sobota, 16 stycznia 2016

Tulipan - Rozdział 19.



Rozdział 19.
Tydzień później…
Siedziałem między nogami ukochanego oparty o jego tors z lodem pomarańczowym w ręce. Adrian miał pistacjowe. Co z tego, że do lata jeszcze brakuje trochę? I tak udało mi się namówić go na te słodkości. Może i trwało to długo, ale mam na niego różnie sposoby… Do tego trzymałem tablet chłopaka, na którym oglądaliśmy film.
 - Daniel…
 - Hm? – Odwróciłem głowę w jego stronę.
Uśmiechnął się i przybliżył twarz do mojej, a następnie polizał mnie po policzku. Zaśmiał się widząc moją zaskoczoną minę.
 - Chciałem spróbować twoich lodów – wytłumaczył. – A skoro brudziłeś się nimi to jak mogłem nie skorzystać z takiej okazji?  
 - Ej! – Też zacząłem się śmiać.
Powróciłem do filmu, ale zimne wargi ukochanego, na mojej szyi, uniemożliwiały mi skupienie się na nim. Chciałem mu powiedzieć żeby przestał, ale to było tak przyjemne, że nie mogłem. Jakiś tam horror, nawet gore, nie jest ważniejszy. Szczerze mówiąc to Adrian go wybrał, bo ja nawet nie wiedziałam, że takowy rodzaj istnieje.
Cudownie jest mieć takiego chłopaka, który dotrzymuje obietnic. Konkretniej chodzi mi o to, że w dniu kiedy powiedziałem mu o chorobie poprosiłem go, żeby nie wracał to tego tematu. I faktycznie rzadko cokolwiek wspomina więcej, aniżeli jak się czujesz, itp.
Bojąc się zbytniej litości oraz właśnie ciągłego przypominania o tym, nikomu nie mówiłem jeśli nie musiałem. Tzn. jedynie dyrektor, wychowawczyni, pielęgniarka szkolna, rodzina, mój chłopak. Nawet Miłoszowi, czy pani Agnieszce nie wspominałem. Po co? Tylko by się martwili.
Czułem się, jak się czułem. Raz lepiej, raz gorzej. Czasami nie miałem ochoty i siły wychodzić z łóżka, a czasami tryskałem energią. Podobno zbladłem i schudłem. Nie chciałem pogarszać swojego wyglądu, dlatego…
 - Daniel – zagadał Adrian, bawiąc się moją już trochę za długą czupryną – to jest niesamowite. To znaczy twoje włosy. Jak się bierze chemię to przecież się osłabiają i wypadają, a twoje są cały czas w świetnym stanie. Gdybym ci nie ufał to bym pomyślał, że tego nie robisz, ale przecież nie jesteś głupi.
No właśnie…
Spaliłem buraka, na całe szczęście będąc tyłem do niego. Kolejny raz musiałem mu coś powiedzieć, a jak to już nikt nie podpowie. Odwróciłem się w jego stronę.
 - Ta… Słuchaj…
 - Hm? – ponaglił mnie, kiedy przerwałem, analizując w jaki sposób go o tym poinformować.
Przecież nigdy się na mnie nie denerwuje, nawet jak zrobię jakieś głupstwo…
 - Bojajejniebiorę – powiedziałem baaardzo szybko.
 - Powtórz bo nie zrozumiałem – poprosił lekko rozbawiony. Faktycznie nie zrozumiał…
 - Bo ja jej nie biorę – powtórzyłem tym razem baaardzo powoli.
 - Czego…? – spytał ostrożnie.
 - Chemii…
Pokręcił przecząco głową.
 - Nie możliwe. Nie zrobiłeś tego sobie, mi. Masz czasami popierdolone poczucie humoru – odparł niezbyt przekonany.
 - Przepraszam, ale…
 - JAKIE ALE?! – pierwszy raz w życiu słyszałem jak krzyczy, a to że na mnie… - Jak mogłeś?! Co ci strzeliło do głowy?!
 - No, bo… - nagle mój powód wydał się strasznie niedorzeczny.
 - Bo? – ponaglił zirytowany.
 - J-ja chciałem ci się podobać, a taki łysy wyglądałbym… Ej gdzie ty idziesz??? – spytałem widząc jak się oddala.
 - Wiesz, przez cały czas myślałem, że traktujesz mnie poważnie, słowa kocham cię nie są puste jak czaszka kostka z pracowni biologicznej, zależy ci na mnie, ale najwyraźniej myliłem się! – z każdym słowem coraz bardziej podnosił głos.
 - O czym ty mówisz??? Przecież wiesz… - próbowałem zaprotestować, lecz mi przerwano:
 - Co wiem?! Że masz mnie w dupie i cały nasz związek?! Że nie chcesz być ze mną jak najdłużej?! Że uważasz, iż jestem taki pusty i  rzucę cię, bo jesteś łysy?! A przepraszam, byłbyś! Co ty sobie myślałeś?! Ot tak sobie wyzdrowiejesz, nie pomagając organizmowi?! To jest rak krwi, a nie jakieś tam przeziębienie! Teraz przynajmniej wiem co jest dla ciebie ważniejsze – wygląd, aniżeli życie! Dziękuję, przynajmniej już wiem na czym faktycznie stoję! Cześć!
I sobie poszedł. Moje nawoływania nie pomogły. Pojechał sobie na motorze, zostawił mnie. Nie wiedziałem, że tak to odbierze. Do tego ten wybuch… Przecież on był spokojnym człowiekiem. Nie denerwował się, a tym bardziej na mnie! Zawsze miał cierpliwość do mojej osoby.
Po może pięciu minutach wrócił.
 - Adrian! – ucieszyłem się. – Słu…
 - Wsiadaj – przerwał mi. Nigdy jego głos nie był tak przerażający i zimny, jak wtedy. – Zawiozę cię do domu. Chociaż ja nie jestem nieodpowiedzialny.
Myślałem, że mu przeszło. Jak się myliłem…
Dojechaliśmy pod mój blok.
 - Adrian…
 - Schodzisz? – spytał zirytowany.
 - Ale…
 - Schodzisz?
Kiwnąłem głową. Stanąłem na chodniku i przypiąłem kask do specjalnego miejsca na maszynie. Czasami się zastanawiałem, czy to tak oryginalnie było, czy to mój chłopak dorobił coś takiego. Ledwo to zrobiłem, a odjechał. Bez pożegnania, po prostu ruszył. Stałem zszokowany i gapiłem się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był niebiesko czarny motor ukochanego. Kiedy otrząsnąłem się z szoku, wróciłem do mieszkania, pewny że za niedługo mu przejdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz