poniedziałek, 31 października 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 32.

Rozdział 32.
Parę dni później…
 - Dobrze wiesz, że nie lubię tego typu imprez… I tak nie jestem kawalerem.
Wydął naburmuszony dolną wargę. Jak tu się nie uśmiechnąć? Poczochrałem jego włosy, kręcąc głową z rozbawieniem.
 - Ugh… No dobra, niech ci będzie. Przecież cię nie zmuszę.
 - Słuszna uwaga.
Spojrzał jeszcze raz na mnie obrażony, choć i tak wybrał miejsce do przycupnięcia  na moich kolanach, a nie obok na kanapie.
 - Ale ja mogę? – spytał.
Zaśmiałem się i przytuliłem go mocno. Może trochę za mocno.
 - Jak  można być tak uroczym?
 - Ej! – Uderzył mnie piąstką w ramię. Zaczął się wyrywać z moich objęć, ale ja trzymałem mocno, jak boa – kiedy próbował się uwolnić, ja zaciskałem jeszcze mocniej.  – No puszczaj!
Jedną ręką nadal kurczowo go trzymałem, a drugą chwyciłem za podbródek i pocałowałem. Prawie natychmiastowo się uspokoił, nie pozostając biernym. Ostatni raz pocałowałem go w kącik ust i spojrzałem w te czekoladowe paczałki.
 - Już od jutra będę mógł do ciebie mówić, mój mężu – stwierdziłem z wielkim uśmiechem.
Twierdząco pokiwał głową.
Wstał z ociąganiem i ostatni raz cmoknął mnie w usta.
 - To ja się zbieram. Nie chcę, żeby chłopaki na mnie czekali.
 - Mhm… Masz rację pośpiesz się. Jak myślisz dwie godziny ci wystarczą? Może powinieneś ich uprzedzić, że się spóźnisz? Chociaż nie, myślę, że znają cię już tak długo… prędzej się zdziwią jak przyjdziesz punktualnie.
Prychnął, ostentacyjnie założył ręce na piersi i wyszedł obrażony.
Parsknąłem śmiechem i ruszyłem w stronę kuchni, żeby przygotować sobie coś do jedzenia. Akurat kończyłem smarować Nutellą kanapkę, kiedy weszła Wiki ze słuchawkami na uszach. Stukała rytm, wyraźnie słyszany przeze mnie, o uda. Nalała sobie soku jabłkowego do szklanki.
 - Bo za szybko ogłuchniesz – zaśmiałem się.
Całkowicie mnie zignorowała.
Parsknąłem śmiechem i pociągnąłem ją za łokieć. Na migi musiałem tłumaczyć, żeby zdjęła je.
 - Mówiłeś coś?
 - Tylko, żebyś przyciszyła. Skoro ja słyszałem wyraźnie, to ty chyba masz głośniej niż na koncercie w pierwszych rzędach.
Oparłem się o blat i ugryzłem kawałek kanapki.
Uśmiechnęła się przepraszająco.
 - Tak, tak…
Na miejscu dopiła napój i odłożyła szklankę do zmywarki – nowy nabytek Marka, z którego nad wyraz się cieszył.  Niby nic nadzwyczajnego, ale jakoś nigdy o tym nie myślałem, aż pewnego dnia ukochany nie zażądał, żebym kupił.
 - A czego słuchasz? Nie brzmi jak to do czego tańczysz.
 - Nie. Gazetki* grają świetną muzę, ale SHIVER nie nadaje się na utwór do naszych układów, jak sam zauważyłeś.
 - Gazetki?
Machnęła tylko ręką i wyszła, zakładając znowu słuchawki, aczkolwiek zanotowałem zmianę – już nie słyszałem żadnej piosenki, innymi słowy wyciszyła. Pokręciłem głową i odłożyłem pusty talerz.
Miałem jeszcze dużo czasu, a nie miałem co z nim zrobić. Niezadowolony z tego faktu ruszyłem w stronę sypialni z nadzieją na wcześniejszy sen. Przebrałem się w same spodnie od piżamy i zakopałem pod kołdrę. O dziwo szybko zasnąłem…

Obudziłem się całkowicie wypoczęty. Odnotowałem, iż było nadal ciemno a Marek jeszcze nie wrócił. W sumie to mi nie mówił, o której będzie… Zerknąłem na wyświetlacz telefonu i jęknąłem załamany, widząc godzinę wpół do pierwszej. Środek nocy, a mi się nie chce już spać. Tego dnia miałem wylatywać z ukochanym do Francji. Mimowolnie się do siebie uśmiechnąłem na myśl, że ten kosmita zostanie moim mężem. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy, tego nie da się opisać słowami. Oczywiście nie zapomniałem o Ani, aczkolwiek życie płynie dalej, a zawsze w moim sercu było miejsce dla tych dwóch osób. Nie potrafię powiedzieć, kogo kochałem bardziej.
Znudzony leżeniem w łóżku i gapieniem się na sufit postanowiłem wstać. Przeczesałem pacami moje długie włosy i ruszyłem w stronę kuchni, żeby sobie zrobić herbatę.
 - Matko… - Aż się cofnąłem zaskoczony. Nie spodziewałem się tam spotkać kogokolwiek, nie tak późno. – Makoto? Co ty tutaj robisz?
 - Och, bardzo pana przepraszam…
Uśmiechnąłem się do niego ciepło i włączyłem czajnik.
Przyjrzałem się nastolatkowi. Miał bledszą skórę niż wcześniej zanotowałem, rozczochrane włosy, podkrążone oczy. Był w czarno-białej piżamie przypominającej pandę – czarno-białe spodnie, a bluzka z wizerunkiem pandy na białym tle i czarnymi rękawami. Słodka.
 - Czemu nie śpisz?
Wzruszył ramionami.
 - Nie mogę zasnąć. Może to przez zmianę… no wie pan. Że jestem na zupełnie innym kontynencie.
 - Ja też nie mogę. Chyba za wcześnie poszedłem do łóżka, ale nie miałem co robić.
Zalałem torebeczkę z herbatą gorącą wodą, dodałem dwie łyżeczki cukru, wymieszałem. Wyrzuciłem torebeczkę, dorzuciłem plasterek cytryny. Idealnie. Usiadłem obok chłopaka.
 - I jak ci się podoba w Polsce? – postanowiłem zagadać pierwszy.
 - Bardzo. – Uśmiechnął się. – To jest kraj zupełnie inny od Japonii. Cieszę się, że mogłem tutaj przyjechać. I naprawdę dziękuję za gościnę.
Poczochrałem jego czuprynę.
 - Uroczy jesteś – stwierdziłem.
Zarumienił się i utkwił wzrok w swoich dłoniach.
 - Może jednak spróbujesz zasnąć, hm? Jutro o dwunastej już wylatujemy, więc wypadałoby się wyspać.
 - Mi to pan mówi? – spytał rozbawiony.
 - Hej! Ja się wyspałem. – Zaśmiałem się, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. – Ale serio musisz iść spać.
 - Wiem.
Mimo o żaden z nas się nie ruszył.
 - To może coś mi o sobie opowiesz? Czym się interesujesz? Jakiej muzyki słuchasz? – zaproponowałem.
 - Hm… W sumie to głównie słucham takich zespołów jak Nirvana, Linkin Park, Guns N’ Roses, ONE OK ROCK… No to przede wszystkim.  
 - Pierwsze trzy zespoły kojarzę, ale ostatni…
 - Japoński – wyjaśnił z uśmiechem. – Nie mam jakiegoś konkretnie ukierunkowanego gustu, zależny od nastroju, czasami wolę coś mocniejszego, czasami spokojniejszego…
 - Spokojniejszego? – spytałem ze śmiechem. – Chyba tylko to… to… no to czego nie znam.
Parsknął śmiechem i wstał.
 - Proszę mi wybaczyć, zaraz wrócę.
Wyszedł, a ja zachodziłem w głowę, jak takie dzieci się uchowały.. w sensie kulturalne. Po chwili wkroczył do kuchni z telefonem i słuchawkami w ręce. Podał mi jedną, którą od razu włożyłem do ucha. Puścił pierwszą.
 - To jest Shake it down. Jest mocniejsza. A teraz na przykład puszczę… - Szukał czegoś, a ja w tym czasie wsłuchiwałem się w melodię. Może i nie moje klimaty, ale nie było złe. – O! Może The Way Back. – Usłyszałem kolejną piosenkę już trochę bardziej… nie wiem może trochę z muzyką popową mi się skojarzyło, aczkolwiek taką z pazurkiem.
 - Ta jest fajna – stwierdziłem.
 - Cieszę się.
Jeszcze przegadaliśmy z godzinę, aż w końcu zmusiłem go do pójścia do łóżka. W tym samym czasie pojawił się Marek.
 - Kochanie! Dlaczego nie śpisz? – spytał podpitym głosem.
Skrzywiłem się delikatnie.
 - Chodź. – Pociągnąłem go w stronę łazienki i tam zamknąłem. – Wykąp się i idziemy spać.  
 - Marcin…
 - Nie – uciąłem.
Westchnął, a po chwili usłyszałem szum wody. Zadowolony poszedłem wreszcie jeszcze trochę pospać. Udało mi się dopiero, kiedy ciepłe ciałko oplotło mnie swoimi kończynami mrucząc dobranoc.

 *the GazettE


wtorek, 18 października 2016

Do czytelników.

Hej...  Nie wierzę, że to napisałam. to nie jest w moim stylu, nie wiem co mi odbiło. Normalnie do tematów samobójstw podchodzę z przymrożeniem oka a to... No a wcześniej Krzysiek z Nie przestanę cię kochać! Co jest??? ;)
Milly (#_#)

Ostatnia łza - one shot.

One shot.

Cześć!
Nie umiem pisać listów, wolę matematykę, chemię, lecz tym razem zrobię wyjątek. Dla Ciebie. W końcu muszę się jakoś pożegnać. Jest to trudne, kocham Cię, jednak tak będzie najlepiej.
Pamiętam ten dzień, kiedy Cię poznałem.
Byłem nowy w waszej klasie, Ty siedziałeś razem ze swoją paczką. Od razu mnie nie polubiliście. Rudy, kujon może być coś gorszego? Tak – pedał.
Nie dawaliście mi spokoju, choć Ty jako jedyny stałeś z boku i tylko patrzyłeś. Nigdy mnie nie tknąłeś.
Dziękuję Ci za to.
Zapadły mi w pamięć Twoje oczy tamtego dnia, gdy chemiczka poprosiła mnie, żebym nauczył Cię ostatnich lekcji. Patrzyłeś z chęcią mordu. Bałem się, ale co miałem zrobić?
Przyszedłem do Twojego domu - pięknego, jasnego budynku z niewielkim ogródkiem. Nie wiedziałem jak się zachować, Ty nie zwracałeś na mnie uwagi tylko grałeś na konsoli. Polubiłem panią Kasprzyk, nie chciałem jej zawieść, więc chcąc, nie chcąc musiałem Ci to wytłumaczyć. To było trudne, fakt. Najpierw trzeba zwrócić na siebie uwagę.
Pamiętam jak mnie goniłeś, chcąc zamordować za to, że odłączyłem jakieś kabelki i ekran zgasł. ,,W połowie kolejnego levelu!” W końcu potknąłem się i przewróciłem. Stałeś nade mną, a ja umierałem ze strachu. Ty? Zacząłeś się śmiać. Podałeś mi rękę, abym mógł wstać. O dziwo z ociąganiem postanowiłeś się zgodzić, ,,bo inaczej, kto wie co jeszcze zrobię?”
Przychodziłem jeszcze tak z miesiąc. W końcu na jednej z przerw przyleciałeś, jak na skrzydłach, pokazując mi kartkę zapisaną twoimi bazgrołami i oceną dobrą. Byłem szczęśliwy. Przytuliłem Cię. Chyba to w tamtym momencie zrozumiałem, że cię lubię. Wiedziałem, że to koniec naszej znajomości. Było mi z tego powodu źle.
W mojej głowie zagnieździły się wspomnienia – pierwszy wspólny śmiech, jak robiliśmy sobie kolacje, wspólna nauka, kiedy musiałem Cię poprawiać, gdyż kaleczyłeś polski język… Najbardziej utkwiło mi w głowie: „Wczoraj poszłem do sklepu…” „Czekaj, co? Co zrobiłeś? Przepraszam, ale nie znam tego słowa” – stwierdziłem rozbawiony twoją miną. „Poszłem” – powtórzyłeś zniecierpliwiony. ,,Hm… Przypomina mi to słowo „poszedłem” ale poza tym to nie wiem, co to słowo mogłoby oznaczać. Wyjaśnisz?” Byłeś wściekły, lecz, o dziwo, poprawiłeś się i już ani razu nie słyszałem z Twoich ust przekręconej formy. Dziękuję.

Cicho parsknąłem śmiechem, wycierając łzy. Zaraz zastąpiły je kolejne.

Bardzo wyraźnie pamiętam nasz pierwszy pocałunek. Twoja banda nadal się nade mną znęcała, Ty cały czas stałeś z boku, nic nie robiąc. To mnie podnosiło na duchu. Tamtego dnia Cię nie było, nie wiem dlaczego. Wychodziłem ze szkoły, ale oni mnie dopadli. Zaciągnęli za mury budynku i pobili. Nie mam pojęcia za co. Coś krzyczeli, lecz byłem zbyt skupiony na kuleniu się, żeby jeszcze słuchać zapewne wyzwisk. Jeszcze nigdy tak mnie nie skatowali. Wcześniej poniżali, wyśmiewali, niszczyli rzeczy, czasami jeden, czy dwa ciosy, zawsze obelgi. Pamiętam jak pojawiłeś się, jak książę na białym rumaku. Oni już poszli, jednak Ty od razu wiedziałeś, czyja wina. Zabrałeś mnie do siebie. W pokoju opatrzyłeś rany, przykleiłeś plaster… Kiedy mokrą szmatką przemywałeś mi pękniętą wargę… Coś we mnie pękło. Ciało działało, bez mojej woli. Przyciągnąłem Cię i pocałowałem. Wiem, nie powinienem. Ty uważałeś się za hetero, ja byłem tylko ciotą, Ty byłeś popularny, ja pośmiewisko całej szkoły, Ty przystojny, ja niski, rudy… Odepchnąłeś mnie. Dopiero wtedy zrozumiałem, co zrobiłem. Odwróciłem wzrok, chciałem zniknąć, zapaść się pod ziemię. Z początku nie pojmowałem co się dzieje, gdy chwyciłeś mnie za brodę, obróciłeś w swoją stronę i czule, delikatnie muskałeś moje usta. W tamtym momencie przepadłem.
Kocham Cię.
Wesz o tym doskonale, choć pisząc te dwa krótkie słowa, najbardziej chce mi się płakać. Nie powinienem żywić do Ciebie tego uczucia, powinienem o tym wiedzieć, ale to dzięki Tobie nabrałem trochę pewności siebie, myślałem, że jestem Ciebie wart.
Oczywiście nikt nie mógł wiedzieć o naszym „związku”. Oficjalnie nadal byłem kujonem do gnębienia, a prywatnie… Chodziliśmy na randki, spotykaliśmy się też u ciebie. Wymienialiśmy się słodkimi pocałunkami, słówkami, ponawialiśmy się nawzajem. Nikt nie wiedział, że chciałbyś zostać tancerzem, a nie lekarzem, że „kochasz” pewnego nastolatka płci męskiej, że mdli cię od tego popularnego, klubowego jazgotu, w głębi serca wolisz POP… koreański. Kiedyś zaśpiewałeś mi jedną piosenkę, jednak w wykonaniu polskim. Wow… Aż pozwoliłem sobie to wydrukować (za dużo pisania) i dodać do koperty.

Wyciągnąłem złożoną na pół kartkę. Były na niej tak dobrze znane mi słowa, ozdobione na dole rysunkiem balonika w kształcie serca… Takiego samego jaki, kiedyś mu wręczyłem, gdy przyszedł do mnie. Jeszcze raz spokojnie przeczytałem ten tekst.

Chciałbym złapać oddech
Nienawidzę tej nocy
Chciałbym się obudzić
Nienawidzę tego snu
Jestem uwięziony wewnątrz siebie
I jestem martwy
Nie chcę być samotny
Tylko być twój
Dlaczego tam tak ciemno?
W tym miejscu pozbawionym ciebie
To niebezpieczne
To jak bardzo jestem zrujnowany
Ocal mnie, bo sam nie potrafię wziąć się w garść

Posłuchaj bicia mojego serca
Woła o ciebie samo, niezależnie ode mnie  
Ponieważ w tej rozległej ciemności
Tylko ty świecisz tak jasno
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie

Uratuj mnie, uratuj mnie
Dziś księżyc świeci jaśniej
Prosto w puste miejsca moich wspomnień
Pochłania mnie, ten szaleniec
Proszę ocal mnie tej nocy
Proszę ocal mnie tej nocy
Proszę ocal mnie tej nocy
W obliczu tego dziecinnego szaleństwa, uratuj mnie
Wiedziałem, to ty będziesz moim wybawcą
Częścią mojego życia, jedyną która pokryje mój ból
Najlepsza część mnie
Mam tylko ciebie
Proszę wznieś dla mnie swój głos
Żebym znów się uśmiechnął

Posłuchaj bicia mojego serca
Woła o ciebie samo, niezależnie ode mnie  
Ponieważ w tej rozległej ciemności
Tylko ty świecisz tak jasno
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Uratuj mnie

Dziękuję, że pozwoliłeś* mi być sobą
Za to, że pozwoliłeś mi latać
Za danie mi skrzydeł
Za pozbieranie do ładu
Za wzbudzenie z depresji
I odległego snu, którym żyłem  
Gdy o tobie myślę, moje dni jaśnieją
Więc wyrzuciłem swój smutek
Dziękuję ci za bycie ze mną

Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę
Proszę podaj mi dłoń
Uratuj mnie, uratuj mnie
Potrzebuję twojej miłości zanim upadnę, upadnę

Smutno się uśmiechnąłem, pamiętając ten moment, kiedy zaśpiewałem mu tę piosenkę. Czytając tłumaczenie, wiedziałem, że to o nim.

Obiecałeś, że zawsze będziemy razem. Mówiłeś, że kochasz, że nie opuścisz, że jak skończymy szkołę to już nikt i nic nas nie rozdzieli, że muszę przetrwać jeszcze te kilka miesięcy… Więc trwałem u Twojego boku, chłonąc każde słodkie słówko. Głupi ja.
Nasz związek miał już cztery miesiące. Przyszedłem tak jak zwykle, lecz nie było jak zwykle. Sam nie wiem jak to się stało, przeżyłem wtedy z Tobą pierwszy raz. Bałem się trochę, ale obiecałeś, iż się mną zaopiekujesz, nie będzie bardzo bolało… Miałeś rację - było magicznie.
Myślałem, że nie może już być lepiej… miałem rację. Następnego dnia w szkole… wiem to moja wina, zagalopowałem się, byłem pewny, że jesteśmy razem. Przepraszam. Nie powinienem Cię całować. Akurat szli twoi znajomi. Natychmiast mnie odepchnąłeś. Zaczęli wyzywać,  Ty stałeś z boku, milcząc. Okoliczności inne, ale sądziłem, że będzie jak zwykle. Jak bardzo się myliłem… Nawet ich nie słuchałem, póki do moich uszu nie wpadło Twoje imię. Mówili, żebyś również mnie uderzył. Spojrzałem na Ciebie błagalne. Wszyscy tylko nie Ty. Wykręcałeś się, ale przyparty do muru… Nigdy z twoich ust nie padło żadne wyzwisko w moją stronę, nie podniosłeś na mnie ręki, nic mi nie zrobiłeś. Aż do tamtego dnia. Tak bardzo Cię kocham. Tak bardzo nie chcę. Dzięki Tobie nie popełniłem samobójstwa wcześniej, dzięki Tobie zrobię to za niedługo, a na pewno zanim przeczytasz ten list.
Jestem już ubrany tak jak Ci się najbardziej podobało – mój biały sweterek, ciemne, wąskie dżinsy, włosy - których kolor podobno tak bardzo ubóstwiałeś, był inny niż każdy jeden rudy – spiąłem w niechlujny kok, tak że kilka pasm zawsze wypadało, a nawet więcej niż kilka. Pozostało mi tylko się uśmiechnąć, tak bardzo lubiłeś jak to robiłem.
Lina już wisi na żyrandolu, fotel biurowy pod nią, ja kończę pisać.
Proszę Cię nie bierz tego do siebie. Wiem jak całość wygląda, zapewne nie jak normalny list pożegnalny, jednak nie chodziło mi o to, żeby cię obwiniać. Dziękuję Ci. Wiele razy chciałem się zabić, ale nie potrafiłem. To nie sarkazm. Z całego sera jestem Ci wdzięczny tak samo mocno, co za tamte dni spędzone razem.
Wiem, potępiasz samobójców, ale ja już nie mogę.
Przelałem o jedną łzę za dużo.
Żegnaj.
Kocham Cię.
Nie powinienem przeciągać, ale nie potrafię jeszcze kończyć.
Ciekawe czy to w ogóle czytasz… Kto mnie znajdzie… Czy będziesz choć odrobinę smutny… Czy uronisz choć jedną łzę… Czy odczujesz mój brak… Czy o mnie zapomnisz…
사랑해  

Przejechałem delikatnie opuszkiem palca po ostatnim fragmencie. Wiedziałem co ono oznacza.
 - Ja ciebie też kocham. Zawsze mówiłem prawdę. Spokojnie, długo nie będziesz musiał na mnie czekać. Teraz będziemy mogli być już zawsze razem, jak ci obiecałem.
Siedziałem w swoim pokoju z butelką wódki i całą naszą domową apteczką, a że babka, która z nami mieszka ma chore serce i na pewno, któreś z tych tabletek są jej byłem pewny.
Wziąłem jeszcze tylko twoje zdjęcie zrobione polaroidem na jednym z festynów z sąsiedniego miasta. W jednej ręce trzymałem trzy kartki – list, piosenkę oraz twój wizerunek, a w drugiej kilka przypadkowych tabletek. Wrzuciłem do gardła, popiłem palącym gardło trunkiem i czekałem…

~*~

Osiemnastolatek siedział na podłodze oparty o ścianę. Mruczał coś pod nosem i uśmiechał się w obiekt przed sobą. Wyglądał jak na haju, gdyby nie umierał połykając śmiertelną dawkę tabletek. Powtarzał co chwilę imię Oskar. Chłopaka, który umarł dokładnie dwanaście godzin wcześniej. Nie wiadomo, czy rzeczywiście widział kogoś, czy tak zadziałała na niego trująca mieszanka…
Obaj odeszli z groteskowym uśmiechem na ustach. Lekarze twierdzą, że po śmierci mięśnie się napinają, co daje taki efekt, a jaki był prawdziwy powód ich wyrazu twarzy wiedzą tylko ta dwójka młodych, nieszczęśliwie zakochanych młodzieńców.

*W oryginale było pozwoliłaś, ale myślę, że nie muszę wyjaśniać dlaczego jest tak a nie inaczej jak również wszystkie inne zmiany osoby
**BTS – Save me. Z wykorzystaniem pięknego tłumaczenia z tego linku (nie wierzę, że ja to przepisałam! Po prostu to wydawało mi się najpiękniejsze i adekwatne ;) ) 

sobota, 15 października 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 31.

Rozdział 31.
Miesiąc później…
Układałem klocki z Kubusiem, które miały być twierdzą dla jego zabawkowych rycerzy, ja później miałem trzymać i udawać wielkiego dinozaura… W tym czasie Marek łaził po całym mieszkaniu z telefonem i notesem w ręce. Poważnie wziął się za planowanie naszego ślubu. Ja się do tego nie nadaję, więc wszystko zwaliłem na niego, z czego wydawał się być niezmiernie zadowolony.
 - Yes, yes. Wait, I… Kur… - w ostatniej chwili ugryzł się w język. Zaczął skakać po salonie na jednej nodze mamrocząc coś pod nosem. W końcu wziął mały klocek, który nadepnął. – Serio?? Co za wredne, małe cholerstwo…
Zacząłem cicho chichotać. Odebrałem czerwony kawałek plastiku i odłożyłem na kupkę jemu podobnych. Młody patrzył to na mnie to na niego, aż w końcu wzruszył ramionami, powracając do twierdzy.
 - No, it’s nothing… Wait a second… Marcin, jaki wolisz tort? Jasny czy ciemny biszkopt?
Przez chwilkę się zastanowiłem.
 - Chyba ciemny.
 - OK… - Zaraz zniknął w kolejnym pokoju. Uśmiechnąłem się pod nosem i powróciłem myślami do synka.

~*~

Tydzień później…
 - Jejku, ale ja nie lubię chodzić na zakupy… - marudziłem.
Najchętniej to bym się zaszył w pokoju pod kocem z kubkiem czegoś ciepłego przed telewizorem. Chyba nachodziła mnie jesienna depresja.
 - Przecież musisz przymierzyć garnitur, chcę widzieć, czy jest na ciebie dobry. Idziemy.
Chwycił mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
 - Z Anką było mniej problemu, skromny ślub, który ona w większej mierze organizowała i garnitur ze studniówki – mruknąłem.
Natychmiast się odwrócił, spojrzał mi głęboko w oczy, a ja zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś nie palnąłem.
 - Nie podoba ci się? Chcesz inaczej? Przecież cię uprzedzam o moich planach, jeśli chcesz coś zmienić to możesz powiedzieć, nie obrażę się. To jest NASZ dzień, chcę żebyś również był zadowolony…
Pogłaskałem go po policzku i pokręciłem głową rozczulony jego słowami.
 - Jeśli dane ci będzie żyć sto lat, to ja chciałbym żyć sto lat minus jeden dzień, abym nie musiał żyć ani jednego dnia bez ciebie.*
Otworzył szeroko usta, a ja cicho się zaśmiałem.
 - Kiedyś byłem na praktykach w podstawówce, a oni akurat przerabiali Kubusia Puchatka i ten cytat jakoś zapamiętałem. Jak byłem mały to nie dostrzegałem jak głęboka jest ta książka.
 -  Kocham cię. Bardzo. Chyba z każdym dniem coraz bardziej… - wyszeptał.
Przytuliłem go mocno.
 - Muszę iść? – spytałem.
 - Tak!
Westchnąłem ciężko i narzuciłem na siebie grubą kurtkę. Jak ja kocham jesień… zwłaszcza końcówkę…

~*~

Parę dni później…
Cała rodzinka zebrała się w salonie i czekała na gościa. Sam już nie wiem kto mnie do tego przekonał, ale… Nadal jestem wściekły na Marka, że zaproponował to. Wiki by pewnie nawet o tym nie pomyślała, a tak to już wiedziałem, że się napaliła i byłaby wściekła i smutna, gdybym się nie zgodził. OK, mogłem mimo wszystko nie odpuszczać, przecież nie dostawała i robiła wszystko co zechce, lecz… sam już nie wiem kto i jak sprawił, że z moich ust padło to słowo – zgoda.
No to teraz sobie siedzimy na kanapie, fotelach. Córcia jest podekscytowana, Kubuś o dziwo też, Krzysiek siedzi z telefonem w ręce jasno dając do zrozumienia, że ma to w dupie, Marek gładzi mnie pokrzepiająco po dłoni, a ja zestresowany. No bo JAK SIĘ ZGODZIŁEM, ŻEBY MAKOTO PRZENOCOWAŁ U NAS TE DWA DNI??? Przyjazd na nasz ślub jako osoba towarzysząca nastolatce to jedno, z tym nie miałem żadnego problemu, czemu miałbym, jednak… Nie brałem pod uwagę, że on przyjedzie do Polski, a nie prosto do Paryża, a tym bardziej, że narzeczony wyskoczy z tym, ażeby został u nas a nie w hotelu. Wiktoria jak tylko o tym usłyszała to cała rozanielona się zgodziła, a ja biedny próbowałem jej to wybić z głowy… na próżno.
Usłyszałem dzwonek do drzwi. Córcia pobiegła otworzyć, a ja stresowałem się coraz bardziej. Zacisnąłem dłoń na tej bledszej, drobniejszej, należącej do mojego kosmity.
 - A więc to jest Makoto – szczęśliwy głos wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałem na chłopaka.
Miał jasnobrązowe włosy (zapewne farbowane, zważając na fakt iż Azjaci mają wręcz czarne), całkiem duże, aczkolwiek skośne oczy, bladą cerę. Był wyższy od dziewczyny, o co w sumie nie tak trudno; na oko metr siedemdziesiąt. Raczej szczupły. Miał na sobie zwykłe dżinsy, białą koszulkę z nadrukowanym krawatem, na nadgarstku jakiś rzemyk, czerwone trampki. Nie wyglądał podejrzanie.
Delikatnie się uśmiechnął i nieśmiało pomachał. Zaraz się zreflektował i ukłonił.
 - Ohayo!
 - Em… Dzień dobry – przywitałem się.
Pierwszy wystrzelił jak torpeda Marek i uścisnął go przyjaźnie.
 - Umiesz mówić po polsku?
 - Och… Watashi… Yy.. Ja… – poprawił się – Ja uczyłem się dużo. Nie… um…umiem dobrze, ale próbuję – powiedział ostrożnie, ważąc każde słowo.
 - Nauczysz się. Jest trudny, ale wierzę w ciebie. – Uśmiechnął się do niego szeroko, nadal wisząc mu na szyi; już bokiem, aczkolwiek on często zapomniał co to przestań osobista, trzeba się przyzwyczaić.
 - Dziękuję, że się państwo zgodzili mnie przy… przy…
 - ..przyjąć – wyręczyła go nastolatka.
Wzruszyłem ramionami i podszedłem, żeby podać mu rękę. W sumie to on wyglądał na bardziej zestresowanego niż ja zdenerwowanego, po co go dobijać.
 - Dziękuj Wiktorii. Widzę, że jesteś zmęczony, może pogadamy później, a teraz odpoczniesz?
Jego kąciki ust szybko powędrowały do góry.
 - Z chęcią.
 - Jeszcze jedno – wtrącił się ukochany – jak dużo umiesz, bo nie wiem jak mam mówić do ciebie.
 - Ja więcej rozumiem, niż sam umiem. Staram się, ale jeszcze czasami zapominam.
 - I tak ci świetnie idzie. – Poklepał go po plecach.
Dziewczyna uczepiła się jego łokcia i poprowadziła w stronę swojego pokoju machając nam na pożegnanie.
 - Fajny gość – stwierdził tylko, jak dotąd milczący Krzysiek i wyszedł.
Marek cmoknął mnie w usta i uśmiechnął się uroczo.
 - Będzie dobrze, zobaczysz.
Objąłem go w pasie i spojrzałem prosto w te czekoladowe oczka.
 - Trzymam cię za słowo.  

*Alan Alexander Milne – Kubuś Puchatek.


środa, 5 października 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 30.

Rozdział 30.
Parę dni później…
Rozsiadłem się na kanapie, oglądając film. Zerknąłem na chłopaków siedzących obok, uśmiechając się nieznacznie. Krzysiek tulił się do ramienia Łukasza, a ten głaskał go po plecach. Para zakochanych.
Zauważyłem, że w brunecie ostatnio zaszło parę zmian – częściej widywałem go w spiętych włosach, zaczął nosić pieszczochę, więcej jeść… Dodatkowo odkryłem, iż jak normalnie ludzie po kłótniach oddalają się od siebie, tak oni przeciwnie. Nie zauważyłem, kiedy to się wydarzyło, ale szósty zmysł mi podpowiedział… i fragmenty lustra w koszu. W każdym razie cieszyłem się, widząc jak się kochają; nie żałuję, że zadzwoniłem do Łukasza, kiedy Krzysiek oznajmił mi, że się rozstali. Myślę, iż długo by mu zajęło zanim by się domyślił, o co może chodzić. Wahałem się, ale wystarczyło na nich spojrzeć, żeby rozmyć wątpliwości.
Wiki zawsze dużo czasu spędzała przed komputerem, chyba coś pisała, ale od poznania tego… Makoto, już odrywała się od maszyny tylko, żeby pójść na trening, czy do szkoły, ewentualnie czasami trochę z nami posiedziała.
Kubusiowi na razie podoba się w szkole i mam nadzieję, że jak najdłużej, bo później będzie tak jak z jego siostrą – mogę dzisiaj zostać w domu??? Tylko dzisiaj, obiecuję! Poznał nawet jakiegoś kolegę i często się razem bawią.
Moja kochana rodzinka…

 - Marcin! – Narzeczony wpadł do salonu i usiadł mi na kolanach okrakiem, a to oznaczało dwie możliwości – albo jest  napalony albo chce mi coś ważnego powiedzieć. Pierwsza opcja jakoś była mniej  prawdopodobna, ale to tylko ze względu na siedzących obok nastolatków.
 - Co? – spytałem, obejmując go w pasie.
 - No… Bo zwiedziłem kolejny raz Europę, jest piękna i pomyślałem, że moglibyśmy w końcu wziąć ślub, hm?
Udałem zastanowienie, ale w końcu parsknąłem śmiechem.
 - Dlatego przerwałeś mi oglądanie filmu*? Akurat Alex  prawie umarł… co z tego, że nie żyje… i co z tego, że oglądałem ten film wiele razy? Przecież wiesz, że z chęcią to zrobię.
Wyszczerzył się i krótko aczkolwiek mocno mnie pocałował.
 - Kocham cię. To gdzie byś chciał? Dowiadywałem się i najbardziej podobało mi się we Francji i Hiszpanii…
 - Hiszpanii i Francji… - powiedzieliśmy nazwy państw równocześnie.
Parsknąłem śmiechem i cmoknąłem go w zmarszczony nosek.
 - To już chyba mamy uzgodnione. Ja też szperałem w Internecie, gdzie moglibyśmy i te dwa miejsca najbardziej mi przypadły do gustu, tylko nie wiem, gdzie wolisz…
Zachichotał cicho i przekręcił głowę w bok.
 - Idealnie do siebie pasujemy.
 - Wątpiłeś? – prychnąłem, niby urażony.
Pokręcił przecząco głową. Przytulił mnie mocno, jak ja to nazywam - na pandę. Pogłaskałem go po plecach.
 - To co, gdzie wolisz?
 - Może jedno miejsce na ślub, a drugie miesiąc miodowy?
 - Miesiąc? Tylko zdajesz sobie sprawę z tego, że ja pracuję, nie?
Wyprostował się i położył dłoń na moim torsie, patrząc mi w oczy.
 - Kochanie… Taka chwila się nie powtórzy… Jak chcesz to ja pójdę do dyra i jakoś to załatwię… Proszę no.
Westchnąłem i pokręciłem głową z rozbawieniem.
 - Kocham cię, wiesz?
W odpowiedzi dostałem słodkiego całusa, którego potraktowałem jako tak, ja ciebie też.
 - To może ślub we Francji, bardziej romantycznie, a miesiąc miodowy w gorącej Hiszpanii? – zaproponowałem.
Tylko przez chwilę się zastanawiał, a zaraz namiętnie pocałował. Zamruczałem i dopiero po dłuższej chwili odsunąłem go trochę i zerknąłem w prawą stronę.
 - Jakiś czas temu wyszli.
Znowu połączył nasze wargi i języki w miłosnym tańcu… no ale nie mieszkamy sami także…
 - Och… - wyrwało się Wiktorii.
Natychmiast przerwaliśmy. Spojrzałem na czerwoną nastolatkę, zastanawiając się, co powiedzieć.  
 - Przepraszam – wyszeptała speszona.
 - Luz, tylko właśnie chciałem go zaciągnąć do sypialni. Nic się nie stało – sarknął narzeczony, a ja spojrzałem na niego oburzony.
Na szczęście zaraz puścił do niej oczko, a młoda zaczęła się cicho śmiać.
 - To nie przeszkadzam. – Zasalutowała i ruszyła w stronę kuchni, z której zaraz wyszła ze szklanką soku pomarańczowego.
 - Wiesz, że mówiłem poważnie? – wyszeptał mi do ucha.
Przyciągnąłem go do krótkiego pocałunku.
 - Mhm… Domyślam się. – Zaśmiałem się.
Wstał i ruszył w stronę sypialni. Tylko raz się odwrócił, aby sprawdzić, czy idę za nim. Chwilę obserwowałem jego tyłek, ale kiedy na mnie spojrzał natychmiast wstałem i ruszyłem za ukochanym.

*Kruk: Zbawienie.


sobota, 1 października 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 29.

Rozdział 29.
Od strony Marcina!!
Tydzień później…
Rozłożyłem na biurku prace moich uczniów. Opis uczuć… Możecie wiedzieć, że to są jedne z najciekawszych tekstów. Sam nie wiem co lepsze – sposób w jaki opisują je od strony fizycznej, czy ich zdumiewające podobieństwo?
Odwróciłem kartkę na drugą stronę, żeby dalej czytać, kiedy w oczy rzuciło mi się wielkie serce na prawie pół strony A4 z napisem w środku – Nienawidzę polskiego. Parsknąłem śmiechem, nie mogąc się złościć na Filipa. Zastanawiałem się nad komentarzem, jaki mogę umieścić pod tym wyznaniem, kiedy usłyszałem otwieranie drzwi. Do pustej klasy wdarł się hałas z korytarza, a zaraz za tym głowa z wielkim, charakterystycznym uśmiechem. Dołączyła do niej reszta ciała. Następnie zamknął nas, przekręcając klucz w zamku od wewnątrz.
 - M-Marek? – wydukałem zaskoczony.
Sprężystym krokiem podszedł, odsunął fotel ze mną siedzącym na nim i usiadł bokiem na moich kolanach. Natychmiast mocno mnie pocałował z utęsknieniem. Od razu zareagowałem na tą pieszczotę, przyciągając go do siebie jak najbliżej. Jak bardzo mi go brakowało… Nikt z nas nie chciał pierwszy się odsunąć, ale w końcu się opamiętałem i niechętnie ostatni raz zassałem się na jego wardze.
 - Hej! – powiedziałem, próbując zaczerpnąć tchu.
Wtulił się we mnie mocno.
 - Wreszcie… - westchnął. – Kocham cię.
 - Ja ciebie też. – Zacząłem głaskać go po plecach. – Tylko coś mi się tu nie zgadza… Nie miałeś przypadkiem wrócić w niedzielę? Jest wtorek.
 - Chciałem ci zrobić niespodziankę.
 - Udało ci się. … Chwila… Skąd ty masz klucz??
Zaśmiał się cicho
 - Urok osobisty, mój kochany.
Wyprostował się i uśmiechnął zadziornie.
 - O ile mnie pamięć nie myli to teraz jest przerwa obiadowa, prawda?
 - No… I w związku z tym…?
Przywarł do moich warg, całując mocno, namiętnie, odbierając mi zdolność myślenia. Mierzwił mi włosy, które nie wiedzieć czemu akurat tamtego dnia nie spiąłem. Mój członek nie pozostawał na to obojętny, podniecając się pocałunkiem jakbym był nastolatkiem. Nie mogłem tego zlekceważyć i odsunąłem go na niewielką odległość.
 - Przystopuj. Mam niedługo lekcje.
Powili zaczął rozpinać mi koszulę, patrząc na swoje szczupłe dłonie.
 - Wiem, dlatego musimy się pośpieszyć.
 - CO? Heeej – chwyciłem go za nadgarstki – co ty kombinujesz?
Przechylił lekko głowę na bok z pewną siebie miną.
 - Tęskniłem za twoim kutasem… - Pochylił się i wyszeptał mi do ucha: - Chyba trzeba coś z tym zrobić… Zwłaszcza, że on za mną najwyraźniej również…
 - Ale w szkole? W klasie?
Wstał po to, żeby móc usiąść na mnie okrakiem. Ściągnął swoją neonowozieloną bluzkę i położył dłonie po bokach mojej twarzy.
 - Czemu nie? Zaszalejmy.
Przysunął się jeszcze bliżej, ocierając się o wybrzuszenie w moich spodniach. Cicho jęknąłem i mimowolnie przyciągnąłem go za biodra bliżej.
 - Marek… Przestań… - słabo poprosiłem.
 - Dlaczego? Nie chcesz? Zastanów się porządnie nad podpowiedzią… masz dziesięć sekund.
Parsknąłem śmiechem.
 - Jak ja za tobą tęskniłem.
Najwyraźniej potraktował to jako zgodę, bo w odpowiedzi znowu mocno mnie pocałował. Od razu dorwał się do mojego rozporka i rozpiął mi spodnie. W tamtym momencie olałem fakt, iż jesteśmy w szkole, w klasie, że za piętnaście minut mam lekcje, na TYM fotelu będą później siedzieć też inni nauczyciele, którzy nie mają gdzie pójść… Bardzo szybko zszedł ze mnie i rozebrał się, a ja w tym samym czasie uczyniłem to samo. Na biurko rzucił paczkę żelu i powrócił na miejsce. Zamruczałem z aprobatą, obserwując to szczupłe, już nie takie blade jak wcześniej ciało. Coś czułem, że tamtego dnia długo nie pociągnę, za bardzo byłem spragniony narzeczonego. Zacząłem go przygotowywać, w międzyczasie całując i liżąc go po piersi, tam gdzie sięgałem. Zostawiłem śliczną malinkę na jednym z jego obojczyków.
 - Mm… Marcin, wystarczy.
Sięgnąłem jego ust i musnąłem słodkie wargi. Poczułem jak nakłada mi prezerwatywę, na co uniosłem brew zaskoczony.
 - Nie możemy nabrudzić. – Puścił mi oczko.
Następnie zabezpieczył siebie i ustawił się odpowiednio. Już po chwili podpływałem do raju, czując jak jego mięśnie ciasno mnie oplatają. Nie mogłem powstrzymać się od westchnienia. Chciałem się szybko poruszać, ale że nie mogłem rozwalić i tak nie najlepszej jakości fotel, więc siedziałem, ledwo wytrzymując i czekając na ruch kochanka. Odrzuciłem głowę do tyłu, kiedy jego biodra poruszyły się w górę i w dół. Ta… Tak jak myślałem, dużo nam nie trzeba było, żeby osiągnąć orgazm. Oparł czoło o moje ramię, a ja pogłaskałem go po plecach.
 - Tęskniłem.
 - Zastanawiam się za czym – zażartowałem.
Ujął moją twarz w dłonie i słodko pocałował.
 - Tobą.
Wstał i szybko się ubrał. Uczyniłem to samo. Spokojnie, prezerwatywy nie wylądowały w kuble na śmieci w klasie, tylko ukochany obiecał wywalić do głównego kontenera. Na parę sekund przed dzwonkiem, ulotnił się z klasy, zostawiając mnie w siódmym niebie – w końcu wrócił.