Rozdział 21.
Miesiąc później…
Siedziałem z Adrianem przy ścianie i
odrabiałem lekcje. Poprzedniego dnia wróciłem późno ze szpitala, więc nawet nie
miałem czasu żeby to zrobić. Tylko to mój chłopak bardziej dyktował mi co mam
pisać, a czasami nawet robił to za mnie, starając się żeby wyszło jak
najbrzydziej, gdyż nie mogłem się skupić. Byłem zmęczony, miałem gorszy dzień.
Uniosłem głowę do góry w odpowiednim
momencie, żeby dostrzec Miłosza.
- Cześć! – zagadałem, bo oczywiście
się spóźnił na pierwszą lekcję… Znaczy w ogóle nie przyszedł.
- O, hej! – i po prostu sobie
poszedł.
Patrzyłem na odchodzącego przyjaciela
zaskoczony. Faktycznie ostatnio coś się nasze stosunki popsuły, ale żeby, aż
tak…
- Idź za nim – powiedział Adrian, wskazując
ruchem głowy na blondyna.
- Nie rozumiem o co mu chodzi…
- Porozmawiajcie. Z doświadczenia wiem, że
nierozwiązane sprawy tworzą coraz większe problemy. Ja to za ciebie dokończę.
Wstałem i uśmiechnąłem się do niego.
- Dzięki. Obliczanie pól to zdecydowanie nie
jest moja mocna strona.
- Ha, ha! Zauważyłem. Leć! – Powrócił do
mojego zadania.
Tak też zrobiłem, poprawiając czapkę.
A! Bo ja jeszcze nie wspomniałem, że już musiałem zacząć ją nosić… Niektórzy
nauczyciele mieli jakieś problemy, lecz prawie zawsze to ja wygrywałem
dyskusję. Nie mieli wystarczających argumentów. Jednak jeżeli nawet wystawiali
mi uwagę, gdyż nigdy jej już nie zdejmowałem, a co dopiero w szkole, to
wychowawczyni ją wykreślała, natomiast później rozmawiała z nimi. Obiecała nie
podawać powodu, dlaczego ją noszę. To skutkowało – więcej nie czepiali się.
Swoja drogą chciałem kiedyś spytać ją co im mówi, jednak zawsze to
przekładałem…
Dogoniłem go dopiero na końcu
korytarza, w jedynym miejscu w całej szkole, które jest raczej rzadko
nawiedzane przez tłumy. Nie mam pojęcia dlaczego. Czyżby to z powodu dyrektora
mającego tam swój gabinet? (kto to wymyślił żeby miał na samej górze, a nie jak
w normalnych szkołach, koło sekretariatu?) Możliwe…
Przyjaciel stał oparty o ścianę i
pisał coś na telefonie.
- Miłosz!
- O… Słuchaj… Muszę iść. Pogadamy później.
Próbował pójść, ale chwyciłem go za
rękę.
- Porozmawiajmy. Proszę.
Wyrwał ją i obrzucił mnie trudnym do
odgadnięcia wzrokiem.
- Puszczaj – wysyczał. – Nie mamy o czym.
- Nie rozumiem… - zaniepokoiłem się.
Wyglądał jakby znowu miał próbować
odejść, ale nagle szybko się odwrócił i popchnął mnie na ścianę. Uderzyłem
boleśnie plecami, a z moich ust wyrwał się jęk.
- Nie rozumiesz?! To bardzo proste – nigdy nie
widziałem go w takim stanie. Nie raz wyprowadzałem go z równowagi, jednak do
tego stopnia… Bałem się, że zaraz mnie uderzy! – Wkurwiasz mnie. Ale cóż to za
zaskoczona mina? Przecież jesteś pedziem. Jakby tego było mało, to nie
zamierzasz się z tym ukrywać. Tylko szkoda, że mnie nie uprzedziłeś, zanim zaczęliśmy
się przyjaźnić. Boisz się? – spytał nagle. – Tak? Powinieneś.
Próbowałem się wyrwać, ale nadaremno.
On zawsze był silniejszy, a wtedy dodatkowo chemioterapia mnie osłabiała.
Pociągnął mnie za bluzkę i popchnął jeszcze raz, mocno na ścianę.
- Proszę… - wyszeptałem.
Ledwo trzymałem się na nogach, a
każde jego popchnięcie powodowało wielki ból. Chciałem uciec. To już nie był
ten sam Miłosz.
- Przestań…
- Przestać? Co ty na to żeby najpierw
przywalić ci w twoją pedalską… - coś mu przerwało.
Puścił mnie i upadłem, lądując na
kolanach. Oparłem dłonie o podłogę i próbowałem złapać oddech. Czułem się jakby
jakiś psychopata gonił mnie po lesie, przez co nie miałem sił oraz byłem cały
poobijany.
Podniosłem wzrok, żeby sprawdzić co
się dzieje. Ujrzałem mojego chłopaka przypierającego Miłosza do ściany, jak
przed chwilą działo się ze mną. Okazało się, że Adrian mimo swojej postury, jest
silny, bo blondyn mimo prób, nie umiał się uwolnić.
- A co jakbym to ja ci namalował coś na
twarzy? – wysyczał przez zęby ukochany. – To będzie piękna plama o
nieregularnych kształtach. Ale nie jest ona zwykła. Na początek będzie
czerwona, później zacznie się robić fioletowa, na koniec żółta… Co to na to?
Tylko ostrzegam o efektach ubocznych w postaci bólu w tym miejscu.
- Puszczaj!
- A jak nie? Daniel też o to prosił…
- Natomiast ja żądam! Pożałujesz tego!
Nie mogłem na to patrzeć.
- Ad-Adrian… - z trudem wyszeptałem.
Natychmiast puścił mojego przyjaciela
i uklęknął przy mnie.
- Dobrze się czujesz? – spytał z troską,
kładąc dłoń na moim ramieniu.
Byłem w stanie jedynie pokręcić
przecząco głową.
- Dasz radę wstać? Pójdziemy do pielęgniarki.
Tym razem kiwnąłem głowa i przy jego pomocy
próbowałem się podnieść, jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ukochany natychmiast
mocniej mnie przytrzymał, by zaraz wziąć na ręce.
- Daniel…? – usłyszałem zatroskany głos
Miłosza.
- Nie rozumiesz, że on jest chory?! –
zdenerwował się brunet.
W tym czasie niósł mnie na dół. Nie
miałem siły protestować.
- A podobno homoseksualizm to nie choroba…
- Masz szczęście, gdyż mam zajęte ręce, bo
obiecuję – przypierdoliłbym ci tak, że nie pozbierałbyś się.
- Obiecanki-cacanki. Ej, kumplu, o co chodzi?
Po chwili dopiero zrozumiałem do kogo
mówi, ale nie mogłem wykrztusić ani jednego słowa.
- Skoro ci nie powiedział to musiał mieć jakiś
powód – Adrian wybawił mnie z opresji. – Później sobie NA SPOKOJNIE wszystko
wyjaśnicie. Kochanie – zwrócił się do mnie - przepraszam, że kazałem ci iść z
nim porozmawiać… Nie wiem kiedy byłby odpowiedni moment, jednak przepraszam.
Zaniósł mnie do pokoju pielęgniarki.
Nie mogłem się skupić na tym co mówią, jedynie wychwyciłem, jak wspominali coś
o pogotowiu.
Szpital. Znowu…
Zadzwonili do moich rodziców i po
karetkę. Czułem jak ukochany siedzi przy mnie i głaska po głowie. Coś mówił,
ale nie rozumiałem, jedynie zmusiłem się na delikatny uśmiech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz