Rozdział
31.
Miesiąc
później…
Układałem
klocki z Kubusiem, które miały być twierdzą dla jego zabawkowych rycerzy, ja
później miałem trzymać i udawać wielkiego dinozaura… W tym czasie Marek łaził
po całym mieszkaniu z telefonem i notesem w ręce. Poważnie wziął się za
planowanie naszego ślubu. Ja się do tego nie nadaję, więc wszystko zwaliłem na
niego, z czego wydawał się być niezmiernie zadowolony.
- Yes, yes. Wait, I… Kur… - w ostatniej chwili
ugryzł się w język. Zaczął skakać po salonie na jednej nodze mamrocząc coś pod
nosem. W końcu wziął mały klocek, który nadepnął. – Serio?? Co za wredne, małe
cholerstwo…
Zacząłem
cicho chichotać. Odebrałem czerwony kawałek plastiku i odłożyłem na kupkę jemu
podobnych. Młody patrzył to na mnie to na niego, aż w końcu wzruszył ramionami,
powracając do twierdzy.
- No, it’s
nothing… Wait a second… Marcin, jaki wolisz tort? Jasny czy ciemny biszkopt?
Przez
chwilkę się zastanowiłem.
- Chyba ciemny.
- OK… - Zaraz zniknął w kolejnym pokoju.
Uśmiechnąłem się pod nosem i powróciłem myślami do synka.
~*~
Tydzień
później…
- Jejku, ale ja nie lubię chodzić na zakupy… -
marudziłem.
Najchętniej
to bym się zaszył w pokoju pod kocem z kubkiem czegoś ciepłego przed
telewizorem. Chyba nachodziła mnie jesienna depresja.
- Przecież musisz przymierzyć garnitur, chcę
widzieć, czy jest na ciebie dobry. Idziemy.
Chwycił
mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
- Z Anką było mniej problemu, skromny ślub,
który ona w większej mierze organizowała i garnitur ze studniówki – mruknąłem.
Natychmiast
się odwrócił, spojrzał mi głęboko w oczy, a ja zacząłem się zastanawiać, czy
przypadkiem czegoś nie palnąłem.
- Nie podoba ci się? Chcesz inaczej? Przecież
cię uprzedzam o moich planach, jeśli chcesz coś zmienić to możesz powiedzieć,
nie obrażę się. To jest NASZ dzień, chcę żebyś również był zadowolony…
Pogłaskałem
go po policzku i pokręciłem głową rozczulony jego słowami.
- Jeśli
dane ci będzie żyć sto lat, to ja chciałbym żyć sto lat minus jeden dzień, abym
nie musiał żyć ani jednego dnia bez ciebie.*
Otworzył
szeroko usta, a ja cicho się zaśmiałem.
- Kiedyś byłem na praktykach w podstawówce, a
oni akurat przerabiali Kubusia Puchatka i
ten cytat jakoś zapamiętałem. Jak byłem mały to nie dostrzegałem jak głęboka
jest ta książka.
-
Kocham cię. Bardzo. Chyba z każdym dniem coraz bardziej… - wyszeptał.
Przytuliłem
go mocno.
- Muszę iść? – spytałem.
- Tak!
Westchnąłem
ciężko i narzuciłem na siebie grubą kurtkę. Jak ja kocham jesień… zwłaszcza
końcówkę…
~*~
Parę dni
później…
Cała
rodzinka zebrała się w salonie i czekała na gościa. Sam już nie wiem kto mnie
do tego przekonał, ale… Nadal jestem wściekły na Marka, że zaproponował to.
Wiki by pewnie nawet o tym nie pomyślała, a tak to już wiedziałem, że się
napaliła i byłaby wściekła i smutna, gdybym się nie zgodził. OK, mogłem mimo
wszystko nie odpuszczać, przecież nie dostawała i robiła wszystko co zechce,
lecz… sam już nie wiem kto i jak sprawił, że z moich ust padło to słowo – zgoda.
No to teraz
sobie siedzimy na kanapie, fotelach. Córcia jest podekscytowana, Kubuś o dziwo
też, Krzysiek siedzi z telefonem w ręce jasno dając do zrozumienia, że ma to w
dupie, Marek gładzi mnie pokrzepiająco po dłoni, a ja zestresowany. No bo JAK
SIĘ ZGODZIŁEM, ŻEBY MAKOTO PRZENOCOWAŁ U NAS TE DWA DNI??? Przyjazd na nasz
ślub jako osoba towarzysząca nastolatce to jedno, z tym nie miałem żadnego
problemu, czemu miałbym, jednak… Nie brałem pod uwagę, że on przyjedzie do
Polski, a nie prosto do Paryża, a tym bardziej, że narzeczony wyskoczy z tym,
ażeby został u nas a nie w hotelu. Wiktoria jak tylko o tym usłyszała to cała
rozanielona się zgodziła, a ja biedny próbowałem jej to wybić z głowy… na
próżno.
Usłyszałem
dzwonek do drzwi. Córcia pobiegła otworzyć, a ja stresowałem się coraz
bardziej. Zacisnąłem dłoń na tej bledszej, drobniejszej, należącej do mojego
kosmity.
- A więc to jest Makoto – szczęśliwy głos
wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałem na chłopaka.
Miał
jasnobrązowe włosy (zapewne farbowane, zważając na fakt iż Azjaci mają wręcz
czarne), całkiem duże, aczkolwiek skośne oczy, bladą cerę. Był wyższy od
dziewczyny, o co w sumie nie tak trudno; na oko metr siedemdziesiąt. Raczej
szczupły. Miał na sobie zwykłe dżinsy, białą koszulkę z nadrukowanym krawatem,
na nadgarstku jakiś rzemyk, czerwone trampki. Nie wyglądał podejrzanie.
Delikatnie
się uśmiechnął i nieśmiało pomachał. Zaraz się zreflektował i ukłonił.
- Ohayo!
- Em… Dzień dobry – przywitałem się.
Pierwszy
wystrzelił jak torpeda Marek i uścisnął go przyjaźnie.
- Umiesz mówić po polsku?
- Och… Watashi… Yy.. Ja… – poprawił się – Ja uczyłem
się dużo. Nie… um…umiem dobrze, ale próbuję – powiedział ostrożnie, ważąc każde
słowo.
- Nauczysz się. Jest trudny, ale wierzę w
ciebie. – Uśmiechnął się do niego szeroko, nadal wisząc mu na szyi; już bokiem,
aczkolwiek on często zapomniał co to przestań osobista, trzeba się przyzwyczaić.
- Dziękuję, że się państwo zgodzili mnie przy…
przy…
- ..przyjąć – wyręczyła go nastolatka.
Wzruszyłem
ramionami i podszedłem, żeby podać mu rękę. W sumie to on wyglądał na bardziej
zestresowanego niż ja zdenerwowanego, po co go dobijać.
- Dziękuj Wiktorii. Widzę, że jesteś zmęczony,
może pogadamy później, a teraz odpoczniesz?
Jego kąciki
ust szybko powędrowały do góry.
- Z chęcią.
- Jeszcze jedno – wtrącił się ukochany – jak dużo
umiesz, bo nie wiem jak mam mówić do ciebie.
- Ja więcej rozumiem, niż sam umiem. Staram
się, ale jeszcze czasami zapominam.
- I tak ci świetnie idzie. – Poklepał go po
plecach.
Dziewczyna
uczepiła się jego łokcia i poprowadziła w stronę swojego pokoju machając nam na
pożegnanie.
- Fajny gość – stwierdził tylko, jak dotąd milczący
Krzysiek i wyszedł.
Marek
cmoknął mnie w usta i uśmiechnął się uroczo.
- Będzie dobrze, zobaczysz.
Objąłem go
w pasie i spojrzałem prosto w te czekoladowe oczka.
- Trzymam cię za słowo.
*Alan
Alexander Milne – Kubuś Puchatek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz