czwartek, 21 stycznia 2016

Tulipan - Rozdział 21.



Rozdział 21.
Miesiąc później…
Siedziałem z Adrianem przy ścianie i odrabiałem lekcje. Poprzedniego dnia wróciłem późno ze szpitala, więc nawet nie miałem czasu żeby to zrobić. Tylko to mój chłopak bardziej dyktował mi co mam pisać, a czasami nawet robił to za mnie, starając się żeby wyszło jak najbrzydziej, gdyż nie mogłem się skupić. Byłem zmęczony, miałem gorszy dzień.
Uniosłem głowę do góry w odpowiednim momencie, żeby dostrzec Miłosza.
- Cześć! – zagadałem, bo oczywiście się spóźnił na pierwszą lekcję… Znaczy w ogóle nie przyszedł.
- O, hej! – i po prostu sobie poszedł.
Patrzyłem na odchodzącego przyjaciela zaskoczony. Faktycznie ostatnio coś się nasze stosunki popsuły, ale żeby, aż tak…
 - Idź za nim – powiedział Adrian, wskazując ruchem głowy na blondyna.
 - Nie rozumiem o co mu chodzi…
 - Porozmawiajcie. Z doświadczenia wiem, że nierozwiązane sprawy tworzą coraz większe problemy. Ja to za ciebie dokończę.
Wstałem i uśmiechnąłem się do niego.
 - Dzięki. Obliczanie pól to zdecydowanie nie jest moja mocna strona.
 - Ha, ha! Zauważyłem. Leć! – Powrócił do mojego zadania.
Tak też zrobiłem, poprawiając czapkę. A! Bo ja jeszcze nie wspomniałem, że już musiałem zacząć ją nosić… Niektórzy nauczyciele mieli jakieś problemy, lecz prawie zawsze to ja wygrywałem dyskusję. Nie mieli wystarczających argumentów. Jednak jeżeli nawet wystawiali mi uwagę, gdyż nigdy jej już nie zdejmowałem, a co dopiero w szkole, to wychowawczyni ją wykreślała, natomiast później rozmawiała z nimi. Obiecała nie podawać powodu, dlaczego ją noszę. To skutkowało – więcej nie czepiali się. Swoja drogą chciałem kiedyś spytać ją co im mówi, jednak zawsze to przekładałem…
Dogoniłem go dopiero na końcu korytarza, w jedynym miejscu w całej szkole, które jest raczej rzadko nawiedzane przez tłumy. Nie mam pojęcia dlaczego. Czyżby to z powodu dyrektora mającego tam swój gabinet? (kto to wymyślił żeby miał na samej górze, a nie jak w normalnych szkołach, koło sekretariatu?) Możliwe…
Przyjaciel stał oparty o ścianę i pisał coś na telefonie.
 - Miłosz!
 - O… Słuchaj… Muszę iść. Pogadamy później.
Próbował pójść, ale chwyciłem go za rękę.
 - Porozmawiajmy. Proszę.
Wyrwał ją i obrzucił mnie trudnym do odgadnięcia wzrokiem.
 - Puszczaj – wysyczał. – Nie mamy o czym.
 - Nie rozumiem… - zaniepokoiłem się.
Wyglądał jakby znowu miał próbować odejść, ale nagle szybko się odwrócił i popchnął mnie na ścianę. Uderzyłem boleśnie plecami, a z moich ust wyrwał się jęk.
 - Nie rozumiesz?! To bardzo proste – nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nie raz wyprowadzałem go z równowagi, jednak do tego stopnia… Bałem się, że zaraz mnie uderzy! – Wkurwiasz mnie. Ale cóż to za zaskoczona mina? Przecież jesteś pedziem. Jakby tego było mało, to nie zamierzasz się z tym ukrywać. Tylko szkoda, że mnie nie uprzedziłeś, zanim zaczęliśmy się przyjaźnić. Boisz się? – spytał nagle. – Tak? Powinieneś.
Próbowałem się wyrwać, ale nadaremno. On zawsze był silniejszy, a wtedy dodatkowo chemioterapia mnie osłabiała. Pociągnął mnie za bluzkę i popchnął jeszcze raz, mocno na ścianę.
 - Proszę… - wyszeptałem.
Ledwo trzymałem się na nogach, a każde jego popchnięcie powodowało wielki ból. Chciałem uciec. To już nie był ten sam Miłosz.
 - Przestań…
 - Przestać? Co ty na to żeby najpierw przywalić ci w twoją pedalską… - coś mu przerwało.
Puścił mnie i upadłem, lądując na kolanach. Oparłem dłonie o podłogę i próbowałem złapać oddech. Czułem się jakby jakiś psychopata gonił mnie po lesie, przez co nie miałem sił oraz byłem cały poobijany.
Podniosłem wzrok, żeby sprawdzić co się dzieje. Ujrzałem mojego chłopaka przypierającego Miłosza do ściany, jak przed chwilą działo się ze mną. Okazało się, że Adrian mimo swojej postury, jest silny, bo blondyn mimo prób, nie umiał się uwolnić.
 - A co jakbym to ja ci namalował coś na twarzy? – wysyczał przez zęby ukochany. – To będzie piękna plama o nieregularnych kształtach. Ale nie jest ona zwykła. Na początek będzie czerwona, później zacznie się robić fioletowa, na koniec żółta… Co to na to? Tylko ostrzegam o efektach ubocznych w postaci bólu w tym miejscu.
 - Puszczaj!
 - A jak nie? Daniel też o to prosił…
 - Natomiast ja żądam! Pożałujesz tego!
Nie mogłem na to patrzeć.
 - Ad-Adrian… - z trudem wyszeptałem.
Natychmiast puścił mojego przyjaciela i uklęknął przy mnie.
 - Dobrze się czujesz? – spytał z troską, kładąc dłoń na moim ramieniu.
Byłem w stanie jedynie pokręcić przecząco głową.
 - Dasz radę wstać? Pójdziemy do pielęgniarki.
Tym razem kiwnąłem głowa i przy jego pomocy próbowałem się podnieść, jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ukochany natychmiast mocniej mnie przytrzymał, by zaraz wziąć na ręce.  
 - Daniel…? – usłyszałem zatroskany głos Miłosza.
 - Nie rozumiesz, że on jest chory?! – zdenerwował się brunet.
W tym czasie niósł mnie na dół. Nie miałem siły protestować.
 - A podobno homoseksualizm to nie choroba…  
 - Masz szczęście, gdyż mam zajęte ręce, bo obiecuję – przypierdoliłbym ci tak, że nie pozbierałbyś się.
 - Obiecanki-cacanki. Ej, kumplu, o co chodzi?
Po chwili dopiero zrozumiałem do kogo mówi, ale nie mogłem wykrztusić ani jednego słowa.
 - Skoro ci nie powiedział to musiał mieć jakiś powód – Adrian wybawił mnie z opresji. – Później sobie NA SPOKOJNIE wszystko wyjaśnicie. Kochanie – zwrócił się do mnie - przepraszam, że kazałem ci iść z nim porozmawiać… Nie wiem kiedy byłby odpowiedni moment, jednak przepraszam.
Zaniósł mnie do pokoju pielęgniarki. Nie mogłem się skupić na tym co mówią, jedynie wychwyciłem, jak wspominali coś o pogotowiu.
Szpital. Znowu…
Zadzwonili do moich rodziców i po karetkę. Czułem jak ukochany siedzi przy mnie i głaska po głowie. Coś mówił, ale nie rozumiałem, jedynie zmusiłem się na delikatny uśmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz