Rozdział 19.
Tydzień później…
Siedziałem między nogami ukochanego
oparty o jego tors z lodem pomarańczowym w ręce. Adrian miał pistacjowe. Co z
tego, że do lata jeszcze brakuje trochę?
I tak udało mi się namówić go na te słodkości. Może i trwało to długo, ale mam
na niego różnie sposoby… Do tego trzymałem tablet chłopaka, na którym
oglądaliśmy film.
- Daniel…
- Hm? – Odwróciłem głowę w jego stronę.
Uśmiechnął się i przybliżył twarz do
mojej, a następnie polizał mnie po policzku. Zaśmiał się widząc moją zaskoczoną
minę.
- Chciałem spróbować twoich lodów –
wytłumaczył. – A skoro brudziłeś się nimi to jak mogłem nie skorzystać z takiej
okazji?
- Ej! – Też zacząłem się śmiać.
Powróciłem do filmu, ale zimne wargi
ukochanego, na mojej szyi, uniemożliwiały mi skupienie się na nim. Chciałem mu
powiedzieć żeby przestał, ale to było tak przyjemne, że nie mogłem. Jakiś tam
horror, nawet gore, nie jest ważniejszy. Szczerze mówiąc to Adrian go wybrał,
bo ja nawet nie wiedziałam, że takowy rodzaj istnieje.
Cudownie jest mieć takiego chłopaka,
który dotrzymuje obietnic. Konkretniej chodzi mi o to, że w dniu kiedy powiedziałem
mu o chorobie poprosiłem go, żeby nie wracał to tego tematu. I faktycznie rzadko
cokolwiek wspomina więcej, aniżeli jak się
czujesz, itp.
Bojąc się zbytniej litości oraz
właśnie ciągłego przypominania o tym, nikomu nie mówiłem jeśli nie musiałem.
Tzn. jedynie dyrektor, wychowawczyni, pielęgniarka szkolna, rodzina, mój
chłopak. Nawet Miłoszowi, czy pani Agnieszce nie wspominałem. Po co? Tylko by się
martwili.
Czułem się, jak się czułem. Raz
lepiej, raz gorzej. Czasami nie miałem ochoty i siły wychodzić z łóżka, a
czasami tryskałem energią. Podobno zbladłem i schudłem. Nie chciałem pogarszać
swojego wyglądu, dlatego…
- Daniel – zagadał Adrian, bawiąc się moją już
trochę za długą czupryną – to jest niesamowite. To znaczy twoje włosy. Jak się bierze
chemię to przecież się osłabiają i wypadają, a twoje są cały czas w świetnym
stanie. Gdybym ci nie ufał to bym pomyślał, że tego nie robisz, ale przecież
nie jesteś głupi.
No właśnie…
Spaliłem buraka, na całe szczęście będąc
tyłem do niego. Kolejny raz musiałem mu coś powiedzieć, a jak to już nikt nie podpowie. Odwróciłem się w jego stronę.
- Ta… Słuchaj…
- Hm? – ponaglił mnie, kiedy przerwałem,
analizując w jaki sposób go o tym poinformować.
Przecież nigdy się na mnie nie denerwuje, nawet jak zrobię jakieś
głupstwo…
- Bojajejniebiorę – powiedziałem baaardzo
szybko.
- Powtórz bo nie zrozumiałem – poprosił lekko rozbawiony.
Faktycznie nie zrozumiał…
- Bo ja jej nie biorę – powtórzyłem tym razem
baaardzo powoli.
- Czego…? – spytał ostrożnie.
- Chemii…
Pokręcił przecząco głową.
- Nie możliwe. Nie zrobiłeś tego sobie, mi.
Masz czasami popierdolone poczucie humoru – odparł niezbyt przekonany.
- Przepraszam, ale…
- JAKIE ALE?!
– pierwszy raz w życiu słyszałem jak krzyczy, a to że na mnie… - Jak mogłeś?!
Co ci strzeliło do głowy?!
- No, bo… - nagle mój powód wydał się
strasznie niedorzeczny.
- Bo? – ponaglił zirytowany.
- J-ja chciałem ci się podobać, a taki łysy
wyglądałbym… Ej gdzie ty idziesz??? – spytałem widząc jak się oddala.
- Wiesz, przez cały czas myślałem, że
traktujesz mnie poważnie, słowa kocham
cię nie są puste jak czaszka kostka z pracowni biologicznej, zależy ci na
mnie, ale najwyraźniej myliłem się! – z każdym słowem coraz bardziej podnosił
głos.
- O czym ty mówisz??? Przecież wiesz… -
próbowałem zaprotestować, lecz mi przerwano:
- Co wiem?! Że masz mnie w dupie i cały nasz
związek?! Że nie chcesz być ze mną jak najdłużej?! Że uważasz, iż jestem taki
pusty i rzucę cię, bo jesteś łysy?! A
przepraszam, byłbyś! Co ty sobie myślałeś?! Ot tak sobie wyzdrowiejesz, nie pomagając
organizmowi?! To jest rak krwi, a nie jakieś tam przeziębienie! Teraz
przynajmniej wiem co jest dla ciebie ważniejsze – wygląd, aniżeli życie! Dziękuję,
przynajmniej już wiem na czym faktycznie stoję! Cześć!
I sobie poszedł. Moje nawoływania nie
pomogły. Pojechał sobie na motorze, zostawił mnie. Nie wiedziałem, że tak to
odbierze. Do tego ten wybuch… Przecież on był spokojnym człowiekiem. Nie
denerwował się, a tym bardziej na mnie! Zawsze miał cierpliwość do mojej osoby.
Po może pięciu minutach wrócił.
- Adrian! – ucieszyłem się. – Słu…
- Wsiadaj – przerwał mi. Nigdy jego głos nie był
tak przerażający i zimny, jak wtedy. – Zawiozę cię do domu. Chociaż ja nie
jestem nieodpowiedzialny.
Myślałem, że mu przeszło. Jak się myliłem…
Dojechaliśmy pod mój blok.
- Adrian…
- Schodzisz? – spytał zirytowany.
- Ale…
- Schodzisz?
Kiwnąłem głową. Stanąłem na chodniku
i przypiąłem kask do specjalnego miejsca na maszynie. Czasami się zastanawiałem,
czy to tak oryginalnie było, czy to mój chłopak dorobił coś takiego. Ledwo to
zrobiłem, a odjechał. Bez pożegnania, po prostu ruszył. Stałem zszokowany i
gapiłem się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był niebiesko czarny motor
ukochanego. Kiedy otrząsnąłem się z szoku, wróciłem do mieszkania, pewny że za niedługo
mu przejdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz