już wcześniej, lecz mi zrobił taką niespodziankę.
Tak, zostałem fryzjerem. Pensji nie było z tego nie wiadomo ile, ale robiłem coś co lubię, a zawsze to dodatkowe pieniądze na koncie.
Czyniłem pierwsze kroki do pogodzenia się z ojcem. To nie było takie łatwe!
Sunia bardzo zaprzyjaźniła się z siostrzenicą mojego chłopaka, dziesięcioletnią Sarą.
Raj? Nie wierzycie? To prawda, tylko nie powiedziałem wam wszystkiego. Otóż pewnego dnia dowiedziałem się o czymś przez co znalazłem się w miejscu ze snu…
Słone łzy spływały po policzkach w tamten deszczowy (jak nastrojowo) dzień. Stałem przy lekarzu, który obejmował mnie w pasie ręką. Patrzyłem przed siebie, na drzewa. Nie mogłem spuścić wzroku trochę niżej i bardziej na prawo. Dlaczego? Bo stałem na cmentarzu. Ale czyj to pogrzeb? Płakałem jak za bynajmniej kimś z rodziny. Nie? To o kogo chodzi? Otóż wystarczyło podążyć wzrokiem według mojej instrukcji. Na nagrobku widniały złotymi literami napisane te straszne słowa i cyfry…

Śp. Jacek Zasada
Ur. 24.06.1978r.
Zm. 15.10.2015r.

Co się stało? Nie wytrzymał tego, popełnił samobójstwo. Ja nie wiem i naprawdę wolałem i wolałbym nigdy się nie dowiedzieć jak. 
Na pogrzebie nie było wiele osób, jak pewnie większość osób by zakładała. Większość ludzi, po wyroku, a niektórzy jak tylko policja przyszła do jego kancelarii aby zabrać go na posterunek, po prostu go olała. Był dla nich już nikim. Trudno mi było znieść fakt, iż prawnik z tyloma znajomościami, który zajmował się sprawami bandytów, sam trafił do więzienia oraz, że inni uważali go za najgorszego, a co dopiero jego śmierć.
 - Jak się czujesz? – spytał lekarz.
 - To moja wina… przeze mnie wylądował za kratami i… - głos mi się załamał.
 - Gdyby nic ci nie zrobił to by go to nie spotkało.
 - Nie rozumiesz? Dla mnie on nie był nikim, kolejnym człowiekiem na Ziemi. Mimo wszystko zależało mi na nim, może nie w taki sensie jak na tobie, ale sam rozumiesz…
Ucałował moją skroń.
 - Wiem, wiem. Wierzysz w Boga?
 - Kiedyś… Jak byłem mały tak, lecz z czasem, po śmierci mamy, kiedy ojciec zaczął mnie nienawidzić i jak poznałem Jacka jakoś zwątpiłem. Możesz myśleć, że wtedy, na początku naszej znajomości powinienem myśleć, iż ktoś tam na górze nade mną czuwa, ale tak nie było. Zakochałem się, jednak było w nim coś takiego, że… sam nie wiem jak to opisać. Czemu pytasz?
 - Jeśli jest tam w tobie to ziarno wiary w jakiegokolwiek Boga to pomyśl, że teraz może być w drodze do nieba, czy jak to tam nazwać.
Kiwnąłem głową.
Po wszystkim, każdy poza jedną osobą poszedł. Roberta też wygoniłem do samochodu. Chciałem zostać sam.
Przykucnąłem przy nagrobku i pogłaskałem go.
Cześć! Dawno razem nie rozmawialiśmy. Co z tego, że ty się nie odezwiesz, a ja tylko w myślach, po prostu nie chcę żeby uznali mnie za wariata gadającego do samego siebie… Nie wiem co mam powiedzieć. Byłeś… Jesteś dla mnie ważny i mam nadzieję, iż Stwórca, bo nie mogę uwierzyć, że teraz jesteś jedynie kolejną kupką szczątek, z których po czasie nic nie zostanie, wybaczy ci to wszystko. Ja tak. Już dawno. Nie będę ci prawił morałów, gdyż pamiętam, jak kiedyś zażartowałem i spytałem co byś zrobił gdybyś został skazany i trafił do więzienia. Odpowiedziałeś, że chyba byś się zabił, ale w twoim głosie była niepokojąca nutka powagi... Jeszcze kiedyś cię odwiedzę…
Wstałem i z trudem, przez łzy w oczach, dotarłem do auta. Ostatni raz się odwróciłem.
Żegnaj! Kiedyś się zobaczymy… W odległej przyszłości…
Przestało lać, a ze mnie, jedynej osoby, która uparła się, że nie chce parasola, bo zaraz przejdzie, skapywała woda na chodnik jak z gąbki. O dziwo przeszło mi. Czułem spokój…

KONIEC!

piątek, 18 września 2015

Przywiazanie - Rozdział 20.



Rozdział 20.
Parę dni później…
Siedzieliśmy razem na kanapie w salonie oglądając coś w telewizji, a właściwie to szukając czegoś ciekawego.
 - Czekaj! – powiedziałem, kiedy wraz z przerzucaniem kanałów, mój chłopak natrafił na wiadomości.
 - Wydawało mi się, że to cię nie interesuje.
 - Cicho, patrz – wskazałem na ekran.
Akurat mówili o… Jacku! Skupiłem się na tym. Pokazywali go jako potwora bez uczuć myślącym tylko o sobie i wyładowującym złość na swoim partnerze, czyli mnie. Nie mogłem tego słuchać. Wyszedłem. Usiadłem w sypialni na łóżku podwijając kolana pod brodę. Łzy napłynęły do moich oczu, spływając po policzkach na spodenki i nogi.
 - Skarbie? – Lekarz objął mnie ramionami. – O co chodzi?
 - On… - Przełknąłem gulę w gardle, uniemożliwiającą wydostanie  się słów na zewnątrz. – Ja go kochałem, a może i nadal kocham. Nie mogę słuchać tego co o nim mówią. Myślisz, że dlaczego siedziałem cicho? Bo nie wyobrażałem sobie, żeby ktoś mógł coś złego o nim powiedzieć.
 - A ja? – Odsunął się i ujął w dłonie moja twarz zmywając kciukiem mokre ścieżki.
 - Nie rozumiem…
 - Kim dla ciebie jestem? Przyjacielem, pocieszycielem, chłopakiem, kochankiem, a może miłością? – Otworzyłem szeroko usta nie wierząc, iż ma jakieś wątpliwości. – Powiedziałeś kiedyś, że mnie kochasz? Nie. – Naprawdę? – Więc?
Próbowałem coś z siebie wydusić, ale nie mogłem.
Westchnął i po prostu wyszedł. Patrzyłem na zamknięte drzwi i obudziłem się dopiero jak usłyszałem trzask.
Poszedł? Dlaczego on… Co ja narobiłem?! – Szybko wstałem. – Dlaczego nic nie powiedziałem? Dlaczego wcześniej nie powiedziałem tych dwóch magicznych słów? Ani teraz?
Założyłem buty i wybiegłem z mieszkania. Tak jak można by się domyśleć już go nie było. Nie wiedziałem, w którą stronę mógł się udać.
Samochód jest, więc chyba nigdzie daleko nie odszedł.
Mogłem wrócić do domu i zaczekać, ale nie wytrzymałbym.
Sunia!
Poszedłem do salonu, gdzie znajdowało się legowisko naszego pieska. Ziajała rozłożona na nim. Przykucnąłem obok i pogłaskałem ją po łebku.
 - Wiem, że jest ci gorąco, mi też, ale chodź. Musimy znaleźć Roberta. Pomożesz mi? – Przekrzywiła główkę i szczeknęła. – To znaczy tak?
Wstałem i przyniosłem smycz. Podreptała za mną na dwór, niezadowolona z temperatury. Nie ma co się dziwić, chyba w lipcu nie było takich upałów jak we wrześniu (a to już końcówka).
 - Szukaj – powiedziałem do rottweilera.
Zaraz przystawiła nos do chodnika i pociągnęła mnie w lewą stronę. Pobiegłem za psinką.
Ciekawe kto był jej właścicielem zanim trafiła do schroniska…
Gnała w stronę… rzeki? Nie mając wyjścia moje tępo zakrawało pod sprint. Faktycznie na moście, w mało uczęszczanej części miasta, a więc kawałek od naszego mieszkania, siedział lekarz.
Co on tu robi…?
 - Robert?
 - Skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać?
 - Hau! – wtrąciła się Sunia.
 - Aaa… pies tropiciel? – Odwrócił się w moja stronę. – Co jest?
 - Chodź – wyciągnąłem rękę w jego stronę.
Zeskoczył z murku i podszedł.
 - Alek…
 - Czekaj! – przerwałem. Zamilkł, a cała moja odwaga uciekła. Spuściłem wzrok. – Przepraszam. Nie wiem dlaczego tak się zachowałem. Zaskoczyłeś mnie. Kocham cię. – Ująłem jego twarz w dłonie. – Naprawdę. Zależy mi na tobie, uwierz. – Pocałowałem go. – Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. – Przypomniało mi się gdzie go zastałem. – A… co ty tu właściwie robisz?
 - Lubię tu siedzieć i patrzeć na wodę. To mnie uspokaja. A co, myślałeś, że chcę popełnić samobójstwo? – Nic nie powiedziałem, ale rumieńce zdradziły prawdę. – Ha, ha! Serio? – Pogłaskał mnie po policzku. – Nie mam powodu. Wiem co czujesz. Chciałem tylko cie zmusić do powiedzenia tego. No dobra, przyznaję, kiedy milczałeś miałem przez chwilę wątpliwości…
 - Nie! – zaprotestowałem.
 - Wiem.
Nagle wpadłem na pomył. Pochyliłem się do jego ucha.
 - Jak chcesz to w domu mogę ci to udowodnić… - Przejechałem językiem po nim.
W jedną rękę wziął smycz, a w drugą moją dłoń i pociągnął nas w kierunku mieszkania. Zaśmiałem się w duchu z tego jak na niego działam. Jednak nagle skręcił do lasu.
 - Naprawdę masz taką… Auć! – popchnął mnie na drzewo i wpił się w usta. Zamruczałem kiedy jego język zaczął badać moje podniebienie. Na chwilkę go odsunąłem. – Aż taki jesteś niecierpliwy? – uśmiechnąłem się i znowu pocałowałem.
Sunia dobrze wiedziała, że lepiej nam nie przeszkadzać, bo kątem oka zobaczyłem jak kładzie się w cieniu.
Chwyciłem go za materiał bluzki i zamieniłem nasze miejsca. Kolano ustawiłem pomiędzy jego nogami, co chwilę nim poruszając i wymuszając zduszone jęki chłopaka. W końcu się odsunąłem na odległość jakiegoś metra. Uśmiechnąłem się widząc w jakim stanie był lekarz. Ledwo stał na nogach.
 - Może pomóc? – wskazałem skinieniem głowy na jego wybrzuszenie w spodniach.
Tylko kiwnął głową.
Uklęknąłem przed nim.
 - Na pewno? – postanowiłem go trochę podręczyć.
 - Tak!
 - No nie wiem… - Przejechałem palcem po rozporku. – Nie wytrzymasz, aż dojdziemy do domu?
 - Nie! – warknął. – Masz GO wziąć w usta i pieprzyc mnie nimi, póki nie dojdę w ekstazie wykrzykując twoje imię. TERAZ! – powiedział to takim władczym tonem, że nie mogłem się sprzeciwić.
Rozsunąłem suwak zębami patrząc w jego oczy. Palce zajęły się guzikiem i zaraz spodenki wraz z bokserkami znajdowały się na wysokości kostek. Już chciałem jeszcze coś dodać, ale widząc ten wzrok jakoś mi przeszło. Przejechałem językiem po całej długości. Jednak strona sadystyczna nie pozwoliła mi na szybkie zaspokojenie Roberta. Cmoknąłem główkę i zassałem się na niej chwilkę, by zaraz się odsunąć i po prostu klęczeć. Z jednej strony chciałem już spełnić jego prośbę (rozkaz), ale z drugiej, postanowiłem być cierpliwy.
 - Alek, no! – Poruszył niespokojnie biodrami. – Nie widzisz jaki ON jest chętny żeby wepchać ci go do gardła?
Zadowolony przytrzymałem lekarza i powoli zacząłem połykać jego przyrodzenie. Wycofałem się prawie do końca i znowu wsunąłem. Powtarzałem to coraz szybciej wsłuchując się w melodię dźwięków wydawanych przez niego. Kiedy poczułem, że już nie wiele brakuje odsunąłem się.
 - Nie no, to jest jakiś żart? To chociaż ręką… Kochanie!
 - Co będę z tego miał? – Zły postanowił sam się zaspokoić i już sięgał dłonią, kiedy chwyciłem obydwie. – A, a, a!
 - Zobaczysz, kiedyś też cię zostawię w takiej potrzebie.
 - Coś nie jesteś przekonujący…
 - Eh… Najpierw mi pomóż, a później mój kutas w domu ci pokarze co będziesz z tego miał. Będę cię pieprzył do samego rana nie zważając na to, iż nie ma nawet wieczora. Będę patrzeć jak się wijesz pode mną jęcząc i wykrzykując co chwilę moje imię. Doprowadzę cię do takiego stanu, że zrobisz dla mnie wszystko.
Moja wyobraźnia podziałała bardzo dobrze, co spowodowało mały ucisk również w moich spodniach.
Wystarczyła chwila i z małą pomocą doszedł. Wstałem i pocałowałem go szybko.
 - No to teraz pora na twoją obietnicę. Chodźmy. Sunia! – zawołałem psa i poszliśmy do mieszkania, a dalszego ciągu możecie się domyśleć. 

czwartek, 17 września 2015

Przywiazanie - Rozdział 19.



Rozdział 19.
Dojechaliśmy pod blok. Robert pochylił się w moją stronę i cmoknął mnie.
 - Kochanie, mam do ciebie prośbę: kupiłbyś to moje ulubione ciasto czekoladowe z kremem i bananami? – spytał.
 - Ale… - …ale ja miałem inne plany, aniżeli jeździć w poszukiwaniu jakiegoś deseru – to jest na drugim końcu miasta, bo w innych cukierniach ci nie smakuje.
 - Proszę. – Jeszcze raz mnie szybko pocałował i wysiadł nie słuchając protestów.
Westchnąłem i pojechałem. Wszedłem do cukierni ozdobionej lukrowym szyldem. Od razu dało się wyczuć (i to jeszcze na dworze) słodki zapach cukru i czekolady. Zaraz dostrzegłem to po co przyszedłem. Nagle pojawił się problem – ile?
 - Eh… - Wybrałem jego numer i odczekałem chwilkę.
 ~ Halo…? – odezwał się niepewnie. – Co się… Kurwa.
 - W porządku? – zmartwiłem się.
Usłyszałem jakiś brzdęk i kilka niecenzuralnych słów.
 ~ Eee… Tak, tak. Dlaczego dzwonisz?
 - Kochanie, jaki kawałek mam kupić?
 ~ No… duży – stwierdził to tak jakby to było oczywiste.
 - Dzięki za pomoc – westchnąłem. – Cześć!
 ~ Pa!
Odwróciłem się w stronę niskiej, wyraźnie lubiącej słodycze staruszki. Uśmiechnęła się życzliwie.
 - Słucham pana.
 - Poproszę to – wskazałem przez szybkę – ciasto. Duży – przedrzeźniłem lekarza – kawałek.
Kiwnęła głową. Przystawiła do niego nóż.
 - Taki?
 - Chyba… - niepewnie odpowiedziałem.
 - Ukochana ma szczęście – dodała pakując deser.
 - Dziękuję – odebrałem pakunek. – Do widzenia!
 - Do widzenia!
Wszedłem do samochodu i jak najszybciej ruszyłem do domu. Wziąłem reklamówkę, kiedy zajechałem i udałem się do mieszkania. Zdjąłem buty oraz marynarkę. Skierowałem swoje kroki w stronę salonu zdziwiony, iż jest tak cicho. Zajrzałem do pokoju i stanąłem jak wryty.
Na stole stały czerwone świece, dwa talerze ze spaghetti, kieliszki oraz wino.
 - Robert…?
 - Już jesteś? – usłyszałem go z kuchni – To dobrze. Chodź, nałożę ciasto.
 - Tak… - wydukałem i ruszyłem w kierunku, z którego dobiegał głos.
Stał w dziwnym, kolorowym fartuszku (oczywiście nie tyko! A szkoda… Yy… wracając do rzeczywistości) z paterą oraz nożem. Podszedł i cmoknął mnie na przywitanie.
 - Dzięki. - Odebrał deser, a ja dalej stałem zaskoczony. – Podoba ci się nasza kolacja?
 - Podoba??? Wow, jest super! Ale… ty to gotowałeś…? – spytałem podejrzliwie.
 - No… może i sos z proszku, bo znasz moje umiejętności kulinarne, ale tak, sam wszystko zrobiłem.
Przytuliłem go od tyłu.
 - Dziękuję.
Uśmiechnął się szeroko.
 - To nie koniec niespodzianek – dodał tajemniczo.
