środa, 30 listopada 2016

Do czytelników.

Cześć! Jest mały problem - otóż w najbliższym czasie nie będę publikować nic tutaj. Nie wiem, ile to potrwa, mam nadzieję, że nie długo.
To tyle. Paa
Milly (X_X)

czwartek, 24 listopada 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 35.

Rozdział 35.
Zaraz po powrocie do hotelu Marek poszedł się umyć, a ja zaraz po nim.
Czysty z ręcznikiem przewiązanym w pasie wróciłem do ukochanego. Stał tyłem, patrząc na widok za oknem w czerwonym szlafroczku. Cicho podszedłem bliżej i objąłem w pasie, przytulając od tyłu. Zaskoczony podskoczył, ale zaraz uśmiechnął się nadal patrząc przed siebie. Fakt, pięknie się prezentowało miasto nocą. Zacząłem delikatnie muskać skórę jego szyi, na co on przechylił głowę dając mi lepszy dostęp. Rękami niespiesznie rozwiązałem węzeł i powoli zsunąłem materiał z prawego ramienia by zaraz tam się przenieść swoimi wargami. Niedługo cały materiał wylądował na podłodze. Dopiero wtedy odwrócił się w moją stronę, zarzucając ręce na szyję, wyciągając je za mną. Natychmiast jedna dłoń położyłem na bladej skórze na jego boku, a drugą na tyle głowy, przyciągając go do pocałunku. Oparł się o okno, cicho wzdychając, kiedy znowu zacząłem drażnić wrażliwą skórę szyi. Przyssałem się na niej na dłużej, żeby zaraz znowu przygryźć zaczerwienione miejsce, co równało się jękowi Marka. Wziąłem go za rękę i poprowadziłem w stronę ogromnego łóżka. Nikt nic nie mówił, co nadawało jeszcze bardziej intymny nastrój. Położył się na środku, podpierając się na łokciach, jedna noga była zgięta z kolanie. Uśmiechnąłem się na to i odwinąłem ręcznik, który swobodnie opadł. Wszedłem na materac, natychmiast całując go namiętnie. Powoli odsuwając się, zmusiłem go, żeby również usiadł. Zaraz wplótł palce w moje włosy, pociągając za nie lekko. Natomiast ja odwinąłem z nadgarstka pasek swojego szlafroka i odrobinę odsunąłem się od ukochanego. Cienki materiał zasłonił czekoladowe oczy, zawiązałem z tyłu kokardkę i znowu musnąłem pełne, mailowe usta, nabrzmiałe od pocałunków.
 - Ufasz mi? – wyszeptałem do jego ucha.
Zagryzł dolną wargę i skinął głową.
 - Połóż się – poleciłem nadal ściszonym głosem.
Kiedy jego głowa wylądowała na poduszkach, zabrałem jego nadgarstki do góry i związałem paskiem od jego szlafroka, zapożyczonym podczas pocałunków przy oknie. Nie miałem, o co zahaczyć, jednak liczyłem, że nie będzie próbował ich stamtąd zabrać.
Znowu nasze wargi połączyły się w miłosnym tańcu, ale gdy tylko próbował go pogłębić, odsunąłem się, co wywołało jego jęk frustracji. Przejechałem opuszkiem palca po środku torsu mężczyzny, zadowolony wyczuwając, jak wszystkie mięśnie się napinają. Podobno, kiedy jeden bodziec będzie nieaktywny jak w tym przypadku wzrok, reszta się nasila, a reakcje Marka potwierdzały to.
Wstałem i ruszyłem w stronę mojej półki, w której skrywałem sos czekoladowy, kupiony specjalnie na tę okazję. Stałem jeszcze przez chwilę obserwując coraz bardziej niecierpliwego karmelowowłosego.
 - Marcin, co się… - urwał, kiedy przejechałem palcem z czekoladą po jego policzku. Szybko zniknęła, zostając zlizana.
Odznaczyłem tak jeszcze kilka punktów na jego ciele, dobrze pamiętając mapę ciała ukochanego. To był zdecydowanie najsłodszy deser jaki jadłem…
W końcu pozwoliłem mu spróbować, nakładając odrobinę na dolną i górną wargę, po czym go pocałowałem. Widziałem kątem oka jak chce poruszyć rękami, ale węzły były wystarczająco mocne, że szarpanie, czy ciągnięcie nic nie dawało. Odsunąłem się odrobię, tak żeby z każdym słowem drażnić jego usta.
 - Nie ruszaj.
 - Rozwiąż – poprosił.
Przejechałem dłonią po jego boku, ale po namyśle przeniosłem ją na ramię czekoladowookiego, zbliżając się do węzła.
 - Nie – odparłem, sprawdzając, czy na pewno mocno trzyma.
Odsunąłem się, znajdując dogodnie miejsce pomiędzy jego nogami. Wylałem trochę sosu na jego dumnie sterczący członek, co wywołało jęk Marka, nie wiem, czy spowodowane tym uczuciem, czy świadomością co się zaraz wydarzy. Pogłaskałem wewnętrzną stronę uda, a widząc, że czekoladowa strużka już prawie spłynęła po same jądra zlizałem ją jak z loda w wafelku, który za szybko się topi. Wyczyściłem go doszczętnie, wsłuchując się w jęki kochanka. Wystarczyło zassać się na czubku, a poczułem jak ciepła, biała ciecz wystrzeliwuje z nabrzmiałego wzwodu. Odetchnął ciężko. Obserwowałem jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Nie dałem mu długo spokoju, znowu stymulując jego penisa swoimi ustami. Wyjątkowo wrażliwy chłopak zaraz po orgazmie jęczał słodko, niecierpliwie poruszając nogami. W końcu wstałem, na co ukochany prychnął poirytowany. Zaśmiałem się, a to spowodowało jeszcze większe oburzenie mężczyzny. Na jego szczęście sam już chciałem znaleźć się w tym ciasnym tunelu, także zabrałem ze sobą nawilżenie i powróciłem do ukochanego.
Zarzuciłem jego nogi na zwoje ramiona, a wraz z pierwszym palcem rozciągającym go, usłyszałem westchnie przepełnione ulgą.
 - Kocham cię – powiedziałem, dokładając kolejny.
 - J-ja ciebie też.
 - Bardzo.
 - Ja ciebie też.
 - I nigdy nie przestanę.
 - Ja ciebie też – powtórzył po raz kolejny.
Kiedy skończyłem, puściłem jego nogi i przeniosłem się wyżej. Prychnął niezadowolony, co skwitowałem śmiechem. 
 - Nawet nie wyobrażasz sobie jaka to radość, wiedzieć że jesteś MOIM mężem. – Pocałowałem go w miejsce gdzie była obrączka.
 - A ty moim. Już na zawsze.
 - Dokładnie.
Szybkim ruchem odwiązałem jego nadgarstki, na co odetchnął z ulgą. Powróciłem na uprzednie miejsce, ułożyłem sobie jego nogi na biodrach i jednym płynnym ruchem wszedłem w niego. Jego plecy wygięły się ku górze. Pochyliłem się, żeby móc go pocałować, a ukochany objął mnie rękami, przyciągając bliżej. Po chwili poruszyłem się na próbę, a nie widząc sprzeciwu, przyśpieszyłem. Całowałem go po szyi, a szczupłe palce wbijały się w mój bark. Orgazm dopadł nas niemal w tym samym czasie. Wysunąłem się i ułożyłem obok Marka, ściągając mu przepaskę. Przejechał opuszkami palców po moim policzku, słodko się uśmiechając.
 - Nie spodziewałem się tego po tobie – stwierdził.
 Położyłem rękę na jego biodrze i przysunąłem bliżej.
 - Jesteś cudowny. – Pocałował mnie delikatnie.
Nic nie mówiłem, patrząc w te szczęśliwe, piękne oczy.
Wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał, ale bał się powiedzieć.
 - Co jest? – spytałem.
Zaskoczony moim pytaniem speszył się trochę.
 - No bo… Pomyślałem… Jeśli nie chcesz to nic się nie stało, naprawdę…
 - Ale co? – spytałem rozbawiony.
 - Czy mógłbym… Spróbować być na górze?
Zagryzł dolną wargę, wyczekując odpowiedzi, a ja zastawiałem się czy chodzi mu o to samo, co mi…
 - W sensie? – wolałem się upewnić.
 - Uch… - Przeniósł dłoń na mój pośladek i lekko go ścisnął. – Takim.
Nachyliłem się do jego ucha i wyszeptałem, muskając małżowinę:
 - Jak myślisz, jaka będzie moja odpowiedź?
 - Nie wiem.
Objąłem go i przeturlałem nas tak, że leżał na mnie.
 - A dlaczego boisz się spytać?
 - Bo nie wiem jak zareagujesz.
 - Niepotrzebnie. – Pocałowałem go w miejsce malinki.
 - To znaczy tak?
 - Mhm…
W sumie to sam byłem ciekawy jak to jest.
Uśmiechnął się szeroko i mocno pocałował. Zamruczałem zadowolony, całkowicie poddając się mężowi. Uniósł się trochę, nadal badając moje podniebienie językiem. Jedną ręką przeczesywał moje włosy, a drugą podpierał się. Jego biodra nieustannie drażniły mojego członka, który powoli budził się do życia. Kiedy zjechał ustami na moją szyję, powiedziałem:
 - Przestań, bo inaczej nie wytrzymam, rzucę cię na materac i wbiję w ciebie głęboko.
Usłyszałem przy uchu cichy jęk.
 - Shhh teraz moja kolej.
Muskał delikatnie moją skórę palcami, doprowadzając mnie do szaleństwa. W końcu znudziło mu się to, chyba również był zniecierpliwiony.
 - Odwróć się – wyszeptał, a na koniec ugryzł mnie we wrażliwe ucho.
Wykonałem polecenie, ciekawy co dalej. Zjeżdżał pocałunkami po moim kręgosłupie coraz niżej, a całe moje ciało spięło się, wyczekując co dalej. Z tej ekscytacji byłem bardziej pobudzony i niecierpliwy niż zwykle. Nieraz to Marek dominował w łóżku, różnie bywało, ale zawsze najwyżej się kończyło na ujeżdżaniu mnie, a nie…
Odgłos utknął mi  w gardle, kiedy poczułem jak coś śliskiego napiera na moją dziurkę… Nie, to nie było coś… Jego język wbijał się we mnie, a ja straciłem zdolność logicznego myślenia. To było tak niesamowite uczucie, nie do opisania. Pieprzył mnie swoim gorącym organem, a ja drapałem poduszkę, nie mogąc uleżeć spokojnie. W końcu został zastąpiony jednym palcem, zaraz drugim, trzecim, czwartym… Nie mogłem powstrzymać się od jęku, kiedy podrażnił jakieś miejsce, które zawsze wysyłało ukochanego w stronę gwiazd. To było za dobre… Cudem powstrzymywałem się, żeby nie skończyć za wcześnie. No i nagle powróciłem na Ziemię, czując ból, kiedy jego członek powoli wchodził we mnie.
 - Shit… Czekaj chwilę – poprosiłem.
Może nie było to nie do wytrzymania, ale nie lubię bólu, nie jestem zbyt odporny na niego.
 - Oczywiście – mówiąc to głaskał mnie po biodrze i całował kark.
Kiedy w końcu się przyzwyczaiłem, zaczął się poruszać. Uczucie było bardzo dziwne, trudno powiedzieć, czy przyjemne, czy nie. Jednak wystarczyło, że trafił w odpowiedni punkt, a znowu wróciłem do raju. Było niesamowicie.  
Odpadłem trochę za szybko, ale to był mój pierwszy raz, więc… Po chwili czekoladowooki dołączył do mnie. Obróciłem się na bok, a mój kosmita wykorzystał okazję i szybko ułożył się wygodnie, wtulając się i mrucząc jak kot.
Chciałem coś powiedzieć, ale zauważyłem, iż prawie od razu zasnął, więc ja również wybrałem się do krainy snów, przygotowując się mentalnie na opieprz z rana za to, że pozwoliłem mu tak iść spać, kiedy to się nie umył.


sobota, 19 listopada 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 34.

Rozdział 34.
Przeczesałem ostatni raz włosy, stojąc przed lustrem w łazience. Cholernie się stresowałem, jakby to był mój pierwszy ślub.
Zmarszczyłem czoło, niespodziewanie dostrzegając coś.
 - Marek…
 - No? – dobiegł mnie głos z sypialni.
 - Ja siwieję! – Przyglądałem się kilku włosom, które przybrały niepożądaną barwę.
Zaraz przyszedł i obrócił mnie przodem do siebie.
 - Faktycznie. – Przysunął się bliżej mojego ucha i wyszeptał: - Jak dla mnie to teraz wyglądasz bardziej dojrzale i seksownie…
Objąłem go w pasie i popchnąłem na umywalkę.
 - A to wcześniej nie wyglądałem? – spytałem zaczepnie.
Zagryzł dolną wargę, trzymając mnie za kołnierz niezapiętej koszuli.
 - Nie łap mnie za słówka. Jak dla mnie to ty zawsze wyglądasz jak bóg seksu.
 - Tak? – zamruczałem mu do ucha. Po namyśle delikatnie je ugryzłem.
Odepchnął mnie, wygładził swoją marynarkę i wyszedł.
 - Musimy się zbierać.
Zaśmiałem się pod nosem.
 - Tak jest!

Myślałem, że chyba zaraz zemdleję.
 - OK? – zagadał Michał, wieloletni przyjaciel.
 - Ta… Duszno tutaj, nie?
Wzruszył ramionami.
 - No, no, no… - Zerknął za mnie. – Marek to ma ładne koleżanki. Wiesz może, czy wolna jest ta blondi z biustem w rozmiarze D?
Zaśmiałem się, kręcąc głową.
 - Ty nigdy się nie zmienisz.
 - Nic na to nie poradzę. To jak?
 - Idź spytać moją przyszłą żoncie. Nie wiem, gdzie poszedł – wyprzedziłem jego pytanie.
 - No dobra.
Zaraz zniknął gdzieś między innymi ludźmi.

Stałem po prawej stronie ukochanego, słuchając jak mówi swoją formułkę. W końcu przyszła kolej na mnie.
 - Biorę sobie ciebie, Marku, za męża
 - Biorę sobie ciebie, Marku, za męża – powtórzyłem za starszą, miłą panią.
 - … i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską…
 - …i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską…
 - ...będę trwał przy tobie w zdrowiu i w chorobie, że cię nie opuszczę, aż do śmierci…
 - ...będę trwał przy tobie w zdrowiu i w chorobie, że cię nie opuszczę, aż do śmierci…
 - …oraz, że nie będę mówił o małżonku, jak o kobiecie.
 - …oraz, że… CO??? – urwałem zaskoczony.
Zgromadzeni wybuchnęli śmiechem, bez wyjątku. Spojrzałem z niedowierzaniem na Marka, który starał się przybrać, jak najbardziej anielski wyraz twarzy. Pokręciłem głową, w końcu również zaczynając się śmiać.
 - Kocham cię, wiesz? – spytałem, uspokajając się.
 - …i nigdy nie przestanę. – Puścił oczko.
 - Przejdźmy dalej – zarządziłem, kiedy już większość przestała chichotać.
 - Na znak zawarcia związku małżeńskiego, proszę nałożyć obrączkę parterowi – powiedziała siwowłosa.
Tak też uczyniliśmy. Uśmiechnąłem się do niego i zanim padło możesz pocałować pana młodego, trzymałem go w ramionach, całując te słodkie, malinowe usta.

Po kolei podchodzili do nas goście, aby złożyć życzenia. Trwało to wieki. Kiedy w końcu mogliśmy być chwilę sami, upiłem łyk szampana i nachyliłem się do ucha swojego męża.
 - Jesteś niemożliwy.
Zaśmiał się cicho i cmoknął mnie w usta.
 - Mała zemsta.
 - Co ja z tobą mam – westchnąłem teatralnie.


wtorek, 15 listopada 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 33.

Rozdział 33.
Wyspany patrzyłem na twarz narzeczonego, który jeszcze spał z lekko uchylonymi ustami. Głaskałem go po głowie, mogąc tak leżeć godzinami. Obudziłem się za wcześnie, ale nie miałem powodów do narzekań. W końcu ujrzałem jak powoli się budzi, marząc nos i ziewając.
 - Cześć, śpiochu – przywitałem go.
 - Mm… Która godzina? – spytał zaspanym głosem.
 - Gdzieś po siódmej. Pora wstawać.
Pocałowałem go w czółko i zwlokłem się z łóżka.
Wziąłem z szafy pierwsze lepsze ubrania i udałem się do łazienki, żeby szybko się ogarnąć. Następnie zszedłem do kuchni, aby zjeść jakąś kanapkę i akurat, kiedy skończyłem, wszedł Marek. Wyglądał jak zwykle olśniewająco, przez co trochę się na niego zagapiłem, ale zaraz się zreflektowałem. Przyciągnąłem go do krótkiego, jednakże mocnego pocałunku, co wywołało westchnienie pełne zaskoczenia mojego kosmity.
 - Muszę lecieć. Gdzieś za godzinkę powinienem wrócić.
 - Gdzie… - nim zdążył dokończyć, ja już zamykałem za sobą drzwi.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w stronę cmentarza. Parking był pusty, ludzi nigdzie nie wiedziałem, na co odetchnąłem z ulgą. Wziąłem margaretkę, którą tak lubiła moja żona i udałem się w stronę jej nagrobka. Włożyłem kwiat do wazonu z marmuru i usiadłem na ławeczce… a przynajmniej podróbce ławeczki.
 - Cześć! Uff dzisiaj ciężki dzień. Nie wierzę, że znowu jestem z Markiem, za parę godzin będzie moim mężem. To jest jak sen. Naprawdę żałuj, iż nie miałaś szansy go poznać, to jest wspaniały facet. Jest możliwość, żeby duch znalazł się tak daleko, żebyś była na moim ślubie? Wspaniale by było wiedzieć, iż będziesz… Ej bo nie masz mi za złe, że znowu biorę ślub? … Nie, to do ciebie niepodobne, mój aniołku. Tylko nie zapomnij – kocham cię. To się nigdy nie zmieni… tak jak moja miłość do Marka. Eh… Szkoda, że twoi rodzice nie mogą tego zrozumieć. Sądzą, że o tobie zapomniałem. Jakby to było możliwe – zaśmiałem się. – Oni byli fajni, szkoda, że jak się dowiedzieli o moim związku z Markiem nagle przestałem być ulubionym zięciem… A tak zmieniając temat to Makoto w sumie jest całkiem fajny chłopak, no nie? Wczoraj w nocy trochę z nim pogadałem, żaden z nas nie mógł zasnąć. Mam nadzieję, że Wiki będzie z nim szczęśliwa. No i że tam w niebie wszystko dobrze. – Uśmiechnąłem się i pogłaskałem marmur, czując pod palcami jego gładką, zimną teksturę. – To co, będziesz mogła wyjechać na urlop do Francji chociaż na trochę? – spytałem śmiejąc się przy tym przez łzy, nagle napływające do moich oczu.
 - Mam nadzieję. – Podskoczyłem zaskoczony, słysząc czyjś jeszcze głos.
Odwróciłem się z uśmiechem w stronę Marka.
 - Co ty tu robisz?
 - Przyjechałem się pożegnać i zapewnić ją, że postaram się być najlepszym mężem na jakiego mnie stać. – Pochylił się i przytulił mnie od tyłu. – Nie zimno ci? Masz lodowate policzki – stwierdził po pocałowaniu jednego z nich.
 - Może trochę. Długo tu jesteś?
 - Hm… Nie. Nie wiem, ile. Coś o chłopaku córci wspomniałeś jak przyszedłem. A teraz mi tu nie płacz, bo łzy ci zamarzną i będziesz miał takie sopelki na policzkach.
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Tak, siedziałem na cmentarzu i lałem się jakbym był na jakimś spektaklu kabaretowym.
 - Nie jest aż tak zimno.
Uśmiechnął się tylko delikatnie i postawił nowy znicz. Biały z kwiatami. Bardzo ładny. Zapalił go i schował zapalniczkę do kieszeni spodni.
 - Idziemy, czy chcesz jeszcze zostać? – spytałem.
 - Chodź.
Szliśmy obok siebie potwornie marznąc. Ja miałem chociaż rękawiczki, a ukochany… Co chwilę pocierał o siebie dłonie i chuchał na nie. W końcu zlitowałem się nad nim i podąłem mu jedną z moich rękawiczek.
 - Załóż na lewą – poinstruowałem.
Zaskoczony wykonał moje polecenie. Drugą jego rękę chwyciłem w swoją cieplejszą i schowałem do mojej kieszeni kurtki. Śliczny uśmiech wpełzł na jego usta.
 - Kochany jesteś – stwierdził.
Potarłem kciukiem skórę jego dłoni w odpowiedzi.

Stałem przed lotniskiem przebierając nogami, nie mogąc uwierzyć, że już jest tak zimno.
 - Mówisz, że w Paryżu jest piętnaście, a w Hiszpanii dwadzieścia stopni? – spytałem.
 - Mhm… - mruknął, wyjmując walizki. Chciałem mu pomóc, ale uparł się, że da radę sam.
 - Zdradź mi ten sekret jak udało ci się przekonać dyrektorkę, żeby dała mi dwa tygodnie urlopu.
Zaśmiał się i pokręcił przecząco głową.
W końcu razem ruszyliśmy w stronę cieplejszego budynku na odprawę. Ciepło buchnęło we mnie, a ja odetchnąłem z ulgą. Wolę wiosnę. Tak. Wiosna to najlepszy miesiąc pod słońcem. Ciepło, ale nie za ciepło; chłodno, ale nie za zimno. No, a do tego perspektywa lata, a nie jak jesienią – zimy.
 - Dobrze, że Vana zna się również na urządzaniu imprez, więc mogłem ją poprosić, żeby poleciała do Francji i wszystkiego doglądała – stwierdził. 
 - Ta… To w ogóle jest jakaś wyjątkowa osoba, nie wygląda na pierwszy rzut oka, a jednak potrafi się wszystkim dobrze zająć. I widzisz? Po co ci taki menadżer jakiego miałeś wcześniej.
 - Tato… Długo jeszcze? – dopytywał Kubuś.
Poczochrałem jego czuprynę.
 - Nie. Jeszcze chwilka i będziesz leciał samolocikiem.
Uśmiechnął się szeroko i skinął głową.
 - OMG! Nie wierzę! Marek?? – rozległ się pisk. Lekko się skrzywiłem, uszy zabolały od tej częstotliwości.
Zaraz przy moim narzeczonym stanęły dwie nastolatki. Obie miały czarne spodnie z dziurami na kolanach, tego samego koloru buty na grubym obcasie, kurtki koloru khaki, włosy ombre… gdyby nie uroda i wzrost to wręcz identyczne.
Czekoladowooki uśmiechnął się słodko i wstał do nich.
 - Cześć!
Zapisały i zaczęły gmerać w sporych torebkach… podobnych, a jakże.
 - Można autograf? – spytała jedna.
 - I zdjęcie? – dodała jej niższa kopia.
 - Oczywiście, macie długopis?
W końcu udało się im znaleźć notatniki i długopisy. Jeszcze tylko zdjęcie… Obie przybrały czerwony kolor policzków, kiedy zarzucił im ramiona na ich barki do zdjęcia. Później osobna sesja i uradowane pobiegły w im znanym kierunku.
Zaśmiałem się cicho, kiedy już usiadł obok.
 - No co? – spytał szczęśliwy.
 - Nic, nic. – Cmoknąłem go w policzek.
 - Tato…
 - Zaraz – przerwałem synkowi. Wiki była zajęta Makoto, Krzysiek Łukaszem, a biedny chłopczyk został sam. Wziąłem go na kolana i zacząłem podskakiwać nogami, na co dzieciak zaczął się śmiać... – A nie będziesz się bał? – spytałem.
 - Nie! Jak dorosnę to zostanę pilotem!
 - Oo… No po powodzenia panie pilocie.
W końcu, ku uldze najmłodszego mogliśmy wsiadać do samolotu.


sobota, 5 listopada 2016

Jeden pocałunek - One shot.

One shot.
Ciastek!
Jak przekreślić swoje dotychczasowe, piękne życie? Zakochać się w nieodpowiedniej osobie. W osobie, którą się dotychczas bardzo LUBIŁO, PRZYJAŹNIŁO od piaskownicy, prawie BRACIE.
Często żartowaliśmy, robiliśmy sobie i innym kawały, nie braliśmy życia na poważnie, co bardzo denerwowało naszych rodziców. Jeden z takich wyskoków zjebał mi życie.

Przeglądaliśmy jak zwykle czeluści YouTube’ a, aż przypadkiem trafiliśmy na filmik z dwoma całującymi się facetami. Obaj odsunęliśmy się od monitora z obrzydzeniem. Po tym natychmiast wyłączyliśmy to i włączyliśmy grę. W dwójkę szybko pozabijaliśmy przeciwników i znowu nie było co robić, a że Rafał spał u mnie no to szybko nie miałem jak się go pozbyć. Innymi słowy moje czekoladowe babeczki po części wylądują w brzuchu tego czegoś. Moja kochana mamusia postanowiła je upiec, ale nie pomyślała o tym, że będę musiał się nimi dzielić… a może właśnie pomyślała? Nie istotne.
 - Chłopcy, mam coś dla was. – Weszła do pokoju z talerzem pełnym wcześniej wspomnianych słodkości. Kocham czekoladę, a tam było jej pod dostatkiem.
Akurat, kiedy otworzyła drzwi, przyjaciel siedział na mnie okrakiem i łaskotał, a ja leżałem na brzuchu, śmiejąc się głośno i kopiąc go w plecy z marnym skutkiem. Jednakże wraz z wypowiedzianymi tymi magicznymi słowami, zerwał się ze mnie i rzucił na moją biedną rodzicielkę.
 - Jak ja panią kocham – stwierdził, wkładając do ust pierwszą.
Zaśmiała się i wyszła zostawiając deser na pastwę bruneta. Natychmiast wskoczyłem mu na plecy, a kiedy ten zdezorientowany nagłym atakiem odwrócił głowę, ja zabrałem talerzyk i wróciłem na łóżko, chowając się pod kocem. Wpakowałem sobie od razu z trzy i zamruczałem z przyjemności. Jak ja się cieszę, że odziedziczyłem po matce szybką przemianę materii…
 - Two est pyschne – stwierdziłem, nie zdążywszy połknąć.
Ściągnął ze mnie „budę” i usiadł obok, zabierając jedną.
 - I ty mi się pytasz, dlaczego nazywam cię „Ciastek”?
Uśmiechnąłem się szeroko, przez co prawie że część czekoladowej papki by wylądowała na moich nogach.
 - Fuj! – Odsunął się kawałek, ale już po paru sekundach obaj zaczęliśmy się śmiać.
 - Nie bardziej niż ten filmik – zaśmiałem się.
Położył się, podpierając głowę o swoje ręce.
 - A tak właściwie to zastanawiałeś się jak to jest z facetem?
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy dobrze usłyszałem.
 - Ee…? Co? – spytałem mało inteligentnie.
 - No całować się. Przecież nie… - zamiast kończyć, skrzywił się.
 - Ha, ha! No… Nie.
Szybko się podniósł do siadu, odłożył talerz, na którym zostały tylko dwie z dziesięciu babeczek i przybliżył swoją twarz do mojej.
 - A chciałbyś?
Patrzyłem na niego przerażony, odsuwając odrobinę swoją głowę. Natrafiłem szybko na ścianę.
 - Pojebało cię? – spytałem ostrożnie.
Przysunął się niebezpiecznie blisko, a ja przełknąłem głośno ślinę, będąc pewny, że to zrobi.
 - Tylko jeden pocałunek, przecież jesteśmy przyjaciółmi – wyszeptał.
Coś w moje głowie krzyczało „nie chcę!” ale nie mogłem wykrztusić żadnego słowa.
Nasze usta dzieliły milimetry, kiedy się odsunął, śmiejąc się głośno.
 - Gdybyś ty widział swoją minę! Jestem, aż taki straszny? Tchórzysz? – pytał, ciągle się śmiejąc.
Wkurzyłem się i chwyciłem jego twarz w dłonie i nim się zastanowiłem – pocałowałem. Przy okazji starałem się robić to jak najlepiej, żeby później nie wytykał mi moich umiejętności. Zszokowany zastygł, ale po chwili przyłączył się, napierając na mnie mocno. W końcu wylądowałem na ścianie, a przyjaciel naprzeciwko z rękami po bokach mojej głowy. Nawet nie wiem, w którym momencie jego język wdarł się do moich ust – przed, czy po zmianie pozycji. Równie co się zaczęło, gwałtownie się skończyło. Odsunął się, ciężko dysząc z wielkim uśmiechem.
 - Smakujesz jak czekolada – stwierdził, na co ja spaliłem buraka.
 - Masz odpowiedź – mruknąłem.
 - Owszem. Wiesz co? Moim zdaniem tak samo, tylko że laski są bardziej uległe. Przynajmniej nie mogę ci zarzucić, że nie umiesz się całować – dodał po chwili ze śmiechem.
Nie odpowiedziałem, tylko odsunąłem go i powróciłem na swoje miejsce.

Niby wszystko powróciło do normy, nie wracaliśmy do tego tematu. Ta… Gdyby nie fakt iż chciałem to powtórzyć, choć nic mu na ten temat nie wspominałem. Sprawę pogorszyła pewna scenka, kiedy to przyjaciel lizał się z jakąś blondi. Niby zakład, ale bolało. Jaki zakład? A tylko o to, że w ciągu jednego dnia uda mu się wyrwać trzy laski. Nie to żebyśmy się bawili uczuciami innych, zaraz później miał wyjaśniać, o co chodzi, ale nie przed. Była pierwsza i pierwsza też trafiła na listę moich ofiar.

Zaciskałem zęby, starając się nie pokazać, jak bardzo mam ochotę wyrwać jej te kudły, zabrać Rafała ze sobą do jakiegoś pustego pomieszczenia i… <<STOP! Co jest? Wcześniej tylko były pocałunki, na tym zakończymy! Kurwa, co się ze mną dzieje?!>>
 - I co? Jedna odhaczona.
Spojrzałem na niego, nie wiedząc, o czym mówi. Dopiero po chwili się  ogarnąłem.
 - Ale to dziwka. Nawet jeśli nie zawodowo, to przeleciało ją dziewięćdziesiąt procent chłopaków z naszej szkoły i parę dziewczyn.
Wzruszył ramionami.
 - Nie ustalaliśmy kryteriów.
Pokazałem mu środkowy palec i odszedłem. Natychmiast do mnie podbiegł.
 - A tobie co? – spytał próbując, wyrównać krok, a było to trudne.

Ugh… Nie chciałem się z nim kłócić. Pieprzona zazdrość. Na szczęście zaraz się ogarnąłem i udawałem, że wszystko jest w porządku.
Jednakże, kiedy uświadomiłem sobie tę bolesną prawdę… Kurwa, ja serio nie chciałem się w nim zakochać. O ile życie byłoby prostsze… Ale nie!
Po sześciu miesiącach od feralnego pocałunku postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę. Powiem mu i albo mnie zaakceptuje albo otrąci, bo nie wyobrażałem sobie tak chorej przyjaźni.
No więc poszedłem do naszego miejsca – łąki koło lasku, konkretniej niedaleko małego strumyczka, z którego się zawsze poiliśmy. Nie wiem, czy woda czysta, aczkolwiek, żaden z nas nie zachorował, więc chyba nie jest taka zła. Kiedy zobaczyłem go, natychmiast wstałem. Przywitaliśmy się naszym przywitaniem, łączącym żółwika, przybicie piątki i przytulenie.
 - Mówiłeś, że chcesz, o czymś pogadać? – od razu przeszedł do rzeczy.
 - Eh… No.
 - Więc? – spytał podirytowany moim milczeniem.
 - Ugh… Bo… Ja… Fajna bluza, nowa? – spytałem wskazując nią. Była czarna, wkładana, z kapturem, z pitbulla, jak większość jego bluzek.
Coś tam mruknął pod nosem. Wiem, że takim wykręcaniem się, jeszcze bardziej go denerwowałem. 
 - OK, przeciąganie nie ma sensu. – Natychmiast się wyprostował usatysfakcjonowany. – Chyba… Nie, nie chyba. Po prostu się… zakochałem.
 - Oo… Ty? Super, w kim?
 - I teraz zaczyna się pod górkę…
 - No… Obiecuję, że cię nie wyśmieję.
 - Najwyżej zabijesz – mruknąłem.
Zmarszczył brwi, uważnie mi się przyglądając.
 - Chyba nie w mojej siostrze? – spytał ostrożnie.
 - Ciepło… - zażartowałem.
 - Matce? – spytał, ale długo nie umiał zachować powagi.
 - Ciepło… Ale trochę chłodniej
 - Mnie? – parsknął śmiechem.
 - Obiecałeś się nie śmiać – puściłem oczko. Jakoś poczułem się lżej.
Wywrócił oczami. Mogłem obserwować jak jego miną z rozbawionej przechodzi w zniecierpliwioną, zamyśloną, zaskoczoną po przerażoną.
 - Ej… Ale nie chodzi ci o… - wskazał palcem na siebie.
Wzruszyłem ramionami zrezygnowany. Co ma być to będzie.
 - Kurwa… Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny też żart – powiedział ostrożnie.
Już miałem to ciągnąć i się zacząć śmiać. W sumie to nie byłby głupi pomysł, gdyby nie to, że nie mogłem jego, siebie oszukiwać.
 - Chciałbym.
 - To… To jest chore! Jak długo?!
 - Pół roku – cicho stwierdziłem.
Zastanowił się przez chwilę.
 - Od pocałunku?
 - Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Po chwili jego jeszcze w miarę spokojna bańka pękła i cała złość wyszła na wierzch.
 - Jak śmiesz?! Miałeś być moim przyjacielem! Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie wracaj!
Chciałem spokojnie odejść, ale emocje mnie również opanowały. Zacząłem gorzko szlochać, ale w końcu spojrzałem na jego wściekłe oblicze, skinąłem głową i odszedłem z każdym krokiem przyśpieszając. W końcu biegłem. Nagle - już niedaleko działek, gdzie uciekałem -  zahaczyłem o coś, zawsze była ze mnie niezdara, upadłem. Później - ciemność.

~*~

Rafał!
Tydzień później…
- Co z Ciastkiem? Co z Ciastkiem?  - papugowałem słowa nauczycieli. – Po chuj wymyślałem to przezwisko, teraz każdy je używa i obrzydza mi łakocie. – Spojrzałem na dziewczynkę z psem na smyczy, dziwnie na mnie patrzącą. – Co?!
Z piskiem uciekła, a za nią to małe, kudłate stworzenie.
Ciastek zawsze chciał mieć… STOP! Pójdziesz tylko do niego, żeby się odpierdolili, spytasz dlaczego nie ma i po sprawie. Gdyby chociaż odbierał telefon, ale nie! „Abonent chwilowo niedostępny”
Zapukałem do drzwi, lecz nikt nie raczył mi otworzyć. Kiedy miałem się poddać, usłyszałem kroki i wrota piekieł otworzyły się, ale na szczęście nie było za nimi tego pedała.
 - Dzień dobry! – Uśmiechnąłem się do pani domu. – Ostatnio pani syn nie chodzi do szkoły, nie odbiera telefonu… Chory jest? Nauczyciele się martwią – dodałem, jakby słyszał i pomyślał, że ja.
 - Rafał… - nie dokończyła. Po jej policzkach spływały kolejne łzy, a ja dopiero wtedy zauważyłem spuchnięte oczy. – Nawet nie pomyślałam, żeby ci powiedzieć. Przepraszam, zapomniałam.
 - Ale o co chodzi? – spytałem podirytowany. Na szczęście chyba nie zauważyła.
 - Ciastek jest w szpitalu.
Nagle cały świat jakby się zatrzymał.
J-jak to, kurwa, w szpitalu?
Oparłem się i framugę drzwi, blady po twarzy.
 - Co się stało?
 - Nie wiem dokładnie. Pani Piórkowska siedziała na swojej działce, kiedy zobaczyła go jak biegł szybko gdzieś. Podobno płakał. Nagle stracił równowagę, runął jak długi… upadł głową na kamień… - znowu zaczęła szlochać.
C-co? Ale… Chwila, przecież jest w szpitalu, nie kostnicy, nie?
 - Czy… Jak się czuje?
 - Chciałabym go o to spytać…
 - Proszę mi w końcu powiedzieć co z nim! – zdenerwowałem się.
 - Wybacz… On… Jest w śpiączce. Miał operację, ale powinien się wzbudzić kilka dni temu, a… nadal śpi. Przyjechałam się umyć i chwilkę przespać, właśnie jadę z powrotem… Może chcesz się wybrać ze mną? Mieliście dobry kontakt, jak bracia. Może chociaż ciebie posłucha… Podobno słyszy to co mówimy… Ja… Ja wiem, że są ludzie w śpiączkach nawet kilka lat, ale ja nie chcę… Zamorduje tego, przez kogo płakał. Wiesz o kogo może chodzić?
To co mówiła nie docierało do mnie. To było jak kiepski film. Przeszło mi przez myśl, że to sen, spowodowany tęsknotą za przyjacielem, ale skoro tak pomyślałem, to już wiedziałem, iż to rzeczywistość.
 - Proszę mi powiedzieć, że to nieprawda.  Błagam – wyszeptałem.
 - Chciałabym. Nawet nie wiesz jak bardzo.
 - Nie bardziej niż ja… Jedziemy?
 - Tak. Chodź.
Razem wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę szpitala.
To nie może być prawda. Głupi dzieciak. Gdybyś uważał… Co ja pieprzę. Gdybym zachował się inaczej… Przecież ty się we mnie zakochałeś… Po co ja w ogóle wyskakiwałem z tym pocałunkiem?! Zachciało mi się eksperymentów na przyjacielu! Kurwa, kurwa, kurwa!
Spytałem jeszcze tylko panią Stachoń, gdzie dokładniej leży i jak tylko się zatrzymała, wystrzeliłem jak strzała i, nie zważając na krzyk kogoś, żebym nie biegał, dopadłem odpowiednie drzwi. Miały duże szyby, więc widziałem wszystko, co było w środku. Sala była pusta, jedyne zajęte łóżko należało do piegusa. Obok siedział zgarbiony, lekko otyły mężczyzna – jego ojciec. Nagle przed oczami stanęła mi sytuacja przed tygodnia…

 - Mnie? – spytałem, śmiejąc się. To niemożliwe.
 - Obiecałeś się nie śmiać – upomniał mnie, przy okazji puszczając oczko.
Wywróciłem oczami. Z trudem starałem się zachować powagę. Zdenerwował mnie tym milczeniem.  Dopiero po chwili zrozumiałem, co powiedział.
<<Nie… Przecież my się tylko przyjaźnimy… A co jeśli…>>
 - Ej… Ale nie chodzi ci o… - nie potrafiłem tego wykrztusić, jedynie wskazałem palcem na siebie.
Wzruszył ramionami.
 - Kurwa… Przecież my jesteśmy… Nie śmieszny ten żart – łapałem się ostatniej deki ratunku.
Widziałem ten smutek w jego oczach. To mi powiedziało za dużo.
 - Chciałbym.
Wkurwiłem się, ale starałem się uspokoić.
 - To… To jest chore! Jak długo?! – mimo mojego postanowienia utrzymanie nerwów na wodzy, było trudniejsze niż początków zakładałem.
 - Pół roku – wyszeptał.
Zawahałem się.
 - Od pocałunku?
 - Mhm… Chyba. Nie wiem. Najprawdopodobniej.
Nie wytrzymałem. Byłem wściekły na siebie, jego, wszystko. To nie miało mieć prawa bytu! Przyjaźniliśmy się tyle lat! Jak mógł się we mnie zakochiwać?!
 - Jak śmiesz?! Miałeś być moim przyjacielem! Nie chcę cię znać! Wypierdalaj i nigdy nie wracaj!

Położyłem rękę na szybie, próbując powstrzymać łzy.
 - Wejdź. Chcesz zostać z nim sam? – pytała kobieta.
Skinąłem głową.
Zabrała ze sobą męża, z którym przywitałem się jedynie skinieniem głowy. Usiadłem na krzesełku i chwyciłem go za rękę.
 - Przepraszam. Tak bardzo przepraszam. Błagam wybacz mi to wszystko co powiedziałem… - musiałem przerwać, gdyż gula w moim gardle niemiłosiernie ciążyła. Czy płakałem? Tak. – Nie zostawiaj mnie. Błagam… Nie myślę tak, wróć tu. Natychmiast otwieraj oczy. Należy mi się niezły opierdol za to jak się zachowałem. Proszę się... Chodź tu do nas… J-Ja… Ja cię naprawdę potrzebuję. Gdybym się tak nie zachował, gdybym tego nie powiedział… Uwierz mi, nie chciałem cię skrzywdzić. Ciastek, błagam cię. Mogę nawet klęczeć na kolanach. Dostaniesz roczny zapas słodyczy, który najpewniej zniknie w ciągu kilku dni, tylko wróć do mnie. Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że mógłbym cię zapomnieć…
Chciałem, żeby stał się cud, ale niestety życie nie jest takie proste.

~*~

Przychodziłem codziennie przez całe dwa tygodnie. Zapewniałem, że mi na nim zależy, że chcę, aby wrócił, że życie bez niego nie jest nic warte. Co to dało? No nic. Zaczynałem wątpić, czy w ogóle mnie słyszy, ale kiedy tylko go widziałem…
 - No hej. Znowu. Znowu nie odpowiesz, co? Podobno mnie kochasz, więc powinnaś chcieć był przy mnie, a nie… Ja chcę. Bardzo. Powiedz, naprawdę zakochałeś się w kimś takim jak ja? Może jednak nie? Gdybym był na twoim miejscu to… - urwałem, czując… TAK! ON ŚCISNĄŁ MOJĄ RĘKĘ!!! – Ciastek? To… Przepraszam. Oczywiście, że mnie kochasz.
Pocałowałem wierzch jego dłoni, szczerząc się jak głupi.
 - Zaraz wracam.
Pognałem po lekarza, żeby mu o tym powiedzieć.

~*~

Tydzień minął, a nic poza tym drobnym gestem się nie wydarzyło. Mimo to się nie poddawałem. Przecież w końcu do mnie wróci. Musi.
Siedziałem obok, już prawie zasypiając. Była niedziela, więc spokojnie mogłem przesiedzieć cały dzień, co zrobiłem. Ledwo się obudziłem, a już siedziałem przy przyjacielu.
Nagle poczułem ruch. Natychmiast się podniosłem i obserwowałem, jak te brązowe oczy otwierają się powoli, jakby lekko zaspane.
 - Ciastek? – wyszeptałem z ledwością.
Spojrzał na mnie i otworzył usta, które ja zaraz przynosiłem swoimi. Dopiero kiedy się zetknęły, oprzytomniałem, ale zrozumiałem, że to właśnie chcę. Delikatnie całowałem te wyschnięte usteczka. Pogłaskałem go po policzku, po dłużej chwili dopiero się odsuwając.
 - Ja ciebie też – powiedziałem.
Skinął niezauważalnie głową.
 - Lecę po lekarza. Zaraz wracam, kochany.
Odwróciłem się, a w drzwiach ujrzałem panią Stachoń.
 - Zostań z nim. – Wyszła z uśmiechem.
Powróciłem do chłopaka i uścisnąłem jego rękę.
 - Mam nadzieję, że jeszcze chcesz być ze mną. Jak mogłem odrzucić kogoś takiego jak ty…
 - Chcę – wyszeptał tak cicho, że prawie niesłyszalnie. Równie dobrze mógł być to tylko jakiś świst, ale ja słyszałem to magiczne słowo.
Ostatni raz musnąłem jego usta, a on znowu zasnął. Lekarz pojawił się sekundkę później.