poniedziałek, 25 stycznia 2016

Tulipan - Rozdział 22.



Rozdział 22.
Parę dni później…
No i wylądowałem w szpitalu… Lekarze mnie badali, lecz ja czułem, że ta chemia nic nie daje. Jedynym pocieszeniem był fakt iż ukochany ciągle ze mną siedział. Tak jak wtedy…
Adrian leżał na szpitalnym łóżku obok mnie. Było trochę ciasno, ale tylko troszeczkę, a przez to musieliśmy być jak najbliżej, więc mi to odpowiadało i jemu najwyraźniej też. Pielęgniarki na początku mówiły, że powinien zejść, jednak w końcu się poddały.
Oglądaliśmy jakąś komedie dla poprawy nastroju, na tablecie, kiedy wszedł Miłosz.
 - Um.… Nie chcę przeszkadzać, ale, Daniel, możemy porozmawiać?
Mój chłopak spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi. Kiwnąłem jedynie głową.
 - To ja zaraz wracam. – Pocałował mnie na pożegnanie i wyszedł.
Poczekaliśmy, aż zniknie za drzwiami.
 - Kumplu, dlaczego leżysz na onkologii??? Przecież jesteś zdrowy! Musisz! – Usiadł na stołku obok mnie.
Odwróciłem wzrok.
 - Teraz kumplu, a wcześniej pedale? Przeważnie ludzie się odwracają od kogoś jak człowiek zachoruje, a ty przeciwnie? Nie potrzebuję twojej litości.
 - To nie tak! – Westchnął. Po chwili przerwy kontynuował: - Zawsze byłeś, jesteś i będziesz moim najlepszym przyjacielem. Po części to przez zazdrość, po części byłem na ciebie wściekły, bo mi nic nie powiedziałeś, po części miałem zły dzień. To wszystko się skumulowało, a ty akurat byłeś w pobliżu i to na tobie się wyładowałem… Przepraszam. Nie chciałem ci nic złego zrobić, słowo!
Przyglądałem się mu przez chwilę, szukając oznak nieszczerości. W końcu wyciągnąłem do niego rękę.
 - Zgoda?
 - Zgoda. – Przybił piątkę z uśmiechem na ustach. – To co ci? Nie chcieli mi nic powiedzieć, bo nie jestem z rodziny.
 - Jak widzisz mam raka. Konkretniej białaczkę. – Ściągnąłem czapkę. – Dlatego nie chciałem. Wychowawczyni wie, więc każdą uwagę z tego powodu mi, że tak powiem, usprawiedliwiała. – Znowu założyłem. Nie lubiłem chodzić bez. – Nie mówiłem ci, bo po prostu nie chciałem was martwić. Poza osobami, które muszą oraz Adrianem nikt nie wie. Przed nim najtrudniej mi było udawać, że wszystko jest w porządku, to tylko przemęczenie i tak dalej.
 - Naprawdę…? Przecież to absurd! Ty chory? Nie… - Wstał i skierował się do wyjścia.
 - Miłosz…
 - Daj mi chwilę, muszę to przetrawić.
Wyszedł.
Westchnąłem i opadłem z powrotem na łóżko.
Od razu pojawił się Adrian z kubkiem, czegoś parującego.
 - Czekolada – powiedział, najwyraźniej się domyślając o czym myślę. – To dla niego, zapewne szok… Bo mniemam, że mu powiedziałeś? – dodał, znowu czytając mi w myślach.
 - Tak… Pogodziliśmy się no i nie miałem jak już ukrywać choroby… Zresztą po co? Znowu go okłamywać? Tak jak z orientacją?
Pocałował mnie w czoło i uśmiechnął się.
 - Mądry chłopczyk.
Lekko zarumieniłem się od razu przesuwając się, żeby zrobić mu miejsce. Odstawił kubeczek, a następnie szybko ulokował się obok. Ujął moją dłoń i lekko ją ścisnął uśmiechając się przy tym nieznacznie. Mogłem wtedy wyraźnie dostrzec jak blada jest moja skóra w porównaniu z innymi, chociażby Adriana; pragnę dodać, że on nie był nie wiadomo jak opalony, wręcz przeciwnie.
 - Biały jak mleko – powiedziałem.
 - Co?
 - Ja. Ja jestem biały jak mleko.
Nic na to nie odpowiedział. Widziałem jak przez jego twarz przemyka cień smutku, ale zaraz go schował pod maską.
 - To co, kontynuujemy? Chyba zostało nam jakieś dziesięć minut – miał na myśli film.
 - Jasne.
Oparłem głowę o ramie ukochanego, a ten włączył play. Końcówka była najśmieszniejsza, lecz Tulip w ogóle się nie śmiał, pogrążony we własnych myślach. Sam nie wiem co gorsze, czy jak udaje zawsze wesołego, bez problemów nastolatka, czy kiedy wyraźnie widzę jak mu ciężko. Bardziej wtuliłem się w jego bok.
Nagle pojawił się doktor Lazar z moimi rodzicami.
 - Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę państwu coś powiedzieć… Daniel, niestety twoje wyniki cały czas się pogarszają. – Poczułem jak brunet mocniej ściska moją rękę. - Jedyną szansą na wyzdrowienie jest przeszczep. Dlatego chciałem żeby każdy z rodziny się przebadał. Im szybciej znajdziemy dawcę tym większe szanse ma nasz pacjent… Przepraszam, że popsułem nastrój, ale takie są fakty.
Kiwnąłem jedynie głową.
 - Doktorze, gdzie można sprawdzić, czy można być dawcą? – spytała mama, wychodząc za lekarzem z Sali.
 - Trzymaj się synek. Później przyjdziemy – powiedział tata i również podążył za żoną.
Nie mogłem wykrztusić słowa. Poczułem jak gorące, słone potoki leją się z moich oczu. Słowo przeszczep odbijało się echem w mojej głowie.
Adrian przytulił mnie, jakby chciał ukryć przed wszystkim co złe tego świata. Szkoda, że to nie było, nie jest i nie będzie możliwe… Choć dzięki niemu mogłem, choć na chwilę, przestać myśleć o chorobie…

czwartek, 21 stycznia 2016

Tulipan - Rozdział 21.



Rozdział 21.
Miesiąc później…
Siedziałem z Adrianem przy ścianie i odrabiałem lekcje. Poprzedniego dnia wróciłem późno ze szpitala, więc nawet nie miałem czasu żeby to zrobić. Tylko to mój chłopak bardziej dyktował mi co mam pisać, a czasami nawet robił to za mnie, starając się żeby wyszło jak najbrzydziej, gdyż nie mogłem się skupić. Byłem zmęczony, miałem gorszy dzień.
Uniosłem głowę do góry w odpowiednim momencie, żeby dostrzec Miłosza.
- Cześć! – zagadałem, bo oczywiście się spóźnił na pierwszą lekcję… Znaczy w ogóle nie przyszedł.
- O, hej! – i po prostu sobie poszedł.
Patrzyłem na odchodzącego przyjaciela zaskoczony. Faktycznie ostatnio coś się nasze stosunki popsuły, ale żeby, aż tak…
 - Idź za nim – powiedział Adrian, wskazując ruchem głowy na blondyna.
 - Nie rozumiem o co mu chodzi…
 - Porozmawiajcie. Z doświadczenia wiem, że nierozwiązane sprawy tworzą coraz większe problemy. Ja to za ciebie dokończę.
Wstałem i uśmiechnąłem się do niego.
 - Dzięki. Obliczanie pól to zdecydowanie nie jest moja mocna strona.
 - Ha, ha! Zauważyłem. Leć! – Powrócił do mojego zadania.
Tak też zrobiłem, poprawiając czapkę. A! Bo ja jeszcze nie wspomniałem, że już musiałem zacząć ją nosić… Niektórzy nauczyciele mieli jakieś problemy, lecz prawie zawsze to ja wygrywałem dyskusję. Nie mieli wystarczających argumentów. Jednak jeżeli nawet wystawiali mi uwagę, gdyż nigdy jej już nie zdejmowałem, a co dopiero w szkole, to wychowawczyni ją wykreślała, natomiast później rozmawiała z nimi. Obiecała nie podawać powodu, dlaczego ją noszę. To skutkowało – więcej nie czepiali się. Swoja drogą chciałem kiedyś spytać ją co im mówi, jednak zawsze to przekładałem…
Dogoniłem go dopiero na końcu korytarza, w jedynym miejscu w całej szkole, które jest raczej rzadko nawiedzane przez tłumy. Nie mam pojęcia dlaczego. Czyżby to z powodu dyrektora mającego tam swój gabinet? (kto to wymyślił żeby miał na samej górze, a nie jak w normalnych szkołach, koło sekretariatu?) Możliwe…
Przyjaciel stał oparty o ścianę i pisał coś na telefonie.
 - Miłosz!
 - O… Słuchaj… Muszę iść. Pogadamy później.
Próbował pójść, ale chwyciłem go za rękę.
 - Porozmawiajmy. Proszę.
Wyrwał ją i obrzucił mnie trudnym do odgadnięcia wzrokiem.
 - Puszczaj – wysyczał. – Nie mamy o czym.
 - Nie rozumiem… - zaniepokoiłem się.
Wyglądał jakby znowu miał próbować odejść, ale nagle szybko się odwrócił i popchnął mnie na ścianę. Uderzyłem boleśnie plecami, a z moich ust wyrwał się jęk.
 - Nie rozumiesz?! To bardzo proste – nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nie raz wyprowadzałem go z równowagi, jednak do tego stopnia… Bałem się, że zaraz mnie uderzy! – Wkurwiasz mnie. Ale cóż to za zaskoczona mina? Przecież jesteś pedziem. Jakby tego było mało, to nie zamierzasz się z tym ukrywać. Tylko szkoda, że mnie nie uprzedziłeś, zanim zaczęliśmy się przyjaźnić. Boisz się? – spytał nagle. – Tak? Powinieneś.
Próbowałem się wyrwać, ale nadaremno. On zawsze był silniejszy, a wtedy dodatkowo chemioterapia mnie osłabiała. Pociągnął mnie za bluzkę i popchnął jeszcze raz, mocno na ścianę.
 - Proszę… - wyszeptałem.
Ledwo trzymałem się na nogach, a każde jego popchnięcie powodowało wielki ból. Chciałem uciec. To już nie był ten sam Miłosz.
 - Przestań…
 - Przestać? Co ty na to żeby najpierw przywalić ci w twoją pedalską… - coś mu przerwało.
Puścił mnie i upadłem, lądując na kolanach. Oparłem dłonie o podłogę i próbowałem złapać oddech. Czułem się jakby jakiś psychopata gonił mnie po lesie, przez co nie miałem sił oraz byłem cały poobijany.
Podniosłem wzrok, żeby sprawdzić co się dzieje. Ujrzałem mojego chłopaka przypierającego Miłosza do ściany, jak przed chwilą działo się ze mną. Okazało się, że Adrian mimo swojej postury, jest silny, bo blondyn mimo prób, nie umiał się uwolnić.
 - A co jakbym to ja ci namalował coś na twarzy? – wysyczał przez zęby ukochany. – To będzie piękna plama o nieregularnych kształtach. Ale nie jest ona zwykła. Na początek będzie czerwona, później zacznie się robić fioletowa, na koniec żółta… Co to na to? Tylko ostrzegam o efektach ubocznych w postaci bólu w tym miejscu.
 - Puszczaj!
 - A jak nie? Daniel też o to prosił…
 - Natomiast ja żądam! Pożałujesz tego!
Nie mogłem na to patrzeć.
 - Ad-Adrian… - z trudem wyszeptałem.
Natychmiast puścił mojego przyjaciela i uklęknął przy mnie.
 - Dobrze się czujesz? – spytał z troską, kładąc dłoń na moim ramieniu.
Byłem w stanie jedynie pokręcić przecząco głową.
 - Dasz radę wstać? Pójdziemy do pielęgniarki.
Tym razem kiwnąłem głowa i przy jego pomocy próbowałem się podnieść, jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Ukochany natychmiast mocniej mnie przytrzymał, by zaraz wziąć na ręce.  
 - Daniel…? – usłyszałem zatroskany głos Miłosza.
 - Nie rozumiesz, że on jest chory?! – zdenerwował się brunet.
W tym czasie niósł mnie na dół. Nie miałem siły protestować.
 - A podobno homoseksualizm to nie choroba…  
 - Masz szczęście, gdyż mam zajęte ręce, bo obiecuję – przypierdoliłbym ci tak, że nie pozbierałbyś się.
 - Obiecanki-cacanki. Ej, kumplu, o co chodzi?
Po chwili dopiero zrozumiałem do kogo mówi, ale nie mogłem wykrztusić ani jednego słowa.
 - Skoro ci nie powiedział to musiał mieć jakiś powód – Adrian wybawił mnie z opresji. – Później sobie NA SPOKOJNIE wszystko wyjaśnicie. Kochanie – zwrócił się do mnie - przepraszam, że kazałem ci iść z nim porozmawiać… Nie wiem kiedy byłby odpowiedni moment, jednak przepraszam.
Zaniósł mnie do pokoju pielęgniarki. Nie mogłem się skupić na tym co mówią, jedynie wychwyciłem, jak wspominali coś o pogotowiu.
Szpital. Znowu…
Zadzwonili do moich rodziców i po karetkę. Czułem jak ukochany siedzi przy mnie i głaska po głowie. Coś mówił, ale nie rozumiałem, jedynie zmusiłem się na delikatny uśmiech.

niedziela, 17 stycznia 2016

Tulipan - Rozdział 20.



Rozdział 20.
Następnego dnia nie mogłem znaleźć ukochanego. Przeszukałem całą szkołę i nic! Trochę się zaniepokoiłem. Co jeśli coś mu się stało? Dlatego odczułem niewyobrażalną ulgę, kiedy zauważyłem go wychodzącego z klasy. Dopiero po czwartej lekcji!
 - Adrian! Gdzieś ty się schował?
 - Nigdzie – odparł obojętnie, wzruszając ramionami.
To od razu zmyło uśmiech z mojej twarzy.
 - Co jest?
 - Nie wiesz? Och jakiś ty niedomyślny – westchnął teatralnie. – Jestem zajęty.
I poszedł. Obejrzałem się za nim zaskoczony.
O co mu chodzi??? Co takiego zrobiłem???
 - Daniel, pokłóciliście się? – spytała Ewa, będąca światkiem tej sytuacji.
 - Nie rozumiem, dlaczego tak się zachował.
Przez chwilę się zastanawiała.
 - Przez cały dzień był jakiś taki przybity… Nie zrobiłeś nic co mogłoby go zdenerwować? Nawet nieświadomie.
 - Nie… - I nagle sobie przypomniałem wieczór. Przecież nigdy się na mnie nie denerwował długo! Ba! W ogóle nie widziałem go złego. Ale wtedy… Miał prawo… Jak mogłem zachować się tak nieodpowiedzialnie??? Nie wiem co bym sobie zrobił na jego miejscu… Fuck… - Muszę iść, sorki.
 - OK, OK. Aha, jeszcze jedno - bardzo ci ostatnio męczy? – Puściła mi oczko.
 - Hm? O czym ty mówisz?
 - Ostatnio jesteś taki blady, wymizerowany, jakby niewyspany… Czyżbyś nie mógł spać nocami? – Zaśmiała się.
Zalałem się potężnym rumieńcem.
 - To nie tak! Ja tylko… - …jestem chory. - …sąsiedzi maja remont i… no sama rozumiesz…
 - Ta… jasne. Dobra, leć!
Zamknąłem się w toalecie, na szczęście pustej, i zadzwoniłem do mamy. Nadal czułem gorąco na moich policzkach.
 ~ Halo? Coś się stało syneczku? Źle się czujesz?
 - Nie… Ja tylko… Zgadzam się.
 ~ Na co? – Nagle rozległ się jakiś dziwny dźwięk, jakby coś spadło. – Uważaj! Wszystko mi potłuczesz! Eh… Faceta wpuścić do kuchni…
W tym czasie sprawdziłem jeszcze raz, czy nikt się nie chowa po kiblach. Pusto.
 - Na chemioterapie.
Zapadła cisza. Zakłócały ją jedynie odgłosy z korytarza.
 ~ Naprawdę? Tak się cieszę! Miło, że zmądrzałeś.
 - Ta… Muszę kończyć. Pa!
 ~ No cześć, cze… - Przerwałem połączenie.
Wychodząc wpadłem na tą jedną, jedyną osobę z całej szkoły – Adriana!
 - Uważaj jak… A to ty – powiedział.
 - Tak… - Spuściłem wzrok.
Następną moją reakcją była ucieczka. Pobiegłem pod klasę, na tyle na ile mogłem, bo miałem kondycję emeryta… leniwego emeryta. Chciałem się rozpłakać i zacząć użalać nad swoim losem, ale miejsce, w którym się znajdowałem nie pozwalało mi na to. Chciałem się chociaż wtulić w te bezpieczne ramiona… Postanowiłem to szybko zakończyć. Znaczy, nie związek! Pogodzić się. Napisałem mu SMS’a, że chcę się spotkać o 16:00. Ledwo to wysłałem, a dostałem wiadomość. Prawie że identyczną. Zaśmiałem się cicho.
Okazało się, że muszę to przełożyć, bo od razu po powrocie do domu pojechaliśmy do szpitala. To tylko dwie godziny różnicy… I tak bym nie poszedł, chcieli mnie przetrzymać tam dłużej, ale się uparłem. Powiedziałem, że albo spotkam się z Adrianem albo rezygnuję z jakiegokolwiek leczenia. Poszło szybciej niż sądziłem.
O umówionej godzinie siedziałem na schodach, pod blokiem, czekając na chłopaka. Kiedy przyjechał, nawet się przywitał. To już był dobry znak! Zajechaliśmy na naszą górkę. Okazało się, że Adrian dodatkowo miał ze sobą plecak. Zdziwiłem się, ale nic nie mówiłem. Usiedliśmy na trawi naprzeciwko siebie, a ja wziąłem głęboki wdech i zacząłem:
 - Muszę ci coś ważnego powiedzieć. Po pierwsze: przepraszam. Zachowałem się idiotycznie, nieodpowiedzialnie i w ogóle. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina – dodałem dla rozluźnienia atmosfery cytat z… coś tam w kościele chyba tak mówili. Podziałało, ukochany lekko się uśmiechnął. – Po drugie: bardzo cię kocham. – Próbował coś powiedzieć, ale zasłoniłem mu usta palcem. – Myślę o tobie poważnie, nie chcę cię stracić, nie wiem co sobie myślałem. Pewnie nie myślałem. Po trzecie: spóźniłem się, bo byłem w szpitalu. Nic mi nie jest… tak jakby. – Puściłem oczko. – Pojechałem tam dlatego, że zgodziłem się na chemioterapię. Jestem po niej osłabiony, ale jak widzisz nie jest ze mną tak źle, jak sądzili lekarze. To tyle.
W odpowiedzi mocno mnie przytulił. Jak ja za tym tęskniłem…
 - Cieszę się. W sumie to ja tak łatwo się nie poddałem. Gdyby argumenty nie podziałały, to mam plan B. Aha i przepraszam za tamto… Byłem zły na ciebie.
 - Sam bym był… Jaki plan B???
Odwrócił się i z plecaka wyjął czapkę. Widząc moja minę wyjaśnił:
 - Ona nie jest zwykła!
Okazało się, że przyszyta była do niej jest peruka. W miarę krótkie, brązowe włosy.
 - To właściwie jest mojej siostry, ale na pewno się ucieszy, że się przydała. Oryginalnie, to znaczy po jej przeróbce włosy były dłuższe, ale raczej nie będziesz miał lekkich loków, prawie do pasa, nie?
 - Dzięki… - zachwyciłem się pomysłem ukochanego. – Chwila… Ty masz siostrę???
 - Tak… Kiedyś ją poznasz.
 - Jesteś wspaniały. Tylko… To jest męska czapka.
 - Aga była chłopczycą. Ciągle się z nimi zadawała, szybko zaczęła się buntować, wiesz: wagary, alkohol, nawet tatuaż sobie zrobiła. Napis immortal zakończony małym motylkiem, na lewym nadgarstku. Ale lepszej siostry sobie wymarzyć nie umiem. – Uśmiechnął się.
 - Starsza, młodsza?
 - Starsza o pięć lat. Dobra, ale koniec o niej. Przymierz. – Siłą naciągnął mi czapkę na głowę. – Pięknie! Masz lusterko – wyciągnął je z plecaka.
Przejrzałem się w nim i faktycznie całkiem ładnie mi było.
 - Może powinienem zapuścić włosy? Jak tylko wyzdrowieje to postaram się o podobną fryzurę.
Adrian szeroko się uśmiechnął, a ja nawet nie zauważyłem, że pierwszy raz powiedziałem: kiedy wyzdrowieję to…

sobota, 16 stycznia 2016

Tulipan - Rozdział 19.



Rozdział 19.
Tydzień później…
Siedziałem między nogami ukochanego oparty o jego tors z lodem pomarańczowym w ręce. Adrian miał pistacjowe. Co z tego, że do lata jeszcze brakuje trochę? I tak udało mi się namówić go na te słodkości. Może i trwało to długo, ale mam na niego różnie sposoby… Do tego trzymałem tablet chłopaka, na którym oglądaliśmy film.
 - Daniel…
 - Hm? – Odwróciłem głowę w jego stronę.
Uśmiechnął się i przybliżył twarz do mojej, a następnie polizał mnie po policzku. Zaśmiał się widząc moją zaskoczoną minę.
 - Chciałem spróbować twoich lodów – wytłumaczył. – A skoro brudziłeś się nimi to jak mogłem nie skorzystać z takiej okazji?  
 - Ej! – Też zacząłem się śmiać.
Powróciłem do filmu, ale zimne wargi ukochanego, na mojej szyi, uniemożliwiały mi skupienie się na nim. Chciałem mu powiedzieć żeby przestał, ale to było tak przyjemne, że nie mogłem. Jakiś tam horror, nawet gore, nie jest ważniejszy. Szczerze mówiąc to Adrian go wybrał, bo ja nawet nie wiedziałam, że takowy rodzaj istnieje.
Cudownie jest mieć takiego chłopaka, który dotrzymuje obietnic. Konkretniej chodzi mi o to, że w dniu kiedy powiedziałem mu o chorobie poprosiłem go, żeby nie wracał to tego tematu. I faktycznie rzadko cokolwiek wspomina więcej, aniżeli jak się czujesz, itp.
Bojąc się zbytniej litości oraz właśnie ciągłego przypominania o tym, nikomu nie mówiłem jeśli nie musiałem. Tzn. jedynie dyrektor, wychowawczyni, pielęgniarka szkolna, rodzina, mój chłopak. Nawet Miłoszowi, czy pani Agnieszce nie wspominałem. Po co? Tylko by się martwili.
Czułem się, jak się czułem. Raz lepiej, raz gorzej. Czasami nie miałem ochoty i siły wychodzić z łóżka, a czasami tryskałem energią. Podobno zbladłem i schudłem. Nie chciałem pogarszać swojego wyglądu, dlatego…
 - Daniel – zagadał Adrian, bawiąc się moją już trochę za długą czupryną – to jest niesamowite. To znaczy twoje włosy. Jak się bierze chemię to przecież się osłabiają i wypadają, a twoje są cały czas w świetnym stanie. Gdybym ci nie ufał to bym pomyślał, że tego nie robisz, ale przecież nie jesteś głupi.
No właśnie…
Spaliłem buraka, na całe szczęście będąc tyłem do niego. Kolejny raz musiałem mu coś powiedzieć, a jak to już nikt nie podpowie. Odwróciłem się w jego stronę.
 - Ta… Słuchaj…
 - Hm? – ponaglił mnie, kiedy przerwałem, analizując w jaki sposób go o tym poinformować.
Przecież nigdy się na mnie nie denerwuje, nawet jak zrobię jakieś głupstwo…
 - Bojajejniebiorę – powiedziałem baaardzo szybko.
 - Powtórz bo nie zrozumiałem – poprosił lekko rozbawiony. Faktycznie nie zrozumiał…
 - Bo ja jej nie biorę – powtórzyłem tym razem baaardzo powoli.
 - Czego…? – spytał ostrożnie.
 - Chemii…
Pokręcił przecząco głową.
 - Nie możliwe. Nie zrobiłeś tego sobie, mi. Masz czasami popierdolone poczucie humoru – odparł niezbyt przekonany.
 - Przepraszam, ale…
 - JAKIE ALE?! – pierwszy raz w życiu słyszałem jak krzyczy, a to że na mnie… - Jak mogłeś?! Co ci strzeliło do głowy?!
 - No, bo… - nagle mój powód wydał się strasznie niedorzeczny.
 - Bo? – ponaglił zirytowany.
 - J-ja chciałem ci się podobać, a taki łysy wyglądałbym… Ej gdzie ty idziesz??? – spytałem widząc jak się oddala.
 - Wiesz, przez cały czas myślałem, że traktujesz mnie poważnie, słowa kocham cię nie są puste jak czaszka kostka z pracowni biologicznej, zależy ci na mnie, ale najwyraźniej myliłem się! – z każdym słowem coraz bardziej podnosił głos.
 - O czym ty mówisz??? Przecież wiesz… - próbowałem zaprotestować, lecz mi przerwano:
 - Co wiem?! Że masz mnie w dupie i cały nasz związek?! Że nie chcesz być ze mną jak najdłużej?! Że uważasz, iż jestem taki pusty i  rzucę cię, bo jesteś łysy?! A przepraszam, byłbyś! Co ty sobie myślałeś?! Ot tak sobie wyzdrowiejesz, nie pomagając organizmowi?! To jest rak krwi, a nie jakieś tam przeziębienie! Teraz przynajmniej wiem co jest dla ciebie ważniejsze – wygląd, aniżeli życie! Dziękuję, przynajmniej już wiem na czym faktycznie stoję! Cześć!
I sobie poszedł. Moje nawoływania nie pomogły. Pojechał sobie na motorze, zostawił mnie. Nie wiedziałem, że tak to odbierze. Do tego ten wybuch… Przecież on był spokojnym człowiekiem. Nie denerwował się, a tym bardziej na mnie! Zawsze miał cierpliwość do mojej osoby.
Po może pięciu minutach wrócił.
 - Adrian! – ucieszyłem się. – Słu…
 - Wsiadaj – przerwał mi. Nigdy jego głos nie był tak przerażający i zimny, jak wtedy. – Zawiozę cię do domu. Chociaż ja nie jestem nieodpowiedzialny.
Myślałem, że mu przeszło. Jak się myliłem…
Dojechaliśmy pod mój blok.
 - Adrian…
 - Schodzisz? – spytał zirytowany.
 - Ale…
 - Schodzisz?
Kiwnąłem głową. Stanąłem na chodniku i przypiąłem kask do specjalnego miejsca na maszynie. Czasami się zastanawiałem, czy to tak oryginalnie było, czy to mój chłopak dorobił coś takiego. Ledwo to zrobiłem, a odjechał. Bez pożegnania, po prostu ruszył. Stałem zszokowany i gapiłem się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był niebiesko czarny motor ukochanego. Kiedy otrząsnąłem się z szoku, wróciłem do mieszkania, pewny że za niedługo mu przejdzie.