 - Pewnie nic mi nie powiesz?
 - Nie. – Odwrócił się i podał mi rękę. – Chodź.
Zdziwiłem się, że nie wziął ze sobą ciasta, ale zaraz skupiłem się na kolacji.
Poszliśmy do salonu i zajęliśmy miejsca naprzeciwko siebie.
 - Proszę – nalał wina.
Stuknęliśmy się kieliszkami. Upiłem łyk z zadowoleniem stwierdzając, że nie boję się, co się stanie później. Ufałem mu. Nałożyłem na widelec trochę makaronu i sosu.
 - To na pewno jest jadalne?
 - Ja jeszcze żyję, a musiałem sprawdzić, czy dobre.
Zamiast jeść wpatrywał się we mnie wyczekując. Spróbowałem dania i uśmiechnąłem się. Odetchnął z ulgą.
 - Dobre, mistrzu kuchni.
Wypiął dumnie pierś i zaczął pałaszować swoją porcję. Jedliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Zupełnie zapomniałem o tym, co się stało jeszcze tego samego dnia.
 - Pyszne. – Wytarłem usta chusteczką. – Postarałeś się.
 - No ba! Dla ciebie to tylko to co najlepsze.
 I jak tu go nie kochać?
 - A ta niespodzianka?
 - Później. – Wyszczerzył się widząc moją naburmuszoną minę. – Kochanie, cierpliwości.
 - Ta…
 - W sumie to są dwie… - Podniosłem na niego zainteresowany wzrok. – Jedna jest w sypialni…
Wstałem i jak małe dziecko chcące rozpakować prezent, pobiegłem tam. Otworzyłem drzwi i od razu rzuciło mi się w oczy łóżko. Takie jak wcześniej, ale… z płatkami róż ułożonymi w kształt serca, na pościeli. Odwróciłem się napotykając usta swojego chłopka. Zarzuciłem mu ręce na szyję wyciągając je i krzyżując w nadgarstkach. Podniósł mnie lekko, a ja oplotłem go nogami w pasie. Zaraz wylądowałem na łóżku. Pochylił się i wyszeptał mi do ucha:
 - Nie zbyt tandetnie?
Wpiłem się w jego usta wplatając palce w krótkie, brązowe włosy.
 - Nie – odsunąłem się aby to powiedzieć i znowu połączyłem nasze wargi i języki we wspólnym tańcu.
Przeniosłem dłonie na jego krawat rozwiązując go, a następnie zająłem się guzikami. Jeden… drugi… trzeci… czwarty… itd.… Zsunąłem mu materiał z ramion i rzuciłem gdzieś w kąt. Oderwałem się od jego ust i, dziękując śliskiemu materiałowi, przesunąłem się niżej. Przejechałem językiem po jego torsie przesuwając się powrotem do góry. Czułem jak jego mięśnie się napinają. Pomógł mi usiąść i zaraz moja koszula również znalazła swoje miejsce na podłodze. Westchnąłem czując jak każdy kawałek odsłoniętej skóry zostaje poznany z wargami lub zębami lekarza. Kiedy tylko z mojego gardła wydobywał się jęk zaraz powracał do tego miejsca.
 - Robert… - ucisk w spodniach był nie do zniesienia.
 - Co? – Zawisł twarzą nad wybrzuszeniem. – Może pomóc?
 - Proszę… Ach! – nie mogłem się powstrzymać, gdy ścisnął mi krocze.
Postanowił, w końcu przestać się znęcać i zdjął ze mnie ciemny materiał. Następnie bokserki i skarpetki. Torował sobie drogę od łydek, przez brzuch, aż po usta swoimi wargami. Od jego pocałunków można by się uzależnić. Sięgnął ręką pod łóżko starając się nie odrywać ode mnie. Zaraz usłyszałem ciche pyknięcie.
 - Odwróć się – wyszeptał mi prosto w usta.
 - Dlaczego? Lubię na ciebie patrzeć – uśmiechnąłem się.
Przyssał mi się do szyi, w tym samym czasie nawilżając palce. Włożył jeden próbując przygotować moją dziurkę. Spiąłem się.
 - Co…?
Przerwał.
 - O co chodzi? – spytał z troską.
 - Po prostu nie byłem do tego przyzwyczajony. Jacek zawsze… Nie ważne – machnąłem ręką.
 - Ale chociaż nawilżał się…?
 -Tak, tak. – Przyciągnąłem go i cmoknąłem. – Nie powinieneś myśleć teraz o czymś innym? – poruszyłem biodrami.
Zaczął mnie rozciągać, a drugą ręką stymulował mój członek. W tamtym momencie okazało się, że nie jestem cierpliwym facetem.
 - Już!
Uśmiechnął się i powoli zastąpił pale czymś większym. Wzdychałem wraz z każdym pchnięciem. Nawet nie wiem kiedy usiadł na swoich piętach, a ja, podtrzymując się jego ramionom, ujeżdżałem go. W końcu nie wytrzymałem i doszedłem odchylając głowę do tyłu. Jeszcze z dwa razy podskoczyłem i Robert dołączył do mnie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że nałożył prezerwatywę. Wysunąłem się i położyłem. Zaraz przypomniałem sobie co zrobiłem. Podniosłem się na łokciach.
 - Przepraszam.
Podniósł na mnie wzrok wycierając swój brzuch. Przerwał.
 - Za co?
 - No… Jacek by mi nie pozwolił, bo to by umniejszało jego męskości… - zacząłem się tłumaczyć.
 - Ale, o… Aaa! – Zaczął się śmiać, jednak szybko spoważniał i nachylił się  do mojego ucha. - Kochanie, mi się bardzo podobało i nie miałbym nic przeciwko nawet gdybyś to ty wkładał swojego dużego kutasa do mojej dziurki.
Cicho jęknąłem, natomiast mój przyjaciel żywo zainteresował się tą propozycją. Znowu wziął chusteczkę, aby pozbyć się białej pamiątki z brzucha po tym co się przed chwilką stało, ale ja szybko podszedłem do niego po materacu na czworaka i przytrzymałem go za biodra. Na szczęście stał blisko, więc nie musiałem wychodzić z wygodnego łóżka. Zacząłem zlizywać wszystko patrząc mu w oczy. To co tam zobaczyłem nie zastąpiłbym niczym. Tej miłości i pożądania. Na koniec oblizałem usta i szybko go pocałowałem.
 - Jak tak dalej będzie to chyba nigdy stąd nie wyjdę – powiedział, ubierając koszulę.
 - Gdzie idziesz? – Zacząłem zapinać guziki, choć najchętniej to bym zostawił go sobie nagiego nie wypuszczając z sypialni.
 - A niespodzianka? – I już go nie było.
Obrażony położyłem się znowu. Jak śmiał sobie pójść?! Chociaż, ciekawe co to będzie…?
Po chwili pojawił się z powrotem.
 - Co tak długo? – jęknąłem.
 - Stęskniłeś się? – uśmiechnął się.
 - Tak.
Nagle usłyszałem ciche drapanie.
 - Kochanie… - zaniepokoiłem się. – Co to…?
 - Ha, ha, ha! Mogłeś nie oglądać tego horroru. – Prychnąłem. – To jest ten prezent.
Moim oczom ukazał się…
 - Jaki śliczny!!! No chodź pieseczku, chodź – zawołałem ślicznego kundelka w typie rottweilera.
Przydreptał do mnie z czerwoną kokardka na szyi. Potarmosiłem ją (tak to suczka) za uszami.
 - Wabi się Sunia – dodał Robert. – W schronisku spędziła rok. Trafiła tam po śmierci właściciela, a nikt z jego rodziny nie chciał się nią zaopiekować.
 - Taką ślicznotką? Pewnie jak coś to mnie obronisz, co? – zwróciłem się do zwierzaka, a on tylko szczeknął. – No pewnie, że tak. Wskakuj – poklepałem materac, natomiast pies od razu wykonał moje polecenie i położył się na plecach. Zacząłem ją głaskać. – Lubisz drapanie po brzuchu? Pewnie, kto nie lubi?
 - Ekhem… - wtrącił się lekarz. – Nie zapomnij o mnie.
Zaśmiałem się i podszedłem do niego. Oplotłem go rękami przyciągając bliżej.
 - Nie martw się. – Cmoknąłem go. – Może jakoś ci udowodnić, że pamiętam? – sugestywni zawiesiłem głos.
 - Hm… - Podniósł mnie jak pan młody swoją żonę. – Coś się wymyśli – I wyniósł do łazienki.
Współczuję sąsiadom, bo o ile w sypialni mogą być grube ściany, to w łazience nic nie zagłuszyło jęków, chyba tylko woda, ale to na pewno nic nie dawało…