Rozdział 4.
Dwa tygodnie później…
Siedziałem w pokoju i patrzyłem na
ścianę naprzeciwko. Wisiała tam półeczka, a na niej leżały kolorowe karteczki.
Obok nich znajdowało się kilka żółtych kwiatów. Chciałem je ususzyć i zachować.
Zapewne domyślacie się, że to
wszystko to prezenty od pana Tulip. Co dziennie dostawałem jedno pudełeczko z
tulipanem i liścikiem w środku. No nie codziennie, gdyż szkoła jest tylko
(TYLKO??? Daniel, idź się lecz) pięć dni w tygodniu, a on podobno nie wie gdzie
mieszkam żeby mi to podrzucić.
Przywiązałem się do niego i zawsze
wyczekiwałem prezentu. Lubiłem czytać kilka razy ten sam list, czy wąchać lub
głaskać płatki kwiatów. W magiczny sposób przestałem narzekać, że muszę iść do
szkoły. Trudno mi było wyobrazić sobie jakby to było gdyby przestał podrzucać
mi niebieskie pudełeczka.
Swoją drogą kiedyś się zastanawiałem
skąd on bierze ich tyle. Problem został rozwiązany wraz z pomysłem żebym
czasami oddawał mu je, bo nie miałem gdzie ich kłaść. Następnego dnia okazało
się, że moja propozycja została
rozpatrzona pozytywnie. Pod koniec tygodnia miałem oddawać je pani
Agnieszce, natomiast ona przekazywała panu Tulip. Niestety robiłem tak już dwa
razy, ale nie udało mi się wyciągnąć od bibliotekarki żadnego, nawet najmniejszego, szczegółu o
nim. To jeszcze bardziej podsycało moją ciekawość i zainteresowanie nowym
znajomym nieznajomym, jak go czasami nazywałem.
Ciągle nie wiedziałem nic o nim poza
wiekiem, kolorem włosów (czarne), pasją do motocykli (to mi raczej niewiele może
podpowiedzieć, bo nie będę łazić do każdego bruneta o rok starszego, a szkoła
ma klasy a, b, c, d, z pytaniem, czy
je lubi) oraz tym, że mu się bardzo podobam.
Niestety była wtedy niedziela i
zamiast robić coś bardziej produktywnego, przynajmniej w moim mniemaniu, po
prostu gapiłem się w jeden punkt myślami będąc przy tym chłopaku.
- Synek, co ci się dzieje? Zakochałeś się czy
co? – Wszedł ojciec.
- Nie. To jest bardziej skomplikowane. – Dalej
siedziałem z wzrokiem skupionym na tulipanach.
- Jest coś bardziej skomplikowanego od
miłości, zwłaszcza wśród nastolatków? – Kiwnąłem głową. – I zakładam, że nic mi
nie zdradzisz? – Znowu ten sam ruch. – Eh… To chociaż przyznaj się o co chodzi z
tymi kwiatkami i karteczkami.
- Naprawdę wierzysz, iż ci cokolwiek na ten
temat powiem?
- Wiara czyni cuda – uśmiechnął się – więc kto
wie?
Nic nie odpowiedziałem.
W końcu się poddał, wyszedł.
Zerknąłem na zegarek i przekląłem pod nosem. Byłem umówiony z Miłoszem.
Zawsze narzekał, że się spóźniam,
dlatego obiecałem mu, iż to się więcej nie powtórzy. No to sobie naobiecywałem.
Szybko narzuciłem na siebie bluzę,
założyłem buty i wybiegłem z mieszkania.
Na miejsce dotarłem dziesięć minut po
czasie.
A może mnie nie zabije? Może…
Zadzwoniłem dzwonkiem przy drzwiach.
Rozległo się szczekanie psa i chwilkę później ujrzałem niezadowolonego kolegę.
- Siemka. – Podniosłem rękę do góry w geście
powitania.
- Miło, że w ogóle dotarłeś.
Odsunął się żebym mógł wejść. Tak też
uczyniłem. Poszliśmy do jego pokoju.
- No sorry, stary – uśmiechnąłem się
przepraszająco.
- Ty się kiedyś na własną randkę spóźnisz i
zobaczysz, czy ta laska będzie taka wyrozumiała.
Nie wiedzieć czemu od razu przyszedł
mi do głowy pan Tulip.
Swoją drogą to można by się wreszcie z nim spotkać…
- Ziemia do Daniela, zgłoś się – kumpel zaczął
machać ręką przed moim nosem.
- Ha, ha, ha – zaśmiałem się ironicznie.
- To twoje odpływanie bywa niebezpieczne –
stwierdził.
Usiedliśmy przed jego konsolą.
Oczywiście zapalony pilot musiał wybrać grę o samolotach. Po pierwszych kilku
rundach i wyniku 5:0 dla Miłosza uznałem, że przydałaby się przerwa zanim
całkowicie się nie skompromitowałem... o ile już nie było za późno.
Wyszliśmy do kuchni po coś do picia.
- No dobra – zaczął nalewając do szklanek sok
pomarańczowy. – O co chodzi z tymi pudełeczkami?
I jak tu wybrnąć?
- To nic takiego. – Odebrałem swoje naczynie i
od razu zacząłem pić bardzo powoli, tak żeby przedłużyć ten moment.
- No przyznaj się! – Odebrał mi je. – Nie
udawaj, że tak długo zajmuje ci wypicie tego. Przecież cie nie wyśmieję.
Jasne. Tylko wyrzucisz za próg i zaczniesz unikać. To nic takiego.
- Lepiej będzie jak ci nic nie powiem –
uśmiechnąłem się przepraszająco i wyszedłem do pokoju.
Podążył za mną niezadowolony. Kiedy
już znaleźliśmy się w środku pchnął mnie na łóżko i usiadł na moich nogach.
Gdybyś wiedział o mojej orientacji to, to byłaby ostatnia rzecz jaką byś
zrobił… no przynajmniej z tego co robisz.
- Przyznaj się albo…
Wyciągnął ręce nad mój brzuch
ruszając placami.
- Nie zrobisz tego… - dobrze wiedziałem co
planuje.
Ten tylko się wyszczerzył i zaczął
gilgotać. Śmiałem się próbując wydostać.
- P - przestań! Ha, ha!
Faktycznie tak zrobił.
- Powiesz, czy nie?
- No… - Co
wymyślić…? – Zakochałem się.
- Serio? – Aż odskoczył, na co ja się
skrzywiłem. Nic nie poradzę, że był ciężki, nie gruby, ale spróbujcie tak sami
to zobaczycie. – Sorki. – Zszedł. – W kim?
- Nic ci więcej nie powiem i nie szantażuj mnie, bo sobie pójdę – zagroziłem.
- Nic ci więcej nie powiem i nie szantażuj mnie, bo sobie pójdę – zagroziłem.
Pomogło. Więcej już o nic nie pytał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz