wtorek, 18 października 2016

Ostatnia łza - one shot.

One shot.

Cześć!
Nie umiem pisać listów, wolę matematykę, chemię, lecz tym razem zrobię wyjątek. Dla Ciebie. W końcu muszę się jakoś pożegnać. Jest to trudne, kocham Cię, jednak tak będzie najlepiej.
Pamiętam ten dzień, kiedy Cię poznałem.
Byłem nowy w waszej klasie, Ty siedziałeś razem ze swoją paczką. Od razu mnie nie polubiliście. Rudy, kujon może być coś gorszego? Tak – pedał.
Nie dawaliście mi spokoju, choć Ty jako jedyny stałeś z boku i tylko patrzyłeś. Nigdy mnie nie tknąłeś.
Dziękuję Ci za to.
Zapadły mi w pamięć Twoje oczy tamtego dnia, gdy chemiczka poprosiła mnie, żebym nauczył Cię ostatnich lekcji. Patrzyłeś z chęcią mordu. Bałem się, ale co miałem zrobić?
Przyszedłem do Twojego domu - pięknego, jasnego budynku z niewielkim ogródkiem. Nie wiedziałem jak się zachować, Ty nie zwracałeś na mnie uwagi tylko grałeś na konsoli. Polubiłem panią Kasprzyk, nie chciałem jej zawieść, więc chcąc, nie chcąc musiałem Ci to wytłumaczyć. To było trudne, fakt. Najpierw trzeba zwrócić na siebie uwagę.
Pamiętam jak mnie goniłeś, chcąc zamordować za to, że odłączyłem jakieś kabelki i ekran zgasł. ,,W połowie kolejnego levelu!” W końcu potknąłem się i przewróciłem. Stałeś nade mną, a ja umierałem ze strachu. Ty? Zacząłeś się śmiać. Podałeś mi rękę, abym mógł wstać. O dziwo z ociąganiem postanowiłeś się zgodzić, ,,bo inaczej, kto wie co jeszcze zrobię?”
Przychodziłem jeszcze tak z miesiąc. W końcu na jednej z przerw przyleciałeś, jak na skrzydłach, pokazując mi kartkę zapisaną twoimi bazgrołami i oceną dobrą. Byłem szczęśliwy. Przytuliłem Cię. Chyba to w tamtym momencie zrozumiałem, że cię lubię. Wiedziałem, że to koniec naszej znajomości. Było mi z tego powodu źle.
W mojej głowie zagnieździły się wspomnienia – pierwszy wspólny śmiech, jak robiliśmy sobie kolacje, wspólna nauka, kiedy musiałem Cię poprawiać, gdyż kaleczyłeś polski język… Najbardziej utkwiło mi w głowie: „Wczoraj poszłem do sklepu…” „Czekaj, co? Co zrobiłeś? Przepraszam, ale nie znam tego słowa” – stwierdziłem rozbawiony twoją miną. „Poszłem” – powtórzyłeś zniecierpliwiony. ,,Hm… Przypomina mi to słowo „poszedłem” ale poza tym to nie wiem, co to słowo mogłoby oznaczać. Wyjaśnisz?” Byłeś wściekły, lecz, o dziwo, poprawiłeś się i już ani razu nie słyszałem z Twoich ust przekręconej formy. Dziękuję.

Cicho parsknąłem śmiechem, wycierając łzy. Zaraz zastąpiły je kolejne.

Bardzo wyraźnie pamiętam nasz pierwszy pocałunek. Twoja banda nadal się nade mną znęcała, Ty cały czas stałeś z boku, nic nie robiąc. To mnie podnosiło na duchu. Tamtego dnia Cię nie było, nie wiem dlaczego. Wychodziłem ze szkoły, ale oni mnie dopadli. Zaciągnęli za mury budynku i pobili. Nie mam pojęcia za co. Coś krzyczeli, lecz byłem zbyt skupiony na kuleniu się, żeby jeszcze słuchać zapewne wyzwisk. Jeszcze nigdy tak mnie nie skatowali. Wcześniej poniżali, wyśmiewali, niszczyli rzeczy, czasami jeden, czy dwa ciosy, zawsze obelgi. Pamiętam jak pojawiłeś się, jak książę na białym rumaku. Oni już poszli, jednak Ty od razu wiedziałeś, czyja wina. Zabrałeś mnie do siebie. W pokoju opatrzyłeś rany, przykleiłeś plaster… Kiedy mokrą szmatką przemywałeś mi pękniętą wargę… Coś we mnie pękło. Ciało działało, bez mojej woli. Przyciągnąłem Cię i pocałowałem. Wiem, nie powinienem. Ty uważałeś się za hetero, ja byłem tylko ciotą, Ty byłeś popularny, ja pośmiewisko całej szkoły, Ty przystojny, ja niski, rudy… Odepchnąłeś mnie. Dopiero wtedy zrozumiałem, co zrobiłem. Odwróciłem wzrok, chciałem zniknąć, zapaść się pod ziemię. Z początku nie pojmowałem co się dzieje, gdy chwyciłeś mnie za brodę, obróciłeś w swoją stronę i czule, delikatnie muskałeś moje usta. W tamtym momencie przepadłem.
Kocham Cię.
Wesz o tym doskonale, choć pisząc te dwa krótkie słowa, najbardziej chce mi się płakać. Nie powinienem żywić do Ciebie tego uczucia, powinienem o tym wiedzieć, ale to dzięki Tobie nabrałem trochę pewności siebie, myślałem, że jestem Ciebie wart.
Oczywiście nikt nie mógł wiedzieć o naszym „związku”. Oficjalnie nadal byłem kujonem do gnębienia, a prywatnie… Chodziliśmy na randki, spotykaliśmy się też u ciebie. Wymienialiśmy się słodkimi pocałunkami, słówkami, ponawialiśmy się nawzajem. Nikt nie wiedział, że chciałbyś zostać tancerzem, a nie lekarzem, że „kochasz” pewnego nastolatka płci męskiej, że mdli cię od tego popularnego, klubowego jazgotu, w głębi serca wolisz POP… koreański. Kiedyś zaśpiewałeś mi jedną piosenkę, jednak w wykonaniu polskim. Wow… Aż pozwoliłem sobie to wydrukować (za dużo pisania) i dodać do koperty.

Wyciągnąłem złożoną na pół kartkę. Były na niej tak dobrze znane mi słowa, ozdobione na dole rysunkiem balonika w kształcie serca… Takiego samego jaki, kiedyś mu wręczyłem, gdy przyszedł do mnie. Jeszcze raz spokojnie przeczytałem ten tekst.

Chciałbym złapać oddech
Nienawidzę tej nocy
Chciałbym się obudzić
Nienawidzę tego snu
Jestem uwięziony wewnątrz siebie
I jestem martwy
Nie chcę być samotny
Tylko być twój
Dlaczego tam tak ciemno?
W tym miejscu pozbawionym ciebie
To niebezpieczne
To jak bardzo jestem zrujnowany
Ocal mnie, bo sam nie potrafię wziąć się w garść

Posłuchaj bicia mojego serca
Woła o ciebie samo, niezależnie ode mnie  
Ponieważ w tej rozległej ciemności
Tylko ty świecisz tak jasno
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie

Uratuj mnie, uratuj mnie
Dziś księżyc świeci jaśniej
Prosto w puste miejsca moich wspomnień
Pochłania mnie, ten szaleniec
Proszę ocal mnie tej nocy
Proszę ocal mnie tej nocy
Proszę ocal mnie tej nocy
W obliczu tego dziecinnego szaleństwa, uratuj mnie
Wiedziałem, to ty będziesz moim wybawcą
Częścią mojego życia, jedyną która pokryje mój ból
Najlepsza część mnie
Mam tylko ciebie
Proszę wznieś dla mnie swój głos
Żebym znów się uśmiechnął

Posłuchaj bicia mojego serca
Woła o ciebie samo, niezależnie ode mnie  
Ponieważ w tej rozległej ciemności
Tylko ty świecisz tak jasno
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie

Dziękuję, że pozwoliłeś* mi być sobą
Za to, że pozwoliłeś mi latać
Za danie mi skrzydeł
Za pozbieranie do ładu
Za wzbudzenie z depresji
I odległego snu, którym żyłem  
Gdy o tobie myślę, moje dni jaśnieją
Więc wyrzuciłem swój smutek
Dziękuję ci za bycie ze mną

Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę

Smutno się uśmiechnąłem, pamiętając ten moment, kiedy zaśpiewałem mu tę piosenkę. Czytając tłumaczenie, wiedziałem, że to o nim.

Obiecałeś, że zawsze będziemy razem. Mówiłeś, że kochasz, że nie opuścisz, że jak skończymy szkołę to już nikt i nic nas nie rozdzieli, że muszę przetrwać jeszcze te kilka miesięcy… Więc trwałem u Twojego boku, chłonąc każde słodkie słówko. Głupi ja.
Nasz związek miał już cztery miesiące. Przyszedłem tak jak zwykle, lecz nie było jak zwykle. Sam nie wiem jak to się stało, przeżyłem wtedy z Tobą pierwszy raz. Bałem się trochę, ale obiecałeś, iż się mną zaopiekujesz, nie będzie bardzo bolało… Miałeś rację - było magicznie.
Myślałem, że nie może już być lepiej… miałem rację. Następnego dnia w szkole… wiem to moja wina, zagalopowałem się, byłem pewny, że jesteśmy razem. Przepraszam. Nie powinienem Cię całować. Akurat szli twoi znajomi. Natychmiast mnie odepchnąłeś. Zaczęli wyzywać,  Ty stałeś z boku, milcząc. Okoliczności inne, ale sądziłem, że będzie jak zwykle. Jak bardzo się myliłem… Nawet ich nie słuchałem, póki do moich uszu nie wpadło Twoje imię. Mówili, żebyś również mnie uderzył. Spojrzałem na Ciebie błagalne. Wszyscy tylko nie Ty. Wykręcałeś się, ale przyparty do muru… Nigdy z twoich ust nie padło żadne wyzwisko w moją stronę, nie podniosłeś na mnie ręki, nic mi nie zrobiłeś. Aż do tamtego dnia. Tak bardzo Cię kocham. Tak bardzo nie chcę. Dzięki Tobie nie popełniłem samobójstwa wcześniej, dzięki Tobie zrobię to za niedługo, a na pewno zanim przeczytasz ten list.
Jestem już ubrany tak jak Ci się najbardziej podobało – mój biały sweterek, ciemne, wąskie dżinsy, włosy - których kolor podobno tak bardzo ubóstwiałeś, był inny niż każdy jeden rudy – spiąłem w niechlujny kok, tak że kilka pasm zawsze wypadało, a nawet więcej niż kilka. Pozostało mi tylko się uśmiechnąć, tak bardzo lubiłeś jak to robiłem.
Lina już wisi na żyrandolu, fotel biurowy pod nią, ja kończę pisać.
Proszę Cię nie bierz tego do siebie. Wiem jak całość wygląda, zapewne nie jak normalny list pożegnalny, jednak nie chodziło mi o to, żeby cię obwiniać. Dziękuję Ci. Wiele razy chciałem się zabić, ale nie potrafiłem. To nie sarkazm. Z całego sera jestem Ci wdzięczny tak samo mocno, co za tamte dni spędzone razem.
Wiem, potępiasz samobójców, ale ja już nie mogę.
Przelałem o jedną łzę za dużo.
Żegnaj.
Kocham Cię.
Nie powinienem przeciągać, ale nie potrafię jeszcze kończyć.
Ciekawe czy to w ogóle czytasz… Kto mnie znajdzie… Czy będziesz choć odrobinę smutny… Czy uronisz choć jedną łzę… Czy odczujesz mój brak… Czy o mnie zapomnisz…
사랑해  

Przejechałem delikatnie opuszkiem palca po ostatnim fragmencie. Wiedziałem co ono oznacza.
 - Ja ciebie też kocham. Zawsze mówiłem prawdę. Spokojnie, długo nie będziesz musiał na mnie czekać. Teraz będziemy mogli być już zawsze razem, jak ci obiecałem.
Siedziałem w swoim pokoju z butelką wódki i całą naszą domową apteczką, a że babka, która z nami mieszka ma chore serce i na pewno, któreś z tych tabletek są jej byłem pewny.
Wziąłem jeszcze tylko twoje zdjęcie zrobione polaroidem na jednym z festynów z sąsiedniego miasta. W jednej ręce trzymałem trzy kartki – list, piosenkę oraz twój wizerunek, a w drugiej kilka przypadkowych tabletek. Wrzuciłem do gardła, popiłem palącym gardło trunkiem i czekałem…

~*~

Osiemnastolatek siedział na podłodze oparty o ścianę. Mruczał coś pod nosem i uśmiechał się w obiekt przed sobą. Wyglądał jak na haju, gdyby nie umierał połykając śmiertelną dawkę tabletek. Powtarzał co chwilę imię Oskar. Chłopaka, który umarł dokładnie dwanaście godzin wcześniej. Nie wiadomo, czy rzeczywiście widział kogoś, czy tak zadziałała na niego trująca mieszanka…
Obaj odeszli z groteskowym uśmiechem na ustach. Lekarze twierdzą, że po śmierci mięśnie się napinają, co daje taki efekt, a jaki był prawdziwy powód ich wyrazu twarzy wiedzą tylko ta dwójka młodych, nieszczęśliwie zakochanych młodzieńców.

*W oryginale było pozwoliłaś, ale myślę, że nie muszę wyjaśniać dlaczego jest tak a nie inaczej jak również wszystkie inne zmiany osoby
**BTS – Save me. Z wykorzystaniem pięknego tłumaczenia z tego linku (nie wierzę, że ja to przepisałam! Po prostu to wydawało mi się najpiękniejsze i adekwatne ;) ) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz