sobota, 15 października 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 31.

Rozdział 31.
Miesiąc później…
Układałem klocki z Kubusiem, które miały być twierdzą dla jego zabawkowych rycerzy, ja później miałem trzymać i udawać wielkiego dinozaura… W tym czasie Marek łaził po całym mieszkaniu z telefonem i notesem w ręce. Poważnie wziął się za planowanie naszego ślubu. Ja się do tego nie nadaję, więc wszystko zwaliłem na niego, z czego wydawał się być niezmiernie zadowolony.
 - Yes, yes. Wait, I… Kur… - w ostatniej chwili ugryzł się w język. Zaczął skakać po salonie na jednej nodze mamrocząc coś pod nosem. W końcu wziął mały klocek, który nadepnął. – Serio?? Co za wredne, małe cholerstwo…
Zacząłem cicho chichotać. Odebrałem czerwony kawałek plastiku i odłożyłem na kupkę jemu podobnych. Młody patrzył to na mnie to na niego, aż w końcu wzruszył ramionami, powracając do twierdzy.
 - No, it’s nothing… Wait a second… Marcin, jaki wolisz tort? Jasny czy ciemny biszkopt?
Przez chwilkę się zastanowiłem.
 - Chyba ciemny.
 - OK… - Zaraz zniknął w kolejnym pokoju. Uśmiechnąłem się pod nosem i powróciłem myślami do synka.

~*~

Tydzień później…
 - Jejku, ale ja nie lubię chodzić na zakupy… - marudziłem.
Najchętniej to bym się zaszył w pokoju pod kocem z kubkiem czegoś ciepłego przed telewizorem. Chyba nachodziła mnie jesienna depresja.
 - Przecież musisz przymierzyć garnitur, chcę widzieć, czy jest na ciebie dobry. Idziemy.
Chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
 - Z Anką było mniej problemu, skromny ślub, który ona w większej mierze organizowała i garnitur ze studniówki – mruknąłem.
Natychmiast się odwrócił, spojrzał mi głęboko w oczy, a ja zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś nie palnąłem.
 - Nie podoba ci się? Chcesz inaczej? Przecież cię uprzedzam o moich planach, jeśli chcesz coś zmienić to możesz powiedzieć, nie obrażę się. To jest NASZ dzień, chcę żebyś również był zadowolony…
Pogłaskałem go po policzku i pokręciłem głową rozczulony jego słowami.
 - Jeśli dane ci będzie żyć sto lat, to ja chciałbym żyć sto lat minus jeden dzień, abym nie musiał żyć ani jednego dnia bez ciebie.*
Otworzył szeroko usta, a ja cicho się zaśmiałem.
 - Kiedyś byłem na praktykach w podstawówce, a oni akurat przerabiali Kubusia Puchatka i ten cytat jakoś zapamiętałem. Jak byłem mały to nie dostrzegałem jak głęboka jest ta książka.
 -  Kocham cię. Bardzo. Chyba z każdym dniem coraz bardziej… - wyszeptał.
Przytuliłem go mocno.
 - Muszę iść? – spytałem.
 - Tak!
Westchnąłem ciężko i narzuciłem na siebie grubą kurtkę. Jak ja kocham jesień… zwłaszcza końcówkę…

~*~

Parę dni później…
Cała rodzinka zebrała się w salonie i czekała na gościa. Sam już nie wiem kto mnie do tego przekonał, ale… Nadal jestem wściekły na Marka, że zaproponował to. Wiki by pewnie nawet o tym nie pomyślała, a tak to już wiedziałem, że się napaliła i byłaby wściekła i smutna, gdybym się nie zgodził. OK, mogłem mimo wszystko nie odpuszczać, przecież nie dostawała i robiła wszystko co zechce, lecz… sam już nie wiem kto i jak sprawił, że z moich ust padło to słowo – zgoda.
No to teraz sobie siedzimy na kanapie, fotelach. Córcia jest podekscytowana, Kubuś o dziwo też, Krzysiek siedzi z telefonem w ręce jasno dając do zrozumienia, że ma to w dupie, Marek gładzi mnie pokrzepiająco po dłoni, a ja zestresowany. No bo JAK SIĘ ZGODZIŁEM, ŻEBY MAKOTO PRZENOCOWAŁ U NAS TE DWA DNI??? Przyjazd na nasz ślub jako osoba towarzysząca nastolatce to jedno, z tym nie miałem żadnego problemu, czemu miałbym, jednak… Nie brałem pod uwagę, że on przyjedzie do Polski, a nie prosto do Paryża, a tym bardziej, że narzeczony wyskoczy z tym, ażeby został u nas a nie w hotelu. Wiktoria jak tylko o tym usłyszała to cała rozanielona się zgodziła, a ja biedny próbowałem jej to wybić z głowy… na próżno.
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Córcia pobiegła otworzyć, a ja stresowałem się coraz bardziej. Zacisnąłem dłoń na tej bledszej, drobniejszej, należącej do mojego kosmity.
 - A więc to jest Makoto – szczęśliwy głos wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałem na chłopaka.
Miał jasnobrązowe włosy (zapewne farbowane, zważając na fakt iż Azjaci mają wręcz czarne), całkiem duże, aczkolwiek skośne oczy, bladą cerę. Był wyższy od dziewczyny, o co w sumie nie tak trudno; na oko metr siedemdziesiąt. Raczej szczupły. Miał na sobie zwykłe dżinsy, białą koszulkę z nadrukowanym krawatem, na nadgarstku jakiś rzemyk, czerwone trampki. Nie wyglądał podejrzanie.
Delikatnie się uśmiechnął i nieśmiało pomachał. Zaraz się zreflektował i ukłonił.
 - Ohayo!
 - Em… Dzień dobry – przywitałem się.
Pierwszy wystrzelił jak torpeda Marek i uścisnął go przyjaźnie.
 - Umiesz mówić po polsku?
 - Och… Watashi… Yy.. Ja… – poprawił się – Ja uczyłem się dużo. Nie… um…umiem dobrze, ale próbuję – powiedział ostrożnie, ważąc każde słowo.
 - Nauczysz się. Jest trudny, ale wierzę w ciebie. – Uśmiechnął się do niego szeroko, nadal wisząc mu na szyi; już bokiem, aczkolwiek on często zapomniał co to przestań osobista, trzeba się przyzwyczaić.
 - Dziękuję, że się państwo zgodzili mnie przy… przy…
 - ..przyjąć – wyręczyła go nastolatka.
Wzruszyłem ramionami i podszedłem, żeby podać mu rękę. W sumie to on wyglądał na bardziej zestresowanego niż ja zdenerwowanego, po co go dobijać.
 - Dziękuj Wiktorii. Widzę, że jesteś zmęczony, może pogadamy później, a teraz odpoczniesz?
Jego kąciki ust szybko powędrowały do góry.
 - Z chęcią.
 - Jeszcze jedno – wtrącił się ukochany – jak dużo umiesz, bo nie wiem jak mam mówić do ciebie.
 - Ja więcej rozumiem, niż sam umiem. Staram się, ale jeszcze czasami zapominam.
 - I tak ci świetnie idzie. – Poklepał go po plecach.
Dziewczyna uczepiła się jego łokcia i poprowadziła w stronę swojego pokoju machając nam na pożegnanie.
 - Fajny gość – stwierdził tylko, jak dotąd milczący Krzysiek i wyszedł.
Marek cmoknął mnie w usta i uśmiechnął się uroczo.
 - Będzie dobrze, zobaczysz.
Objąłem go w pasie i spojrzałem prosto w te czekoladowe oczka.
 - Trzymam cię za słowo.  

*Alan Alexander Milne – Kubuś Puchatek.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz