Cześć! Chciałam tylko przypomnieć o tym, że dzisiaj jest... Dzień Pocałunku! Wiem, wiem, trochę późno o tym mówię, ale jednak, nie? :)
Dzisiaj dodam trochę dłuższy rozdział Tulipan.
Zapraszam do czytania! :)
Milly (Q_Q)
sobota, 28 listopada 2015
czwartek, 19 listopada 2015
Do czytelników.
Przepraszam, ze ostatnio nie dodawałam, ale jakoś nie było kiedy, a jak już było to znalazł się inny problem. Do tego nie jest łatwo pisać opowiadanie mając w głowie około 10 (nie przesadzam) nowych pomysłów na inne powieści. W każdym bądź razie zapraszam do czytania i wyrozumiałości z częstotliwością dodawania nowych rozdziałów.
Milly (\_/)
Milly (\_/)
Tulipan - Rozdział 9.
Rozdział 9.
Następnego dnia chodziłem po szkole z
głową w chmurach. W ogóle nie mogłem się
na niczym skupić, a powodem tego był… POCAŁUNEK! Tak, to właśnie dlatego. Niby
w grze, ale strasznie to przeżywałem.
- O czym tak myślisz? – zaczepiła mnie Ewka.
- Co? Aa… Wczoraj go widziałem…
- Ach! To stąd ten uśmiech. – Puściła mi oczko.
– I jak? Chwila… Widziałeś go???
- No… Nie. Po prostu rozmawialiśmy za pomocą
współczesnej technologii – nie wiedzieć czemu wstyd mi było.
- Eh… Jak dziecko. Chciałbyś z nim normalnie
porozmawiać? – Kiwnąłem głową. – No to wiedz, że szybko się tego nie doczekasz.
Uśmiechnąłem się i stwierdziłem, iż
wiem. Cóż taka prawda, mogę się nawet w nim zakochać, ale muszę być przygotowany
na brak z nim kontaktu face to face w
najbliższym czasie.
- No więc? – Widząc moją minę dodała z
westchnieniem: - No jaki on jest twoim zdaniem? – Nie wiem jak wyglądałem wtedy
na myśl o nim, ale na pewno nie tak jak zwykle skoro jej reakcja była taka, a
nie inna: - Jej! Czy mi się wydaje, czy ty się w nim zakochałeś? – krzyknęła.
- Głośniej, głośniej! – wywróciłem oczami.
- Sorki. – Uśmiechnęła się skruszona. – Serio?
- No… Fajny jest i… a co ci będę gadać? Tak,
czuję coś do niego więcej, niż do przeciętnego chłopaka, tylko może to pozostać
między nami?
- No, a Ad... Em… Tzn. a ten tajemniczy
wielbiciel? – zaraz się poprawiła.
- Ad? – zastanowiłem się. – OK… Czyli tak zaczyna
się jego imię – zacząłem myśleć na głos. – Ad...rian? Ad…am? Nic mi więcej nie
przychodzi do głowy… No chyba nie Adolf? – zaśmiałem się.
- Nic ci nie powiem! – zawiązała sobie usta niewidzialną nitką.
Pokręciłem głową i poszedłem do biblioteki
żeby przekazać pani Agnieszce pudełeczka do oddania panu Tulip. Przywitałem się
kładąc je na biurku bibliotekarki.
- Cześć! Oczywiście przekaże to twojemu koledze, ale zastanówcie się – może warto
by było normalnie pogadać?
- Mi to pani mówi? – Westchnąłem. – Jeszcze raz
dziękuję za pomoc, a teraz będę się już zbierał, chyba że… - zawahałem się.
- Chyba że…?
- Nie powie mi pani jak on się nazywa?
Uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- Obiecałam.
Pożegnałem się i wyszedłem
zawiedziony. Na co ja zresztą liczyłem? Z drugiej strony przez to jeszcze
bardziej mnie intrygował.
Po powrocie do domu jak zwykle wyjąłem
niebieskie pudełeczko pozostawione mi przez pana Tulip.
Cześć!
Tym razem będzie odrobinę inaczej.
Ponieważ już ze sobą rozmawiamy
to nie muszę ci nic tak pisać.
Tylko jest problem – nie chcę
tego kończyć.
Ja też!
Znalazłem rozwiązanie.
Mam nadzieję, że ci się spodoba :)
„Każdy
nowy dzień jest kwiatem
Który zakwita w naszych rękach
Tam gdzie się kocha, nigdy nie zapada noc.
Serce to cząstka człowieka,
Które tęskni, kocha i czeka.”
~Adam Mickiewicz
Który zakwita w naszych rękach
Tam gdzie się kocha, nigdy nie zapada noc.
Serce to cząstka człowieka,
Które tęskni, kocha i czeka.”
~Adam Mickiewicz
PS.
1600, las.
Tulip.
Patrzyłem na karteczkę
w kolorze kawowym, jak zaczarowany. To było piękne. Ogólnie nie jestem za pan brat
z poezją, wolę inne gatunki literackie, no ale tu mnie naprawdę zaskoczył. Do
tego idealnie się wpasował z tym kwiatem i miłością…
Cały w skowronkach w końcu poszedłem na
obiad zmuszony ciągłym wołaniem matki. Usiadłem przy stole z głupkowatym uśmiechem
na ustach i zająłem się jedzeniem ignorując podejrzliwe spojrzenia rodziców.
- Daniel, wszystko w porządku? – w końcu nie
wytrzymała.
- Mówię ci, zakochał się i tyle – uprzedził mnie
ojciec.
- Wiesz co? Masz rację – skierowałem się do
taty.
Wywołało to okrzyk lub pisk nie wiem
jak to nazwać, szczęścia mamy.
- No to musisz ją szybko przyprowadzić! –
zarządziła.
Spojrzałem na nią z politowaniem.
Dobrze wiedziała o mojej orientacji jako jedna z niewielu osób, choć jakoś się tego
nie wstydziłem, pewnie jakby ktoś pytał to bym nie zaprzeczył. Ojcu nie
mówiłem, bo… nie wiem czemu. Nie było okazji i tyle, a przynajmniej tak to
sobie tłumaczyłem. Wracając do rodzicielki… Może i wiedziała, tylko chyba nigdy
się z tym do końca nie pogodziła. Nie to żeby miała jakieś większe ale, lecz wydaje mi się, że myślała, iż
to taki tylko młodzieńczy wyskok, burza hormonów, nic poważnego.
- Och, Ela, Ela. Teraz już się tak nie robi!
To obciach! – obronił mnie znawca młodzieży, inżynier budownictwa Jan Cent, a
przy okazji mój tata.
Więcej nie chciałem do tego wracać,
ale mama miała najwyraźniej inne plany, bo póki nie schowałem się w swoim królestwie
to ciągle wypytywała o ukochaną będącą w rzeczywistości ukochanym.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Tulipan - Rozdział 8.
Rozdział 8.
1701, a jego nie ma… - zaczynałem się niecierpliwić. Przecież spóźnił się, aż o
minutę!
Nowa wiadomość!
Jej!
Szybko ją otworzyłem i zacząłem
czytać…
Cześć! Cieszę się, że jesteś.
Przyjdź do lasku.
Czekam!
Wyjątkowo się nie rozpisywał…
Natychmiast wybrałem odpowiednią
planszę i zacząłem się rozglądać. Nigdzie go nie widziałem! Jeszcze chwilkę
krążyłem, aż w końcu usiadłem na trawie załamany.
~ No chodź - odezwał się wyraźnie rozbawiony.
Miał taki mroczny głos. Innego słowa nie potrafię znaleźć żeby go opisać.
- Gdzie?! – Znowu wstałem.
~ Ha, ha, ha! Odwróć się… - Wykonałem jego
polecenie. – Dobrze… teraz spójrz na górkę.
Podniosłem wzrok i faktycznie
dostrzegłem jakąś postać. Ruszyłem w jej kierunku. Z czasem coraz bardziej
przyśpieszałem, tak że na sam koniec praktycznie biegłem. Zatrzymałem się przed
wysokim, szczupłym chłopakiem z długimi czarnymi włosami. Miał na sobie dużą
bluzę oraz obcisłe spodnie tego samego koloru. Na nogach nosił glany. Nie potrafiłem
znaleźć u niego nic na tyle charakterystycznego żebym mógł go rozpoznać w tej
zatłoczonej szkole. Najwyżej fryzura.
~ Cześć! – Pomachał mi.
- Em… Hej!
~ Chodź, pokażę ci coś. – Wyciągnął rękę.
Szczerze mówiąc to nie nauczyłem się
chodzić z nikim w taki sposób (zacznijmy od tego, z nie miałem jak), ale ten
jedynie ujął moją dłoń i zaczął gdzieś prowadzić. Dotarliśmy na koniec lasu. Po
kilku krokach zatrzymaliśmy się. Staliśmy na jakimś wzniesieniu, zakończonym
stromą skarpą. Na horyzoncie malowały się światełka z domów i bloków.
- Pięknie tu – stwierdziłem zgodnie z prawdą.
~ Wiem. – Przytulił mnie od tyłu i oparł brodę
na moim ramieniu.
Czego on nie potrafi???
- Długo już grasz?
~ Ta… a dlaczego pytasz?
- Bo umiesz bardzo dużo.
Uśmiechnąłem się widząc spadające gwiazdy.
~ Pomyśl życzenie – szepnął.
Kiwnąłem głową i tak też uczyniłem.
Chcę… Na pewno chcę go spotkać wreszcie w prawdziwym życiu.
Później jeszcze siedzieliśmy w
milczeniu oparci o siebie.
- Czego się tak boisz? – w końcu spytałem.
~ Zakładam, że chodzi ci o coś konkretnego…
- No, bo nie chcesz się ze mną spotkać –
poskarżyłem się. W końcu marzeniom trzeba pomóc.
~ Chcę! Bardzo, ale… Nie potrafię znaleźć nic
na swoje usprawiedliwienie.
Westchnąłem już nie dociekając tego.
- Opowiesz mi coś o sobie? Ty dowiedziałeś się
już dużo, a ja?
~ W takim razie co chcesz wiedzieć? – Niespodziewanie
pocałował mnie w policzek.
- Yyy… - Co…?
Mój umysł trochę spowolniła ta sytuacja, ale w końcu się otrząsnąłem. – Co lubisz
jeść?
~ Hm… Tarte cytrynową i cytrusy. Swoja drogą
to przez ciebie zrobiłem się głodny. Ha, ha! Pozwól, że na chwilkę cie
zostawię, idę po mandarynki… Chyba jeszcze zostały…?
- Jasne.
Przez jakiś czas zrobiło się strasznie
cicho. Zdałem sobie sprawę, że powoli coraz bardziej zależało mi na tym żeby go
spotkać. Przyglądałem się jego postaci i zaczynałem wspominać listy. Nawet
przez chwilkę naszła mnie myśl, iż może się w nim zakochałem…
- Eh…
~ Co tak wzdychasz?
Kiedy go usłyszałem, aż podskoczyłem
na krześle i prawie z niego spadłem.
- Nie strasz!
Dam radę, dam radę… - próbowałem utrzymać się na fotelu, choć jego kółka wyraźnie odmawiały
mi posłuszeństwa. W końcu mebel upadł na podłogę robiąc straszny hałas.
Przynajmniej ja ocalałem w ostatniej chwili wstając.
~ Ho, ho, ho! Co tam się stało?
- Nic nie mów, nic nie mów. – Podświadomie wiedziałem,
że pewnie jestem czerwony jak burak.
Poprawiłem krzesło i rozsiadłem się wygodnie.
~ Jesteś cały?
- Ta… Dawno wróciłeś?
~ Nie. To co jeszcze chcesz wiedzieć?
Gadaliśmy, śmialiśmy się, w międzyczasie
wypytywałem go o różne rzeczy. Nawet dowiedziałem się, że zacząłem mu się podobać
już od roku. Fakt, iż faza podobać się
już dawno ewoluowała na wyższy poziom pomińmy.
- Tulip…
~ Hm?
- Muszę kończyć – stwierdziłem, choć to co
chciałem, a to co musiałem bardzo się od siebie różniło.
~ Już…? – również wydawał się niezadowolony. –
Przecież jest… Wow! 2330??? No to rzeczywiście lepiej się pożegnamy
już.
Wstaliśmy i przytuliłem go. Ten
postanowił inaczej to zakończyć - szybki, słodki pocałunek i już go nie było.
Natomiast ja jeszcze przez chwilę gapiłem się na ekran niedowierzając. Moje
serce biło tak szybko i tak się cieszyło jakby bynajmniej naprawdę to zrobił, a
nie w jakiejś tam grze.
Tulipan - Rozdizał 7.
Rozdział 7.
Następnego dnia szedłem do szkoły
dziwnie smutny. Bałem się, czy przeczytał tą wiadomość. Poza tym jeśli
faktycznie coś do mnie czuł to… aż trach się bać. Nigdy nikomu nie złamałem
serca! Chciałem się zaszyć w ciemnym kącie i żeby jakaś magiczna moc sprawiła,
że ten problem sam się rozwiązał.
Zresztą po części zrealizowałem swój
plan, gdyż siedziałem pod ścianą przez pierwsze kilka przerw ignorując
wszystkich, którzy zaryzykowali podejść. Czułem, iż istnieje szansa, że zaraz
się poryczę. Wolałem w takiej sytuacji uciec do biblioteki. Jednak nie dane mi
było tam dotrzeć.
- Kogo ja widzę? – odezwała się, chyba
pierwszy raz zła, Ewka.
- Hej. Od razu mówię, że nie mam ochoty z
nikim gadać, OK? – wyminąłem ją.
Jednak nie dała się tak łatwo zbyć. Pociągnęła mnie do…
O jak pięknie, właśnie tam szedłem.
Oparłem się o ścianę i przymknąłem powieki
bojąc się, że zaraz wybuchnę, albo płaczem, albo zacznę krzyczeć.
- Jak mogłeś?! – Uderzyła mnie w pierś. – Nie
mogłeś w jakiś delikatniejszy sposób mu przekazać, iż masz go w dupie?! –
szeptała.
- Nie mam. – Otworzyłem oczy. – Serio. Przed 2100
Napisałem do niego dlaczego nie wszedłem o umówionej godzinie. Próbowałem –
położyłem nacisk na ostatnie słowo.
Opuściła wzrok. Czyli mi uwierzyła!
Bez słowa sobie poszła.
Co do…?
Ledwo usiadłem pod półką, kiedy
zadzwonił dzwonek. Niezadowolony poszedłem na lekcje.
Starałem się być przez cały dzień
bardzo wiarygodny, że słucham, ale naprawdę coś, a raczej ktoś inny zaprzątał
mi moją głowę.
Wróciłem do domu szczerze nie wierząc
w cud. Nie wiedzieć czemu myślałem, iż nie przeczytał wiadomości.
Swoją drogą Ewka pewnie mu to powiedziała…
Zaciągnąłem torbę do pokoju i wyjąłem
potrzebne książki oraz zeszyty. Po co komu obiad, czyż nie? Miałem nadzieję
znaleźć tam jakąkolwiek informacje od pana Tulip. Nic z tego. Włączyłem
Internet żeby przepisać pracę domową, wtem weszła bez pukania mama.
- Synku…
- Nie jestem głodny – wtrąciłem się.
- Ja nie o tym. Znalazłam na podłodze to i
pomyślałam, że może należy do ciebie – pokazała mi… niebieskie pudełeczko z
granatową wstążeczką!
Szybko odebrałem je i, aż wyściskałem
ją ze szczęścia.
- Dziękuje. – Wyszczerzyłem się.
Rodzicielka jedynie pokręciła głową i
wyszła, a ja otworzyłem prezent.
Wypadł mi? Dobrze, że w domu.
Kwiatek odłożyłem na miejsce, a
liścik drżącymi otworzyłem i zacząłem czytać…
Cześć…
Nie wiem co napisać…
Na początku chciałem ci powiedzieć,
że zrozumiałem twój przekaz i więcej
o mnie nie usłyszysz, ale
porozmawiałem z Ewą.
Wszystko mi wyjaśniła,
Tzn. to co sama się dowiedziała
od ciebie.
Teraz nie wiem co powiedzieć.
Po powrocie do domu sprawdzę
co takiego mi napisałeś.
Wejdź o 1700 dzisiaj i
proszę,
naprawdę to zrób.
Rozumiem, że nie miałeś zbytnio
wyboru.
Po lekcjach od razu biegnę do domu
sprawdzić wiadomość.
Mam nadzieję, że tym razem do „zobaczenia”.
Tulip.
Zdecydowanie…
Wszedłem do pokoju rodziców i
oświadczyłem zdecydowanie:
- Dzisiaj mnie siłą nie wyciągniecie z
mieszkania, zrozumieliście?
W tamtym momencie zacząłem żałować,
że wszedłem bez pukania… Zastałem staruszków całujących się na łóżku. Tzn.
odskoczyli od siebie gdy tylko się odezwałem.
- To ja może wyjdę…
I uciekłem.
Zerknąłem za zegarek. 1524.
Jeszcze półtorej godziny. Jakoś wytrzymam…
Subskrybuj:
Posty (Atom)