Rozdział 9.
Następnego dnia chodziłem po szkole z
głową w chmurach. W ogóle nie mogłem się
na niczym skupić, a powodem tego był… POCAŁUNEK! Tak, to właśnie dlatego. Niby
w grze, ale strasznie to przeżywałem.
- O czym tak myślisz? – zaczepiła mnie Ewka.
- Co? Aa… Wczoraj go widziałem…
- Ach! To stąd ten uśmiech. – Puściła mi oczko.
– I jak? Chwila… Widziałeś go???
- No… Nie. Po prostu rozmawialiśmy za pomocą
współczesnej technologii – nie wiedzieć czemu wstyd mi było.
- Eh… Jak dziecko. Chciałbyś z nim normalnie
porozmawiać? – Kiwnąłem głową. – No to wiedz, że szybko się tego nie doczekasz.
Uśmiechnąłem się i stwierdziłem, iż
wiem. Cóż taka prawda, mogę się nawet w nim zakochać, ale muszę być przygotowany
na brak z nim kontaktu face to face w
najbliższym czasie.
- No więc? – Widząc moją minę dodała z
westchnieniem: - No jaki on jest twoim zdaniem? – Nie wiem jak wyglądałem wtedy
na myśl o nim, ale na pewno nie tak jak zwykle skoro jej reakcja była taka, a
nie inna: - Jej! Czy mi się wydaje, czy ty się w nim zakochałeś? – krzyknęła.
- Głośniej, głośniej! – wywróciłem oczami.
- Sorki. – Uśmiechnęła się skruszona. – Serio?
- No… Fajny jest i… a co ci będę gadać? Tak,
czuję coś do niego więcej, niż do przeciętnego chłopaka, tylko może to pozostać
między nami?
- No, a Ad... Em… Tzn. a ten tajemniczy
wielbiciel? – zaraz się poprawiła.
- Ad? – zastanowiłem się. – OK… Czyli tak zaczyna
się jego imię – zacząłem myśleć na głos. – Ad...rian? Ad…am? Nic mi więcej nie
przychodzi do głowy… No chyba nie Adolf? – zaśmiałem się.
- Nic ci nie powiem! – zawiązała sobie usta niewidzialną nitką.
Pokręciłem głową i poszedłem do biblioteki
żeby przekazać pani Agnieszce pudełeczka do oddania panu Tulip. Przywitałem się
kładąc je na biurku bibliotekarki.
- Cześć! Oczywiście przekaże to twojemu koledze, ale zastanówcie się – może warto
by było normalnie pogadać?
- Mi to pani mówi? – Westchnąłem. – Jeszcze raz
dziękuję za pomoc, a teraz będę się już zbierał, chyba że… - zawahałem się.
- Chyba że…?
- Nie powie mi pani jak on się nazywa?
Uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- Obiecałam.
Pożegnałem się i wyszedłem
zawiedziony. Na co ja zresztą liczyłem? Z drugiej strony przez to jeszcze
bardziej mnie intrygował.
Po powrocie do domu jak zwykle wyjąłem
niebieskie pudełeczko pozostawione mi przez pana Tulip.
Cześć!
Tym razem będzie odrobinę inaczej.
Ponieważ już ze sobą rozmawiamy
to nie muszę ci nic tak pisać.
Tylko jest problem – nie chcę
tego kończyć.
Ja też!
Znalazłem rozwiązanie.
Mam nadzieję, że ci się spodoba :)
„Każdy
nowy dzień jest kwiatem
Który zakwita w naszych rękach
Tam gdzie się kocha, nigdy nie zapada noc.
Serce to cząstka człowieka,
Które tęskni, kocha i czeka.”
~Adam Mickiewicz
Który zakwita w naszych rękach
Tam gdzie się kocha, nigdy nie zapada noc.
Serce to cząstka człowieka,
Które tęskni, kocha i czeka.”
~Adam Mickiewicz
PS.
1600, las.
Tulip.
Patrzyłem na karteczkę
w kolorze kawowym, jak zaczarowany. To było piękne. Ogólnie nie jestem za pan brat
z poezją, wolę inne gatunki literackie, no ale tu mnie naprawdę zaskoczył. Do
tego idealnie się wpasował z tym kwiatem i miłością…
Cały w skowronkach w końcu poszedłem na
obiad zmuszony ciągłym wołaniem matki. Usiadłem przy stole z głupkowatym uśmiechem
na ustach i zająłem się jedzeniem ignorując podejrzliwe spojrzenia rodziców.
- Daniel, wszystko w porządku? – w końcu nie
wytrzymała.
- Mówię ci, zakochał się i tyle – uprzedził mnie
ojciec.
- Wiesz co? Masz rację – skierowałem się do
taty.
Wywołało to okrzyk lub pisk nie wiem
jak to nazwać, szczęścia mamy.
- No to musisz ją szybko przyprowadzić! –
zarządziła.
Spojrzałem na nią z politowaniem.
Dobrze wiedziała o mojej orientacji jako jedna z niewielu osób, choć jakoś się tego
nie wstydziłem, pewnie jakby ktoś pytał to bym nie zaprzeczył. Ojcu nie
mówiłem, bo… nie wiem czemu. Nie było okazji i tyle, a przynajmniej tak to
sobie tłumaczyłem. Wracając do rodzicielki… Może i wiedziała, tylko chyba nigdy
się z tym do końca nie pogodziła. Nie to żeby miała jakieś większe ale, lecz wydaje mi się, że myślała, iż
to taki tylko młodzieńczy wyskok, burza hormonów, nic poważnego.
- Och, Ela, Ela. Teraz już się tak nie robi!
To obciach! – obronił mnie znawca młodzieży, inżynier budownictwa Jan Cent, a
przy okazji mój tata.
Więcej nie chciałem do tego wracać,
ale mama miała najwyraźniej inne plany, bo póki nie schowałem się w swoim królestwie
to ciągle wypytywała o ukochaną będącą w rzeczywistości ukochanym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz