czwartek, 29 października 2015

Tulipan - Rozdział 4.



Rozdział 4.
Dwa tygodnie później…
Siedziałem w pokoju i patrzyłem na ścianę naprzeciwko. Wisiała tam półeczka, a na niej leżały kolorowe karteczki. Obok nich znajdowało się kilka żółtych kwiatów. Chciałem je ususzyć i zachować.
Zapewne domyślacie się, że to wszystko to prezenty od pana Tulip. Co dziennie dostawałem jedno pudełeczko z tulipanem i liścikiem w środku. No nie codziennie, gdyż szkoła jest tylko (TYLKO??? Daniel, idź się lecz) pięć dni w tygodniu, a on podobno nie wie gdzie mieszkam żeby mi to podrzucić.
Przywiązałem się do niego i zawsze wyczekiwałem prezentu. Lubiłem czytać kilka razy ten sam list, czy wąchać lub głaskać płatki kwiatów. W magiczny sposób przestałem narzekać, że muszę iść do szkoły. Trudno mi było wyobrazić sobie jakby to było gdyby przestał podrzucać mi niebieskie pudełeczka.
Swoją drogą kiedyś się zastanawiałem skąd on bierze ich tyle. Problem został rozwiązany wraz z pomysłem żebym czasami oddawał mu je, bo nie miałem gdzie ich kłaść. Następnego dnia okazało się, że moja propozycja została rozpatrzona pozytywnie. Pod koniec tygodnia miałem oddawać je pani Agnieszce, natomiast ona przekazywała panu Tulip. Niestety robiłem tak już dwa razy, ale nie udało mi się wyciągnąć od bibliotekarki  żadnego, nawet najmniejszego, szczegółu o nim. To jeszcze bardziej podsycało moją ciekawość i zainteresowanie nowym znajomym nieznajomym, jak go czasami nazywałem.
Ciągle nie wiedziałem nic o nim poza wiekiem, kolorem włosów (czarne), pasją do motocykli (to mi raczej niewiele może podpowiedzieć, bo nie będę łazić do każdego bruneta o rok starszego, a szkoła ma klasy a, b, c, d, z pytaniem, czy je lubi) oraz tym, że mu się bardzo podobam.
Niestety była wtedy niedziela i zamiast robić coś bardziej produktywnego, przynajmniej w moim mniemaniu, po prostu gapiłem się w jeden punkt myślami będąc przy tym chłopaku.
 - Synek, co ci się dzieje? Zakochałeś się czy co? – Wszedł ojciec.
 - Nie. To jest bardziej skomplikowane. – Dalej siedziałem z wzrokiem skupionym na tulipanach.
 - Jest coś bardziej skomplikowanego od miłości, zwłaszcza wśród nastolatków? – Kiwnąłem głową. – I zakładam, że nic mi nie zdradzisz? – Znowu ten sam ruch. – Eh… To chociaż przyznaj się o co chodzi z tymi kwiatkami i karteczkami.
 - Naprawdę wierzysz, iż ci cokolwiek na ten temat powiem?
 - Wiara czyni cuda – uśmiechnął się – więc kto wie?
Nic nie odpowiedziałem.
W końcu się poddał, wyszedł. Zerknąłem na zegarek i przekląłem pod nosem. Byłem umówiony z Miłoszem.
Zawsze narzekał, że się spóźniam, dlatego obiecałem mu, iż to się więcej nie powtórzy. No to sobie naobiecywałem.
Szybko narzuciłem na siebie bluzę, założyłem buty i wybiegłem z mieszkania.
Na miejsce dotarłem dziesięć minut po czasie.
A może mnie nie zabije? Może…
Zadzwoniłem dzwonkiem przy drzwiach. Rozległo się szczekanie psa i chwilkę później ujrzałem niezadowolonego kolegę.
 - Siemka. – Podniosłem rękę do góry w geście powitania.
 - Miło, że w ogóle dotarłeś.
Odsunął się żebym mógł wejść. Tak też uczyniłem. Poszliśmy do jego pokoju.
 - No sorry, stary – uśmiechnąłem się przepraszająco.
 - Ty się kiedyś na własną randkę spóźnisz i zobaczysz, czy ta laska będzie taka wyrozumiała.
Nie wiedzieć czemu od razu przyszedł mi do głowy pan Tulip.
Swoją drogą to można by się wreszcie z nim spotkać…
 - Ziemia do Daniela, zgłoś się – kumpel zaczął machać ręką przed moim nosem.
 - Ha, ha, ha – zaśmiałem się ironicznie.
 - To twoje odpływanie bywa niebezpieczne – stwierdził.
Usiedliśmy przed jego konsolą. Oczywiście zapalony pilot musiał wybrać grę o samolotach. Po pierwszych kilku rundach i wyniku 5:0 dla Miłosza uznałem, że przydałaby się przerwa zanim całkowicie się nie skompromitowałem... o ile już nie było za późno. 
Wyszliśmy do kuchni po coś do picia.
 - No dobra – zaczął nalewając do szklanek sok pomarańczowy. – O co chodzi z tymi pudełeczkami?
I jak tu wybrnąć?
 - To nic takiego. – Odebrałem swoje naczynie i od razu zacząłem pić bardzo powoli, tak żeby przedłużyć ten moment.
 - No przyznaj się! – Odebrał mi je. – Nie udawaj, że tak długo zajmuje ci wypicie tego. Przecież cie nie wyśmieję.
Jasne. Tylko wyrzucisz za próg i zaczniesz unikać. To nic takiego.
 - Lepiej będzie jak ci nic nie powiem – uśmiechnąłem się przepraszająco i wyszedłem do pokoju.
Podążył za mną niezadowolony. Kiedy już znaleźliśmy się w środku pchnął mnie na łóżko i usiadł na moich nogach.
Gdybyś wiedział o mojej orientacji to, to byłaby ostatnia rzecz jaką byś zrobił… no przynajmniej z tego co robisz.
 - Przyznaj się albo…
Wyciągnął ręce nad mój brzuch ruszając placami.
 - Nie zrobisz tego… - dobrze wiedziałem co planuje.
Ten tylko się wyszczerzył i zaczął gilgotać. Śmiałem się próbując wydostać.
 - P - przestań! Ha, ha!
Faktycznie tak zrobił.
 - Powiesz, czy nie?
 - No… - Co wymyślić…? – Zakochałem się.
 - Serio? – Aż odskoczył, na co ja się skrzywiłem. Nic nie poradzę, że był ciężki, nie gruby, ale spróbujcie tak sami to zobaczycie. – Sorki. – Zszedł. – W kim?
 - Nic ci więcej nie powiem  i nie szantażuj mnie, bo sobie pójdę – zagroziłem.
Pomogło. Więcej już o nic nie pytał. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz