One shot.
Cześć!
Nie umiem pisać listów, wolę matematykę, chemię, lecz tym
razem zrobię wyjątek. Dla Ciebie. W końcu muszę się jakoś pożegnać. Jest to
trudne, kocham Cię, jednak tak będzie najlepiej.
Pamiętam ten dzień, kiedy Cię poznałem.
Byłem nowy w waszej klasie, Ty siedziałeś razem ze
swoją paczką. Od razu mnie nie polubiliście. Rudy, kujon może być coś gorszego?
Tak – pedał.
Nie dawaliście mi spokoju, choć Ty jako jedyny stałeś z
boku i tylko patrzyłeś. Nigdy mnie nie tknąłeś.
Dziękuję Ci za to.
Zapadły mi w pamięć Twoje oczy tamtego dnia, gdy chemiczka
poprosiła mnie, żebym nauczył Cię ostatnich lekcji. Patrzyłeś z chęcią mordu. Bałem
się, ale co miałem zrobić?
Przyszedłem do Twojego domu - pięknego, jasnego budynku
z niewielkim ogródkiem. Nie wiedziałem jak się zachować, Ty nie zwracałeś na mnie
uwagi tylko grałeś na konsoli. Polubiłem panią Kasprzyk, nie chciałem jej
zawieść, więc chcąc, nie chcąc musiałem Ci to wytłumaczyć. To było trudne,
fakt. Najpierw trzeba zwrócić na siebie uwagę.
Pamiętam jak mnie goniłeś, chcąc zamordować za to, że odłączyłem
jakieś kabelki i ekran zgasł. ,,W połowie kolejnego levelu!” W końcu potknąłem się
i przewróciłem. Stałeś nade mną, a ja umierałem ze strachu. Ty? Zacząłeś się śmiać.
Podałeś mi rękę, abym mógł wstać. O dziwo z ociąganiem postanowiłeś się
zgodzić, ,,bo inaczej, kto wie co jeszcze zrobię?”
Przychodziłem jeszcze tak z miesiąc. W końcu na jednej
z przerw przyleciałeś, jak na skrzydłach, pokazując mi kartkę zapisaną twoimi
bazgrołami i oceną dobrą. Byłem szczęśliwy. Przytuliłem Cię. Chyba to w tamtym
momencie zrozumiałem, że cię lubię. Wiedziałem, że to koniec naszej znajomości.
Było mi z tego powodu źle.
W mojej głowie zagnieździły się wspomnienia – pierwszy
wspólny śmiech, jak robiliśmy sobie kolacje, wspólna nauka, kiedy musiałem Cię
poprawiać, gdyż kaleczyłeś polski język… Najbardziej utkwiło mi w głowie: „Wczoraj
poszłem do sklepu…” „Czekaj, co? Co zrobiłeś? Przepraszam, ale nie znam tego
słowa” – stwierdziłem rozbawiony twoją miną. „Poszłem” – powtórzyłeś zniecierpliwiony.
,,Hm… Przypomina mi to słowo „poszedłem” ale poza tym to nie wiem, co to słowo
mogłoby oznaczać. Wyjaśnisz?” Byłeś wściekły, lecz, o dziwo, poprawiłeś się i
już ani razu nie słyszałem z Twoich ust przekręconej formy. Dziękuję.
Cicho
parsknąłem śmiechem, wycierając łzy. Zaraz zastąpiły je kolejne.
Bardzo wyraźnie pamiętam nasz pierwszy pocałunek.
Twoja banda nadal się nade mną znęcała, Ty cały czas stałeś z boku, nic nie
robiąc. To mnie podnosiło na duchu. Tamtego dnia Cię nie było, nie wiem
dlaczego. Wychodziłem ze szkoły, ale oni mnie dopadli. Zaciągnęli za mury
budynku i pobili. Nie mam pojęcia za co. Coś krzyczeli, lecz byłem zbyt
skupiony na kuleniu się, żeby jeszcze słuchać zapewne wyzwisk. Jeszcze nigdy tak
mnie nie skatowali. Wcześniej poniżali, wyśmiewali, niszczyli rzeczy, czasami
jeden, czy dwa ciosy, zawsze obelgi. Pamiętam jak pojawiłeś się, jak książę na
białym rumaku. Oni już poszli, jednak Ty od razu wiedziałeś, czyja wina.
Zabrałeś mnie do siebie. W pokoju opatrzyłeś rany, przykleiłeś plaster… Kiedy
mokrą szmatką przemywałeś mi pękniętą wargę… Coś we mnie pękło. Ciało działało,
bez mojej woli. Przyciągnąłem Cię i pocałowałem. Wiem, nie powinienem. Ty
uważałeś się za hetero, ja byłem tylko ciotą, Ty byłeś popularny, ja pośmiewisko
całej szkoły, Ty przystojny, ja niski, rudy… Odepchnąłeś mnie. Dopiero wtedy
zrozumiałem, co zrobiłem. Odwróciłem wzrok, chciałem zniknąć, zapaść się pod
ziemię. Z początku nie pojmowałem co się dzieje, gdy chwyciłeś mnie za brodę,
obróciłeś w swoją stronę i czule, delikatnie muskałeś moje usta. W tamtym
momencie przepadłem.
Kocham Cię.
Wesz o tym doskonale, choć pisząc te dwa krótkie
słowa, najbardziej chce mi się płakać. Nie powinienem żywić do Ciebie tego
uczucia, powinienem o tym wiedzieć, ale to dzięki Tobie nabrałem trochę pewności
siebie, myślałem, że jestem Ciebie wart.
Oczywiście nikt nie mógł wiedzieć o naszym „związku”. Oficjalnie
nadal byłem kujonem do gnębienia, a prywatnie… Chodziliśmy na randki, spotykaliśmy
się też u ciebie. Wymienialiśmy się słodkimi pocałunkami, słówkami, ponawialiśmy
się nawzajem. Nikt nie wiedział, że chciałbyś zostać tancerzem, a nie lekarzem,
że „kochasz” pewnego nastolatka płci męskiej, że mdli cię od tego popularnego,
klubowego jazgotu, w głębi serca wolisz POP… koreański. Kiedyś zaśpiewałeś mi jedną
piosenkę, jednak w wykonaniu polskim. Wow… Aż pozwoliłem sobie to wydrukować
(za dużo pisania) i dodać do koperty.
Wyciągnąłem
złożoną na pół kartkę. Były na niej tak dobrze znane mi słowa, ozdobione na
dole rysunkiem balonika w kształcie serca… Takiego samego jaki, kiedyś mu
wręczyłem, gdy przyszedł do mnie. Jeszcze raz spokojnie przeczytałem ten tekst.
Chciałbym złapać oddech
Nienawidzę tej nocy
Chciałbym się obudzić
Nienawidzę tego snu
Jestem uwięziony wewnątrz siebie
I jestem martwy
Nie chcę być samotny
Tylko być twój
Dlaczego tam tak ciemno?
W tym miejscu pozbawionym ciebie
To niebezpieczne
To jak bardzo jestem zrujnowany
Ocal mnie, bo sam nie potrafię wziąć
się w garść
Posłuchaj bicia mojego serca
Woła o ciebie samo, niezależnie ode
mnie
Ponieważ w tej rozległej ciemności
Tylko ty świecisz tak jasno
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim
upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim
upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Uratuj mnie, uratuj mnie
Dziś księżyc świeci jaśniej
Prosto w puste miejsca moich
wspomnień
Pochłania mnie, ten szaleniec
Proszę ocal mnie tej nocy
Proszę ocal mnie tej nocy
Proszę ocal mnie tej nocy
W obliczu tego dziecinnego szaleństwa,
uratuj mnie
Wiedziałem, to ty będziesz moim
wybawcą
Częścią mojego życia, jedyną która
pokryje mój ból
Najlepsza część mnie
Mam tylko ciebie
Proszę wznieś dla mnie swój głos
Żebym znów się uśmiechnął
Posłuchaj bicia mojego serca
Woła o ciebie samo, niezależnie ode
mnie
Ponieważ w tej rozległej ciemności
Tylko ty świecisz tak jasno
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim
upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim
upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Dziękuję, że pozwoliłeś* mi być
sobą
Za to, że pozwoliłeś mi latać
Za danie mi skrzydeł
Za pozbieranie do ładu
Za wzbudzenie z depresji
I odległego snu, którym żyłem
Gdy o tobie myślę, moje dni
jaśnieją
Więc wyrzuciłem swój smutek
Dziękuję ci za bycie ze mną
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim
upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim
upadnę, upadnę
Smutno się uśmiechnąłem,
pamiętając ten moment, kiedy zaśpiewałem mu tę piosenkę. Czytając tłumaczenie,
wiedziałem, że to o nim.
Obiecałeś, że zawsze będziemy razem. Mówiłeś, że
kochasz, że nie opuścisz, że jak skończymy szkołę to już nikt i nic nas nie
rozdzieli, że muszę przetrwać jeszcze te kilka miesięcy… Więc trwałem u Twojego
boku, chłonąc każde słodkie słówko. Głupi ja.
Nasz związek miał już cztery miesiące. Przyszedłem tak
jak zwykle, lecz nie było jak zwykle. Sam nie wiem jak to się stało, przeżyłem
wtedy z Tobą pierwszy raz. Bałem się trochę, ale obiecałeś, iż się mną
zaopiekujesz, nie będzie bardzo bolało… Miałeś rację - było magicznie.
Myślałem, że nie może już być lepiej… miałem rację. Następnego
dnia w szkole… wiem to moja wina, zagalopowałem się, byłem pewny, że jesteśmy razem.
Przepraszam. Nie powinienem Cię całować. Akurat szli twoi znajomi. Natychmiast
mnie odepchnąłeś. Zaczęli wyzywać, Ty
stałeś z boku, milcząc. Okoliczności inne, ale sądziłem, że będzie jak zwykle.
Jak bardzo się myliłem… Nawet ich nie słuchałem, póki do moich uszu nie wpadło
Twoje imię. Mówili, żebyś również mnie uderzył. Spojrzałem na Ciebie błagalne.
Wszyscy tylko nie Ty. Wykręcałeś się, ale przyparty do muru… Nigdy z twoich ust
nie padło żadne wyzwisko w moją stronę, nie podniosłeś na mnie ręki, nic mi nie
zrobiłeś. Aż do tamtego dnia. Tak bardzo Cię kocham. Tak bardzo nie chcę.
Dzięki Tobie nie popełniłem samobójstwa wcześniej, dzięki Tobie zrobię to za niedługo,
a na pewno zanim przeczytasz ten list.
Jestem już ubrany tak jak Ci się najbardziej podobało –
mój biały sweterek, ciemne, wąskie dżinsy, włosy - których kolor podobno tak
bardzo ubóstwiałeś, był inny niż każdy jeden rudy – spiąłem w niechlujny kok,
tak że kilka pasm zawsze wypadało, a nawet więcej niż kilka. Pozostało mi tylko
się uśmiechnąć, tak bardzo lubiłeś jak to robiłem.
Lina już wisi na żyrandolu, fotel biurowy pod nią, ja
kończę pisać.
Proszę Cię nie bierz tego do siebie. Wiem jak całość
wygląda, zapewne nie jak normalny list pożegnalny, jednak nie chodziło mi o to,
żeby cię obwiniać. Dziękuję Ci. Wiele razy chciałem się zabić, ale nie
potrafiłem. To nie sarkazm. Z całego sera jestem Ci wdzięczny tak samo mocno,
co za tamte dni spędzone razem.
Wiem, potępiasz samobójców, ale ja już nie mogę.
Przelałem o jedną łzę za dużo.
Żegnaj.
Kocham Cię.
Nie powinienem przeciągać, ale nie potrafię jeszcze
kończyć.
Ciekawe czy to w ogóle czytasz… Kto mnie znajdzie… Czy
będziesz choć odrobinę smutny… Czy uronisz choć jedną łzę… Czy odczujesz mój
brak… Czy o mnie zapomnisz…
사랑해
Przejechałem delikatnie opuszkiem palca po ostatnim fragmencie. Wiedziałem co ono oznacza.
- Ja ciebie też kocham. Zawsze mówiłem prawdę.
Spokojnie, długo nie będziesz musiał na mnie czekać. Teraz będziemy mogli być
już zawsze razem, jak ci obiecałem.
Siedziałem
w swoim pokoju z butelką wódki i całą naszą domową apteczką, a że babka, która
z nami mieszka ma chore serce i na pewno, któreś z tych tabletek są jej byłem
pewny.
Wziąłem
jeszcze tylko twoje zdjęcie zrobione polaroidem na jednym z festynów z
sąsiedniego miasta. W jednej ręce trzymałem trzy kartki – list, piosenkę oraz
twój wizerunek, a w drugiej kilka przypadkowych tabletek. Wrzuciłem do gardła, popiłem
palącym gardło trunkiem i czekałem…
~*~
Osiemnastolatek
siedział na podłodze oparty o ścianę. Mruczał coś pod nosem i uśmiechał się w
obiekt przed sobą. Wyglądał jak na haju, gdyby nie umierał połykając śmiertelną
dawkę tabletek. Powtarzał co chwilę imię Oskar. Chłopaka, który umarł dokładnie
dwanaście godzin wcześniej. Nie wiadomo, czy rzeczywiście widział kogoś, czy
tak zadziałała na niego trująca mieszanka…
Obaj
odeszli z groteskowym uśmiechem na ustach. Lekarze twierdzą, że po śmierci
mięśnie się napinają, co daje taki efekt, a jaki był prawdziwy powód ich wyrazu
twarzy wiedzą tylko ta dwójka młodych, nieszczęśliwie zakochanych młodzieńców.
*W
oryginale było pozwoliłaś, ale myślę,
że nie muszę wyjaśniać dlaczego jest tak a nie inaczej jak również wszystkie
inne zmiany osoby
**BTS – Save
me. Z wykorzystaniem pięknego tłumaczenia z tego linku (nie wierzę, że
ja to przepisałam! Po prostu to wydawało mi się najpiękniejsze i adekwatne ;) )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz