Cześć! Jest mały problem - otóż w najbliższym czasie nie będę publikować nic tutaj. Nie wiem, ile to potrwa, mam nadzieję, że nie długo.
To tyle. Paa
Milly (X_X)
środa, 30 listopada 2016
czwartek, 24 listopada 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 35.
Rozdział
35.
Zaraz po
powrocie do hotelu Marek poszedł się umyć, a ja zaraz po nim.
Czysty z
ręcznikiem przewiązanym w pasie wróciłem do ukochanego. Stał tyłem, patrząc na
widok za oknem w czerwonym szlafroczku. Cicho podszedłem bliżej i objąłem w
pasie, przytulając od tyłu. Zaskoczony podskoczył, ale zaraz uśmiechnął się
nadal patrząc przed siebie. Fakt, pięknie się prezentowało miasto nocą.
Zacząłem delikatnie muskać skórę jego szyi, na co on przechylił głowę dając mi
lepszy dostęp. Rękami niespiesznie rozwiązałem węzeł i powoli zsunąłem materiał
z prawego ramienia by zaraz tam się przenieść swoimi wargami. Niedługo cały
materiał wylądował na podłodze. Dopiero wtedy odwrócił się w moją stronę,
zarzucając ręce na szyję, wyciągając je za mną. Natychmiast jedna dłoń
położyłem na bladej skórze na jego boku, a drugą na tyle głowy, przyciągając go
do pocałunku. Oparł się o okno, cicho wzdychając, kiedy znowu zacząłem drażnić
wrażliwą skórę szyi. Przyssałem się na niej na dłużej, żeby zaraz znowu
przygryźć zaczerwienione miejsce, co równało się jękowi Marka. Wziąłem go za
rękę i poprowadziłem w stronę ogromnego łóżka. Nikt nic nie mówił, co nadawało
jeszcze bardziej intymny nastrój. Położył się na środku, podpierając się na
łokciach, jedna noga była zgięta z kolanie. Uśmiechnąłem się na to i odwinąłem
ręcznik, który swobodnie opadł. Wszedłem na materac, natychmiast całując go
namiętnie. Powoli odsuwając się, zmusiłem go, żeby również usiadł. Zaraz wplótł
palce w moje włosy, pociągając za nie lekko. Natomiast ja odwinąłem z
nadgarstka pasek swojego szlafroka i odrobinę odsunąłem się od ukochanego. Cienki
materiał zasłonił czekoladowe oczy, zawiązałem z tyłu kokardkę i znowu musnąłem
pełne, mailowe usta, nabrzmiałe od pocałunków.
- Ufasz mi? – wyszeptałem do jego ucha.
Zagryzł
dolną wargę i skinął głową.
- Połóż się – poleciłem nadal ściszonym głosem.
Kiedy jego
głowa wylądowała na poduszkach, zabrałem jego nadgarstki do góry i związałem
paskiem od jego szlafroka, zapożyczonym podczas pocałunków przy oknie. Nie
miałem, o co zahaczyć, jednak liczyłem, że nie będzie próbował ich stamtąd
zabrać.
Znowu nasze
wargi połączyły się w miłosnym tańcu, ale gdy tylko próbował go pogłębić,
odsunąłem się, co wywołało jego jęk frustracji. Przejechałem opuszkiem palca po
środku torsu mężczyzny, zadowolony wyczuwając, jak wszystkie mięśnie się
napinają. Podobno, kiedy jeden bodziec będzie nieaktywny jak w tym przypadku wzrok, reszta się nasila, a reakcje
Marka potwierdzały to.
Wstałem i
ruszyłem w stronę mojej półki, w której skrywałem sos czekoladowy, kupiony
specjalnie na tę okazję. Stałem jeszcze przez chwilę obserwując coraz bardziej
niecierpliwego karmelowowłosego.
- Marcin, co się… - urwał, kiedy przejechałem
palcem z czekoladą po jego policzku. Szybko zniknęła, zostając zlizana.
Odznaczyłem
tak jeszcze kilka punktów na jego ciele, dobrze pamiętając mapę ciała
ukochanego. To był zdecydowanie najsłodszy deser jaki jadłem…
W końcu
pozwoliłem mu spróbować, nakładając odrobinę na dolną i górną wargę, po czym go
pocałowałem. Widziałem kątem oka jak chce poruszyć rękami, ale węzły były
wystarczająco mocne, że szarpanie, czy ciągnięcie nic nie dawało. Odsunąłem się
odrobię, tak żeby z każdym słowem drażnić jego usta.
- Nie ruszaj.
- Rozwiąż – poprosił.
Przejechałem
dłonią po jego boku, ale po namyśle przeniosłem ją na ramię czekoladowookiego,
zbliżając się do węzła.
- Nie – odparłem, sprawdzając, czy na pewno
mocno trzyma.
Odsunąłem
się, znajdując dogodnie miejsce pomiędzy jego nogami. Wylałem trochę sosu na
jego dumnie sterczący członek, co wywołało jęk Marka, nie wiem, czy spowodowane
tym uczuciem, czy świadomością co się zaraz wydarzy. Pogłaskałem wewnętrzną
stronę uda, a widząc, że czekoladowa strużka już prawie spłynęła po same jądra
zlizałem ją jak z loda w wafelku, który za szybko się topi. Wyczyściłem go
doszczętnie, wsłuchując się w jęki kochanka. Wystarczyło zassać się na czubku,
a poczułem jak ciepła, biała ciecz wystrzeliwuje z nabrzmiałego wzwodu.
Odetchnął ciężko. Obserwowałem jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Nie
dałem mu długo spokoju, znowu stymulując jego penisa swoimi ustami. Wyjątkowo
wrażliwy chłopak zaraz po orgazmie jęczał słodko, niecierpliwie poruszając
nogami. W końcu wstałem, na co ukochany prychnął poirytowany. Zaśmiałem się, a
to spowodowało jeszcze większe oburzenie mężczyzny. Na jego szczęście sam już
chciałem znaleźć się w tym ciasnym tunelu, także zabrałem ze sobą nawilżenie i
powróciłem do ukochanego.
Zarzuciłem jego
nogi na zwoje ramiona, a wraz z pierwszym palcem rozciągającym go, usłyszałem
westchnie przepełnione ulgą.
- Kocham cię – powiedziałem, dokładając kolejny.
- J-ja ciebie też.
- Bardzo.
- Ja ciebie też.
- I nigdy nie przestanę.
- Ja ciebie też – powtórzył po raz kolejny.
Kiedy
skończyłem, puściłem jego nogi i przeniosłem się wyżej. Prychnął niezadowolony,
co skwitowałem śmiechem.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jaka to radość,
wiedzieć że jesteś MOIM mężem. – Pocałowałem go w miejsce gdzie była obrączka.
- A ty moim. Już na zawsze.
- Dokładnie.
Szybkim
ruchem odwiązałem jego nadgarstki, na co odetchnął z ulgą. Powróciłem na
uprzednie miejsce, ułożyłem sobie jego nogi na biodrach i jednym płynnym ruchem
wszedłem w niego. Jego plecy wygięły się ku górze. Pochyliłem się, żeby móc go
pocałować, a ukochany objął mnie rękami, przyciągając bliżej. Po chwili
poruszyłem się na próbę, a nie widząc sprzeciwu, przyśpieszyłem. Całowałem go
po szyi, a szczupłe palce wbijały się w mój bark. Orgazm dopadł nas niemal w
tym samym czasie. Wysunąłem się i ułożyłem obok Marka, ściągając mu przepaskę.
Przejechał opuszkami palców po moim policzku, słodko się uśmiechając.
- Nie spodziewałem się tego po tobie –
stwierdził.
Położyłem rękę na jego biodrze i przysunąłem
bliżej.
- Jesteś cudowny. – Pocałował mnie delikatnie.
Nic nie
mówiłem, patrząc w te szczęśliwe, piękne oczy.
Wyglądał
jakby się nad czymś zastanawiał, ale bał się powiedzieć.
- Co jest? – spytałem.
Zaskoczony
moim pytaniem speszył się trochę.
- No bo… Pomyślałem… Jeśli nie chcesz to nic
się nie stało, naprawdę…
- Ale co? – spytałem rozbawiony.
- Czy mógłbym… Spróbować być na górze?
Zagryzł
dolną wargę, wyczekując odpowiedzi, a ja zastawiałem się czy chodzi mu o to
samo, co mi…
- W sensie? – wolałem się upewnić.
- Uch… - Przeniósł dłoń na mój pośladek i
lekko go ścisnął. – Takim.
Nachyliłem
się do jego ucha i wyszeptałem, muskając małżowinę:
- Jak myślisz, jaka będzie moja odpowiedź?
- Nie wiem.
Objąłem go
i przeturlałem nas tak, że leżał na mnie.
- A dlaczego boisz się spytać?
- Bo nie wiem jak zareagujesz.
- Niepotrzebnie. – Pocałowałem go w miejsce
malinki.
- To znaczy tak?
- Mhm…
W sumie to
sam byłem ciekawy jak to jest.
Uśmiechnął
się szeroko i mocno pocałował. Zamruczałem zadowolony, całkowicie poddając się
mężowi. Uniósł się trochę, nadal badając moje podniebienie językiem. Jedną ręką
przeczesywał moje włosy, a drugą podpierał się. Jego biodra nieustannie
drażniły mojego członka, który powoli budził się do życia. Kiedy zjechał ustami
na moją szyję, powiedziałem:
- Przestań, bo inaczej nie wytrzymam, rzucę
cię na materac i wbiję w ciebie głęboko.
Usłyszałem
przy uchu cichy jęk.
- Shhh teraz moja kolej.
Muskał
delikatnie moją skórę palcami, doprowadzając mnie do szaleństwa. W końcu
znudziło mu się to, chyba również był zniecierpliwiony.
- Odwróć się – wyszeptał, a na koniec ugryzł
mnie we wrażliwe ucho.
Wykonałem
polecenie, ciekawy co dalej. Zjeżdżał pocałunkami po moim kręgosłupie coraz
niżej, a całe moje ciało spięło się, wyczekując co dalej. Z tej ekscytacji
byłem bardziej pobudzony i niecierpliwy niż zwykle. Nieraz to Marek dominował w
łóżku, różnie bywało, ale zawsze najwyżej się kończyło na ujeżdżaniu mnie, a
nie…
Odgłos
utknął mi w gardle, kiedy poczułem jak
coś śliskiego napiera na moją dziurkę… Nie, to nie było coś… Jego język wbijał się we mnie, a ja straciłem zdolność
logicznego myślenia. To było tak niesamowite uczucie, nie do opisania. Pieprzył
mnie swoim gorącym organem, a ja drapałem poduszkę, nie mogąc uleżeć spokojnie.
W końcu został zastąpiony jednym palcem, zaraz drugim, trzecim, czwartym… Nie
mogłem powstrzymać się od jęku, kiedy podrażnił jakieś miejsce, które zawsze
wysyłało ukochanego w stronę gwiazd. To było za dobre… Cudem powstrzymywałem
się, żeby nie skończyć za wcześnie. No i nagle powróciłem na Ziemię, czując
ból, kiedy jego członek powoli wchodził we mnie.
- Shit… Czekaj chwilę – poprosiłem.
Może nie
było to nie do wytrzymania, ale nie lubię bólu, nie jestem zbyt odporny na
niego.
- Oczywiście – mówiąc to głaskał mnie po
biodrze i całował kark.
Kiedy w
końcu się przyzwyczaiłem, zaczął się poruszać. Uczucie było bardzo dziwne,
trudno powiedzieć, czy przyjemne, czy nie. Jednak wystarczyło, że trafił w
odpowiedni punkt, a znowu wróciłem do raju. Było niesamowicie.
Odpadłem
trochę za szybko, ale to był mój pierwszy raz, więc… Po chwili czekoladowooki
dołączył do mnie. Obróciłem się na bok, a mój kosmita wykorzystał okazję i
szybko ułożył się wygodnie, wtulając się i mrucząc jak kot.
Chciałem
coś powiedzieć, ale zauważyłem, iż prawie od razu zasnął, więc ja również
wybrałem się do krainy snów, przygotowując się mentalnie na opieprz z rana za
to, że pozwoliłem mu tak iść spać, kiedy to się nie umył.
sobota, 19 listopada 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 34.
Rozdział
34.
Przeczesałem
ostatni raz włosy, stojąc przed lustrem w łazience. Cholernie się stresowałem,
jakby to był mój pierwszy ślub.
Zmarszczyłem
czoło, niespodziewanie dostrzegając coś.
- Marek…
- No? – dobiegł mnie głos z sypialni.
- Ja siwieję! – Przyglądałem się kilku włosom,
które przybrały niepożądaną barwę.
Zaraz
przyszedł i obrócił mnie przodem do siebie.
- Faktycznie. – Przysunął się bliżej mojego
ucha i wyszeptał: - Jak dla mnie to teraz wyglądasz bardziej dojrzale i seksownie…
Objąłem go
w pasie i popchnąłem na umywalkę.
- A to wcześniej nie wyglądałem? – spytałem
zaczepnie.
Zagryzł
dolną wargę, trzymając mnie za kołnierz niezapiętej koszuli.
- Nie łap mnie za słówka. Jak dla mnie to ty
zawsze wyglądasz jak bóg seksu.
- Tak? – zamruczałem mu do ucha. Po namyśle
delikatnie je ugryzłem.
Odepchnął
mnie, wygładził swoją marynarkę i wyszedł.
- Musimy się zbierać.
Zaśmiałem
się pod nosem.
- Tak jest!
Myślałem,
że chyba zaraz zemdleję.
- OK? – zagadał Michał, wieloletni przyjaciel.
- Ta… Duszno tutaj, nie?
Wzruszył
ramionami.
- No, no, no… - Zerknął za mnie. – Marek to ma
ładne koleżanki. Wiesz może, czy wolna jest ta blondi z biustem w rozmiarze D?
Zaśmiałem
się, kręcąc głową.
- Ty nigdy się nie zmienisz.
- Nic na to nie poradzę. To jak?
- Idź spytać moją przyszłą żoncie. Nie wiem,
gdzie poszedł – wyprzedziłem jego pytanie.
- No dobra.
Zaraz
zniknął gdzieś między innymi ludźmi.
Stałem po
prawej stronie ukochanego, słuchając jak mówi swoją formułkę. W końcu przyszła
kolej na mnie.
- Biorę sobie ciebie, Marku, za męża
- Biorę sobie ciebie, Marku, za męża – powtórzyłem
za starszą, miłą panią.
- … i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość
małżeńską…
- …i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość
małżeńską…
- ...będę trwał przy tobie w zdrowiu i w
chorobie, że cię nie opuszczę, aż do śmierci…
- ...będę trwał przy tobie w zdrowiu i w
chorobie, że cię nie opuszczę, aż do śmierci…
- …oraz, że nie będę mówił o małżonku, jak o
kobiecie.
- …oraz, że… CO??? – urwałem zaskoczony.
Zgromadzeni
wybuchnęli śmiechem, bez wyjątku. Spojrzałem z niedowierzaniem na Marka, który
starał się przybrać, jak najbardziej anielski wyraz twarzy. Pokręciłem głową, w
końcu również zaczynając się śmiać.
- Kocham cię, wiesz? – spytałem, uspokajając
się.
- …i nigdy nie przestanę. – Puścił oczko.
- Przejdźmy dalej – zarządziłem, kiedy już
większość przestała chichotać.
- Na znak zawarcia związku małżeńskiego,
proszę nałożyć obrączkę parterowi – powiedziała siwowłosa.
Tak też
uczyniliśmy. Uśmiechnąłem się do niego i zanim padło możesz pocałować pana młodego, trzymałem go w ramionach, całując te
słodkie, malinowe usta.
Po kolei
podchodzili do nas goście, aby złożyć życzenia. Trwało to wieki. Kiedy w końcu
mogliśmy być chwilę sami, upiłem łyk szampana i nachyliłem się do ucha swojego
męża.
- Jesteś niemożliwy.
Zaśmiał się
cicho i cmoknął mnie w usta.
- Mała zemsta.
- Co ja z tobą mam – westchnąłem teatralnie.
wtorek, 15 listopada 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 33.
Rozdział
33.
Wyspany
patrzyłem na twarz narzeczonego, który jeszcze spał z lekko uchylonymi ustami.
Głaskałem go po głowie, mogąc tak leżeć godzinami. Obudziłem się za wcześnie,
ale nie miałem powodów do narzekań. W końcu ujrzałem jak powoli się budzi,
marząc nos i ziewając.
- Cześć, śpiochu – przywitałem go.
- Mm… Która godzina? – spytał zaspanym głosem.
- Gdzieś po siódmej. Pora wstawać.
Pocałowałem
go w czółko i zwlokłem się z łóżka.
Wziąłem z
szafy pierwsze lepsze ubrania i udałem się do łazienki, żeby szybko się
ogarnąć. Następnie zszedłem do kuchni, aby zjeść jakąś kanapkę i akurat, kiedy
skończyłem, wszedł Marek. Wyglądał jak zwykle olśniewająco, przez co trochę się
na niego zagapiłem, ale zaraz się zreflektowałem. Przyciągnąłem go do
krótkiego, jednakże mocnego pocałunku, co wywołało westchnienie pełne
zaskoczenia mojego kosmity.
- Muszę lecieć. Gdzieś za godzinkę powinienem
wrócić.
- Gdzie… - nim zdążył dokończyć, ja już
zamykałem za sobą drzwi.
Wsiadłem do
samochodu i ruszyłem w stronę cmentarza. Parking był pusty, ludzi nigdzie nie
wiedziałem, na co odetchnąłem z ulgą. Wziąłem margaretkę, którą tak lubiła moja
żona i udałem się w stronę jej nagrobka. Włożyłem kwiat do wazonu z marmuru i
usiadłem na ławeczce… a przynajmniej podróbce ławeczki.
- Cześć! Uff dzisiaj ciężki dzień. Nie wierzę,
że znowu jestem z Markiem, za parę godzin będzie moim mężem. To jest jak sen.
Naprawdę żałuj, iż nie miałaś szansy go poznać, to jest wspaniały facet. Jest
możliwość, żeby duch znalazł się tak daleko, żebyś była na moim ślubie?
Wspaniale by było wiedzieć, iż będziesz… Ej bo nie masz mi za złe, że znowu
biorę ślub? … Nie, to do ciebie niepodobne, mój aniołku. Tylko nie zapomnij –
kocham cię. To się nigdy nie zmieni… tak jak moja miłość do Marka. Eh… Szkoda,
że twoi rodzice nie mogą tego zrozumieć. Sądzą, że o tobie zapomniałem. Jakby
to było możliwe – zaśmiałem się. – Oni byli fajni, szkoda, że jak się
dowiedzieli o moim związku z Markiem nagle przestałem być ulubionym zięciem… A
tak zmieniając temat to Makoto w sumie jest całkiem fajny chłopak, no nie?
Wczoraj w nocy trochę z nim pogadałem, żaden z nas nie mógł zasnąć. Mam
nadzieję, że Wiki będzie z nim szczęśliwa. No i że tam w niebie wszystko
dobrze. – Uśmiechnąłem się i pogłaskałem marmur, czując pod palcami jego gładką,
zimną teksturę. – To co, będziesz mogła wyjechać na urlop do Francji chociaż na
trochę? – spytałem śmiejąc się przy tym przez łzy, nagle napływające do moich
oczu.
- Mam nadzieję. – Podskoczyłem zaskoczony,
słysząc czyjś jeszcze głos.
Odwróciłem
się z uśmiechem w stronę Marka.
- Co ty tu robisz?
- Przyjechałem się pożegnać i zapewnić ją, że
postaram się być najlepszym mężem na jakiego mnie stać. – Pochylił się i
przytulił mnie od tyłu. – Nie zimno ci? Masz lodowate policzki – stwierdził po
pocałowaniu jednego z nich.
- Może trochę. Długo tu jesteś?
- Hm… Nie. Nie wiem, ile. Coś o chłopaku córci
wspomniałeś jak przyszedłem. A teraz mi tu nie płacz, bo łzy ci zamarzną i
będziesz miał takie sopelki na policzkach.
Nie mogłem
powstrzymać się od śmiechu. Tak, siedziałem na cmentarzu i lałem się jakbym był
na jakimś spektaklu kabaretowym.
- Nie jest aż tak zimno.
Uśmiechnął
się tylko delikatnie i postawił nowy znicz. Biały z kwiatami. Bardzo ładny.
Zapalił go i schował zapalniczkę do kieszeni spodni.
- Idziemy, czy chcesz jeszcze zostać? –
spytałem.
- Chodź.
Szliśmy
obok siebie potwornie marznąc. Ja miałem chociaż rękawiczki, a ukochany… Co
chwilę pocierał o siebie dłonie i chuchał na nie. W końcu zlitowałem się nad
nim i podąłem mu jedną z moich rękawiczek.
- Załóż na lewą – poinstruowałem.
Zaskoczony
wykonał moje polecenie. Drugą jego rękę chwyciłem w swoją cieplejszą i
schowałem do mojej kieszeni kurtki. Śliczny uśmiech wpełzł na jego usta.
- Kochany jesteś – stwierdził.
Potarłem
kciukiem skórę jego dłoni w odpowiedzi.
Stałem
przed lotniskiem przebierając nogami, nie mogąc uwierzyć, że już jest tak
zimno.
- Mówisz, że w Paryżu jest piętnaście, a w
Hiszpanii dwadzieścia stopni? – spytałem.
- Mhm… - mruknął, wyjmując walizki. Chciałem
mu pomóc, ale uparł się, że da radę sam.
- Zdradź mi ten sekret jak udało ci się
przekonać dyrektorkę, żeby dała mi dwa tygodnie urlopu.
Zaśmiał się
i pokręcił przecząco głową.
W końcu
razem ruszyliśmy w stronę cieplejszego budynku na odprawę. Ciepło buchnęło we
mnie, a ja odetchnąłem z ulgą. Wolę wiosnę. Tak. Wiosna to najlepszy miesiąc
pod słońcem. Ciepło, ale nie za ciepło; chłodno, ale nie za zimno. No, a do
tego perspektywa lata, a nie jak jesienią – zimy.
- Dobrze, że Vana zna się również na
urządzaniu imprez, więc mogłem ją poprosić, żeby poleciała do Francji i
wszystkiego doglądała – stwierdził.
- Ta… To w ogóle jest jakaś wyjątkowa osoba,
nie wygląda na pierwszy rzut oka, a jednak potrafi się wszystkim dobrze zająć.
I widzisz? Po co ci taki menadżer jakiego miałeś wcześniej.
- Tato… Długo jeszcze? – dopytywał Kubuś.
Poczochrałem
jego czuprynę.
- Nie. Jeszcze chwilka i będziesz leciał
samolocikiem.
Uśmiechnął
się szeroko i skinął głową.
- OMG! Nie wierzę! Marek?? – rozległ się pisk.
Lekko się skrzywiłem, uszy zabolały od tej częstotliwości.
Zaraz przy
moim narzeczonym stanęły dwie nastolatki. Obie miały czarne spodnie z dziurami
na kolanach, tego samego koloru buty na grubym obcasie, kurtki koloru khaki,
włosy ombre… gdyby nie uroda i wzrost to wręcz identyczne.
Czekoladowooki
uśmiechnął się słodko i wstał do nich.
- Cześć!
Zapisały i
zaczęły gmerać w sporych torebkach… podobnych, a jakże.
- Można autograf? – spytała jedna.
- I zdjęcie? – dodała jej niższa kopia.
- Oczywiście, macie długopis?
W końcu
udało się im znaleźć notatniki i długopisy. Jeszcze tylko zdjęcie… Obie
przybrały czerwony kolor policzków, kiedy zarzucił im ramiona na ich barki do
zdjęcia. Później osobna sesja i uradowane pobiegły w im znanym kierunku.
Zaśmiałem
się cicho, kiedy już usiadł obok.
- No co? – spytał szczęśliwy.
- Nic, nic. – Cmoknąłem go w policzek.
- Tato…
- Zaraz – przerwałem synkowi. Wiki była zajęta
Makoto, Krzysiek Łukaszem, a biedny chłopczyk został sam. Wziąłem go na kolana
i zacząłem podskakiwać nogami, na co dzieciak zaczął się śmiać... – A nie
będziesz się bał? – spytałem.
- Nie! Jak dorosnę to zostanę pilotem!
- Oo… No po powodzenia panie pilocie.
W końcu, ku
uldze najmłodszego mogliśmy wsiadać do samolotu.
sobota, 5 listopada 2016
Jeden pocałunek - One shot.
One shot.
Ciastek!
Jak przekreślić
swoje dotychczasowe, piękne życie? Zakochać się w nieodpowiedniej osobie. W
osobie, którą się dotychczas bardzo LUBIŁO, PRZYJAŹNIŁO od piaskownicy, prawie
BRACIE.
Często
żartowaliśmy, robiliśmy sobie i innym kawały, nie braliśmy życia na poważnie,
co bardzo denerwowało naszych rodziców. Jeden z takich wyskoków zjebał mi
życie.
Przeglądaliśmy jak zwykle czeluści YouTube’ a, aż
przypadkiem trafiliśmy na filmik z dwoma całującymi się facetami. Obaj
odsunęliśmy się od monitora z obrzydzeniem. Po tym natychmiast wyłączyliśmy to
i włączyliśmy grę. W dwójkę szybko pozabijaliśmy przeciwników i znowu nie było
co robić, a że Rafał spał u mnie no to szybko nie miałem jak się go pozbyć. Innymi
słowy moje czekoladowe babeczki po części wylądują w brzuchu tego czegoś. Moja
kochana mamusia postanowiła je upiec, ale nie pomyślała o tym, że będę musiał się
nimi dzielić… a może właśnie pomyślała? Nie istotne.
- Chłopcy, mam
coś dla was. – Weszła do pokoju z talerzem pełnym wcześniej wspomnianych
słodkości. Kocham czekoladę, a tam było jej pod dostatkiem.
Akurat, kiedy otworzyła drzwi, przyjaciel siedział na
mnie okrakiem i łaskotał, a ja leżałem na brzuchu, śmiejąc się głośno i kopiąc
go w plecy z marnym skutkiem. Jednakże wraz z wypowiedzianymi tymi magicznymi
słowami, zerwał się ze mnie i rzucił na moją biedną rodzicielkę.
- Jak ja panią
kocham – stwierdził, wkładając do ust pierwszą.
Zaśmiała się i wyszła zostawiając deser na pastwę
bruneta. Natychmiast wskoczyłem mu na plecy, a kiedy ten zdezorientowany nagłym
atakiem odwrócił głowę, ja zabrałem talerzyk i wróciłem na łóżko, chowając się
pod kocem. Wpakowałem sobie od razu z trzy i zamruczałem z przyjemności. Jak ja
się cieszę, że odziedziczyłem po matce szybką przemianę materii…
- Two est pyschne
– stwierdziłem, nie zdążywszy połknąć.
Ściągnął ze mnie „budę” i usiadł obok, zabierając
jedną.
- I ty mi się pytasz,
dlaczego nazywam cię „Ciastek”?
Uśmiechnąłem się szeroko, przez co prawie że część
czekoladowej papki by wylądowała na moich nogach.
- Fuj! –
Odsunął się kawałek, ale już po paru sekundach obaj zaczęliśmy się śmiać.
- Nie bardziej
niż ten filmik – zaśmiałem się.
Położył się, podpierając głowę o swoje ręce.
- A tak
właściwie to zastanawiałeś się jak to jest z facetem?
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy dobrze
usłyszałem.
- Ee…? Co? – spytałem
mało inteligentnie.
- No całować
się. Przecież nie… - zamiast kończyć, skrzywił się.
- Ha, ha! No…
Nie.
Szybko się podniósł do siadu, odłożył talerz, na
którym zostały tylko dwie z dziesięciu babeczek i przybliżył swoją twarz do
mojej.
- A chciałbyś?
Patrzyłem na niego przerażony, odsuwając odrobinę
swoją głowę. Natrafiłem szybko na ścianę.
- Pojebało cię?
– spytałem ostrożnie.
Przysunął się niebezpiecznie blisko, a ja przełknąłem
głośno ślinę, będąc pewny, że to zrobi.
- Tylko jeden
pocałunek, przecież jesteśmy przyjaciółmi – wyszeptał.
Coś w moje głowie krzyczało „nie chcę!” ale nie mogłem
wykrztusić żadnego słowa.
Nasze usta dzieliły milimetry, kiedy się odsunął,
śmiejąc się głośno.
- Gdybyś ty
widział swoją minę! Jestem, aż taki straszny? Tchórzysz? – pytał, ciągle się śmiejąc.
Wkurzyłem się i chwyciłem jego twarz w dłonie i nim
się zastanowiłem – pocałowałem. Przy okazji starałem się robić to jak najlepiej,
żeby później nie wytykał mi moich umiejętności. Zszokowany zastygł, ale po
chwili przyłączył się, napierając na mnie mocno. W końcu wylądowałem na ścianie, a przyjaciel naprzeciwko z rękami po bokach mojej głowy. Nawet nie
wiem, w którym momencie jego język wdarł się do moich ust – przed, czy po
zmianie pozycji. Równie co się zaczęło, gwałtownie się skończyło. Odsunął się,
ciężko dysząc z wielkim uśmiechem.
- Smakujesz jak
czekolada – stwierdził, na co ja spaliłem buraka.
- Masz
odpowiedź – mruknąłem.
- Owszem. Wiesz
co? Moim zdaniem tak samo, tylko że laski są bardziej uległe. Przynajmniej nie
mogę ci zarzucić, że nie umiesz się całować – dodał po chwili ze śmiechem.
Nie odpowiedziałem, tylko odsunąłem go i powróciłem na
swoje miejsce.
Niby wszystko
powróciło do normy, nie wracaliśmy do tego tematu. Ta… Gdyby nie fakt iż
chciałem to powtórzyć, choć nic mu na ten temat nie wspominałem. Sprawę pogorszyła
pewna scenka, kiedy to przyjaciel lizał się z jakąś blondi. Niby zakład, ale
bolało. Jaki zakład? A tylko o to, że w ciągu jednego dnia uda mu się wyrwać
trzy laski. Nie to żebyśmy się bawili uczuciami innych, zaraz później miał
wyjaśniać, o co chodzi, ale nie przed. Była pierwsza i pierwsza też trafiła na
listę moich ofiar.
Zaciskałem zęby, starając się nie pokazać, jak bardzo
mam ochotę wyrwać jej te kudły, zabrać Rafała ze sobą do jakiegoś pustego
pomieszczenia i… <<STOP! Co jest? Wcześniej tylko były pocałunki, na tym
zakończymy! Kurwa, co się ze mną dzieje?!>>
- I co? Jedna
odhaczona.
Spojrzałem na niego, nie wiedząc, o czym mówi. Dopiero
po chwili się ogarnąłem.
- Ale to
dziwka. Nawet jeśli nie zawodowo, to przeleciało ją dziewięćdziesiąt procent
chłopaków z naszej szkoły i parę dziewczyn.
Wzruszył ramionami.
- Nie ustalaliśmy
kryteriów.
Pokazałem mu środkowy palec i odszedłem. Natychmiast
do mnie podbiegł.
- A tobie co? –
spytał próbując, wyrównać krok, a było to trudne.
Ugh… Nie
chciałem się z nim kłócić. Pieprzona zazdrość. Na szczęście zaraz się ogarnąłem
i udawałem, że wszystko jest w porządku.
Jednakże,
kiedy uświadomiłem sobie tę bolesną prawdę… Kurwa, ja serio nie chciałem się w
nim zakochać. O ile życie byłoby prostsze… Ale nie!
Po sześciu miesiącach
od feralnego pocałunku postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Powiem mu
i albo mnie zaakceptuje albo otrąci, bo nie wyobrażałem sobie tak chorej przyjaźni.
No więc
poszedłem do naszego miejsca – łąki
koło lasku, konkretniej niedaleko małego strumyczka, z którego się zawsze
poiliśmy. Nie wiem, czy woda czysta, aczkolwiek, żaden z nas nie zachorował,
więc chyba nie jest taka zła. Kiedy zobaczyłem go, natychmiast wstałem.
Przywitaliśmy się naszym przywitaniem, łączącym żółwika, przybicie piątki i
przytulenie.
- Mówiłeś, że chcesz, o czymś pogadać? – od razu
przeszedł do rzeczy.
- Eh… No.
- Więc? – spytał podirytowany moim milczeniem.
- Ugh… Bo… Ja… Fajna bluza, nowa? – spytałem wskazując
nią. Była czarna, wkładana, z kapturem, z pitbulla, jak większość jego bluzek.
Coś tam
mruknął pod nosem. Wiem, że takim wykręcaniem się, jeszcze bardziej go
denerwowałem.
- OK, przeciąganie nie ma sensu. – Natychmiast
się wyprostował usatysfakcjonowany. – Chyba… Nie, nie chyba. Po prostu się…
zakochałem.
- Oo… Ty? Super, w kim?
- I teraz zaczyna się pod górkę…
- No… Obiecuję, że cię nie wyśmieję.
- Najwyżej zabijesz – mruknąłem.
Zmarszczył
brwi, uważnie mi się przyglądając.
- Chyba nie w mojej siostrze? – spytał ostrożnie.
- Ciepło… - zażartowałem.
- Matce? – spytał, ale długo nie umiał
zachować powagi.
- Ciepło… Ale trochę chłodniej
- Mnie? – parsknął śmiechem.
- Obiecałeś się nie śmiać – puściłem oczko.
Jakoś poczułem się lżej.
Wywrócił oczami.
Mogłem obserwować jak jego miną z rozbawionej przechodzi w zniecierpliwioną, zamyśloną,
zaskoczoną po przerażoną.
- Ej… Ale nie chodzi ci o… - wskazał palcem na
siebie.
Wzruszyłem
ramionami zrezygnowany. Co ma być to będzie.
- Kurwa… Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny
też żart – powiedział ostrożnie.
Już miałem
to ciągnąć i się zacząć śmiać. W sumie to nie byłby głupi pomysł, gdyby nie to,
że nie mogłem jego, siebie oszukiwać.
- Chciałbym.
- To… To jest chore! Jak długo?!
- Pół roku – cicho stwierdziłem.
Zastanowił
się przez chwilę.
- Od pocałunku?
- Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Po chwili
jego jeszcze w miarę spokojna bańka pękła i cała złość wyszła na wierzch.
- Jak śmiesz?! Miałeś być moim przyjacielem!
Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie wracaj!
Chciałem
spokojnie odejść, ale emocje mnie również opanowały. Zacząłem gorzko szlochać,
ale w końcu spojrzałem na jego wściekłe oblicze, skinąłem głową i odszedłem z
każdym krokiem przyśpieszając. W końcu biegłem. Nagle - już niedaleko działek,
gdzie uciekałem - zahaczyłem o coś,
zawsze była ze mnie niezdara, upadłem. Później - ciemność.
~*~
Rafał!
Tydzień
później…
- Co z Ciastkiem? Co z Ciastkiem? - papugowałem słowa nauczycieli. – Po chuj wymyślałem
to przezwisko, teraz każdy je używa i obrzydza mi łakocie. – Spojrzałem na dziewczynkę
z psem na smyczy, dziwnie na mnie patrzącą. – Co?!
Z piskiem
uciekła, a za nią to małe, kudłate stworzenie.
Ciastek zawsze chciał mieć… STOP! Pójdziesz tylko do
niego, żeby się odpierdolili, spytasz dlaczego nie ma i po sprawie. Gdyby
chociaż odbierał telefon, ale nie! „Abonent chwilowo niedostępny”
Zapukałem
do drzwi, lecz nikt nie raczył mi otworzyć. Kiedy miałem się poddać, usłyszałem
kroki i wrota piekieł otworzyły się, ale na szczęście nie było za nimi tego
pedała.
- Dzień dobry! – Uśmiechnąłem się do pani
domu. – Ostatnio pani syn nie chodzi do szkoły, nie odbiera telefonu… Chory
jest? Nauczyciele się martwią – dodałem, jakby słyszał i pomyślał, że ja.
- Rafał… - nie dokończyła. Po jej policzkach
spływały kolejne łzy, a ja dopiero wtedy zauważyłem spuchnięte oczy. – Nawet nie
pomyślałam, żeby ci powiedzieć. Przepraszam, zapomniałam.
- Ale o co chodzi? – spytałem podirytowany. Na
szczęście chyba nie zauważyła.
- Ciastek jest w szpitalu.
Nagle cały
świat jakby się zatrzymał.
J-jak to, kurwa, w szpitalu?
Oparłem się
i framugę drzwi, blady po twarzy.
- Co się stało?
- Nie wiem dokładnie. Pani Piórkowska siedziała
na swojej działce, kiedy zobaczyła go jak biegł szybko gdzieś. Podobno płakał.
Nagle stracił równowagę, runął jak długi… upadł głową na kamień… - znowu zaczęła
szlochać.
C-co? Ale… Chwila, przecież jest w szpitalu, nie kostnicy,
nie?
- Czy… Jak się czuje?
- Chciałabym go o to spytać…
- Proszę mi w końcu powiedzieć co z nim! – zdenerwowałem
się.
- Wybacz… On… Jest w śpiączce. Miał operację,
ale powinien się wzbudzić kilka dni temu, a… nadal śpi. Przyjechałam się umyć i
chwilkę przespać, właśnie jadę z powrotem… Może chcesz się wybrać ze mną?
Mieliście dobry kontakt, jak bracia. Może chociaż ciebie posłucha… Podobno
słyszy to co mówimy… Ja… Ja wiem, że są ludzie w śpiączkach nawet kilka lat,
ale ja nie chcę… Zamorduje tego, przez kogo płakał. Wiesz o kogo może chodzić?
To co
mówiła nie docierało do mnie. To było jak kiepski film. Przeszło mi przez myśl,
że to sen, spowodowany tęsknotą za przyjacielem, ale skoro tak pomyślałem, to już
wiedziałem, iż to rzeczywistość.
- Proszę mi powiedzieć, że to nieprawda. Błagam – wyszeptałem.
- Chciałabym. Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Nie bardziej niż ja… Jedziemy?
- Tak. Chodź.
Razem
wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę szpitala.
To nie może być prawda. Głupi dzieciak. Gdybyś uważał…
Co ja pieprzę. Gdybym zachował się inaczej… Przecież ty się we mnie zakochałeś…
Po co ja w ogóle wyskakiwałem z tym pocałunkiem?! Zachciało mi się
eksperymentów na przyjacielu! Kurwa, kurwa, kurwa!
Spytałem
jeszcze tylko panią Stachoń, gdzie dokładniej leży i jak tylko się zatrzymała,
wystrzeliłem jak strzała i, nie zważając na krzyk kogoś, żebym nie biegał,
dopadłem odpowiednie drzwi. Miały duże szyby, więc widziałem wszystko, co było
w środku. Sala była pusta, jedyne zajęte łóżko należało do piegusa. Obok
siedział zgarbiony, lekko otyły mężczyzna – jego ojciec. Nagle przed oczami
stanęła mi sytuacja przed tygodnia…
- Mnie? –
spytałem, śmiejąc się. To niemożliwe.
- Obiecałeś się
nie śmiać – upomniał mnie, przy okazji puszczając oczko.
Wywróciłem oczami. Z trudem starałem się zachować
powagę. Zdenerwował mnie tym milczeniem. Dopiero po chwili zrozumiałem, co powiedział.
<<Nie… Przecież my się tylko przyjaźnimy… A co jeśli…>>
- Ej… Ale nie
chodzi ci o… - nie potrafiłem tego wykrztusić, jedynie wskazałem palcem na
siebie.
Wzruszył ramionami.
- Kurwa…
Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny ten żart – łapałem się ostatniej deki ratunku.
Widziałem ten smutek w jego oczach. To mi powiedziało
za dużo.
- Chciałbym.
Wkurwiłem się, ale starałem się uspokoić.
- To… To jest
chore! Jak długo?! – mimo mojego postanowienia utrzymanie nerwów na wodzy, było
trudniejsze niż początków zakładałem.
- Pół roku – wyszeptał.
Zawahałem się.
- Od pocałunku?
- Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Nie wytrzymałem. Byłem wściekły na siebie, jego, wszystko.
To nie miało mieć prawa bytu! Przyjaźniliśmy się tyle lat! Jak mógł się we
mnie zakochiwać?!
- Jak śmiesz?!
Miałeś być moim przyjacielem! Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie
wracaj!
Położyłem
rękę na szybie, próbując powstrzymać łzy.
- Wejdź. Chcesz zostać z nim sam? – pytała kobieta.
Skinąłem
głową.
Zabrała ze
sobą męża, z którym przywitałem się jedynie skinieniem głowy. Usiadłem na krzesełku
i chwyciłem go za rękę.
- Przepraszam. Tak bardzo przepraszam. Błagam
wybacz mi to wszystko co powiedziałem… - musiałem przerwać, gdyż gula w moim
gardle niemiłosiernie ciążyła. Czy płakałem? Tak. – Nie zostawiaj mnie. Błagam…
Nie myślę tak, wróć tu. Natychmiast otwieraj oczy. Należy mi się niezły
opierdol za to jak się zachowałem. Proszę się... Chodź tu do nas… J-Ja… Ja cię
naprawdę potrzebuję. Gdybym się tak nie zachował, gdybym tego nie powiedział…
Uwierz mi, nie chciałem cię skrzywdzić. Ciastek, błagam cię. Mogę nawet klęczeć
na kolanach. Dostaniesz roczny zapas słodyczy, który najpewniej zniknie w ciągu
kilku dni, tylko wróć do mnie. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że mógłbym cię
zapomnieć…
Chciałem,
żeby stał się cud, ale niestety życie nie jest takie proste.
~*~
Przychodziłem
codziennie przez całe dwa tygodnie. Zapewniałem, że mi na nim zależy, że chcę,
aby wrócił, że życie bez niego nie jest nic warte. Co to dało? No nic. Zaczynałem
wątpić, czy w ogóle mnie słyszy, ale kiedy tylko go widziałem…
- No hej. Znowu. Znowu nie odpowiesz, co?
Podobno mnie kochasz, więc powinnaś chcieć był przy mnie, a nie… Ja chcę.
Bardzo. Powiedz, naprawdę zakochałeś się w kimś takim jak ja? Może jednak nie?
Gdybym był na twoim miejscu to… - urwałem, czując… TAK! ON ŚCISNĄŁ MOJĄ RĘKĘ!!!
– Ciastek? To… Przepraszam. Oczywiście, że mnie kochasz.
Pocałowałem
wierzch jego dłoni, szczerząc się jak głupi.
- Zaraz wracam.
Pognałem po
lekarza, żeby mu o tym powiedzieć.
~*~
Tydzień
minął, a nic poza tym drobnym gestem się nie wydarzyło. Mimo to się nie
poddawałem. Przecież w końcu do mnie wróci. Musi.
Siedziałem
obok, już prawie zasypiając. Była niedziela, więc spokojnie mogłem przesiedzieć
cały dzień, co zrobiłem. Ledwo się obudziłem, a już siedziałem przy przyjacielu.
Nagle
poczułem ruch. Natychmiast się podniosłem i obserwowałem, jak te brązowe oczy otwierają
się powoli, jakby lekko zaspane.
- Ciastek? – wyszeptałem z ledwością.
Spojrzał na
mnie i otworzył usta, które ja zaraz przynosiłem swoimi. Dopiero kiedy się zetknęły,
oprzytomniałem, ale zrozumiałem, że to właśnie chcę. Delikatnie całowałem te
wyschnięte usteczka. Pogłaskałem go po policzku, po dłużej chwili dopiero się
odsuwając.
- Ja ciebie też – powiedziałem.
Skinął niezauważalnie
głową.
- Lecę po lekarza. Zaraz wracam, kochany.
Odwróciłem
się, a w drzwiach ujrzałem panią Stachoń.
- Zostań z nim. – Wyszła z uśmiechem.
Powróciłem do
chłopaka i uścisnąłem jego rękę.
- Mam nadzieję, że jeszcze chcesz być ze mną.
Jak mogłem odrzucić kogoś takiego jak ty…
- Chcę – wyszeptał tak cicho, że prawie niesłyszalnie.
Równie dobrze mógł być to tylko jakiś świst, ale ja słyszałem to magiczne
słowo.
Ostatni raz
musnąłem jego usta, a on znowu zasnął. Lekarz pojawił się sekundkę później.
poniedziałek, 31 października 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 32.
Rozdział 32.
Parę dni
później…
- Dobrze wiesz, że nie lubię tego typu imprez…
I tak nie jestem kawalerem.
Wydął
naburmuszony dolną wargę. Jak tu się nie uśmiechnąć? Poczochrałem jego włosy,
kręcąc głową z rozbawieniem.
- Ugh… No dobra, niech ci będzie. Przecież cię
nie zmuszę.
- Słuszna uwaga.
Spojrzał
jeszcze raz na mnie obrażony, choć i tak wybrał miejsce do przycupnięcia na moich kolanach, a nie obok na kanapie.
- Ale ja mogę? – spytał.
Zaśmiałem
się i przytuliłem go mocno. Może trochę za mocno.
- Jak
można być tak uroczym?
- Ej! – Uderzył mnie piąstką w ramię. Zaczął
się wyrywać z moich objęć, ale ja trzymałem mocno, jak boa – kiedy próbował się
uwolnić, ja zaciskałem jeszcze mocniej. – No puszczaj!
Jedną ręką
nadal kurczowo go trzymałem, a drugą chwyciłem za podbródek i pocałowałem.
Prawie natychmiastowo się uspokoił, nie pozostając biernym. Ostatni raz
pocałowałem go w kącik ust i spojrzałem w te czekoladowe paczałki.
- Już od jutra będę mógł do ciebie mówić, mój
mężu – stwierdziłem z wielkim uśmiechem.
Twierdząco
pokiwał głową.
Wstał z
ociąganiem i ostatni raz cmoknął mnie w usta.
- To ja się zbieram. Nie chcę, żeby chłopaki
na mnie czekali.
- Mhm… Masz rację pośpiesz się. Jak myślisz
dwie godziny ci wystarczą? Może powinieneś ich uprzedzić, że się spóźnisz?
Chociaż nie, myślę, że znają cię już tak długo… prędzej się zdziwią jak
przyjdziesz punktualnie.
Prychnął,
ostentacyjnie założył ręce na piersi i wyszedł obrażony.
Parsknąłem
śmiechem i ruszyłem w stronę kuchni, żeby przygotować sobie coś do jedzenia.
Akurat kończyłem smarować Nutellą kanapkę, kiedy weszła Wiki ze słuchawkami na
uszach. Stukała rytm, wyraźnie słyszany przeze mnie, o uda. Nalała sobie soku
jabłkowego do szklanki.
- Bo za szybko ogłuchniesz – zaśmiałem się.
Całkowicie
mnie zignorowała.
Parsknąłem
śmiechem i pociągnąłem ją za łokieć. Na migi musiałem tłumaczyć, żeby zdjęła
je.
- Mówiłeś coś?
- Tylko, żebyś przyciszyła. Skoro ja słyszałem
wyraźnie, to ty chyba masz głośniej niż na koncercie w pierwszych rzędach.
Oparłem się
o blat i ugryzłem kawałek kanapki.
Uśmiechnęła
się przepraszająco.
- Tak, tak…
Na miejscu
dopiła napój i odłożyła szklankę do zmywarki – nowy nabytek Marka, z którego
nad wyraz się cieszył. Niby nic
nadzwyczajnego, ale jakoś nigdy o tym nie myślałem, aż pewnego dnia ukochany
nie zażądał, żebym kupił.
- A czego słuchasz? Nie brzmi jak to do czego
tańczysz.
- Nie. Gazetki* grają świetną muzę, ale SHIVER nie nadaje się na utwór do
naszych układów, jak sam zauważyłeś.
- Gazetki?
Machnęła
tylko ręką i wyszła, zakładając znowu słuchawki, aczkolwiek zanotowałem zmianę
– już nie słyszałem żadnej piosenki, innymi słowy wyciszyła. Pokręciłem głową i
odłożyłem pusty talerz.
Miałem
jeszcze dużo czasu, a nie miałem co z nim zrobić. Niezadowolony z tego faktu
ruszyłem w stronę sypialni z nadzieją na wcześniejszy sen. Przebrałem się w
same spodnie od piżamy i zakopałem pod kołdrę. O dziwo szybko zasnąłem…
Obudziłem
się całkowicie wypoczęty. Odnotowałem, iż było nadal ciemno a Marek jeszcze nie
wrócił. W sumie to mi nie mówił, o której będzie… Zerknąłem na wyświetlacz
telefonu i jęknąłem załamany, widząc godzinę wpół do pierwszej. Środek nocy, a
mi się nie chce już spać. Tego dnia miałem wylatywać z ukochanym do Francji.
Mimowolnie się do siebie uśmiechnąłem na myśl, że ten kosmita zostanie moim
mężem. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy, tego nie da się opisać słowami.
Oczywiście nie zapomniałem o Ani, aczkolwiek życie płynie dalej, a zawsze w
moim sercu było miejsce dla tych dwóch osób. Nie potrafię powiedzieć, kogo
kochałem bardziej.
Znudzony
leżeniem w łóżku i gapieniem się na sufit postanowiłem wstać. Przeczesałem
pacami moje długie włosy i ruszyłem w stronę kuchni, żeby sobie zrobić herbatę.
- Matko… - Aż się cofnąłem zaskoczony. Nie spodziewałem
się tam spotkać kogokolwiek, nie tak późno. – Makoto? Co ty tutaj robisz?
- Och, bardzo pana przepraszam…
Uśmiechnąłem
się do niego ciepło i włączyłem czajnik.
Przyjrzałem
się nastolatkowi. Miał bledszą skórę niż wcześniej zanotowałem, rozczochrane
włosy, podkrążone oczy. Był w czarno-białej piżamie przypominającej pandę – czarno-białe
spodnie, a bluzka z wizerunkiem pandy na białym tle i czarnymi rękawami.
Słodka.
- Czemu nie śpisz?
Wzruszył
ramionami.
- Nie mogę zasnąć. Może to przez zmianę… no
wie pan. Że jestem na zupełnie innym kontynencie.
- Ja też nie mogę. Chyba za wcześnie poszedłem
do łóżka, ale nie miałem co robić.
Zalałem
torebeczkę z herbatą gorącą wodą, dodałem dwie łyżeczki cukru, wymieszałem. Wyrzuciłem
torebeczkę, dorzuciłem plasterek cytryny. Idealnie. Usiadłem obok chłopaka.
- I jak ci się podoba w Polsce? – postanowiłem
zagadać pierwszy.
- Bardzo. – Uśmiechnął się. – To jest kraj
zupełnie inny od Japonii. Cieszę się, że mogłem tutaj przyjechać. I naprawdę
dziękuję za gościnę.
Poczochrałem
jego czuprynę.
- Uroczy jesteś – stwierdziłem.
Zarumienił
się i utkwił wzrok w swoich dłoniach.
- Może jednak spróbujesz zasnąć, hm? Jutro o
dwunastej już wylatujemy, więc wypadałoby się wyspać.
- Mi to pan mówi? – spytał rozbawiony.
- Hej! Ja się wyspałem. – Zaśmiałem się,
opierając się wygodniej o oparcie krzesła. – Ale serio musisz iść spać.
- Wiem.
Mimo o
żaden z nas się nie ruszył.
- To może coś mi o sobie opowiesz? Czym się
interesujesz? Jakiej muzyki słuchasz? – zaproponowałem.
- Hm… W sumie to głównie słucham takich
zespołów jak Nirvana, Linkin Park, Guns N’ Roses, ONE OK ROCK… No to przede wszystkim.
- Pierwsze trzy zespoły kojarzę, ale ostatni…
- Japoński – wyjaśnił z uśmiechem. – Nie mam
jakiegoś konkretnie ukierunkowanego gustu, zależny od nastroju, czasami wolę
coś mocniejszego, czasami spokojniejszego…
- Spokojniejszego? – spytałem ze śmiechem. – Chyba
tylko to… to… no to czego nie znam.
Parsknął
śmiechem i wstał.
- Proszę mi wybaczyć, zaraz wrócę.
Wyszedł, a
ja zachodziłem w głowę, jak takie dzieci się uchowały.. w sensie kulturalne. Po
chwili wkroczył do kuchni z telefonem i słuchawkami w ręce. Podał mi jedną,
którą od razu włożyłem do ucha. Puścił pierwszą.
- To jest Shake it down. Jest mocniejsza.
A teraz na przykład puszczę… - Szukał czegoś, a ja w tym czasie wsłuchiwałem
się w melodię. Może i nie moje klimaty, ale nie było złe. – O! Może The Way Back. – Usłyszałem kolejną piosenkę
już trochę bardziej… nie wiem może trochę z muzyką popową mi się skojarzyło, aczkolwiek
taką z pazurkiem.
- Ta jest fajna – stwierdziłem.
- Cieszę się.
Jeszcze przegadaliśmy
z godzinę, aż w końcu zmusiłem go do pójścia do łóżka. W tym samym czasie
pojawił się Marek.
- Kochanie! Dlaczego nie śpisz? – spytał
podpitym głosem.
Skrzywiłem
się delikatnie.
- Chodź. – Pociągnąłem go w stronę łazienki i
tam zamknąłem. – Wykąp się i idziemy spać.
- Marcin…
- Nie – uciąłem.
Westchnął,
a po chwili usłyszałem szum wody. Zadowolony poszedłem wreszcie jeszcze trochę
pospać. Udało mi się dopiero, kiedy ciepłe ciałko oplotło mnie swoimi
kończynami mrucząc dobranoc.
*the GazettE
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)